3Powrót (Antyfa0)



3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

ANTYFA 0


ROK 2011 – I POŁOWA: TROCHĘ NIEŹLEJ

1.

Rok 2011 zaczął się gładko jako kontynuacja roku poprzedniego. Spędzałem sporo czasu w pracy, na standardowych zakupach i nie było go zbyt wiele na inne rzeczy. Oczywiście, każdy dzień był na swój sposób udany, bo pod względem sposobu życia spędzałem go po mojemu. Stało się to rutyną i standardem, którego brak zauważałem tylko podczas pobytów w Tarnowskich Górach.

Stwierdzam też, że (przynajmniej na obecnym etapie) nie mam dość czasu i energii, by uczestniczyć w przedsięwzięciach politycznych – samo przeglądanie lawiny maili o poczynaniach Ruchu Poparcia Palikota mogło doprowadzić do oczopląsu, a gdybym wysilił się na uczestnictwo w licznych spotkaniach i akcjach, chyba tylko na nocleg mógłbym trafiać do domu. Tak więc w pewnym momencie oświadczyłem działaczom Ruchu, że z zachowaniem pełnej sympatii wycofuję się. Czasem zastanawiam się, czy nie mam wbudowanej w osobowość tendencji do wycofywania się z przedsięwzięć, miast angażować się w nie całościowo, ale tak źle chyba nie jest – głównym moim przedsięwzięciem jest budowanie narracji tożsamej z moją historią i utrzymywanie zdobyczy w zakresie stylu życia, jakie już są moim udziałem, i widzę, że nie brak mi determinacji, by dzieło to kontynuować. Poniekąd muszę też dbać o pracę zawodową dostarczającej mi utrzymania – nie mogę zatem równocześnie „jechać na dwóch koniach”, zwłaszcza, że jazda na tym drugim koniu byłaby bardzo absorbująca. Mogę sobie wyobrazić zajęcie się działalnością polityczną lub szołbiznesową, lecz taki transfer musiałby dokonać się łącznie z uruchomieniem mi finansowania, i aby wszystko miało sens, na wyższym poziomie.

