3Powrót (Antyfa0)



3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

ANTYFA 0


ROK 2009: PRZEKŁADANIEC SŁODKO GORZKI

ZIMA, PRZEDNÓWEK I WIOSNA: PRAWIE RUTYNA

1.

Wejście w spódnicy w sezon zimowy dokonało się niepostrzeżenie i gładko. Dość łagodne zimy w dobie ocieplenia klimatu skłaniają mnie do badania granic termicznej wytrzymałości i w tym sezonie służyły mi do tego bardzo tanie hipermarketowe krótkie kozaczki wraz z rajstopami 40 DEN z lycry. Okazało się, że nie mam problemu z wychodzeniem w chłodne poranki z wciąż utrzymującym się po nocy przymrozkiem: niejeden raz w szary grudniowy poranek oskrobywałem szron z szyb samochodu w takim przyodziewku będąc i jedyny wpływ na organizm, jaki odnotowuję, to efekt orzeźwiający – tak potrzebny, gdy człowiek wyrwany z łóżka o barbarzyńskiej porze udaje się do pracy. Ja znosiłem sytuację dobrze – mój samochód gorzej. Gdy przez remont ulicy pozbawiony zostałem możliwości parkowania pod własnym oknem, stawiałem go przez czas jakiś po drugiej stronie ulicy w pobliżu pawilonu handlowego, co niewątpliwie zwracało uwagę do tego stopnia, że któregoś razu znalazłem na masce wgłębienie. Jednak nie dlatego, iżbym rozjechał jakiegoś pieszego – był to ślad po jakimś nienawistnym kopycie, jestem pewny, że stuprocentowo męskim. Tak to już w chrześcijańskiej Polsce jest, że samochód odmieńca jest swoistym zakładnikiem otrzymującym kopniaki za swego właściciela, który nie jest bliźnim, ani nawet nieprzyjacielem, którego miłowanie zostało przez Jezusa z Nazaretu nakazane. Ciekawe, czy podobnie byłoby z istotami żywymi jakoś ze mną związanymi: np. psem odmieńca, sporadycznie chodzącym samopas? Aż strach pomyśleć – prawdziwi mężczyźni zdolni są do wszystkiego... W styczniu trochę ochłodziło się, więc zacząłem chodzić w kozakach do kolan lub zakrywających ¾ łydek, jednakowoż nawet podczas fali mrozów dochodzących do -20° nie byłem zmuszony do grubszego odzienia na tym drażliwym obszarze. Co więcej, parę razy w czasie mrozów zdarzyło mi się zaparkować samochód od tylnej, podwórkowej, strony mojego bloku i rano nie posiadał on dodatkowych uszkodzeń – najwidoczniej w tym zakresie temperatur prawdziwi mężczyźni nie działają. Dobre i to.

2.

Pod koniec stycznia sfinalizował się epizod zapowiedziany mniej więcej w listopadzie, gdy dwoje młodych ludzi złapało mnie podczas wychodzenia z pracy przy naszym zastępczym budynku. Byli to licealiści z XIII LO we Wrocławiu, którzy zaprosili mnie na mające się odbyć w styczniu spotkanie w ich szkole w ramach kółka zainteresowań zorientowanego na zawód dziennikarza. Okazało się, że ich zaproszenie nie było na niby, i gdy nadszedł stosowny czas, telefon się odezwał i spotkanie się odbyło. Wystąpiłem przed klasą pełną młodzieży zdolnej do wysłuchania mojej wstępnej prezentacji, by potem zadawać pytania: zarówno powierzchowne jak i wnikliwe, lecz zawsze w sposób nienaruszający mojej godności. To był moment słodszy: widać, że istnieje w Polsce młodzież inna od nienawistnych podwórkowych krzykaczy i właściwie przestępców czyhających na okazję, by na mnie napaść albo inną szkodę mi uczynić. Nauczyciel sprawujący pieczę nad spotkaniem też sprawił wrażenie pozytywne: czuło się, że troska o wychowanie swych uczniów na cywilizowanych ludzi faktycznie leży mu na sercu. Przy okazji zgodziliśmy się, że w polskim systemie edukacji brakuje rzetelnego wychowania seksualnego, które nie jest tożsame z przygotowaniem do życia w rodzinie – życie erotyczne nie tylko w ramach rodziny się toczy, nie wszyscy absolwenci szkół będą zakładać rodziny w kościelnym sensie, a bynajmniej nie oznacza to księżopodobnego sterylnego celibatu, ergo wiedzę obejmującą wszelkie opcje, nie tylko te Kościołowi miłe, przekazywać trzeba. Chyba że intencją zwolenników obecnego stanu rzeczy jest, aby nienawiść dla wszelkich odmieńców rozwijała się, a każde dziecko wchodzące w życie, które odkryje w sobie jakąś odmienność na obszarze genderu lub erotyki, nabierało do siebie wstrętu i być może skończyło z sobą, czyli dla faszystów jeden „problem” mniej...

3.

