3Powrót (Antyfa0)



3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

ANTYFA 0


ROK 2009: PRZEKŁADANIEC SŁODKO GORZKI

LATO I JESIEŃ: DIALEKTYKA ZASTOJU I GALOPU. I WRESZCIE PRZEŁOM!

1.

Po dość dynamicznej wiośnie nastąpiło stosunkowo ciepłe lato, podczas którego postanowiłem zabrać się za sprawę mieszkaniową. Wspominałem już o remoncie ulicy, który wprawdzie poprawił ją wizualnie oraz od strony nawierzchni, jednak popsuł jakość życia części tamtejszych mieszkańców. Niemożność parkowania samochodu pod moimi oknami wychodzącymi na ulicę została przypieczętowana palisadą słupków oddzielających chodnik od jezdni. Na dodatek nawet zachwaszczona młodocianymi nienawistnymi przestępcami boczna osiedlowa uliczka została zawężona u swego wlotu, przez co na dobre już stała się sceną parkowania desperackiego – do tego stopnia, że okazjonalnie przyjeżdżająca tam straż pożarna zmuszona bywała do wycofania się i korzystania z objazdu. Inskrypcja na drzwiach mojej klatki schodowej: „Won pedale + swastyka” utrzymywała się konsekwentnie i dawała mi do myślenia. Równie wyraziście dostrzegłem także zupełnie nierozwojowy charakter mojego mieszkania, które z uwagi na gęste upakowanie mebli i różnych urządzeń bardziej zasługiwało na nazwę studia mieszkalnego – w istocie było ono u kresu swej funkcjonalności. Gdy tylko minęła sesja egzaminacyjna i nastało trochę spokoju, postanowiłem zabrać się za sprawę. Natychmiast, po męsku.

Którejś nocy poguglałem po firmach pośredników kredytowych i bankach, które w reklamach telewizyjnych słodko przedstawiają się jako instytucje od realizacji marzeń. Wypełniłem kilka formularzy zgłoszeniowych, a od rana najbliższego dnia roboczego rozdzwonił mi się telefon i wkrótce byłem już umówiony na kilka rozmów. Każdą z nich rozpoczynałem od formuły antycypującej trudność sprawy, a mianowicie, że ubiegam się o kredyt hipoteczny dla golca: moje oszczędności u progu lata pozwalały co najwyżej myśleć o nabyciu skromnego samochodu, nie nieruchomości. Niemniej jednak wkrótce zostałem posłany do Firmy z garścią formularzy o stanie mojego zatrudnienia i zarobków, pośrednicy optymistycznie obliczali mi zdolność kredytową, że ho ho!, i zacząłem poszukiwać stosownych ofert mieszkaniowych. Bywały okresy ciszy, gdy wyjeżdżałem do Tarnowskich Gór spędzać lato w spodniolach i innych zakrywających tekstyliach, i erupcje aktywności, gdy z dnia na dzień potrzebne były jakieś kolejne zaświadczenia, więc jeździłem do Wrocławia i z reguły zostawałem na kilka dni, spędzając noce na przeglądaniu ofert deweloperów, a dni na porządkowaniu i selekcjonowaniu mienia, którego masa i rozdrobnienie czyniły wizję przeprowadzki niewykonalną. Było to również doświadczenie nostalgiczne: odnajdywałem przedmioty z dość odległej przeszłości i sprzed różnych zakrętów i przełomów życiowych. Były wśród nich stare zapiski, zeszyty z czasów studenckich, niezliczone kartki z namiarami do od dawna niepodtrzymywanych znajomości, a nade wszystko masa ubrań, co do których planowałem jakieś przeróbki albo tylko rozpocząłem je. Osobny rozdział stanowiły buty: jeszcze z czasów, gdy kupowałem je wstydliwie bez przymierzania w sklepie, zatem sporo było zakupów nieudanych i oczekujących na przeróbki lub naprawy w nieokreślonej przyszłości. Przy każdej okazji wyjazdu na miasto za kolejnymi dokumentami pod hipo(te)tyczny kredyt wynosiłem na śmietnik toboły takich rzeczy. Nawet gdy mieszkanie zrobiło się nieco luźniejsze, horrorem wciąż była piwnica...

