3Powrót (Antyfa0)



3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

ANTYFA 0


ROK 2006: KOŁO TOCZY SIĘ DALEJ

 

LATO

Ostatnio przełamałem kilka kolejnych tabu. Poczułem się cokolwiek zawstydzony moim odwlekaniem ostrych akcji nieposłuszeństwa ubiorczego po przeczytaniu pod adresem http://www.crossdressing.pl/main.php?lv1_id=2&lv2_id=24&lv3_id=517&lang=pl imponującej relacji o wyrobieniu sobie pakietu dokumentów z żeńskim wyglądem przez crossdressera Margie, której lektura miała miejsce wiosną tego roku. Szczególnie byłem pod wrażeniem obywatelskiej odwagi bycia sobą i determinacji bohatera tej historii. Uznałem, że najwyższy czas zabrać się za sprawę po męsku i przestałem wreszcie odkładać swe działania na nieokreśloną przyszłość – bez tego postanowienia mógłbym nigdy nic nie zdziałać, w jałowy sposób rozgrywając różne scenariusze jedynie w wyobraźni. Tak więc, po pierwsze pozwoliłem sobie na otwarte noszenie czarnej bezrękawnej bluzki ze wstawkami z szyfonu i zdobieniami koronkowymi. Ponadto wprowadziłem do użycia, jak to się mówi, top – o kroju bardzo odsłaniającym ramiona i dekolt oraz z pionowym rozcięciem z tyłu, dodatkowo w kolorze żółtym, czyli wbrew stonowaniu męskiemu. Jednak największym moim osiągnięciem stały się dzienne wyjścia spódnicowe. Pierwszego dokonałem dnia 20.06 około południa. Miałem na sobie spódnicę mojej konstrukcji za kolana trochę (z daleka) imitującą spodnie poprzez rozcięcia zagięte do wewnątrz z przodu i z tyłu oraz czarne sandałki na obcasie ok. 5 cm o niestukowej podeszwie z jednowtryskowej pianki. Z tyłu na obcasie umieściłem dobrze widoczny napis „NO LIMIT FOR MEN”, który niektórzy rodacy potrafią zrozumieć. Na powierzchniach bocznych umieściłem dla zabawy znak samiec („♂”) lub formułę „FOR MEN”. Powyżej miałem bezrękawny top opisany na początku tego passusu. Podjąłem wyzwanie i wyszedłem bezpośrednio z domu w tym ubraniu nie zabierając żadnych alternatywnych/awaryjnych artykułów odzieżowych. Na podwórku trafiłem na dwie „panienki” (o jakże delikatnych rysach twarzy!) oczekujące na ławce na kolegę – jednego z nienawistników z sąsiedniej klatki bloku. Owe „niewiasty” powitały moje pojawienie się dobrodusznym śmiechem – ciekawe: matki nauczyły je tak reagować, czy grupa rówieśnicza? Za moich czasów uczono dzieci pewnej kulturalnej powściągliwości polegającej na niekomentowaniu i niereagowaniu głośno nawet na ekscentryczne zachowanie się kogoś w sferze publicznej, o ile tylko nie popełniał przestępstwa. Za chwilę zszedł ich towarzysz i razem poszli za mną „odprowadzając” mnie do samochodu – w ten sposób nie ma wątpliwości, iż wiedzą, który jest mój. To istotne, albowiem w nocy po tym dniu ktoś a) kopnął mój samochód w błotnik zostawiając wgniecenie oraz b) wbił śrubokręt lub inny metalowy przedmiot do zamka i przykopał kopytem uszkadzając gniazdo i kopertę zamka oraz wyginając blachę na drzwiach. Jednak wróćmy do mojej akcji. Odbyłem w tym stroju krótkie zakupy w jednym z hipermarketów – tam nie stwierdziłem żadnej specyficznej reakcji na mój wygląd. Maszerowanie w wyżej opisanym przyodziewku było w tym upalnym dniu wspaniałym doświadczeniem: pracujące w czasie ruchu poły spódnicy dostarczały doskonałego podwiewu, natomiast półhalka zamiast majtek (nawet typu otwartego mojej konstrukcji) zadziałała doznaniem totalnego luzu, wolności. Podczas przejścia z powrotem z samochodu do bloku natknąłem się natomiast na grupkę samców-małolatów początkowo stojących razem na drugiej stronie ulicy a mających się rozejść. Ten, który ich opuszczał, zauważywszy mnie idącego chodnikiem z obrzydzeniem jeszcze na jezdni zmienił swoją trajektorię, zaś kumple odprowadzający go wzrokiem zawołali kilkakrotnie: „GEJUUU!” Ciekawe, czy to jeszcze przed nastaniem w szkołach Giertychlandu zaczęli tam już uczyć, że widząc kogoś nietypowego należy okrzykiem to publicznie skwitować (bo przecież zaprosić mnie do rozmowy ze sobą nie zamierzali)? Czy może mamuśki ich tego uczą wraz z mądrym napomnieniem „nie kop dziadka/wroga za bardzo bo się zgrzejesz”? Może to ojcowie, wraz z przekazem wzorów zachowań męskich (nieodzownych przecież do pełnego wychowania młodego człowieka) im to w mózgach instalują? A może to księża katecheci (na prawie już obowiązkowych) lekcjach katolickiej religii w szkole, ucząc tejże religii miłości, miłosierdzia i przebaczenia, zapominają powiedzieć o katechetycznym postulacie taktownego traktowania pederastów z troską i niedyskryminowania ich ponad „niezbędne minimum”, zaś nie zapominają dostarczyć pseudoargumentów o nienaturalności i niemoralności pedalstwa? Jestem jednak w ogóle trochę skonfundowany: podwórkowi śmiecie wołają (jakby na mnie) GEJUUU a tu przecież Bozia poskąpiła mi daru homoseksualizmu, więc Gejem mogę być co najwyżej na zasadzie honorowej, przy czym w cywilizowanych (acz mniej katolickich) krajach bycie Gejem nie uchodzi za naganne i nikt z tego tytułu nie jest witany okrzykami piętnującymi. Skądinąd uważam Wielce Szanownych Pedałów za wspaniałych ludzi: dzięki swojemu darowi potrafią się zaspokajać erotycznie bez rozrodczości, zatem z reguły nie zaśmiecają świata dziećmi, z których przy niestarannym wychowaniu wyrastają łagodnie mówiąc ludzie podli albo wręcz potwory. To podobnie jak z żydostwem: przynależność do narodu, który dał światu tak wielu wielkich odkrywców i artystów (a Polakom to nawet Adama Mickiewicza!) jest ogólnie nobilitująca, jednak bycie doń zaliczanym przez podwórkowych nienawistników bez posiadania faktycznych etnicznych korzeni „judajczykowskich” budzi mieszane uczucia, nieprawdaż? Honor to cokolwiek niezasłużony.