Gdy wychodziłem ze spotkania z młodzieżą licealną, znalazłem w telefonie ślad od nieznanego numeru. Oddzwoniłem, i okazało się, że do czynienia mam z panią pracującą dla programu Jazda Figurowa w TV4. Pierwszy kontakt z tą panią miałem już jesienią 2008, ale wtedy sprawa rozeszła się po kościach. Tym razem przed sobą miałem sesję egzaminacyjną i, przynajmniej teoretycznie, miałem pewną swobodę manewru pozwalającą mi wyskoczyć do Warszawy na ok. 2 dni. Udzieliłem wstępnej zgody, rozpoczęliśmy precyzowanie sprawy w mailach, w końcu z pomocą Koleżanki Oli (jeszcze raz dzię-ku-ję!) udało mi się wykroić niezbędny czas i pojechałem. Oceniam występ w tym programie pozytywnie – miałem okazję spotkać posła Janusza Palikota i artystę kabaretowego Grzegorza Halamę, przy czym podczas odpowiadania przeze mnie na pytania prowadzącego, wywiązała się krótka wymiana zdań pomiędzy mną a panem Palikotem. Denerwujące dla mnie było tylko wyraźne rozgraniczenie przez prowadzącego i całą formułę programu na dwóch pierwszych gości, którzy traktowani są poważnie, i na gościa trzeciego – postrzeganego jako lokalnego lub ogólnopolskiego wariata. W innych edycjach programu w tym miejscu goszczono np. gościa twierdzącego, że na podrzędnej polskiej drodze jego samochód zatrzymało UFO. Sądzę jednak, że udzielając odpowiedzi w sposób rzeczowy sprawiłem, że nie zasługuję w istocie na status gościa-wariata, choć z żalem stwierdzić muszę, że na końcu programu również poseł Palikot pozwolił sobie użyć mnie jako przykład wariackiego charakteru naszego społeczeństwa, co z kolei miałoby uzasadniać motyw przewodni wywiadu prowadzonego przez Michała Figurskiego – wariacki pomysł jego kandydowania na prezydenta. Poza tym udział w tym programie dał mi okazję, by zaobserwować siebie w konfrontacji z mediami. Z zadowoleniem stwierdzam, że występy przed kamerą i żywą publicznością w studio nie wywołują u mnie żadnego stresu – raczej mobilizują mnie i wzmagają koncentrację, dzięki czemu mówię wyraźniej i staranniej aniżeli w sytuacjach codziennych, przy czym potrafię się wyluzować i zachowywać swobodnie, również w interakcjach z innymi osobami w studio. Trochę inaczej jest, jeżeli nagle zostaję wezwany do powiedzenia czegoś konkretnego, co mam w notatkach na kilku stronach – wtedy konieczność przewertowania pliku papierów i cisza trwająca do momentu znalezienia stosownych faktów są dla mnie trochę deprymujące. W Ursusie, gdzie w poprodukcyjnej hali mieściło się studio Jazdy Figurowej, problemem było oczekiwanie na przybycie posła Palikota, który brnąc w warszawskich korkach, spóźnił się na nagranie ponad godzinę. Ja jeszcze miałem w programie na ten dzień jazdę do Wrocławia, a prognozy pogody sugerowały możliwość kłopotów na drodze, które szczególnie dają się we znaki kierowcom w nocy. Oczekując na nagranie miałem natomiast okazję sympatycznie porozmawiać z kilkoma młodymi osobami uczestniczącymi w programie jako publiczność. Skoro uzgodniliśmy, że publicznie je wymienię, są to: Asia Leśniowska, Basia i Wiola Jabłońskie oraz
Luiza Kadzińska. Wszystkie niniejszym pozdrawiam!

POKLATKOWY PRZEGLĄD MOJEGO WYSTĘPU W JEŹDZIE FIGUROWEJ

4.

W zimie pojawiła się propozycja udzielenia wywiadu dla Akademickiego Radia Luz. W moim mieszkalnym studio odwiedził mnie red. Tomasz Tyczyński i nagrał sobie stosowne wypowiedzi – materiał został wyemitowany w którąś niedzielę po południu. Podczas przerwy na herbatę i luźnej rozmowy, która zeszła na temat muzyki i programów muzycznych w RL, wyłoniła się propozycja, abym poprowadził muzyczny kącik w ramach bloku poświęconego sprawom kulturalnym. Po zastanowieniu się nad sprawą zgodziłem się, ustaliliśmy parę szczegółów i już za ok. dwóch tygodni w ramach emitowanego w piątki od godz. 14 Kulturalnego Bajzlu wystartowała Muzyczna Nisza Antyfaceta. Program polegał na prezentacji w każdym odcinku jednego utworu muzycznego, który poprzedzony jest moim tekstem wprowadzającym. Wykształciła się praktyka nagrywania kilku odcinków podczas jednej sesji, co pozwalało mi wykorzystać kilkutygodniowe okresy czasu na przygotowanie nowych odcinków. Sprawa szybko mnie wciągnęła: muzyka jest dość istotnym składnikiem mojej egzystencji, a że jestem w wieku matuzalemowym nieźle po 30-ce, słyszałem już wiele, i niejedno też mam w swoich zasobach. Prezentowałem utwory o stosunkowo niszowym charakterze z obrzeży jazzu, klasyki i rocka, przy okazji pokazując, że nie jestem jednowymiarowym człowiekiem jednej sprawy i obsesji. Wkrótce wysiliłem swą pamięć i, przy pomocy paru osób, zdołałem znaleźć sporo ciekawych produkcji z czasów będących prehistorią dla większości studenckiej publiczności. Niestety pojawiły się małe wątpliwości: coraz częściej moje felietoniki, nawet stosunkowo krótkie, były podczas montażu audycji nakładane na przedstawiane w niej utwory, co trochę podważało sens przedsięwzięcia: w końcu moim celem było zachęcenie słuchaczy do zainteresowania się dość niszowymi wykonawcami, którzy zafascynowali mnie. Wreszcie załamał się kontakt mailowy z redaktorem odpowiedzialnym za dział, a ja straciłem rachubę odnośnie emisji uprzednio nagranych odcinków. Najwidoczniej Nisza się zamknęła, szkoda tylko, że w tak milczący sposób. Może ktoś tam posiadł harcerską sprawność pt. Rejent Milczek, jak obecnie można usłyszeć w pewnej reklamie z udziałem kabaretu Mumio?

5.