Nie będę ogłaszał, gdzie wybrałem mieszkanie do nabycia – powiem jedynie, że jest to peryferyjne osiedle o zabudowie wielorodzinnej, acz zupełnie nie w stylu blokowiska: o niskiej zabudowie, z monitoringiem i podziemnym garażem dla mieszkańców. Oczywiście prócz samego mieszkania zdeterminowany byłem kupić także miejsce parkingowe w tym garażu – w przeciwnym razie cały wysiłek nie miałby większego sensu. Po paru tygodniach banki zaczęły ogłaszać swe decyzje kredytowe: a jakże, wszystkie pozytywne, tyle że pod względem przyznanej wysokości kredytu grubo poniżej oczekiwań. Przygotowywałem się zatem do przeprowadzki-widmo, która równie dobrze mogła nigdy nie dojść do skutku. Nie będę też streszczał wszystkich rozważań taktycznych odnośnie sposobu przeprowadzenia transakcji – byłby to niepotrzebny ekshibicjonizm finansowy, a skarbówka i tak swoje wie. Zbliżała się jesień, a coraz więcej banków dawała odpowiedzi, po których szczęka (i nie tylko) mi opadała.

2.

Przed końcem roku akademickiego mieliśmy w Firmie uroczystość w postaci oficjalnego oddania do użytku naszego budynku po remoncie. Wiązało się to z podejmowaniem przez różnych pracowników pewnych prac przygotowawczych i również ja włączyłem się w nurt tych działań. Abstrahując od samej imprezy, na której stawiłem się ubrany po swojemu i było przyjemnie, projekt, który zrealizowałem dla okraszenia uroczystości wywołał chyba dobre wrażenie – zarówno od strony towarzyskiej, jak i formalnej: otrzymałem bowiem dodatkowe zasilenie konta, co z kolei bardzo przydało się przy obliczaniu mojej zdolności kredytowej. Na czas urlopu także otrzymałem pewne zadanie domowe do wykonania na rzecz Firmy, i wiele wskazuje, że zaowocowało to jeszcze intensywniejszą gratyfikacją finansową, która niedawno spłynęła na moje wychudzone konto. To ładnie, że uniwersytecki pracodawca docenia różne dodatkowe wysiłki pracowników – wciąż mam w pamięci innego pracodawcę, który zwykł takie rzeczy ignorować i na dodatek podgryzać ludzi, którzy wychodzili ponad przeciętność. Uniwersytet zasługuje na sporo ZŁOTYCH TIPSÓW!


3.

