3Powrót (Antyfa0)



3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

ANTYFA 0


LATA 2012-2013 – ZALEGŁA NARRACJA RETROSPEKTYWNA

Muszę przyznać, że nieźle zaniedbałem narrację o moim codziennym życiu jako buntownik względem męskiej roli płciowej. Oczywiście świat toczy się dalej swoim zwykłym trybem (czyli często po trupach), ale trochę czuję się zmieszany – w końcu kilka lat temu uczyniłem swoje życie narracją ku pokrzepieniu serc i rozumów wszystkich, którym podobnie jak mi nie odpowiada posłuszne spełnianie stereotypu męskiej roli płciowej jako program na całe życie. Jestem im winien raport z tego, jak mi idzie, i czy da się.

Zatem skwituję rzecz krótko: da się. Do tego stopnia, że wszystko powszednieje, a jedynie jeżdżąc do rodzinnych Tarnowskich Gór doznaję przypomnienia, że prowadzę moje codzienne, normalne życie w rzeczywistości wręcz bajecznej pod względem wolności osobistej w zakresie kształtowania swego wizerunku i doznań, jakie przynoszą zakazane ubrania. Gdy jestem w Tarnowskich Górach, pojawia się konieczność zredukowania siebie do postaci, w jakiej w większości bezmyślne otoczenie spodziewa się widzieć wszystkich męskoosobowych w przestrzeni publicznej.

Spróbuję jednak przypomnieć sobie istotne wydarzenia z obu tych lat.

2012

1.

Jak sięgam pamięcią, rok 2012 spędziłem chyba dość normalnie, tylko wiosną tego roku miał miejsce incydent uliczny z udziałem trzech przedstawicieli młodej hołoty – opisałem go w osobnym pliku poświęconym niefortunnej wypowiedzi pewnego wrocławskiego księdza-katechety. Z powodu wyglądu niepasującego do heteronormatywnych przyzwyczajeń bezrefleksyjnej większości, kilku tych typków o kibolskiej mentalności zrobiło sobie iwent z mową i gestami nienawiści. Rzecz tę nagrałem i video jest dołączone do tekstu o księdzu wyłączającym z rzeczy objętych w Polsce tolerancją homoseksualność oraz posługującym się głupią kliszą „promocji homoseksualizmu”.

2.

Jak zwykle odbyła się „Żywa Biblioteka”, przy czym oprócz edycji wiosennej miała miejsce edycja jesienna (w listopadzie). W obu przedsięwzięciach wziąłem udział.


O ile fota ta jest z 2012, tak prawdopodobnie wyglądałem wśród innych Żywych Książek, gdy już byliśmy wyczytani na amen na zakończenie przedsięwzięcia.

3.

Przed letnią sesją egzaminacyjną pojawiło się zaproszenie do programu „Rozmowy w toku” Ewy Drzyzgi. Dla podtrzymania mojej obecności medialnej zgodziłem się wziąć udział i pojechałem do Krakowa. Nagranie było przewidziane do emisji w sezonie jesiennym. Wśród gości programu znalazł się wokalista Madox, ktoś bardzo do niego podobny, ale będący fryzjerem o wizualnie nieokreślonej tożsamości płciowej, i jeszcze ktoś próbujący swych sił w showbiznesie, a ubierający się i stylizujący po żeńsku. W kuluarach widziałem też intrygującą postać o czarnych gałkach ocznych, licznych tatuażach, piercingach i silikonowych implantach nadających głowie udziwniony kształt. Nie wiedziałem, jak przebiega przyporządkowanie postaci do odcinków programu, albowiem mówiono, że kręci się w tym dniu dwa epizody. Mój występik polegał na wywiadzie prowadzonym przez Ewę Drzyzgę i fazie reakcji publiczności, co podczas nagrania trwało ok. 40 minut i obfitowało w korzystne interakcje z publicznością w studio. Potem gospodarze programu zaproponowali mi bonus-niespodziankę w postaci spotkania z pewnym krakowskim fryzjerem, który na chwilę mi zmienił wizerunek – chętnie bym nosił włosy rozpuszczone, pod warunkiem, że nie puszyłyby one po przeczesaniu. Fryzjer mi ogólnie włosy skrócił, podkreślił ich falistość, ale nie miał środków (albo ochoty), by zastosować zabiegi pozwalające na trwałe ograniczenie puszenia i noszenie w postaci rozpuszczonej. Przyciął też mi zarost twarzy, a potem zrobiono mi ładny make-up. Po całym procesie było jeszcze jedno wejście przed kamerę, podczas którego transformacja wizerunku została skomentowana przeze mnie i prowadzącą.