W styczniu 2009 za drugim podejściem doszła do skutku rozprawa sądowa przeciwko nienawistnemu krzykaczowi Danielowi P., a konkretnie tzw. posiedzenie pojednawcze. Warunkiem pojednania, które pozwoliłoby Sądowi odstąpić od przeprowadzenia właściwej rozprawy, uczyniłem publiczne przeprosiny, które miały być opublikowane na stronach od 1 do 3 wrocławskiego dodatku Gazety Wyborczej. Z mojego sprawdzenia wydań GW w redakcyjnym archiwum wynika, że wyrok nie został wykonany, stąd pracuję nad procedurą egzekucyjną, w czym pomaga mi niezastąpiona i prawdziwie wielka Prószka, której w tym miejscu serdecznie dziękuję!

6.

Na krótko przed Wielkanocą odezwał się dwujęzyczny dziennikarz niemieckiej telewizji MDR z Lipska, Cezary Bazydło. Ma on dobre referencje: nie jest lubiany w kręgach Naszego (czyli ICH) Dziennika. Na kręceniu dość typowego reportażu z niemiecką ekipą w jedną z pierwszych prawdziwie wiosennych sobót spędziłem większość dnia: zauważalna była większa liczba powtórzeń każdego ujęcia, niż przy pracy z Polakami. Mieliśmy pozwolenie na zdjęcia we wrocławskim oddziale hipermarketu Real, następnie kręciliśmy sekwencje na wrocławskim rynku, a pod wieczór wpadliśmy do Radia Luz, by nakręcić jak (niby) nagrywam swoją audycyjkę. Podczas naszej pracy zdarzyły się przygody: gdy w Realu przymierzałem buty przed kamerą, z powodu znacznej liczby powtórzeń w końcu zdjąłem aktówkę i torbę z nieodłącznie towarzyszącą mi kamerką i położyłem je na ławce dla przymierzających. Gdy po półgodzinie przeszliśmy kręcić materiał na dziale odzieżowym, po kolejnej półgodzinie zauważyłem, że jest mi za lekko, czyli czegoś mi brakuje – to torba z kamerką została na ławie w obuwniczym dziale. Pobiegłem w czółenkach z panem Cezarym Bazydłą w panice, i okazało się, że... CUD! Torba wciąż tam była! Jak to wyjaśnić? Czyżby kryształowa i wzorowa uczciwość naszego społeczeństwa? Jak tam wpadliśmy, to jakiś młody gość przymierzał buty i rzekł, że wydawało mu się, że ktoś tego zapomniał. Ale on tam mógł być najwyżej z parę minut. Więc co? Po pierwsze, ławka do przymierzania jest tam ukryta między regałami z butami i nawet trudno ją dostrzec. Po wtóre, na samej ławce panował bajzel wytworzony przez innych klientów: kilka łyżek do wkładania butów i porzucone z przymierzania buty. Po trzecie, uprawniona jest interpretacja, że moja torba z kamerką była widziana jako realski towar wywleczony z właściwego stoiska, wprawdzie bez etykiety i klipsa, ale wciąż napakowany paskami magnetycznymi, toteż nikt nie zaglądał do środka ani nie wyniósł tego poza sklep. Gdyby torbę otwarto, widać byłoby tam kamerkę z HDD na mojej specyficznej ramie z szelkami i tylko obawa przed identyfikacją ze strony ukrytych realskich kamer mogłaby powstrzymywać przed zaborem rzeczy. Gdyby nie przyzwyczajenia myślowe przeciętnego polskiego klienta, niechybnie straciłbym ważny osprzęt Antyfaceta, który nawet podczas nocnego powrotu w tym dniu mógł bardzo być potrzebny.

Na rynku w sobotę pod wieczór z każdą chwilą w głowach coraz więcej piwa. Stąd właśnie tu mieliśmy kolejną przygodę. Oto oprócz zaczepionych przez reportera osób, przypętała się dwójka prawdziwych mężczyzn, z których jeden przedstawił się jako dziennikarz sportowy, drugi natomiast po prostu był łysy. Przez chwilę udawali, że ze mną rozmawiają, a niemiecka ekipa to sobie nagrywała, aż doszliśmy do momentu, w którym tłumaczyłem, że jestem samcem, ale nie facetem, czyli akceptuję biologiczną płeć, ale nie społeczną rolę. Zwłaszcza ten łysy zaczął dramatycznie przeżywać kwestię, czy jestem mężczyzną, czy nie i czy w takim razie jestem kobietą. Powtórne tłumaczenia prostszymi słowami nic nie dały – dla programu osadzonego w jego zwojach (mózgowych?) było nie do przejścia, że można być samcem, a nie być mężczyzną, bo „przyjęte jest”, że mężczyźni chodzą w spodniach i koniec. Co więcej, u niego chyba tak było, że jak czegoś nie może zrozumieć, to to coś nie ma prawa bytu. Chwilę później łysy zabrał się za reportera Cezarego i koniecznie chciał wydusić od niego potępienie moich działań, że jakoby są niemoralne. Pan Cezary próbował tłumaczyć, że to nie jest kwestia moralna i w ogóle, że on jest dziennikarzem, więc nie jego rolą jest ocenianie bohaterów reportaży – problem był wszakże w tym, że łysy jakoś otoczył niemieckiego dziennikarza swymi bezgustownie masywnymi ramionami i spychał go w kierunku Placu Solnego, podczas gdy dźwiękowiec i operator kamery nie wiedzieli, co się dzieje, bo wydawało im się, że wszystko do nagrania na rynku było już vertig i wracamy na parking. W tym momencie coś odbiło w głowie tego nieco owłosionego typka, który przedstawiał się jako dziennikarz: oto zrobił tę najbardziej ukochaną przez prawdziwych mężczyzn figurę ze środkowego palca i zaczął wykrzykiwać jebać pedała!. Wtedy zrozumiałem, że na dziennikarza jest on zdecydowanie za głupi – może co najwyżej być moderatorem jakiegoś kibolskiego portalu. Zastanawiałem się, czy dzwonić po Policję, czy robić hałas, czyliż użyć któregoś ze środków, jakie zwykle mam przy sobie, ale w końcu redaktor MDR odzyskał władzę nad swoim przeznaczeniem i zmienił kierunek swego ruchu. Co ciekawe, buraki jeszcze snuły się za nami, kręcąc video na komórkę, aż ja zacząłem wyciągać kamerę i połapały się, że ja też zaraz będę kręcić i to z wyższą rozdzielczością. I tak to już jest z burakami – nie chcą swoich antywartości firmować swymi licami, pomimo ich pospolitości i tak już wydatnie utrudniającej identyfikację.