Jakby dla zdławienia zdołowania na tle bankowych decyzji kredytowych pojawiła się na horyzoncie niemiecka telewizja ARD1 z propozycją nakręcenia w gruncie rzeczy typowego reportażyku o antyfacetyzmie. Zgodziłem zię, i w ostatnich dniach września, gdy uniwersytecka praca już zaczynała się intensyfikować, ekipa odwiedziła mnie. Spędziliśmy ze sobą półtora dnia: jak zwykle oczekiwano, że będę przed kamerą kupować buty i jakiś przyodziewek, tyle że ja stałem wobec wielkiej niewiadomej odnośnie moich zasobów finansowych i potencjalnej transakcji mieszkaniowej. Zatem już na wstępie oświadczyłem, że nałożyłem sobie moratorium na zakupy i mogę coś ciekawego kupić jedynie, jeśli zostanie to zasponsorowane. I sprawująca pieczę nad kręceniem materiału młoda niemiecka dziennikarka o imponującej znajomości języka polskiego Vera Sonntag (pozdrowienia dla Continuity Girl :) ) załatwiła budżet na ten cel. Zatem rzuciliśmy się w wir kręcenia i zakupów. W którymś momencie między jednym powtórzeniem scenki a następnym zadzwonił telefon od jednego z ostatnich pośredników kredytowych. Pan z nieco tajemniczym tonem przedstawił sumę, a po szybkim przeliczeniu zasobów potencjalnie możliwych do zmobilizowania wyszło mi, że z pewnym trudem, ale przy tej ofercie da się z projektem wystartować. Odpowiedziałem więc, że ruszamy ze sprawą, umówiliśmy się na początek następnego tygodnia, i wróciłem do kręcenia z polskimi Niemcami (operatorzy byli bowiem Polakami zatrudnionymi w polskim oddziale TV ARD1) kolejnych powtórzeń banalnych scenek na Rynku. W ciągu weekendu przełamałem się i zstąpiłem do piwnicy – teraz potrzeba jej opróżnienia była już realna: zajęło mi to ok. 3 dni, uświniony byłem na maksa, złośliwie zostałem odrapany po nogach (ja, Antyfacet!) przez różne nieporęczne rupiecie i kawałki mebli po poprzednich lokatorach, ale dałem radę – stare mieszkanie zostało przygotowane na ewentualną sprzedaż. Natomiast spotkanie z doradcą kredytowym przyniosło kolejne tąpnięcie odnośnie wysokości kredytu proponowanego mi przez bank – manewry mające podwyższyć moją zdolność kredytową dokonywały się przez momentami nierealistyczne rozciąganie czasu spłaty kredytu, a przyszłe fakty w rodzaju sprzedaży dotychczasowego mieszkania nie mogły mieć wpływu na decyzję dotyczącą stanu rzeczy tu i teraz, chyba żebym zdecydował się na kredyt na dwóch hipotekach, a to utrudniałoby mi dysponowanie starym mieszkaniem. Za kilka dni przedstawiono nową proponowaną wysokość kredytu, i znów, stwierdziwszy nieco bardziej utrudnioną wykonalność, wyraziłem zgodę. Niebawem pakiet dokumentów był gotów do podpisania – dokonałem tego wieczorem w ostatni poniedziałek września i jeszcze tej samej nocy przelałem deweloperowi moją część należności. Za 2 dni bank przelał swoją. Sprawa, która przez całe lato majaczyła w mgle nieokreśloności, a przez kilka lat była bardziej mglistą wizją przyszłości, nagle stała się faktem, i to z dynamiką startującego samolotu. Ani się obejrzałem, gdy byłem już umówiony na odbiór mieszkania od dewelopera, po czym oddaliłem się z pękiem nowych kluczy i pilocikiem do bramy garażowej w ręku. Za kolejnych parę tygodni podpisaliśmy umowę notarialną, i pozostało poszukać przewoźnika od przeprowadzek. Po zasięgnięciu języka wśród Znajomych i Przyjaciół nader szybko wyłonił się stosowny przedsiębiorca i termin realizacji zlecenia ustanowiliśmy na kilka dni po pierwszej rozmowie telefonicznej. I tak też się stało: w ostatnią sobotę października zostałem przewieziony. Totalnie: w niemal 20 koszach na rzeczy luźne, z meblami opakowanymi folią, po nocy spędzonej na gorączkowym pakowaniu wszystkiego, z nieocenioną pomocą Wielkiej Towarzyszki od Happeningów i Spraw Prawnych Prószki, która ogromną odegrała rolę przy demontażu stosunkowo niebezpiecznego mebla: podsufitowej szafki szynowej. Pominę szczegóły moich wcześniejszych wycieczek do nowego mieszkania, gdzie początkowo nie było ni jednej lampy, instalacji kuchennych, a z projektu prac wykończeniowych w ostatniej chwili na gwałt zrzuciłem kilka prac, których przy niższym od oczekiwań kredycie nie byłbym w stanie pokryć. Na szczęście udało się powstrzymać te kilka prac, a ponadto remontowiec do starego mieszkania zawalił był termin ustalony na początek września, dzięki czemu ja zachowałem środki dramatycznie potrzebne do samego nabycia nowego mieszkania w warunkach niższego kredytu.

