3Powrót (Antyfa0)



3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

ANTYFA 0


ROK 2010: POGRYWANIE – STABILNOŚĆ KONTRA SZTORM

1.

Rok 2010 zaczął się właściwie standardowo: z moim stylem wkroczyłem we wszystkie dziedziny życia z marszu i wydawało się, że wszystko idzie normalnie. Trzeba było po prostu skromnie żyć, robić swoje i jednocześnie prowadzić remont starego mieszkania, które od jesieni musiało być gotowe do wynajęcia. Trochę występowałem przed kamerą Ani i Oli, które tworzyły filmik dokumentalny na potrzeby swojej uczelni, rozwijając przy tym miłą znajomość i zażyłość. Semestr zimowy się skończył, nastąpił semestr letni, miała miejsce katastrofa smoleńska i wydawało się, że jest to jedyna sprawa, którą można się chwilowo przejmować. Tymczasem, w wyniku pewnej mojej nieostrożności, pojawiła mi się kłopotliwa sprawa w miejscu pracy, która stosunkowo naruszyła mi komfort bytowania – stało się to w momencie, gdy kilkakrotnie poddałem się nastrojowi zadowolenia ze swej obecnej sytuacji. Stąd wniosek i ostrzeżenie dla wszystkich: uważajcie, co myślicie! Być może są jacyś ukryci operatorzy rzeczywistości, którym zapala się na pulpicie błyskająca lampka przy fiszce osoby, która uznała swoje życie za zadowalające i wtedy zabierają się do akcji, wymyślając delikwentowi perypetie, i patrzą, w którym momencie ofiara się wkurzy albo załamie. Uwaga! Nigdy nie myślcie sobie, że jesteście zadowoleni, a już tym bardziej – szczęśliwi! To przynosi nieszczęście! Aż się boję, że zacznę myśleć religijnie...

Co do siary, która pojawiła się na mojej drodze, to powiem tylko, że trwała do jesieni tego roku i zakończyłaby się w miarę znośnie, gdyby nie groźba wypowiedziana pod moim adresem przez Kogoś Ważnego, przy czym przedstawiony mechanizm realizacji tej groźby uważam za tyleż paradoksalny co bezprawny. W każdym razie byłoby to czyste prześladowanie mnie z tytułu odmienności, jaką przedstawiam w codziennym życiu, i od razu uczyniłoby mnie męczennikiem Sprawy. Zapewne czasy są już trochę inne niż za Jezusa z Nazaretu, więc są pewne szanse, by męczennik wygrał w odpowiednich sądach i z rozgłosem medialnym, ale założeniem mojego antyfacetowskiego planu było i w dalszym ciągu jest (ang.: has been), żeby przeprowadzenie tego obyczajowego wyłomu odbyło się bezkrwawo i bez męczeństwa, radośnie, pozytywnie, w sposób pozwalający otoczeniu umysłowo rozwinąć się i ucieszyć świadomością z poszerzenia własnej tolerancji i otwartości w nie mniejszym stopniu, jak ja cieszę się większą wolnością i przynoszę nadzieję innym Innym. Dlatego zamiast toczyć sądowo-medialne kampanie obronne i być może po drodze stoczyć się ku nędzy, wolę, by nikomu nie przychodziło do głowy poddawać mnie represjom, choć w ten sposób istotnie mógłbym lawinowo zyskać zainteresowanie medialne i nawet skokowo dostać się do polityki jako ikona reprezentująca jakieś zagadnienie i grupę ludzi z nim związaną. Dlatego póki co nie rozwijam szczegółów i wolałbym nigdy nie musieć do sprawy wracać, i pozwolić, aby wszystkie jej Strony spokojnie o niej zapomniały. Póki co ponownie nastała miła stabilizacja i nawet otrzymałem nagrodę za parę drobiazgów zrobionych po godzinach, i rozwoju sytuacji w tym kierunku życzę sobie i Firmie! Aha, znane są badania socjologiczne na gejach, z których wynika, że są wydajniejszymi pracownikami w miejscach, gdzie nie muszą swej tożsamości ukrywać i nie doznają z tego powodu żadnych przykrości. Z innymi jest tak samo, a ja jestem przykładem: działając w miejscu pracy z wizerunkiem prawdziwym dla mojej ogólnie mówiąc tożsamości, chodzę do pracy znacznie chętniej, pomimo iż na pewno wolałbym każdego ranka spać odpowiednio długo, a mając stale czas wolny i odpowiednie zasoby finansowe nigdy bym się nie nudził. Po prostu pobyt w miejscu pracy nie jest już związany z poniżającą autoagresją, gdybym musiał swoim wizerunkiem zaprzeczać samemu sobie i przykładać się do ogólnego antropologicznego kłamstwa, że istnieją tylko „mężczyźni lub kobiety” albo że „mężczyzną” można być tylko w kulturowo nakazany sposób. Godność też się liczy!