W niedzielę dokręcaliśmy trochę gadki u mnie w domu + scenki pod domem, gdzie jak zwykle ujawniło się kilku prawdziwie męskich tchórzy krzyczących po chamsku zza węgła. Niestety, niemiecka perfekcyjność to nielekka sprawa: w tym dniu znacznie się ochłodziło, a koncepcja była, że wszystkie kręcone scenki dzieją się w jeden dzień, czyli musiałem być ubrany tak samo lekko. Swoją drogą nie wiem, jak twórca reportażu poradził sobie z faktem, że w sobotę nie miałem lakieru na paznokciach, a dopiero przed spotkaniem w niedzielę zdołałem go nałożyć. W ogóle nie wiem, jak ten reportaż został zmontowany albo jak pojęcie Antyfacet zostało przetłumaczone na niemiecki – wbrew obietnicom, red. Bazydło nie przesłał mi dysku z produktem końcowym.

7.

Swego czasu rozpoczął się nowy semestr i otrzymałem dwie nowe grupy studentów dziennych oraz jedną zaocznych. Postanowiłem nie robić z siebie idioty i już na pierwsze spotkania z nimi szedłem ubrany po ludzku, czyli po mojemu. Przedstawiając się po angielsku powiedziałem kilka wolnych od agitacji słów wyjaśnienia odnośnie tego stylu i zostało to przełknięte. Niemniej jednak zdarzyły się dwie osoby, które poprosiły o przeniesienie do innej grupy, bo jakoś nie mogły patrzeć. Niebawem zostałem ściągnięty na dywanikową rozmowę z naszym niemal całym (żeńskim) Kierownictwem. Padały sformułowania z bardzo różnych i nie zawsze nawet wewnętrznie spójnych sposobów argumentacji, których wspólnym mianownikiem był postulat, abym „ograniczył” realizację mojej prywatnej misji/kampanii w pracy, co miałoby oznaczać chyba tylko moją rezygnację z bycia sobą w pracy, gdzie spędzałem coraz więcej czasu realizując sporo godzin nadliczbowych. Nie ma sensu odnosić się do wszystkich zdań wtedy wypowiedzianych – wiele wpisów trollingowych w Księdze Gości zawiera podobne wątki, zatem moje repliki musiałyby być identyczne z tekstami polemicznymi już opublikowanymi. Na uwagę zasługują wątpliwości sformułowane następująco: „nauczyciel musi być niezauważalny/przezroczysty w czasie zajęć” oraz „takie prośby o przeniesienie z moich grup będą się nasilać i trafiać na coraz wyższe poziomy zarządzania uczelnią”. Warto spróbować się do nich odnieść, także by dostarczyć argumentów potrzebnych do oddalania reklamacji z tytułu nieheteronormatywności wyglądu prowadzącego.

Zacznijmy od postulatu przezroczystości czy neutralności osoby prowadzącej zajęcia jako warunku ich skuteczności. Można się zgodzić, że pewien nadmiar indywidualizmu może odciągać uwagę ucznia od przekazywanego mu materiału, jednakowoż cechy osobowości i wyglądu nauczyciela zawsze będą się ujawniać i stanowić o konkretnym stylu nauczania oraz klimacie w klasie. Zdaje się, że w Polsce nikt nie dąży do wyeliminowania np. symboli religijnych u nauczycieli, ale przecież są i inne stałe cechy wyglądu i zachowania się, których usunąć się nie da. Nawet swoisty sposób bycia, charakterystyczny zapach (perfumy, papierosy, nawet coś takiego jak niemyte zęby), opowiadanie anegdot itp. stanowią o indywidualnym stylu, aurze roztaczanej przez osobę prowadzącą, i nigdzie się z tym nie walczy, jeśli tylko całość dobrze komponuje się z poprawnym warsztatem pracy dydaktycznej. Jeśli już myślimy o wyglądzie fizycznym, to fizycznie atrakcyjna nauczycielka ubrana nawet skromnie, acz zgodnie z ekshibicjonizmem kulturowej normy żeńskiego ubioru i kosmetyki, zawsze może generować fantazje erotyczne i to bynajmniej nie tylko u męskich uczniów. Z kolei hipotetyczna przedemerytalna i niezbyt już ładna osoba może swą powierzchownością razić i w ten sposób również odciągać uwagę od treści lekcji. Niedawno dość często bywała emitowana w telewizji reklama zachęcająca do zatrudniania osób niepełnosprawnych i jednym z przykładów była nauczycielka bez rąk. Tu też przecież mógłby znaleźć się ktoś twierdzący, że na widok osoby tak poszkodowanej przez los przelatują jej ciarki i z tego powodu nie może skoncentrować się na nauczanych treściach. Zatem uznając tego rodzaju reklamacje każdy zarząd placówki oświatowej zmuszony byłby przenosić do innych grup wszystkich uczniów czy studentów zgłaszających dyskomfort, co w krańcowych sytuacjach doprowadzałoby do rozwiązywania całych grup czy klas. Drugą stroną tego sposobu postępowania byłoby stopniowe pozbawienie pracy każdego nauczyciela pod jakimś względem nietypowego, gdyż nie byłoby możliwe zapewnienie mu możliwości wykonania pensum, czyli wymaganej liczby godzin pracy dydaktycznej. Konsekwencją tego byłaby konieczność przesunięcia takiego pracownika do innego rodzaju pracy, np. do magazynu albo kotłowni, zaś w razie niemożności – zwolnienie z pracy. Innymi słowy, odmieńcy musieliby być pozbawiani pracy – sczeznąć by musieli pod mostem, co oczywiście wspaniale pasuje do „cywilizacji miłości” w stylu Jana Pawła II, która wydaje się nadrzędnym celem działania polskiego państwa.