Po wakacjach, już we wrześniu TVN poszedł z nowymi odcinkami i również ten ze mną rychło się pojawił. Okazało się, że wraz z Madoxem i kilkoma podobnymi postaciami zostaliśmy wstawieni do tego samego odcinka programu, w którym był też ten tajemniczy kolega z tatuażami i przyciemnionymi oczami. Tematem bowiem byli ludzie, którzy transformują swój wygląd. Oglądało się to ciekawie – oprócz znanego mi Madoxa i motywów, które opowiada o sobie, poznałem historię tego medycznie zmodyfikowanego gościa, a jest on Duńczykiem, i czuje silną potrzebę nadania sobie tego odrealnionego, demonicznego wyglądu. Opowiedział o bolesnych i ryzykownych zabiegach, które przeszedł (tatuaż gałek ocznych i kształtowanie uszu na kanciaste, może też rozcięcie języka itp.), a także że ma smykałkę do opiekowania się małymi dziećmi i chętnie się skojarzy z jakąś partnerką. To dla tego gościa programu przyniesiono widzianą przeze mnie w kuluarach lalkę przedstawiającą niemowlę naturalnej wielkości – była to lalka aktywna, wymagająca czynności pielęgnacyjno-opiekuńczych, i deklarujący dobre kwalifikacje opiekuńcze bohater tej części programu był poddawany testowi z jej użyciem. Muszę sobie poczytać o tym człowieku – byłoby interesującym dowiedzieć się, jak jego dalsze losy się toczą, i czy jego trangresja wizerunkowa wyklucza go z rynku rozrodczego na Zachodzie, czy nie. Bo w Polsce i dalej na Wschód sprawa wydaje się w oczywisty sposób przegrana – dziwni się nie rozmnażają, choćby dlatego, że ich dzieci miałyby „przesrane” na podwórku, i we wszystkich placówkach edukacyjnych, a państwo takim przecież nie pomaga. Ten bohater programu wypowiadał się po angielsku i okazał solidny poziom inteligencji w odpowiedziach na pytania o posmaku sensacjonalizującym.

Co do mojej części programu, to oczywistym było, że wiele dobrych fragmentów zaistniałych w studio zostanie wyciętych i dyskurs z prowadzącą zredukuje się do rozważań o tym, jak mi się chodzi na obcasach, depiluje nogi, i, choć sygnalizowałem, że tego wątku nie chcę podnosić z uwagi na jego nieistnienie, jak to „szukam kobiety” akceptującej mój wizerunek. Niestety, Ewa Drzyzga ma to tabloidalne nastawienie, wg którego każdy bez wyjątku uważa swe życie za spełnione tylko, jeśli znajdzie sobie „kobietę” albo „faceta” (zależnie od płci i orientacji). Tymczasem ja prowadzę życie spełnione i całkiem wygodne, a ewentualne ustanowienie związku uznaję jedynie za luksusową wartość dodatkową, przy czym mam świadomość, że nie jest to bynajmniej wyłącznie darmowa przyjemność, ale i mozolna praca oraz znaczne ograniczenie swobody. Na szczęście kilka moich zręcznych wypowiedzi jednak przeszło przez montaż programu, i po jego emisji wraz z wielokrotnymi powtórzeniami trafiło pod strzechy, nawet bardzo wiele strzech... Oglądalność showu Ewy Drzyzgi jest znaczna, wydaje się też, że szczególnie często oglądają go ludzie różnych zawodów z niższej półki w społecznej hierarchii prestiżu i wynagrodzenia, tedy moja rozpoznawalność wzrosła wydatnie, nawet, gdy chodzę incognito w Tarnowskich Górach.