4.

Won pedale” – czy nienawistnicy z Grabiszyńskiej zwyciężyli? Czy ja przegrałem usuwając się z tamtego osiedla? Czy spełniłem ich żądanie? Odpowiadając zadam pytanie: czy mieszkając w nowej, znacznie przestronniejszej siedzibie, z wygodnym i bezpiecznym garażem w podziemiu i sympatycznymi nowymi sąsiadami, którzy swoich nowo narodzonych dzieci nie wychowają na blokersów i kiboli jestem przegranym? Nie sądzę. Gdyby sytuacja na Grabiszyńskiej nie zmieniła się radykalnie i gdyby cała społeczność tam mieszkająca składała się z ludzi przyzwoitych i sympatycznych, być może długo jeszcze męczyłbym się w tym stanie ciasnoty i prowizorycznych rozwiązań instalacyjnych, uznając projekt zmiany mieszkania za formę barwnego marzenia, dla realizacji którego brak jednoznacznego bodźca. Poniekąd w ten sposób przeleciało mi kilka lat. Dlatego właściwie mogę być wdzięczny Władzom miasta, że wymyśliły remont ulicy wg projektu, który jako tako przeze mnie oswojoną przestrzeń uczynił obcą i znacznie bardziej nieprzyjazną. Poniekąd podziękować mogę także nienawistnym durniom tam zamieszkującym – wydatnie pomogli mi wbrew mojej naturalnej skłonności do bezczynności podjąć tę iście męską decyzję, że dość! Że życie w tej badziewnej scenerii musi się zmienić na coś lepszego. I to TERAZ! Ani jednej zimy więcej z ganianiem do auta zaparkowanego przystanek tramwajowy od domu i powrotu po ciemku w teatrze wojennym, gdzie za każdym rogiem jakiś gnój* przeżywający MÓJ wygląd może zmusić mnie do totalnej obrony, gdzie chodzenie z ciężkimi pakunkami zajmującymi obie ręce z tego powodu dodatkowo jest ryzykowne, gdzie zapomnienie zabrania czegoś z samochodu oznacza konieczność opuszczenia twierdzy i ponowną wyprawę przez wrogi teren, a na i tak oddalonym miejscu parkowania często trzeba czekać na wolne miejsce, więc zakupy zawierające produkty zamrożone mogą spłynąć, i na dodatek raz po raz administrator parkingu umieszcza groźne wywieszki o odholowywaniu samochodów parkujących bez zezwolenia lub nienależących do mieszkańców, pracowników, itp. ...


Dlatego niechże uhonoruję tych nienawistnych śmieci*, którzy obrzydzili mi ulicę Grabiszyńską i skłonili mnie do poprawienia swego życia. Uczynię to ukonkretniając nieco ich postaci:


5.