2.

Wspomniałem politykę i zwietrzyłem okazję przystąpienia do niej. Jesienią z Platformy Obywatelskiej wystąpił Janusz Palikot i organizuje swych zwolenników w stowarzyszenie a potem w partię. Postanowiłem przyjrzeć się zjawisku bliżej i nawet od środka. Pojawiłem się na demonstracji w sprawie terroryzowania posłów przez biskupów ekskomuniką w sprawie in vitro, która miała miejsce pod siedzibą wrocławskiego arcybiskupa. Później pojawiłem się na regularnych spotkaniach członków Ruchu Poparcia Palikota. Swoją drogą ciekawe, czy moja obecność na tym wiecu pomogła, czy przypadkiem nie zaszkodziła tej inicjatywie politycznej? Jednakowoż relacje medialne z tamtego (by tak rzec) iwentu nie były zbyt obszerne i nigdzie nie widziałem moich wypowiedzi, których do kilku kamer udzieliłem, ergo reperkusje mojego skromnego udziału nie były zbyt rozległe. Poniekąd widać, że media niechętnie obecnie odnoszą się do szefa przedsięwzięcia, trzymając się przyprawionej mu PiS-owskiej gęby człowieka zwariowanego i źle wychowanego, co wszakże nie jest prawdą, gdyż JP jest wykształconym humanistą rozumiejącym złożoność ludzkiej egzystencji i, jeśli wypowiada się czasami za pomocą wyrazistych happeningów, to tylko matoł może ograniczać ich odczytywanie do bulwersujących powierzchownych szczegółów. Jakkolwiek nie we wszystkim zgadzam się z JP, uważam, że warto słuchać, co mówi, np. o katastrofie smoleńskiej albo o świeckości państwa. Nie miałem jesienią zbyt wiele czasu na sprawy publiczne i nie śledziłem działań stowarzyszenia, lecz na głównych spotkaniach Ruchu byłem i myślę, że z czasem wciągnę się w ten nurt działania, pod warunkiem, iż będę widział, że partia zbudowana przez tych ludzi nie będzie zakonem nadętych garniturowców typu prawdziwy mężczyzna na billboardzie z gołonogą małżonką + dziatwa parę kroków z tyłu, ale że możliwe tam będzie, by gdzieś w pierwszym szeregu pojawiali się też osobnicy zakłócający zamknięty mieszczański wzorzec człowieka i polityka. Chodzi o to, żeby nie było to pochylanie się „prawdziwych heteronormatywnych zwycięskich mężczyzn” nad różnymi „biednymi i upośledzonymi odmieńcami”, dla których coś tam w polityce uwojują, lecz by partia ta sama dawała sposobność tym „wybrakowanym” przypadkom ludzkim podziałać w swoich sprawach osobiście. Widzę wszakże, że spełnianie funkcji w stowarzyszeniu i późniejszej partii wymaga znacznego zaangażowania i czasu, co charakter mojej pracy znacznie ogranicza. Ale próbować trzeba.

3.