Poświęćmy jednak trochę uwagi samemu zagadnieniu ustępowania instytucji państwowej, jaką jest uczelnia, przed roszczeniami i reklamacjami na tle odmiennego wyglądu pracowników dydaktycznych, ich nieakceptowanej orientacji płciowej, tożsamości płciowej albo sposobu realizacji roli płciowej. Załóżmy, że dla kogoś o tradycyjnym wychowaniu widok i dotyk takich osób budzi wstręt jak w podwórkowym dresiarzu. Gdyby uznawać tego rodzaju zastrzeżenia, koniecznym stałoby się nie tylko przenoszenie uczniów z klas/grup prowadzonych przez ujawnionego geja lub lesbijkę. W końcu fizyczne, organiczne obrzydzenie dla homoseksualistów i wszelkich odmieńców może sprawić, że już samo dotknięcie przez takiego nauczyciela indeksu spowoduje „skażenie” go uniemożliwiające jego ponowne dotknięcie przez studenta pełnego fobii jak Joanna Najfeld, która ongiś w studio TVN-24 przed kamerą nie podała gejowi ręki, bo miała obawę odnośnie tego, co on tą ręką wcześniej robił. Aby więc uczynić zadość uczuciom wstrętu trzeba by w takich przypadkach wydawać duplikaty indeksów i innych dokumentów, które otrzymały „zły” dotyk. Więcej, klamki na drzwiach też wymagałyby jakiegoś sposobu regularnego „odkażania”, nieprawdaż? Ewentualnie na drzwiach byłyby zamontowane klamki dodatkowe koloru różowego dla wiadomo kogo. I nie obeszłoby się też bez procedury zastępczego wpisywania do indeksu stopni i adnotacji przez heteroseksualnego nauczyciela w zastępstwie homoseksualnego. Na koniec, przydałby się jakiś powszechnie uznawany system certyfikacji poprawnych heteroseksualistów wśród personelu, żeby przypadkiem do grona tych mających wpisywać stopnie w zastępstwie homoseksualistów nie wkręcił się gej czy lesbijka, oszukując fobicznych studentów złaknionych dotyku niepokalanego. Oni potrafią się zakamuflować!!!! Stąd można przywrócić stary, sprawdzony pomysł: obowiązek noszenia jakiegoś symbolu przez homoseksualistów, np. różowego trójkąta na obowiązkowej kieszonce z dokumentami.

Co do obawy, że alergiczne reakcje na mój widok miałyby się nasilać, to sądzę, iż będzie wprost przeciwnie. Jestem już nieźle znany zarówno w społeczności studenckiej jak pośród pracowników innych instytutów Uniwersytetu, a każdy semestr i rok akademicki spędzony w tym stylu udowadnia szerokiej publiczności, że atmosfera na zajęciach z tego powodu nie doznaje uszczerbku i wszystko odbywa się normalnie.

Jak jeszcze mogę pomóc osobom sprawującym funkcje kierownicze w mojej Firmie? Oprócz powyższej argumentacji, proponuję krótką formułkę możliwą do zastosowania wobec studenta początkowo niezdolnego do pogodzenia się z moim alternatywnym stylem. Wystarczy powiedzieć, że UNIWERSYTET (I KAŻDY INNY PRACODAWCA) NIE MA NAD SWOIMI PRACOWNIKAMI WŁADZY WYMUSZANIA NA NICH REALIZACJI STEREOTYPOWEJ ROLI PŁCIOWEJ ANI NIE MA PRAWA WARTOŚCIOWANIA ICH TOŻSAMOŚCI LUB ORIENTACJI PŁCIOWEJ. Można dodać, że wszelkie RÓŻNICOWANIE TRAKTOWANIA OSÓB W OPARCIU O TAKIE KRYTERIA STANOWIŁOBY PRAKTYKĘ DYSKRYMINACYJNĄ, KTÓRA W POLSKIM KODEKSIE PRACY JEST WYRAŹNIE ZABRONIONA NA TLE PŁCI I ORIENTACJI PŁCIOWEJ. Dla dalszego, prostego zobrazowania sprawy można odwołać się do tego, że NIEHETERONORMATYWNOŚĆ PRACOWNIKÓW NALEŻY AKCEPTOWAĆ TAK SAMO, JAK AKCEPTUJE SIĘ KOLOR WŁOSÓW, OCZU ALBO LEWORĘCZNOŚĆ. I tyle.

8.

W niedzielę 19.04 miał miejsce happening pt. Dzień Milczenia, w którym wziąłem udział. Widowisko polegało na zebraniu się pod pręgierzem, gdzie staliśmy przez ok. 0,5 godziny z ustami zaklejonymi taśmami izolacyjnymi w akompaniamencie bębenków. W tym czasie rozdawane były ulotki wyjaśniające, że milcząco protestujemy przeciwko traktowaniu mniejszości seksualnych jak zdarzyło się to lesbijce Eudy Simelane, która po ujawnieniu swojej orientacji została zgwałcona i zamordowana, przy czym mordercy postrzegali tę procedurę jako „naprawczą” wobec swej ofiary. Na koniec zdarliśmy z ust opaski i symbolicznie przerwaliśmy milczenie gwiżdżąc przez kilka minut za pomocą gwizdków. W pewnej odległości za rzędem policjantów przyglądali nam się nacjonalistyczni nienawistnicy z planszą „Zakaz pedałowania”, co w ich języku oznacza zakaz praktykowania homoerotycznej miłości. Swoją drogą ciekawe, czy lesbijstwo to też pedałowanie? A anal zrobiony przez pana – pani? Ale to może zbyt skomplikowane...