Skoro już wspomniałem myśl o szołbiznesie – swego czasu miałem pomysł, by spróbować „wkręcić się” weń. Doszedłem bowiem do wniosku, że po tych „paru” latach pracy w zawodzie nauczyciela mam pewne kwalifikacje do prowadzenia tokszołu – na co dzień bowiem rozmawiam z ludźmi (studentami), skłaniając ich do wypowiedzi, czasami żartami, czasami aranżując wg wskazań podręcznika jakąś sytuację i odgrywając role. Przypytuję również nieraz oporne do mówienia osoby podczas egzaminów – by dla ich własnego dobra coś z nich wyciągnąć. Stąd potrafię sobie wyobrazić siebie jako frontmena (sic!) lub współgospodarza takiego programu, gdzie wprawdzie nie popisywałbym się brawurą Kuby Wojewódzkiego, lecz prowadziłbym rozmowy bardziej zorientowane na pełny przekaz myśli, a nie na poszarpaną sieczkę licznych wątków, ze szczególnym uwzględnieniem aluzji erotyczno-seksualnych. Parę pomysłów na dodatki w postaci dżingli i inne ozdobniki szołu też mi się w zarysie ułożyły. Aha, chodzi(ł) mi też po głowie scenariusz programu prowokacyjno-interwencyjnego, w którym ja odgrywałbym rolę przybysza do Polski z innej kultury, który mówiąc gramatycznie łamaną polszczyzną (Polska dobra ludzie, piękna kraj) pojawiałby się w różnych miejscach (oczywiście z moim wizerunkiem) i powstawałyby inscenizowane interakcje z różnymi typowymi rodakami na swoich stanowiskach pracy – nazwijmy to wersją „soft”. W wersji „hard”, ja z moim wizerunkiem i zamaskowaną ekipą filmującą z dobrymi mikrofonami kierunkowymi lub mikroportem zamontowanym na mnie zbierającym z szerokiego obszaru nawiedzalibyśmy różne zapomniane przez los środowiska (blokowiska, smutne dzielnice miast, straszne małe miasteczka) i nagrywalibyśmy spontaniczne reakcje na moją postać. Oczywiście niektóre reakcje mogłyby być czystą fizyczną agresją, więc w skład ekipy wchodziliby nieumundurowani ochroniarze, którzy w takich momentach interweniowaliby. Po zgromadzeniu materiału z badziewnymi reakcjami przedstawicieli otoczenia ujawniał(a)by się osoba w roli jawnego reportera TV, która podchodziłaby do „dawców” nagranych reakcji z pytaniami i demonstracją na przenośnym plejerku sposobu ich zachowania się. Równocześnie postawiono by im ultimatum: albo zgodzą się wystąpić w dalszej części programu, gdzie zada im się parę kłopotliwych i prowadzących do pouczających wniosków pytań, albo mając w ręku dowód z ich (najczęściej) nienawistnymi reakcjami, założy się przeciwko nim sprawę w sądzie za zniewagę albo i naruszenie nietykalności osobistej (i wtedy nakręci się relację z sali sądowej). Emisja paru edycji takiego programu nauczyłaby rozsiane po całej Polsce środowiska, że pewne zachowania się są obciachem, a na dodatek nigdy nie wiadomo, czy w danym konkretnym momencie nie jest się filmowanym na „własnym” terenie przez zamaskowaną ekipę. W każdym razie efekt wychowawczy by był, z tym że ze strony stacji emitującej taki cykliczny program potrzebna by była determinacja i odwaga, gdyż część „szerokiej publiczności” uznałaby tę stację za „pro-pedalską” i być może w kilku przypadkach ucierpiałyby samochody z firmowym logo. Skądinąd jednak stacje telewizyjne zawsze prowadzą jakieś interwencje dziennikarskie, więc stale narażają się jakimś grupom interesów czy po prostu przestępczym sitwom. Wiele jednak wskazuje, że nikt specjalnie nie jest zainteresowany krążeniem elit w kręgach telewizyjnych osobowości, bo dla wszystkich jest to chyba miejsce „przy konfiturach”. Tak więc prowadzę swój szoł na moim poziomie, u podstaw. Choć z drugiej strony, polskie media przyczyniają się do utrwalania stereotypowych przekonań – ludzie większych miast, o bardziej kosmopolitycznym charakterze, mają szansę zobaczyć w realnym życiu ludzi niepasujących do stereotypowych przyzwyczajeń: częściej trafiają się tam przybysze z innych kultur, a i paru ekscentryków się znajdzie, więc odruch bicia odmieńca jest złagodzony. Na prowincji, gdzie nawet odmieńcy muszą być „tacy jak wszyscy”, jedyną szansą zobaczenia kogoś nietypowego są media. A skoro one pokazują tylko typowe ludzkie kukiełki: garniturowych „mężczyzn” i laleczkowate „kobiety”, zaś odmieniec pojawia się tylko jako swoisty wybryk będący w najlepszym przypadku tematem reportażu czy programu, a w najgorszym – obiektem dyskusji prowadzonej nad jego głową przez „fachowców”? W ten sposób tylko utrwala się stereotypowe i bezmyślne przyzwyczajenia do „normalności” i jej powszechnie obowiązującego, „oczywistego” charakteru. Od czasu do czasu wszakże widzi się w mediach podejście interwencyjne do rzeczywistości – próbę jej poprawienia przez eksponowanie problemów i nagannych postaw i działań, jak w przypadku zaangażowania się TVN w sprawę traktowania zwierząt w Polsce. Pragnę więc zwrócić uwagę, że media wciąż mają wiele do zrobienia w zakresie ucywilizowania Polaków w podejściu do różnych form ludzkiej odmienności, także tej kojarzonej z płcią. Tyle że trzeba ją przedstawiać nie jako ciekawostkę i sensację, lecz jako rutynowy i niekabaretowy, acz w pełni uprawniony sposób bycia ludzkich jednostek, którego publiczne okazywanie nie dyskwalifikuje osoby będącej nosicielem tych cech, ani nie narusza powagi treści przez nią przekazywanych.