Byłem też na czterech demonstracjach: wiosną na „Manifie” w Dniu Kobiet, także na corocznym happeningu KPH pt. „Dzień milczenia”, a we wrześniu na „Wrocławskim Marszu Równości” i w końcu 11.11 na wygwizdywaniu faszystów.

Zacznijmy od pierwszego – po prostu przybyłem na miejsce zbiórki, chwyciłem jakąś planszę na patyku i poszliśmy. 8 marca nie było zbyt ciepło, ale dałem radę – jak znajdę foty z moim udziałem, to zamieszczę i zobaczy się, jak nieprawomyślnie byłem ubrany na tę okazję.

W ramach „Dnia milczenia” postałem z Towarzyszami pod pręgierzem ok. 20 minut, przy akompaniamencie bębnów i pod tęczową flagą oraz z hasłami na milcząco pokazywanymi przez frontmenki (by tak rzec,?), bo usta mieliśmy zaklejone taśmami. Happening ten został przesunięty w czasie z powodu żałoby narodowej po smoleńskiej katastrofie, więc nie odbył się w dniu typowym dla tej okazji.

Następnie przypadkiem znalazłem się na froncie Marszu Równości: oto spotkawszy się w mieszkaniu organizatorów udaliśmy się pieszo ku miejscu startowemu marszu, i, by pomóc, chwyciłem za pierwszy zwinięty transparent pod ręką i go poniosłem. Gdy Marsz się formował, transparent ten do mnie przykleił się na dobre, znalazła się partnerka (o imieniu Marta?) do drugiego patyka, a skoro jego treścią okazało się gorące wówczas hasło nawołujące do odejścia minister Radziszewską, która niezbyt udolnie walczy z dyskryminacją, zostaliśmy skierowani na czoło pochodu. Jakkolwiek szedłem tam dla wartości, nie dla lansu, ale z uwagi na niesienie transparentu na absolutnym froncie pochodu, spodziewałem się znaleźć siebie w istotnych medialnych produkcjach, a ledwie w Onecie.pl znalazła się fota wyraźnie pokazująca mój udział w tej demonstracji. Chyba uwierzę w potęgę mediów – jak kogoś nie chcą widzieć, to nawet na czele demonstracji może go nie być (a wydaje się, że prócz udostępnienia tej demonstracji nieanonimowej już twarzy, po prostu nawet ładnie byłem ubrany: w biało-kremowych sandałkach i bluzeczce w paski biało-beżowo-granatowe – był to bowiem jeden z ostatnich dni wspaniałej letniej pogody!). W każdym razie miasto mnie widziało i dostawałem różnymi kanałami potwierdzenia dostrzeżenia mnie, także w formie fot od osób prywatnych – przykładowo od Zbyszka (patrz wyżej na prawo), któremu za podesłanie materiału dziękuję. Dodam, że dziwna linia wychodząca od mojej aktówki w górę to nie błąd na kliszy czy skaza na pamięci lub matrycy CCD aparatu, ale linka balonu wypełnionego helem, który prowadziłem (albo mnie prowadził :) ).