Tym razem nie byłem protagonistą widowiska, ale myślę, że moja obecność była pożyteczna, a widząc polaryzację między nami a nimi, jestem pewny, że stanąłem po właściwej, LUDZKIEJ stronie. Akcja była udana: pojawiło się parę relacji w mediach, a przede wszystkim znalazły się osoby spoza naszego kręgu, które solidarnie przyjęły opaski zaklejające usta i manifestowały z nami.


9.

Wziąłem też udział w nadzwyczaj absurdalnym wydarzeniu, a mianowicie w spotkaniu z niejakim Paulem Cameronem – proszę nie mylić z tym Cameronem od Titanica! Byłoby to krzywdzące, jeśli weźmiemy pod uwagę, że ten pierwszy jest byłym psychologiem przyłapanym na krzywoprzysięstwie w sądzie, nieobiektywności w interpretacji danych naukowych i który z jednych korporacji zawodowych był usuwany, a z innych występował sam, gdy jego usunięcie wisiało już w powietrzu. Życiową misją tego hochsztaplera jest dowodzenie, jakoby homoseksualiści byli przyczyną wszystkich społecznych nieszczęść: pedofilii, nosicielstwa zabójczych chorób, przestępczości i demograficznego spadku. Asystentką podczas jego „koncertowej trasy” była dziennikarka prawicowo-nacjonalistyczna Joanna Najfeld, o której organicznym wstręcie do bliźniego odmiennego już wspominałem. Organizatorzy tej serii występów byli wyjątkowo bezczelni i nawet pozałatwiali sobie sale w niektórych uniwersytetach, a gdy gdzieś im odmówiono, podnosili larum, że wolność wypowiedzi i... naukowych badań jest naruszana. Przykładowo po protestach i włączeniu się do sprawy prasy (oczywiście tej polskojęzycznej tylko, nie prawdziwie polskiej), na Uniwersytecie Warszawskim spektakl nienawistnej mowy nie doszedł do skutku – momentalnie jednak znalazła się gościna w katolickim domu pielgrzyma czy czymś takim. Oczywiście w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim problemów nie było – przypisywanie wszelkiej nikczemności odmieńcom tam pasuje do doktryny. We Wrocławiu to żenujące widowisko miało się odbyć w Centrum Konferencyjnym Św. Antoniego i nie miałem wątpliwości, że powinienem tam pójść: z gejami i lesbijkami mam do czynienia już od 2 lat i nawet nie przyszło mi do głowy, w jak ryzykownym i kryminogennym środowisku się znalazłem... Ale sam pewnie nie jestem od nich lepszy – podwórkowi spece od seksuologii wspominają mi o tym przy każdej okazji (gdy nie widzą kamery albo jest dość ciemno).


Zatem zebraliśmy się odpowiednio wcześniej i zwartą grupą poszliśmy na miejsce tego widowiska: stawiła się pokaźna reprezentacja z ramienia KPH i anarchistów, pośród których byli znajomi ze squatu, gdzie kiedyś montowałem happeningowy gadżet, no i oczywiście ja, dla katolickich nacjonalistów najgorszy chyba „zbok”. Było zaplanowane, że w czasie „wykładu” ludzie odsłonią „firmowe” koszulki o swojej tożsamości i zostanie rozwinięty transparent głoszący fakt sądowego krzywoprzysięstwa pseudo-psychologa. Zajęliśmy miejsca na froncie sali, i wyczekaliśmy się na show opóźniony o ok. 30 minut. Wreszcie protagonista pojawił się wraz ze swą tłumaczką, która bardzo sprawnie unikała kontaktu wzrokowego z kimkolwiek z nas, a chętnie zobaczyłbym jej reakcję na mój widok. Cóż, baba twarda jak stal, a pewnie uważa się za kobietę... Po wstępie Najfeld zawierającym połajankę Gazety Wyborczej, Cameron jął opowiadać swoje brednie, na początku stosunkowo starannie posługując się jakimiś patykiem pisanymi statystykami wyświetlanymi z laptopa, potem coraz bardziej było to rozkojarzone – widząc zaiskrzenie ze swoją częścią publiczności klown z samej Ameryki rozluźnił się i również jego tłumaczka mniej dokładnie przekazywała duby smalone formułowane w dobrej angielszczyźnie. Popłynęli oboje.


Z wylewu treści przesyconych nienawiścią do homoseksualistów zdołałem zapamiętać jakiś farmerski albo niemal boski stosunek do innych ludzi tego niby psychologa: on w swoim mniemaniu posiadł wiedzę o jedynie słusznym sposobie życia polegającym na heteroseksualnym dostarczaniu społeczeństwu dzieci. Dziwne, że w swej połajance „jałowo” żyjących homoseksualistów zaspokajających jedynie swe fizyczne żądze pominął równie reprodukcyjnie jałowe celibatowe duchowieństwo najsłuszniejszego z kościołów. A przecież chociażby na przykładzie kleru protestanckiego i prawosławnego widać, że spełnianie służby liturgicznej nie kłóci się ze sprawowaniem funkcji rodzicielskich i życiem erotycznym zorientowanym (nie tylko) na płodność – chyba nie powinniśmy zadowalać się wymówką kapłaństwa ofiarnego... Poza tym dziwny to psycholog, który twierdzi, że „emocje” i potrzeba samorealizacji nie są ważne i homoseksualiści powinni je porzucić, by spełniać swą rozrodczą „powinność” wobec społeczeństwa. Może dobry byłby z niego obozowy kapo, ale nie psycholog, który powinien choć trochę umieć wczuć się w położenie swego pacjenta albo klienta. Cameron i jego środowisko najwidoczniej nie zauważyli też, że każdy człowiek jest wolny i jest jedynym właścicielem samego siebie, więc w sprawach prywatnego życia NIE ma żadnych powinności wobec społeczeństwa, a w szczególności nie ma powinności posiadania dzieci. Jakoś poza „doktorską” wiedzą Camerona jest fakt, że wiele osób homoseksualnych lub biseksualnych de facto posiada biologicznie własne potomstwo, a ponadto wielu chętnie podjęłoby się rodzicielstwa zastępczego, zaś dopóki stan prawny odzwierciedla wrogość wobec nich, nie mają oni możliwości adopcji dzieci ani sprawowania opieki nad biologicznym dzieckiem partnera tej samej płci w razie jego śmierci. No ale „dr” Paul przecież „udowodnił”, że nawet najgorszy sierociniec o niebo lepszy jest od takiego środowiska wszelakiego zepsucia, jakim są rodziny z dwoma tatusiami albo dwiema mamusiami, nieprawdaż?