Aha, podsumowując moje mailowe zaczepki odnośnie zaczepienia się w mediach, dodam, że na pakiet maili z projektem obmyślonym z paroma osobami fachowymi od pracy w branży telewizyjno-producenckiej dostałem 1,5 odpowiedzi: 0,5 było pochwałą projektu pochodzącą od osoby, która jakiś czas temu zamknęła swoją firmę, a 1 odpowiedź zawierała parę pytań o szczegóły i korespondencja urwała się po ich nadesłaniu.

2.

Na zasadzie noworocznego postanowienia podjąłem też prawdziwie męską (sic!) decyzję o zakolczykowaniu się. Miałem bowiem od jakiegoś czasu zestaw z naszyjnikiem i stylistycznie dopasowanymi kolczykami (otrzymany jako gratis przy większym zamówieniu w sklepie wysyłkowym z odzieżą), i brakowało „infrastruktury”, by wykorzystać to w pełni. Ponadto zastanawiałem się nad rozwinięciem wizerunku i ucieczką od „męskiego frajerstwa”, czyli porażającej prostoty zdobniczej typowej dla osób odgrywających bez zastrzeżeń męską rolę płciową, czego drugi aspekt stanowi monopolizacja wyszukanego zdobienia po stronie żeńskiej. Pomimo rutynowego noszenia spódnic, obcasowych butów, dość cienkich wyrobów pończoszniczych i ładniejszych bluzek czy sweterków, czegoś brakowało, zwłaszcza gdy przypadkiem miałem większe wycięcie wokół karku czy trochę dekoltu. Rozwiązaniem sprawiającym, że odsłonięte ciało nie jest „surowe”, lecz kulturowo przetworzone, jest właśnie biżuteria. Naszyjniki i kolczyki. Tak więc około połowy stycznia dokonałem TEGO (przy czym okazałem się bardzo dzielnym chłopczykiem – nie płakałem!) i odtąd zacząłem pojawiać się z dodatkowymi elementami zdobniczymi, początkowo tylko kolczykami, które utorowały drogę, potem bardziej fantazyjnymi, których od razu trochę dokupiłem. Szybko przyzwyczaiłem się, że coś może mi wisieć u uszu, a nawet wyrobiłem w sobie poczucie, że bez tego elementu mój strój jest niekompletny, więc nawet nie zapominam przed wyjściem z domu zawsze coś sobie zawiesić. Teraz dobrze byłoby być bogaczem i kupować sobie wyrafinowane zestawy ze szlachetnych metali... Ewentualnie bogato się ożenić i dostawać prezenty w tej postaci :)))).

3.

Na wciąż mroźnym przednówku wyłonił się red. M. Płowecki działający dla kobiecego magazynu o obiecującym tytule „Takie jest życie” z propozycją zrobienia materiału o moich poczynaniach, przy czym wcześniej opublikowano tam rzecz o Macieju ze Szczecina. Odrobina lansu nigdy nie zaszkodzi, więc zgodziłem się i wkrótce pan Michał zjawił się osobiście, zrobił w laptopie notatkę służbową, parę zdjęć w domu i w plenerze, i pojechał. Potem długo nic się nie działo, aż zacząłem się niepokoić, czy zdjęcia z zimową scenerią nie spowodują, że opublikują materiał w okresie majowych „zimnych świętych” albo w ogóle przyszłą zimą, ale w którymś z kwietniowych numerów rzecz poszła, oczywiście z trochę dorobioną tezą, żeby była z tego „story”. Teza przy tekście o Macieju była, że czeka na kobietę, która (zapewne: łaskawie) zaakceptuje jego specyfikę. Teza przy mnie, że czekam, aż mnie ktoś poderwie. Ogłoszę więc, że specjalnie obsesyjnie na nic nie czekam, co najwyżej zareaguję odpowiednio, gdyby pojawiła się jakaś ciekawa propozycja. W każdym razie nie zostałem przedstawiony w roli petenta, i to zgadza się z moją linią. Pokazano też niemal w kryptoreklamowy sposób męskie rajstopy, jakie otrzymałem ongiś od ich niemieckiego producenta do przetestowania. Dodam, że produkt ten jest bardzo udany: posiada część majteczkową anatomicznie dostosowaną do męskiej anatomii, a pod względem wykonania nie ustępuje wyrafinowaniu produktów adresowanych do żeńskiego użytkownika, tj. przy grubości 40 a nawet 70 DEN jest efekt drugiej skóry, wizualnie miła przezroczystość, i żadnej toporności typowej dla produktów adresowanych do „mężczyzn” nie ma.