Wreszcie wziąłem udział w wygwizdywaniu Nazioli, którzy upodobali sobie święto 11 listopada, by je zohydzić swoimi demonstracjami. Kiedyś, za komuny, obchodzenie 11 listopada było zabronione i opozycjoniści, którzy publicznie to święto celebrowali, doznawali represji. Obecnie, po 20 latach niepodległości, znów nie ma spokoju w Dniu Niepodległości – nienawistna prawica zawłaszcza sobie ten dzień jako pretekst do swoich pomylonych demonstracji. Oficjalnie pod hasłami „niepodległości” Rzeczypospolitej, nawołują do wyjścia z Unii Europejskiej, która narusza naszą „niepodległość” wymuszając na polskich władzach respektowanie praw człowieka, przez co nasze państwo jest „słabe”, bo nie może, jak np. Rosja, sponiewierać każdego swego obywatela, który nie podoba się władzy z powodu poglądów albo np. orientacji seksualnej. „Silne” państwo w ich rozumieniu to autorytarne państwo, i takiej wizji „niepodległości” trzeba się zdecydowanie przeciwstawiać. O kontrmanifestacji wobec środowisk faszystowskich dowiedziałem się przez net, i jak zwykle wybrałem się na nią w lekkim niedoczasie, który nadrobiłem po drodze, ale na końcu drogi i tak poniosłem dodatkowe straty szukając miejsca parkingowego – w dniu 11 listopada firmowy parking był zamknięty na głucho. Przybyłem zatem na Rynek z ok. 15-minutowym opóźnieniem, a wtedy wszystko już szło na całego. Co więcej, wkroczyłem na Rynek od strony naziolskiej, musiałem więc klepnąć policjantów z kordonu, żeby rozstąpili się i przepuścili mnie do mojego obozu. Odbyło się to bez żadnej trudności i odtąd gwizdałem po właściwej stronie, a nawet odnalazłem (cudownie, w ciemnościach!) dziewczynę, z którą dla większej raźności umówiłem się był, żeby razem na tę demonstrację iść. Naziole mieli w planie przejść pod pomnik Bolesława Chrobrego i podczas ruchu dochodziło do przemieszania się uczestników obu manifestacji, podczas których nie dano mi wątpliwości, iż jestem „pedałem” i bardzo przeżywano „jak ja wyglądam”, wszakże bez dalszego werbalnego opisu niestosowności mojego wyglądu (a byłem ubrany w półbuty z ok. 10-cm obcasem stylizowane na adidasy, czyli na sportowo, po męsku, zwykle noszoną dżinsową spódnicę midi, rajstopy z mikrofibry kol. stalowego i czarny płaszczyk). Aha, jeszcze wyrażano ni to radę, ni to polecenie, abym „wypierdalał” (przepraszam zbyt wrażliwych Czytelników, ale tak po prostu było). Widać zatem, że wersja niepodległości Polski reprezentowana przez tych chyba sfrustrowanych, acz nader „prawdziwych” mężczyzn jest taka, że dla mnie pewnie nie byłoby miejsca w kraju przez nich rządzonym: ciekawe, czy trafiłbym do getta czy od razu do KL? A może byliby „humanitarni” i tylko wymusiliby emigrację? Mogliby ogłosić jakiś program swoich działań po przejęciu władzy...





Warto zauważyć, że nacjonalistyczni nienawistnicy lubują się w używaniu barw narodowych. Jakkolwiek są oni w stanie obrzydzić wszystko, z narodową flagą włącznie, trudno im tego zabronić, bo w końcu mają obywatelstwo polskie itd. Uderzające jest wszakże, że walczące o emancypację feministki i mniejszości seksualne jakoś zapominają o swoim obywatelskim prawie do używania flagi narodowej, choć doświadczenia 20-letniej niepodległości wskazują, że strajkująca załoga byle jakiego zakładu, walcząca o pieniądze czy jakąś rozgrywkę chytrych związków zawodowych, rutynowo używa oflagowania w barwach ze wszech miar narodowych, jakoby ich partykularna sprawa miała znaczenie ogólnopaństwowe czy narodowe, cokolwiek to znaczy. Radzę, aby środowiska mniejszości seksualnych i innych również przyłączyły do swojego inwentarza środków barwy narodowe, bo mają do nich nie mniejsze prawo niż wszyscy inni, a brak tych symboli może być rozgrywany przez nienawistników (posłuchajcie Korwin-Mikkego!) jako argument, że „geje to zachodnia fanaberia”, wynalazek obcy, podczas gdy w polskiej tradycji homoseksualistów żadnych nigdy nie było (i nie będzie). Optymalne byłoby w przyszłości wyrzeknięcie się nadużywania narodowych symboli przez partykularne grupy walczące o słuszne bądź urojone interesy i prawa, ale skoro dotąd zawłaszczanie tych wartości jest praktykowane przez faszystowską hołotę, nie wolno oddawać jej pola. Żenujące jest również, jak bezsilne są władze wykonawcze i sądownicze wobec propagandy nienawistników nacjonalistycznych i rasowych – wystarczy, że ich hasła zawierają jakieś metaforyczne albo symboliczne obrazowanie wroga lub taki wyraz intencji wobec niego, a już prawo jest bezsilne; dotyczy to również interpretacji przestępstwa w postaci groźby karalnej. Rzadko kiedy zdarza się przestępca-idiota, który otwartym tekstem sprecyzuje swoje groźby wobec ofiary, i dopóki nie powie: „zabiję”, „pobiję”, „zniszczę” – polskie organa ścigania i wymiaru sprawiedliwości są bezsilne (no chyba że dotyczy to byłego prez. Kaczyńskiego), a władze samorządowe nie są w stanie zabronić demonstracji o jawnie nienawistnych treściach, lecz nieco ukrytych pod metaforycznym sztafażem (np. „Śmierć garbatym nosom!”). To jest faktyczna słabość polskiego państwa! I hańba!