Rozliczając się z ulicą Grabiszyńską na pożegnanie z nią nie mogę pominąć sąsiadów z mojej bramy, z którymi nie tylko wymienialiśmy grzeczności, ale ucinaliśmy sobie rozmówki na schodach i wymieniali przysługi, i cichej większości ludzi przyzwoitych i neutralnych, którzy okazjonalnie odzywali się przyjaźnie po moich pojawieniach się w telewizjach, albo którzy po prostu potrafią zachowywać się neutralnie nawet, jeśli mają wobec kogoś jakieś wątpliwości i są zszokowani. W gruncie rzeczy jest to składnik zwykłego dobrego wychowania, niestety takich zdziczałych czasów doczekaliśmy, że ludzie okazujący tę formę powściągliwości należą do swoistej elity. To wszakże dzięki nim momentami „zapominałem się”: wydawało mi się, że żyję w normalnym miejscu, gdzie moje dodatkowe środki bezpieczeństwa są paranoiczną przesadą. Mówiąc o osobach pozytywnych muszę tu jeszcze wyróżnić pewną Starszą Panią, która wręcz zainterweniowała werbalnie w mojej obronie latem tego roku, gdy bez „uzbrojonej” kamery wychodziłem na miasto wynosząc toboły niepotrzebnych rzeczy, a nienawistnik z klatki 129 wraz z kumplem ryczał jakieś gówno* z wizjami „ruchania mnie” jako „panienkę”. Otóż Pani ta próbowała uświadomić im niestosowność tego typu tekstów i skłonić ich do zamilknięcia, co jednak doprowadziło tylko z ich strony do wykrzyczenia wręcz płaczliwym głosem jakby skargi, że „chodzi w spódnicy i szpilkach”, czyli najwyraźniej zasługuje na obelgi. Starsza pani potraktowała ich jak ludzi, próbując wpłynąć na nich słowną perswazją, a tu takie rzeczy nie działają, to nie ta kategoria. W każdym razie DZIĘKUJĘ tej Pani, albowiem wykazała bardzo ludzką i wręcz heroiczną postawę, na którą wszakże nie stać większości młodszych mieszkańców tamtego obszaru, bo ich w końcu nie chroni status starej kobiety, której jakby nie wypada bić, a muszą też parkować tam swoje samochody, wieczorami wyprowadzać psy, i stąd z lokalnymi młodocianymi przestępcami zadzierać nie mogą. Cóż z tego, że ludzie poczciwi zamieszkujący tę dzielnicę stanowią statystyczną większość, skoro kilku degeneratów, których wychowanie kiedyś się załamało, psuje efekt jak kulki ekskrementów zamiast rodzynek w cieście? Osiedle takie jest przeklęte: tam pozamiatane alejki to tylko złudzenie ładu, porządku i bezpieczeństwa, a gdy przyjdzie co do czego, domofon czy ogrodzenie terenu w niczym nie pomogą – wróg nie przychodzi z zewnątrz, on TAM już jest, wśród sąsiadów. Zwykle co najmniej raz do roku niszczona jest instalacja doprowadzająca Internet, a ach! Policja tradycyjnie nie wykrywa sprawców (którzy chyba nie działają w rękawiczkach i zostawiają też DNA). Do każdej klatki schodowej jest domofon, a klucze posiadają mieszkańcy i piwnice też są zamykane. Do niszczenia szaf z instalacją nie przychodzą obcy – robią to tubylcy posiadający klucze do wszystkich drzwi stojących na drodze i nikt nie musi ich wyłamywać. Jeśli już przybysze z sąsiedniej ulicy sprawcom miejscowym towarzyszą, to właśnie przez nich są wpuszczani. Ale najwidoczniej ludzie dzielą się na pewne klasy, dzielnice na lepsze i gorsze, a tam, gdzie właściciele mieszkań stanowią mniejszość, brakuje gospodarza, i niszczenie mienia wspólnego jest częste. Tu gdzie teraz mieszkam nie ma ani jednego graffiti! Wśród społeczności, gdzie 100% stanowią właściciele mieszkań i części wspólnej nieruchomości, jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, by smarować na ścianach jakieś bzdury o dominacji Śląska Wrocław nad całą Polską (że ona niby cała „w cieniu Śląska”) ani o jakimś „Odlocie”, który chyba czuje, że panuje „na parafii” i zaznacza „swój” teren jak zwierzątko obsikujące rewir, czy żeby wygrażać Policji przez skrót HWDP lub jego wersję ciut bardziej „oświeconą” CHWDP. Zresztą, by zrewitalizować taką dzielnicę, trzeba by olbrzymich nakładów, które musiałby wyłożyć większościowy właściciel, czyli miasto. I nie chodzi tylko o latarnie rozjaśniające podwórko, na którym miła roślinność po zapadnięciu zmroku zamienia się w chaszcze, w których może czaić się napastnik. Nie tylko o monitoring czy patrole policyjne lub ochroniarskie – w obecnym stanie zabagnienia wychowawczego potrzebni są święci ludzie, którzy wykonaliby jakąś wtórną pracę wychowawczą wobec podwórkowego towarzystwa, które nie zakorzeniło się w wartościach ludzkich, gdy w ich osobniczym życiu był na to stosowny czas. Istnieją takie programy prac socjalnych, w ramach których odpowiednio przeszkoleni ludzie zapoznają się z młodzieżą zagrożoną degradacją, pozyskują jej zaufanie, nawet przyjaźń i posiadają też środki, by zaoferować lepsze sposoby spędzania czasu i przez bezpośrednie doświadczenie uświadomić potrzebę umysłowego rozwijania się, zamiast samozadowolenia z śmieciowej formacji umysłu posiadanej obecnie. Zresztą sama architektura złożona z rzędów bloków nie sprzyja poczuciu bezpieczeństwa, gdy znalazłszy się w korytarzu ograniczonym długim murem człowiek napotykający tyralierę nakręconych do agresji młodzików nie ma gdzie skryć się czy uciec.