Aha, zrozumiałem coś o sobie czytając gdzieś tekst o tzw. „morsach”, czyli ludziach lubiących kąpać się w środku zimy, przy panującym mrozie, często w przerębli lub morzu, gdy woda ma temperaturę niewiele ponad punktem zamarzania. Wyszło tam, że doznają oni silnych odczuć endorfinowych, czyli ich mózgi pod wpływem ekspozycji na zimno, uwalniają naturalny narkotyk łagodzący ból lub kreujący euforię. Zapewne efekt ten w mocniejszej formie pojawia się po pobycie w komorze kriogenicznej. Zauważyłem, że coś podobnego jest moim udziałem, gdy przy dość chłodnej a nawet zimnej aurze chodzę w spódnicy i rajstopach, obecnie najczęściej ok. 40 DEN, przy kozaczkach zakrywających kostkę albo część łydki. Po wykonaniu kilku kroków organizm rozgrzewa mięśnie odsłoniętych partii nóg, i przy odpowiednim zahartowaniu nie doznaje się żadnego negatywnego efektu zdrowotnego, zaś poczucie chłodu początkowo ma efekt orzeźwiający, a potem w ogóle się go nie zauważa, by po wejściu do pomieszczenia, nawet wychłodzonego wnętrza samochodu, doznać, jakby człowiek znalazł się w rozkosznym ciepełku. Co ciekawe, odsłonięte nogi funkcjonujące w takim układzie są ciepłe nawet podczas pobytu w obiektywnie niezbyt ciepłym pomieszczeniu. Zakładam, że podobny efekt można osiągnąć również wobec innych części ciała, jak ramiona, przedni dekolt, znaczna część pleców, czyli to, co wolno osobom żeńskoorganowym odsłaniać letnimi sukienkami, bluzkami na ramiączkach itp. Rozumiem więc, dlaczego to lubię – ten styl ubierania się ma obiektywne walory zdrowotne, podobnie jak sauna, po której zwykło się odbywać kąpiel w lodowatym jeziorze, i to też prowadzi do euforycznych doznań i pozwala termicznie sformatować organizm na zupełnie innym poziomie. Zatem warto też popracować nad hartowaniem „góry” :))).

4.