4.

Po blisko 3-letnim życiu poza dżenderowymi rolami warto dokonać podsumowania odnośnie społecznej recepcji postaci, jaką jestem. We Wrocławiu sytuacja jest dość stabilna, czyli większość spotykanych przygodnie ludzi na ulicach i w innych miejscach nie reaguje na mój widok. Wyjątkami są wycieczki dzieci i młodzieży przybywające spoza miasta, również trochę niezdrowych reakcji zdarza się w miejscach rzadko przeze mnie odwiedzanych. Tam sprzedawczynie (przykładowo sklepów obuwniczych) chichoczą i przywołują koleżanki z zaplecza, również młodociani o dresiarskich i nie tylko cechach wyrażają głupie reakcje. Dotyczy to w szczególności samców, uczących się „na mężczyznę” – oni (właściwie: one) jakoś mają wprogramowane, że jak coś ich dziwi i wykracza poza ich zdolności zrozumienia, to reakcją jest: „ja pierdolę”. Czyli jak mężczyzna nie wie, co myśleć, to wykonuje czynność erotyczno-reprodukcyjną, i pewnie, celem wyrażenia pogardy. Ciekawe, czy robienie tego ze swą ukochaną też wiąże się z okazywaniem szowinistycznie męskiej wyższości i pogardy, czy jest to organicznie związane z byciem stroną „penetrującą”? I idźmy z tym dalej: czy
„prawdziwi mężczyźni” uważają, że powstali wskutek „pierdolenia” ich matek przez ojców? Inną reakcją jest po prostu zaklnięcie przez odwołanie się do zawodu prostytuta żeńskiego na k. Raz tej jesieni znalazł się jakiś dziwnie zajadły osobnik, który gdzieś na ul. Szewskiej widział mnie, jak kilka razy przechodziłem w krótkim czasie tam i z powrotem, i za każdym razem (poniekąd nie wiadomo skąd – może przez okno jakiegoś mieszkania tam położonego) wygłaszał dywagacje o tym, jakim to wadliwym genetycznie produktem jestem, by na koniec opuścić swą siedzibę/kryjówkę, i poleźć za mną i mnie opluć w pobliżu mojego budynku. Skoro nie był to dzień happeningu z możliwością opluwania mniejszości seksualnych, oddałem mu oplucie, co może potem zauważył, i gdy po odkażeniu się w moim budynku wyszedłem ponownie na ulicę, typek ten stał obok podobnego sobie w pobliżu i wywiązała się pyskówka, w ramach której polecali mi, żebym „wypierdalał z tego kraju”, a ja wskazałem, że „jestem u siebie, płacę tu podatki”, na co oni mieli już tylko asemantyczny bulgot inwektyw. Hołota ta nagrała się na monitoringi okolicznych firmowych budynków i zawsze odpowiednie fragmenty mogą się przydać. Oczywiście nie stać mnie na inicjowanie postępowania, którego sądowy bieg musiałbym osobiście finansować – może powinienem zwrócić się o stosowną pożyczkę do Rządu RP? Podobny seans nienawiści miał miejsce na ul. Grabiszyńskiej, gdy któregoś razu po dniówce spędzonej w starym mieszkaniu przy pracach porządkowych po remoncie wywoziłem na dwukołowym wózku masę rupieci. Wtedy z pełzającego na tej ulicy korku wyodrębniło się eleganckie srebrne Audi, pełne łysych jakby sportowców, którzy zatrzymali swe auto, denerwując ludzi za sobą, i jęli wygłaszać obelżywe kawałki, w których prócz zwykłych wyzwisk były też wizje, jak należałoby mnie potraktować, czyli: „obciąć jaja, ruchać/jebać kijem w dupie”. Opuścili też szyby (oczywiście na silniczkach) i pluli, lecz nie sięgnęli. Bywałem na ul. Grabiszyńskiej wiele razy, ale raz zdarzył się przypadek zrównoważony obywatelską i ludzką postawą pewnego przechodnia: oto ujawniłem się na chodniku, jak zwykle z masą pakunków i wózkiem, a szła nim również banda wyrostków (oczywiście męskoorganowych), którzy zaczęli się głośno bulwersować i napędzać do szydzenia, aż tu odezwał się tenże (również męskoorganowy i niekontrowersyjny pod względem wyglądu) przechodzień i uciszył to towarzystwo mówiąc, że każdy ma prawo być sobą (czy tak jakoś). Gratuluję postawy, dziękuję i przyznaję (czego dawno już nie robiłem) 5 ZŁOTYCH TIPSÓW! Ludzki ten gość nie spotkał się z żadną negatywną reakcją wcześniej bardzo zadowolonych z siebie młodzieńców, tylko zgasił w zarodku ich samonakręcający się amok – jeszcze pewien odcinek szliśmy współkierunkowo, ale już było cicho. Może to jakiś czarodziej? W każdym razie za każdym razem, gdy tam jestem, coraz bardziej cenię sobie, że mieszkam już zupełnie gdzie indziej.