Trochę też odrzuciła mnie myśl końcowa wygłoszona przez Ewę Drzyzgę na koniec programu o ludziach transformujących swój wizerunek i ciało: sprowadzała się ona do postawienia pytania z tezą o to, co powoduje, że ludzie porzucają SWÓJ WIZERUNEK/SWOJĄ TOŻSAMOŚĆ, by stać się kimś innym (cytuję to z pamięci, choć mogę kiedyś sprawdzić w nagraniu). Pytanie to zawiera denerwującą dla mnie tezę, że obserwatorowi zewnętrznemu znana jest PRAWDZIWA tożsamość i odpowiadający jej wizerunek tych ludzi (czyli również mnie), natomiast oni z niejasnych powodów postanowili od tychże uciec w coś sztucznego, do nich niepasującego. Innymi słowy, zawarta jest w tej tezie arogancka myśl, że to nie jednostka ustala SWOJĄ tożsamość i odpowiadający jej wygląd, ale otoczenie wie lepiej i dziwi się, gdy ktoś np. „będący facetem” modyfikuje swój wygląd, żeby nie wyglądać „jak facet”. Itp. To właściwie ta sama arogancja, którą okazuje Kościół katolicki, strażnik genderu jako instrumentu zniewalającego człowieka w jego „naturalnej” roli płciowej. Ciekawe jak długo trzeba w Polsce tłuc do głów różnym besserwisserom, że jedynie władnym i właściwym do ustalania SWOJEJ tożsamości jest JEDNOSTKA, która tę tożsamość publicznie pokazuje i swym życiem realizuje. Owszem, można komuś wbrew jego woli przypisać tożsamość wynikającą z jego kryminalnych czynów i nazwać go przestępcą, faszystą itp. w oparciu o jego poczynania, głoszone poglądy, okazywane postawy, gdy są one udowodnione i różnią się od deklaracji przez tę osobę wygłaszanych. Jeśli jednak mówimy o ekspresji osobowości przez modyfikacje ciała, ubranie, kosmetykę, to nikt poza jednostką ludzką, która dobrowolnie na sobie to przeprowadza, nie jest kompetentny by narzucać, co w jej tożsamości jest uprawnione, a co nie. I (...) tyle!

4.

Jesienią 2012 roku podjąłem męską [:-)] decyzję o rozstaniu się z mieszkaniem na Grabiszyńskiej, które było wynajmowane i dostarczało mi środków do życia (bo kredyt na pełną wartość nowego mieszkania pochłaniał całe moje dochody z pracy). Odbyło się to w ten sposób, że sąsiadka z góry wynajęła swoje mieszkanie komuś, a stara i nieużywana instalacja kanalizacyjna doprowadziła do zalania mojego mieszkania. Wskutek tego doszło do zadrażnienia pomiędzy mną a moimi lokatorami, gdy próbowałem zaaranżować spotkanie trójstronne (z udziałem przedstawiciela administratora i reprezentantem strony winnej zalania), a kontakt telefoniczny z moimi najemcami akurat się urwał z ich winy, zaś gdy wkroczyłem interwencyjnie w terminie tego spotkania, oni byli w środku, choć przedtem nie reagowali również na dzwonek do drzwi. W każdym razie umowa najmu została rozwiązana, a ja postanowiłem, że wolę już mieć spokój z tą nieruchomością położoną w beznadziejnej architekturze i w beznadziejnej pod względem społecznym dzielnicy: mieszkanie to było w długim wieloklatkowym bloku, z podwórkiem w postaci rynny o długości strefy między przystankami tramwajowymi, z kibolsko-dresiarkimi grupkami rezydującymi przy ładnej pogodzie pod wejściem do pewnego bloku u wlotu na podwórko i jedyną osiedlową aleję pozwalającą dojść do domu. Odkąd miasto przebudowało ulicę Grabiszyńską tworząc szeroki chodnik oddzielony słupkami od jezdni tam, gdzie przez lata w miarę bezpiecznie stały nasze samochody, ważną bolączką tam mieszkających stał się brak miejsc parkingowych i niemożność obserwowania ich na obszarze dotkniętym początkującą bandyterką. Wyegzekwowałem więc naprawę szkód z powodu zalania (co było możliwe w kontaktach z mężem właścicielki, nie z nią samą), a potem wystawiłem tę budę na sprzedaż, żyjąc z oszczędności i przygotowując z doradcami finansowymi nowe warianty kredytowania.

5.