W 18 numerze wrocławskiego magazynu literacko artystycznego Rita Baum ukazał się mój tekst o moich poczynaniach happeningowych jako sposobie, by najpierw uczynić z miasta scenę odgrywania widowisk, a niedługo potem wpłynąć przez nie na zmianę właściwości miasta jako przestrzeni do życia. Śmiem bowiem twierdzić, że rozciągnięte na kilka lat happeningi i trochę mojej obecności medialnej wpłynęły na charakter Wrocławia – moje regularne pojawianie się w publicznych miejscach w mojej postaci właściwie nie powoduje już napięć, co oznacza, że ludzie potrafią się uczyć i przyzwyczajać do początkowo niecodziennych zjawisk. Tezę organizującą ten zasadniczo wspomnieniowy tekst dostarczył mi taki drechowaty młodzieniec (niewykluczone, że już kiedyś opisany we wcześniejszych odcinkach tego serialu), który pewnego zimowego popołudnia widząc mnie na Placu Uniwersyteckim domagał się ode mnie zapewnienia, że jestem „z teatru”, czyli że przemierzałem publiczną przestrzeń w ubraniach uchodzących za „damskie” jako aktor, a nie zwykły przechodzień będący składnikiem krajobrazu. Zapewne nie wychwycił on ironicznego tonu mojej odpowiedzi „taaaak, z teatru!”, która była dosłownie fałszywa, lecz prawdziwa w szerokim rozumieniu: oto cały obszar Wrocławia został utożsamiony z „teatrem”, którym początkowo był obszar Rynku podczas happeningów zorganizowanych, bym mógł zrobić wyłom w scenerii miasta pozwalający mi zaistnieć naprawdę, a nie w postaci kulturowo mi narzuconej. W końcu ludziom łatwiej oswoić się ze spektakularną odmiennością, gdy najpierw jest ona podana im w formie spektaklu odbywającego się na ograniczonej przestrzeni i w specyficznym czasie, np. karnawale. Jednakowoż wraz z rozszerzeniem przedsięwzięcia na inne obszary i bez okazji związanej z konkretnym ulicznym widowiskiem dokonuje się ZMIANA jakościowa przestrzeni miejskiej, i to cieszy mnie najbardziej. Ba! Którejś niedzieli wracałem z zajęć ze studentami zaocznymi i w Śródmieściu natknąłem się na wycieczkę starszych dzieci oprowadzaną przez przewodniczkę. Kontakt wzrokowy między mną a wycieczką został nieuchronnie nawiązany, i... Pani Przewodnik wyjaśniła swym podopiecznym w prostych słowach, jakiego rodzaju postacią jestem, czyli że protestuję w pewnych sprawach. W tej sytuacji wykonałem gest pozdrowienia wszystkich, który został odwzajemniony, i dalszy kawałek drogi szedłem w takim podbudowaniu, że nawet okrzyki o „jebanym pedale” z któregoś z samochodów mijających mnie na ulicy z ruchem drogowym nie naruszyły tego dobrego samopoczucia ze świadomości, że istotnie, pewne rzeczy przenikają do ludzkiej świadomości i nigdy nie wiadomo, kiedy się trafi na tego efekt. Czyli: duch tchnie, kędy chce! I rzeczywiście, Wrocław wykazał otwartość na pewien edukacyjny wpływ ze strony tak skromnej i introwertycznej jednostki jak ja! Ciekawe, czy w innym polskim mieście dałoby się to przeprowadzić? W każdym razie ja widzę swą ojczyznę TUTAJ.

5.