Dlatego moje wycofanie się stamtąd to nie moja porażka – to przegrana podstawowych wartości ludzkich, których nie udało się przenieść do kilku głów, choć sporo było w mediach publikacji wyjaśniających moje postępowanie, i do wielu to trafiło. Moje odejście powinno natomiast być sygnałem ostrzegawczym dla wszystkich porządnych ludzi tam mieszkających. Wiedzcie, że nawet nieźle zadbane alejki Waszego osiedla tylko na pozór wyglądają przyjaźnie i bezpiecznie – Wasz los w istocie wisi na włosku, na łasce kilku nienawistnych młodzieńców, którzy faktycznie są żandarmami Was kontrolującymi. Gdy zdarzy się Wam zrobić coś, co w ograniczonej głowie młodocianego przestępcy się nie mieści – będziecie mieć kłopoty. Oni są wobec Was strażnikami urojonej normalności! Jeśli przykładowo Wasze dziecko okaże się gejem, łapcie drugi i trzeci etat, i kupcie mu mieszkanie gdzieś indziej, bo przyprowadzenie partnera tej samej płci w sposób zdradzający bliskość może się źle skończyć, bez względu na Waszą akceptację tego faktu. Może w ogóle nauczcie się mówić „Dzień dobry” krótko ostrzyżonym młodzieńcom z piwkiem i papieroskiem w ręku? Zawsze lepiej, gdy będą widzieć w Was „ziomala”, „swojaka”. Trudniej będzie Wam też wychować dzieci na ludzi – sprawdzajcie, jak się bawią i z kim na podwórku się przyjaźnią. Ludzcy degeneraci nie są wizualnie nacechowanymi obdartusami – nędza kryje się w głowach i zachowaniach. Zachwaszczenie umysłów nienawiścią może się zdarzyć każdej chwili. A gdy tylko będziecie mieć okazję, uciekajcie stamtąd. Być może dzielnica ta dobra jest tylko dla ludzi tymczasowo potrzebujących lokum do wynajęcia: studentów i absolwentów krótko po podjęciu pracy, zanim dorobią się czegoś lepszego. Być może większa liczba mieszkańców tego typu poprawi trochę strukturę społeczną osiedla. Obecnie jednak zakorzeniać się tam nie ma sensu.


-------

* Są to najłagodniejsze adekwatne określenia, właściwie o charakterze opisowym, nie obraźliwym, jakie przychodzą mi do głowy charakteryzując głównych przyjemniaczków przestrzeni okołośmietnikowej i ich poczynań. Poza tym ja też mam prawo do pewnego poziomu emfazy, czyż nie?


t Poprzednia

Następna