28.11.2012 zostałem stuknięty przez inny pojazd, gdy cała kolumna hamowała z powodu przejazdu pojazdu uprzywilejowanego przez skrzyżowanie. Kierowca z tyłu nie wyhamował i najechał na mnie, dodatkowo przepychając mnie na samochód poprzedzający, i w ten sposób uszkadzając mi i tył, i przód. Początkowo sprawca wydawał się uczciwy, okazał dowód rejestracyjny i polisę OC wystawioną przez jakąś firmę, o której wtedy usłyszałem pierwszy raz: Benefię V.I.G. Po spisaniu oświadczenia odpowiadającego zdarzeniu zaistniałemu tuż przed chwilą, odjechałem próbując zdążyć do pracy (ale k... frajerstwo!) i nawet złapałem swoją grupę na korytarzu. Potem zająłem się kontaktowaniem z ubezpieczycielem sprawcy i wszystko nawet wyglądało pozytywnie: dane z polisy się potwierdziły, zaprosili mnie na oględziny, obfotografowali i nawet uczciwie spisali wszystkie uszkodzone części. Na tym jednak ich uczciwość się skończyła: gdy przysłali swoją wizję naprawy szkody, okazało się, że w ich kalkulacji są jakieś cudowne niedoliczenia wartości części i robocizny, które spisali z katalogów. Stało się oczywistym, że oni wyobrażają sobie, iż z powodu metrykalnego wieku mojego pojazdu, wartość części uszkodzonych była już niepełna, tedy oni jednostronnie pozwalają sobie na ich niepełną naprawę – kalkulacja przeprowadzona przez autoryzowany warsztat wyniosła ok. 7000 PLN więcej. W ten sposób stało się jasne to, co powiedział sprawca tuż po kolizji, gdy zdziwiłem się nazwą jego towarzystwa ubezpieczeniowego: wyznał bowiem bowiem, że było to najtańsze OC, jakie znalazł. Już wiem, jak spece z Benefii V.I.G. osiągają tę konkurencyjną taniość składek: przez uchylanie się od należytych odszkodowań. Takie firmy powinny bankrutować! Fuck Benefia. V.I.G.!!!

Najgorsze jednak przyszło później – z kilkudniowym przekroczeniem ustawowego terminu Benefia V.I.G. przysłała pismo informujące, że w ogóle uchylają się od odpowiedzialności za szkodę, bo ich klient „nie potwierdza” swej winy kolizji, czyli najpierw muszę sądownie temu gościowi udowodnić, że nie kłamał, kiedy napisał to, co napisał na miejscu zdarzenia i że zaczął kłamać dopiero później. Będąc pochłoniętym pracą i bez dochodów (bo starego mieszkania nie wynajmowałem już, a wynagrodzenie szło na spłatę kredytu), byłem w stanie dopiero podjąć działania w tej sprawie latem przyszłego roku.

Póki co ostrzegam: JEŚLI KIEDYKOLWIEK CHOĆBY ZADRAŚNIE TWÓJ SAMOCHÓD SPRAWCA UBEZPIECZONY W BENEFII V.I.G., KONIECZNIE WZYWAJ POLICJĘ, NAWET GDYBYŚ PÓŁ DNIA MUSIAŁ CZEKAĆ NA PRZYJAZD FUNKCJONARIUSZY I ZAWALIŁ WSZYSTKIE SPRAWY W ROBOCIE, I NAWET GDYBY MOGLI POLICJANCI ZNALEŹĆ JAKIEŚ UCHYBIENIA FORMALNE PO TWOJEJ STRONIE. Benefia najpierw będzie złodziejsko kalkulować koszty naprawy w taki sposób, że uszkodzenie kilkuletniego samochodu byłoby praktycznie bezkarne z uwagi na jego niską merkantylną wartość mimo dostępności części i technologii, a potem skwapliwie uchyli się od odpowiedzialności, jeśli jej klient postanowi się nie przyznać, chociaż istnieje dokument przez tegoż klienta napisany; warto też zastanowić się, skąd u klienta Benefii taki pomysł... Benefia powinna się nazywać: MALEFIA – to szkodnik na rynku ubezpieczeń, i szkodnik dla polskiego kapitału społecznego: ich działanie powoduje, że nawet uczciwie wyglądającego sprawcę stłuczki trzeba traktować nieufnie i koniecznie wzywać do sprawy Policję, co oznacza stratę czasu i ukaranie sprawcy, którym może okazać się poczciwina tyrający na utrzymanie wielodzietnej rodziny, który w 20-letnim starym Oplu ze zmęczenia się zagapił i cię stuknął.

5.

Pod koniec roku na służbowym parkingu pod budynkiem mieszczącym kilka instytutów filologicznych, gdzie przez 11 lat swobodnie wjeżdżałem za pomocą pilota uzyskanego drogą oficjalną, pojawiły się ogłoszenia o zmianie szlabanu i pilotów sterujących nim „z powodów technicznych” i konieczności ponownego złożenia wniosków o wydanie nowego pilota. Szybko wypełniłem stosowny formularz i złożyłem w odpowiedniej komórce Dziekanatu Wydziału Filologicznego. Od początku coś śmierdziało w sprawie, albowiem szlaban nie wykazywał żadnych mankamentów w swym funkcjonowaniu. Tylko parking we wczesnych godzinach każdego dnia bywał zatłoczony – gdy ja przyjeżdżałem popołudniami, zwykłem zajmować pierwsze zwalniające się kwatery.