Chyba niezły kawał lansu też dostałem w wyniku pojawienia się w programie Miasto Kobiet w TVN Style, a potem przez jeden wieczór na Onecie.pl. W rezultacie z głupia frant podjętej przeze mnie wymiany maili z redakcją programu (o wyklarowanie pewnych pojęć w mailu skierowanym do Transfuzji) wyłoniło się zaproszenie mnie do programu, w którym prócz mnie mieli pojawić się Michał Szpak i Marcin Majewski „Madox”, którzy obok śpiewania w programach wyłaniających wokalne talenty okazują niejednoznaczny płciowo wizerunek. Na miejscu była też, zapewne dla wizerunkowej symetrii, Ania Wojkiewicz z Warszawy żyjąca poza ubraniowymi dżenderami, czyli żeńska postać podobna do mnie, choć nieprzedstawiająca się jako buntowniczka, acz ciekawa również ze względu na swoje artystyczne poczynania. Przed nagraniem w kuluarach studia obszerniej porozmawiałem sobie tylko z Anką – wokaliści raczej byli pochłonięci swoimi sprawami i swoim towarzystwem, choć podczas nagrania programu było w porzo. Prowadzące redaktorki Magdalena Mołek i Dorota Wellman stworzyły luzacką atmosferę, przy której wypowiedzi wszystkich gości programu sypały się spontanicznie i nawet dowcipnie – żałować tylko należy, że nie puszczono całego materiału, a jedynie powykrawane wątki. Oczywiście nie było tak jak u Pośpieszalskiego – selekcja nie była robiona ze złośliwą intencją pokazania kogokolwiek jak idioty niepotrafiącego przedstawić swoich argumentów. Po prostu szkoda fajnego materiału, ale skoro taki format programu jest, nie ma sensu wierzgać – a nuż nigdy więcej nie zaproszą? Oczywiście redakcja też podłożyła pod to wszystko swoją tezę, nazywając nas „crossdresserami” i stawiając pytanie na pasku u dołu ekranu, czy „jesteśmy III płcią”? Dodam więc od siebie, że crossdresserstwo to nie stan obiektywny lecz subiektywne przekonanie polegające na wierze w istnienie jakoś immanentnie, magicznie związanych z daną płcią ubrań. Jak się w to wierzy, to można uznać, że ubieramy coś z własnej albo tej drugiej płci. Bez wiary jednak ani rusz! Ja, oczywiście, tej wiary nie podzielam. Poniekąd (patrz wyżej) przywdziewam czasami „rajstopy męskie”, bo nie są gorsze od „damskich”. Gdyby takie same ładne i dobre rzeczy leżały w sklepach na działach „męskich”, to może tam bym je kupował, zakładając, że miałyby kształty anatomicznie dopasowane do organizmów samczych. Z tym że cały podział na działy „męskie” i „damskie” zakrawa na sekciarstwo – organizmy żeńskie o kształtach samczych też się zdarzają i na odwrót, zatem każdy może z pewnym prawdopodobieństwem znaleźć dla siebie dobre ubranie skrojone pod organizm biologicznie innej płci. A poza tym, ukryte jest w tym założenie, że przez określony styl ubierania się można stać się inną płcią: przeciwną, albo III. Być może dla higieny i uniknięcia gwałcenia ludzi przez ograniczone urzędowe kategorie „kobieta/mężczyzna” powinna zostać wprowadzona jakaś inna kategoria tożsamości płciowej, lecz wynika to tylko z zajadłości w kategoryzowaniu ludzi i przyznawaniu im w oparciu o te kategorie różnych praw. Czyli przy istnieniu III kategorii płciowej, osobnik, który zadeklarował do niej przynależność, mógłby być prawnie chroniony, gdy objawia się pod kosmetyczno-ubraniowym względem niejednoznacznie, ale ktoś, kto dał się zarejestrować jako „mężczyzna”, to już miałby podlegać wszystkim rygorom męskości? I czy płeć „siedzi” w ubraniach?

Całe szczęście, że następne fragmenty programu nie były już o nas, czyli nie byli tam zaproszeni do studio eksperci, którzy wymądrzaliby się na temat nas, jako przypadków do ich analizy – dalsi goście reprezentowali zupełnie inne sprawy, i dobrze.

6.

I wreszcie Żywa Biblioteka – okazja, by porozmawiać z ludźmi z miasta. Tym razem trafiłem na kilkoro polemistów, więc miałem niezłe ćwiczenie z niezgadzania się w nieobraźliwy sposób i nawet z elementami wzajemnej sympatii wobec rozmówców. Poza tym spotkałem znane i nieznane Książki oraz miłą obsługę Biblioteki. Sympatyczny coroczny rytuał.

7.

Czas wspomnieć o nastrojach w pracy. Właściwie specjalnie nie ma o czym mówić, w tym sensie, że miniony sezon przebiegł w atmosferze sympatycznej, w duchu dobrej współpracy, w których ze swej strony chętnie wykonałem (i dokończę, naprawdę!) parę rzeczy użytecznych dla Firmy, a Firma zdaje się to nawet doceniać. Czasem zupełnie nieskromnie sobie myślę, że przeprowadziwszy pewne rozumowania o humanistycznych wartościach, to nawet należało by wykorzystać przy promowaniu Uniwersytetu fakt, że funkcjonuję na nim w niekonfliktowy sposób. Wrócę do wątku, gdy zbiorę myśli na temat uznania Wrocławia za Europejską Stolicę Kultury w 2016. Jest jeszcze trochę czasu...


t Poprzednia

Następna