Stek bzdur dobiegł swego końca i publiczność „na tak” zabrała się do klaskania. Ja przypomniałem sobie, że po Dniu Milczenia mam przy sobie gwizdek, znalazłem go i rozgwizdałem się. Zawtórowali mi towarzysze anarchiści, i w ten sposób daliśmy Cameronowi do zrozumienia w języku międzynarodowym, że nie jest tu tak mile widziany jak np. na KUL-u albo w kościelnych salkach postkatechetycznych. Joanna Najfeld oczywiście zinterpretowała ten gest niezgody jako jedyną formę dyskusji, jaką środowisko homoseksualne podjąć potrafi. Potem miały być pytania i tylko 2 osoby zdołały je zadać: jeden z naszych, Janusz, reprezentujący stronę Homiki.pl i dziennikarz Polskiego Radia Wrocław Leszek Budrewicz. Odpowiedzi, jakie otrzymali były albo mętne, albo bezczelne. Zasłużony w działaniach demokratycznej opozycji dziennikarz zapytał, czy złamanie życia Oscarowi Wilde przez uwięzienie go za homoseksualność przyniosło społeczeństwu angielskiemu pożytek, a pan „psycholog” odpowiedział jak moralizator, twierdząc, że bez względu na osobiste artystyczne uzdolnienia zbrodniarz musi zostać twardo ukarany, z czego wynikałoby, że spełnione życie erotyczne dorosłego homoseksualisty jest przestępstwem. Janusz, o ile pamiętam, pytał o sugestie odnośnie „ostatecznego rozwiązania” kwestii homoseksualistów, skoro tacy są straszni, że nijak nie da się z nimi żyć. Analogia z hitlerowskim „ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej” była oczywista, ale Cameron coś mętnego opowiadał, że jakoby nie nawołuje do żadnych represji, choć zapamiętałem, że wyraźnie zachęca do podejrzliwego traktowania homoseksualistów jako „grupy podwyższonego ryzyka wszelkiej patologii”, czyli podważa prawną zasadę indywidualnej odpowiedzialności i równego traktowania. Na płaszczyźnie uprzedzeń etnicznych oznaczałoby to praktykę patrzenia komuś na ręce, bo jest „Cyganem”, a oni przecież „są złodziejami”. Chciałem i ja zadać parę pytań, nawet po angielsku, ale czas na pytania nagle się skończył – pod pretekstem pilnego wyjazdu do innego miasta (ok. 9 wieczorem?). Krótko mówiąc hochsztapler okazał się tchórzem. Najfeld, chroniąc swego „mistrza” po prostu nie dopuściła do dyskusji – w końcu mogłaby zauważyć, że nie tylko gwizdać potrafimy i doznałaby pewnie ciężkiego poznawczego dysonansu w swej wizji świata poukładanego raz na zawsze ze stereotypów, półprawd oraz całej g... prowdy, by użyć terminu tischnerowskiego.


Dość ciekawie jeszcze było podczas wychodzenia z sali. Była tam sobie taka parka w powiedzmy średnim, przedemerytalnym wieku. Pan był łysiejąco rudowłosy, pani była blondynką. Pan wygłaszał pod adresem towarzyszy homoseksualistów widocznych po koszulkach zaczepki słowne, że powinni się leczyć, a nie akceptować siebie i żyć szczęśliwie. Z kolei pani dowaliła się do mnie, wskazując mnie swojemu towarzyszowi palcem z tekstem: patrz, ale ciota. Gdy zwróciłem uwagę, że odnosi się do mnie po chamsku, ta stwierdziła, mówiąc mi „na ty” (zupełnie jak blokersko-dresiarscy nienawistnicy), że czegóż miałem się spodziewać, skoro tak się ubrałem... No po prostu sam sobie winny byłem. Jak się różnisz od większości, to sam odpowiadasz za spotykające cię represje – to chyba ta słynna Cywilizacja Miłości tak działa. Ręce (i nie tylko) opadają. Po tym żenującym widowisku okazało się też, że są nawet na mój temat komentarze w internetowym portalu Frondy: pewien Frondziarz deklarował, że wyglądałem bardzo żałośnie i że będzie się za mnie modlił. Chętnie bym poznał czas tych jego modlitw, bo w następnych dniach były momenty, gdy szczególny power odczuwałem. Może to wtedy?


10.

W II dekadzie maja wyłonił się red. Konrad Piskała, dziennikarz-orkiestra pracujący dla wielu pism, parający się różnymi tematami i piszący również poezję. Zaproponował, abym udzielił wywiadu dla kobiecego magazynu Rewia, co uznałem za pomysł ciekawy z uwagi na specyficznie określony target, do którego warto dotrzeć choćby raz: wcześniej wysyłałem był komentarzyki do Wysokich Obcasów Wyborczej, ale żadnego mi nie wydrukowali. Może są niewolnikami swego tytułu i ukrytej w nim sugestii, że wysokie obcasy to rzecz kobieca?