2013

1.

Klient do nabycia mieszkania na Grabiszyńskiej, którego już nie lubiłem, trafił się na początku marca. Z ulgą podpisałem umowę notarialną i przystąpiłem do racjonalizowania spraw kredytowych – nie trwało długo, jak uzyskałem kredyt w innym banku i na znacznie niższą kwotę, tedy i miesięczna rata nie jest już rujnująca dla mojego budżetu. Mentalne i podświadome przywiązanie do starej nieruchomości jest jednak dość silne – jeszcze przez jakiś czas miewałem surrealistyczne sny o tamtym mieszkaniu, chodzeniu do niego, dziwnych przebudowach budynku poczynionych podczas mojej nieobecności, tudzież o sprawach wynikłych między mną, a moimi najemcami. Sny te bywały albo intrygujące swą dziwnością, albo niepokojące spiętrzeniem problemów, jednak po obudzeniu się ogarniała mnie słodka świadomość, że już tego nie ma, nie muszę tam jeździć, troszczyć się o cokolwiek, załatwiać, interweniować, ani wydawać środków na remonty tam potrzebne.

2.

Techniczna” wymiana szlabanu na służbowym parkingu przy budynku Wydziału Filologii UWr okazała się wstępem do parkingowej czystki. Mój wniosek został zaopiniowany negatywnie – pisałem odwołania do autorów tej czystki 3 razy, otrzymując szybko lub późno równie lakoniczne i nawet bezczelne odpowiedzi. Czystkę przeprowadzili dwaj profesorowie sprawujący również funkcje administracyjne w Wydziale Filologicznym, a mianowicie: Leszek Berezowski i Marcin Cieński, odpowiednio: prodziekan i dziekan Wydziału Filologicznego. W dość niedbale (z literówkami) pisanych pisemkach o negatywnej decyzji argumentacja się zmieniała: za pierwszym razem była to „niedostateczna liczba miejsc parkingowych”, potem fakt, że nie jestem pracownikiem Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego, a okoliczności przedstawione przeze mnie w odwołaniu „nie zmieniły stanu faktycznego w wyżej wymienionym zakresie” – to z korespondencji z prof. Berezowskim. Gdy będąc już wyrzuconym z parkingu i mając trudności z dojazdem do miejsca pracy napisałem obszerne pismo do instancji wyższej, prof. Cieńskiego, w którym za pomocą zdjęć z parkingu w interesujących mnie popołudniowych terminach pokazywałem liczne wolne miejsca oraz przedstawiałem szereg innych argumentów, ten odpisał arogancko z frazą, że zrobione przeze mnie zdjęcia przydadzą się w badaniu „obłożenia parkingu”. Cała ta wymiana pism z dwoma (złymi) profesorami miała cechy pisania do jakiegoś feudalnego urzędu, a nie do innego oddziału tej samej firmy, na dodatek będącej instytucją naukowo-edukacyjną, gdzie nie tylko powinny odgrywać rolę względy racjonalne, lecz także solidarność korporacyjna – Studium Praktycznej Nauki Języków Obcych jest jednostką międzywydziałową świadczącą usługi dla wszystkich wydziałów UWr. W moich pismach posługiwałem się argumentacją następującą:

Żadnej merytorycznej wymiany zdań się nie doczekałem – być może też jestem zbyt nieważnym (w końcu tylko lektor, mgr) pracownikiem , by profesorowie się wdawali ze mną w dyskusję, tym bardziej że wjazd na parking utracili także liczni pracownicy Wydziału Filologicznego, i to nawet w randze doktora!

Ostatecznie napisałem pismo o dostęp do innego firmowego parkingu do pani Kanclerz UWr i dostałem limitowaną zgodę. Po ok. kwartału szarpaniny ze stresem, czy w ogóle gdzieś stanę w pobliżu firmy, sytuacja wróciła do znośnej normy, chociaż część konsultacji odbywałem w budynku innego wydziału i w siedzibie naszej jednostki organizacyjnej mogę teraz bywać rzadko i tylko po południu – przyjazd, żeby załatwić jakąś sprawę biurową stał się problemem.