Dość ciekawy epizod zdarzył się w Tarnowskich Górach, gdzie wprawdzie zdławiony jestem do mniej więcej dżenderowo męskiej postaci, ale... okazuje się, że nawet wtedy bywam rozpoznawany. Pewnego razu latem, gdy byłem na hali targowej, w zagęszczeniu ludzi miałem wrażenie, że pewna pani mówi mi „Dzień dobry”, ale uznałem, że to pewnie do kogoś innego, więc zignorowałem ten akt, rozglądając się dyskretnie wokół. Za chwilę jednak, gdy stałem w kolejce do pewnego stoiska, pojawił się zza rogu pewien chłopak i bieży prosto do mnie, ze słowami, że bardzo popiera moją postawę, cieszy się, że mnie spotkał, itp. Było to tak pozytywne i niespodziewane, że aż zszokowało mnie, więc trochę niezbornie odbyłem z nim chwilę kurtuazyjnej rozmowy, mam nadzieję, że przynajmniej nie zapomniawszy życzyć mu miłego dnia. Poza tym w tym mieście czuję się jak przed rozpoczęciem antyfacetowania: przykładowo chodzę po hali targowej, widzę nawet ciekawe modele obuwnicze, i mam tak przekopane jak przed przełomem nieposłusznościowym we Wrocku – jest ta szklana bariera niepozwalająca mi zainteresować się danymi butami, a już tym bardziej przymierzyć któreś i kupić. Rzeczywistość pozadomowa jest de facto więzieniem. Oczywiście owo letnie zdarzenie na hali targowej zostało już bardziej niż zrównoważone: oto któregoś dnia na tejże hali byłem tuż przed jej zamknięciem, przy małej ilości klientów i podczas zamykania wielu stoisk, i wtedy to pewna szalenie bystra sprzedawczyni z któregoś warzywniaka zobaczyła jakiś śladowy (chyba błyszczący różowy) lakier na moich paznokciach u nóg, może też i ogólną gładkość ciała dostrzegła, plus niepełną płaskość podeszwy (choć męczącą mnie i daleką od jakichkolwiek obcasów!). W podskokach poleciała ona do jakiejś kumpeli i odtąd obie sterczały na posterunku zza rogu, by chichotać i chichotać na całego. Aha, w jednym z warsztatów samochodowych tej zimy poszedłem do kantorka płacić za usługę i jakiś gość o nieustalonym statusie, w biurze tym pozostający wraz z drugim, musiał zacząć się półgłosem zastanawiać „czy to w ogóle facet?”. Co ciekawe nic kontrowersyjnego na sobie nie miałem, no może wsuwkę we włosach zobaczył, która służy do (częściowego ;) ) uporządkowania ich, żeby mi na wzrok nie opadały. A co by było, gdybym miał zakolczykowane uszy albo subtelniej zrobione brwi? A w ogóle, to co go to obchodzi? To jest jakiś obowiązek „bycia facetem”? Poza tym widuję w tym mieście straszne męskie typy kupujące zwykle wielopaki piwa i szlugów, o wyrazie twarzy tak pustym i głupawym, że nie mam wątpliwości, iż gdyby zobaczyli, jak bardzo oddalony od ich wersji męskości jestem, nie usiedzieliby w spokoju ni chwili. Zresztą takich najczęściej widuje się na policyjnych portretach pamięciowych dotyczących młodzieńców poszukiwanych za pobicie kogoś, napaść rabunkową tudzież gwałt. Natomiast nawet łagodnego metroseksualnego typa o wyglądzie znamionującym jakąś fantazję się nie uświadczy. Dobrze, że przeniosłem się te niecałe 200 km na zachód...