Z Konradem Piskałą spotkałem się wczesnym popołudniem w pewien słoneczny poniedziałek w śródmieściu Wrocławia, opowiedziałem na szereg tematów, redaktor zrobił sporo zdjęć na Rynku i pobliskich uliczkach, dość szybko przesłał tekst do autoryzacji, i upłynęło już sporo czasu bez mojej wiedzy, czy publikacja nastąpiła czy nie. Jako że w mailowej korespondencji pojawił się Towarzysz z Bułgarii, podczas wywiadu poprosiłem red. Konrada o parę zdjęć do mojego aparatu, żeby mieć coś aktualnego do przesłania ku pokrzepieniu serc w Bułgarii. Załączę więc jedną z fot pokazujących mój codzienny strój.





11.

W czerwcu ponownie wziąłem udział w projekcie Żywa Biblioteka zorganizowanym we Wrocławiu przez Dom Spotkań im. Angelusa Silesiusa i Mediatekę. Dało mi to sposobność, by poopowiadać o powodach moich działań po polsku i angielsku różnym osobom dążącym do podniesienia swego zrozumienia ludzi z grup postrzeganych poprzez krzywdzące stereotypy. Skorzystałem również, samemu nawiązując trochę miłych i nieformalnych kontaktów, skoro było mi dane spędzić sporo czasu wśród przedstawicieli innych takich grup. Co więcej, niedawno stwierdziłem, że współorganizator ŻB, Dom Spotkań, jest instytucją katolickiego zakonu Towarzystwa Jezusowego, czyli mówiąc potocznie Jezuitów. To ładnie, że istnieje w Kościele Katolickim elita szukająca umysłowego kontaktu ze współczesnym światem, o czym świadczy organizowanie tej imprezy mającej na celu poznawanie osób nietypowych i rozładowywanie w społeczeństwie lęków i agresji, jakimi są otaczane. Również inne przedsięwzięcia edukacyjne Domu Spotkań sugerują otwartość na nowe idee – zauważyłem wśród tematów warsztatów i szkoleń kwestie genderowe, tworzenie postaw obywatelskich, promowanie praw człowieka, pojednanie z Niemcami itp. Oczywiście zawsze przy szczegółach może wyjść specyficznie kościelne podejście do niektórych spraw, jednak sama otwartość na dyskusję jest wielką wartością. Szkoda, że Jezuici są w Kościele tylko elitą, a nie większością uosabianą przez najwyższych kościelnych dostojników. Załączam zdjęcie „Żywych Książek na półce”, z którego wynika, że pomimo poglądów zdecydowanie z kościelnymi rozbieżnych, relacje na poziomie ludzkim pomiędzy Antyfacetem a przedstawiciel(k)ami Kościoła są bardziej niż niezłe...


12.

Od początku roku 2009 drzwi do mojej klatki schodowej naznaczone są hasłem „Won pedale” wraz ze swastyką. Oczywiście jest to w złym guście, ale nawet cieszy mnie: w ten sposób ludzie nieidentyfikujący się z faszyzmem, ale niepopierający mojej wolnościowej kampanii zmuszeni są do zastanowienia się, z kim znaleźli się w jednym obozie. A ja z kolei wcale nie chciałbym podobać się faszystom i być uznawany przez nich za dobrego ziomka. Oprócz tego zaczęła mnie dostrzegać nowa grupka nienawistników z sąsiedniej uliczki osiedlowej, wśród których hersztem jest pewien łysol* głoszący hasła w różnych stylistycznych wariantach, że jak jego córka go spyta o mnie, to jej powie, że jestem „dewiantem, który jak Żydzi powinienem iść do gazu”. Zatem jego córka będzie uczona w domu nienawiści i pochwały eksterminacji Żydów – zauważmy, że ukrytym założeniem tego hasła jest zasadność gazowania Żydów. Smacznego!


Ale wg Camerona na pewno jest on gościem w porzo – zrobił dziecko i wspaniale je wychowuje.


13.


W Tarnowskich Górach bywamy odwiedzani przez troje starszych ode mnie kuzynów, spośród których ten męski, Grzegorz, oprócz doskonałej znajomości bieżącego slangu lubi praktykować mowę męskiej dominacji. Jeden odcinek takiej chwalby był na cześć jego dorosłej córki, którą z wielką satysfakcją przedstawił jako swego kumpla od jazdy na motorze, a zilustrował tę opowieść obrazkami z jej dzieciństwa, gdy zawsze chodziła w spodniach, była żywiołowa, i nie bawiła się lalkami, lecz zabawkami mechanicznymi. Pięknie, ciekawe tylko, czy gdyby syn okazał skłonność do lalek i sukienek zamiast spodni, też byłby przedmiotem takiego podziwu? Albo dostawałby po łapach, tudzież byłby prowadzony do lekarzy? Pytanie ważne jest dla wszystkich.

--------------

* Aby uniknąć posądzenia, że wszystkich łysych ludzi stereotypowo nazywam łysolami i oceniam negatywnie, śpieszę wyjaśnić, że pojęcie to odnoszę do tych łysych, którzy stali się takimi z nienawiści, czyli jest to wyraz ich bezrozumnie wrogiej postawy wobec „obcych” i „odmieńców”. Ludzie sympatyczni, a łysi z powodu nieplanowanej utraty włosów albo z innych przyczyn przyjmujący taki styl są jak najbardziej w porzo i bynajmniej ich tak nie nazywam. Niestety stworzony został taki klimat społeczny, że jak widzimy łysych młodych mężczyzn, to spodziewamy się agresji i chamstwa.


t Poprzednia

Następna