3.

Mój awans, a sprawa polska: jesienią doczekałem się w pracy awansu. W naszej branży można być lektorem, wykładowcą i starszym wykładowcą. Na każde z tych stanowisk/stopni załapać się można tylko w trybie konkursu, choć gdy przychodziłem do pracy działo się to automatycznie wraz z latami stażu. Obecnie kolejka do stanowiska starszego wykładowcy jest długa i wydaje się, że rusza się ona, gdy ktoś przejdzie na emeryturę albo uda się na wieczne zajęcia (to taki eufemizm jak „wieczne łowy” u Indian). Obecnie trzeba mieć różne zasługi dla firmy i formalne, poświadczane kwitami, osiągnięcia, a oprócz rozstrzygnięcia konkursu przez władze jednostki, aby stało się ono faktem, musi być zatwierdzone przez Szefa Głównego, Jego Magnificencję Rektora. Jako zasadniczo skromny człowiek musiałem zatem nieco wbrew sobie napisać różne pisemka autoreklamowe, i sprawa jednak wypaliła, czyli zostałem starszym. Wszystkim popierającym ten projekt niniejszym DZIĘKUJĘ!, sam jestem pod wrażeniem, że się udało. Tym samym znów mam trochę lepszy budżet, i dość chętnie chodzę do pracy (pomijając naturalny opór materii żywej przy wstawaniu z łóżka).

To z pozoru drobne zdarzenie powinno być dostrzeżone na szerszym planie: oto pracownik wysoce nietypowy pod względem wyglądu, u znacznej części społeczeństwa zasługujący na pogardę, zostaje podniesiony na wyższe stanowisko. To dobre jest dla kraju – iluż wciąż jest pracodawców, którzy nawet nie zatrudniliby takiego „pedała”! To niepozorne zdarzenie świadczy, że powoli coś dobrego dzieje się w Polsce. Zapewne wbrew biskupom.

Jako laluś, może nawet efeb, mam wprawdzie pewien dysonans emocjonalny w sytuacji, gdy zostałem formalnie uznany za starszego – w końcu powinienem być młody na zawsze, tak teraz wypada. Z drugiej jednak strony bardziej żenujące by było, gdybym już faktycznie był stary, zjadł zęby w tej robocie, a w kwitach trzymanych w kadrach wciąż uchodziłbym za wykładowcę bezprzymiotnikowego, czyli w domyśle: młodzika. Więc niech tam już będzie...

4.

W związku z finansową blokadą jesień, zimę 2012 i wiosnę 2013 spędziłem powstrzymując się przed jakimikolwiek zakupami poza spożywką, ale latem, gdy otrzymaliśmy podwyżkę, wypłatę godzin nadliczbowych, i nastąpiła normalizacja w związku z wejściem na nowy, stosunkowo mały kredyt, zacząłem sobie pozwalać na zakupy. Lista rzeczy, które „muszę mieć” jest długa, ale trochę butów, kosmetyków i nowych ubrań już sobie kupiłem. Ponadto, skoro w pracy jestem „starszy”, czyli stałem się już dużym chłopcem [:)], uznałem, że czas rozwinąć nieco mój wizerunek, i poczułem, że to wstyd, iż w moim wieku wciąż nie opanowałem malowanek na oczach. Zabrałem się za intensywne ćwiczenia, i chociaż dla niektórych może jest to wciąż nieudolne, to obecnie przed wyjściem z domu staram się mieć kreski, trochę cieni na powiekach i różne podmalowania brwi. Myślę, że robię to coraz lepiej i zajmuje mi to już niewiele czasu – od 5 do 10 minut. Jak mi się wyrobi ręka, spróbuję używać trwalszych materiałów: żelu na pędzelku albo eyelinera w płynie.

5.

Gdy jesienią miałem już normalny budżet i trochę czasu w moim mieszkaniu, zrobiłem sobie kolejne z brakujących mebli i sprzętów: stojący kredensik kuchenny 2-komorowy w kolorystyce istniejącego już zestawu meblowego oraz tzw. kolczykarium, czyli obrotowy stojak z dwiema półkami i ażurową obudową, na którym mogę trzymać kolczyki i inne błyskotki.

Jak się kiedyś przyłożę (do pracy), znajdę parę fot dotyczących wspomnianych momentów.

26.12.2013

Poprawki i uzupełnienia 30.12.13

t Poprzednia