5.

Wiosną (chyba w czerwcu) uczestniczyłem też w projekcie Żywej Biblioteki, gdzie jak zwykle trochę poopowiadałem „wypożyczającym mnie” rozmówcom o istocie moich działań oraz odświeżyłem krąg znajomych związanych z tym projektem. Przy tej okazji stwierdzam, że dzięki antyfacetowaniu poznałem szeroki krąg ciekawych i sympatycznych ludzi, z którymi nawet luźna znajomość w różnych momentach niespodziewanie owocuje. Szczegóły pozostają w archiwum. A jak znajdę zdjęcia z ŻB'10, wystawię.


6.


W grudniu miał miejsce Maraton Pisania Listów Amnesty International, o którym dowiedziałem się nad ranem dnia jego zakończenia, bo maile informujące o tej akcji i zapraszające do udziału wylądowały mi w spamie. Na szczęście wrocławska grupa regionalna tej organizacji nie jest nastawiona formalistycznie i pozwoliła mi napisać kilka listów do różnych paskudnych dyktatorów po formalnym zakończeniu Maratonu, i zostały one dołączone do żniwa akcji. Medialnie więc mnie przy tym nie było, ale faktycznie wziąłem udział i to się chyba liczy najbardziej. Jest to też ciekawe doświadczenie – pośród bezprawnie prześladowanych w różnych miejscach świata są też chrześcijanie, z którymi wprawdzie zupełnie się nie zgadzam ideologicznie, ale bezwzględnie nie zgadzam się na gwałcenie ich praw, a w szczególności na groźbę kary śmierci za „bluźnierstwo” wobec islamu, jakiego ktoś tam dopuścił się w trakcie pyskówki z muzułmanami. Dlatego z najwyższą satysfakcją napisałem (między innymi) stosowny protest w jednej z takich spraw. Zachęcam wszystkich do kolejnej edycji akcji – naprawdę warto! Ujmujmy się za prześladowanymi to i za nami ktoś się ujmie, gdy w potrzebie będziem (tu trochę staropolszczyzny dla okrasy)!


t Poprzednia

Następna