 

Zanim wrócę do kilku coraz bardziej rutynowo podejmowanych wyjść bez bifurkatów, opowiem o kilku moich kompozycjach ubiorczych, jakie zaprezentowałem w pracy. 22.06 w placówce „B” miało miejsce dość formalne wydarzenie: egzamin końcowy. Dlatego musiałem ubrać coś szczególnego, ale (choć uznaję czasem możliwość ubrania marynarki), nie chciałem i nie mogłem z oczywistych względów ubierać czegoś tak idiotycznego jak garnitur złożony z długich spodnioli i żakietu o długich rękawach ze sztywnej wielowarstwowo zastosowanej tkaniny. Zatem, aby stworzyć wrażenie zakrycia ubraniem przywdziałem wdzianko z miękkiego materiału typu długi żakiet (sięgający niemal do kolan).

Pod nim umieściłem już dość zwykłą czarną koszulkę typu T-shirt, zaś od pasa w dół miałem (używane obecnie jako składnik podstawowy) skrócone do ok. kolan obszerne sztruksowe spodnie koloru granatowego. Najciekawsze było oczywiście rozwiązanie dołu: skoro sytuacja była oficjalna, przyodziałem się w szpiczaste zamknięte półbuty na ok. 6.5 cm obcasie z inskrypcjami przekornie podkreślającymi ten fakt plus wcześniej już noszone rajstopy 20 DEN z lycry dostosowane do anatomii męskiej przez rozcięcie ich klina (aby zawsze był klin do rozcięcia, należy kupować rajstopy typu bezmajtkowego). Rajstopy były w tym dniu uzasadnione a) sytuacją oficjalną, b) ochłodzeniem po deszczu poprzedniej nocy, i c) zastosowaniem zamkniętego obuwia. Po zakończeniu oficjalnej części mojej pracy w tamtym dniu zrzuciłem żakiet i zmieniłem buty na przywiezione ze sobą sandały (o obcasie ok. 4 cm wytłumione przeze mnie przez zmianę fleków). W miejscu pracy „B” okazało się, że jest dość ciepło i w zasadzie należało też zdjąć rajstopy, jednak ze względu na nawał pracy pozostałem w nich do jej końca przegrzewając się lekko, lecz gdyby porównać moje przegrzanie z tym, co otrzymywali moi koledzy ubrani ortodoksyjnie w zamknięte buty, skarpety i długie spodnie, albo studenci-samce opatuleni na dodatek w marynarki i doszczelnieni krawatami – jest to mały pikuś.

 

Kilka moich pojawień się w pracy „A” też zasługuje na uwagę, gdyż przypadły na upały 30˚ C i ponad. W zakresie spodni niczego nowego nie zastosowałem (no, może stare białe szorty do wysokości nieco ponad kolanem), jednak pozwoliłem sobie przyjść w bezrękawnej bluzce ze wstawkami szyfonowymi pod karczkiem (opisanej wcześniej) a także w opisanym wyżej żółtym topie ze znacznymi rozcięciami, dzięki czemu spędziłem te nielekkie dni w dobrej formie pomimo intensywnej pracy. Dodać należy, że nosiłem w tych dniach (i uważam to już za normę) sandałki w kolorze przyciemnionej skóry naturalnej na klinie z jednowtryskowej pianki ok. 5 cm, które dzięki wąskiemu paskowi przedniemu i układowi niezbyt szerokich pasków tylnych dają dobrą możliwość opalenia stóp w codziennym ruchu po mieście, zaś umiarkowane ale solidne podwyższenie daje dobry efekt optycznego wysmuklenia nogi. Swego czasu zrobiłem na bocznych powierzchniach klinów tych sandałków okładziny z silikonu imitujące obcas kroju sportowego (z bliska wyglądają jak płaskówy „męskie”) i dołożyłem przekorny napis „Mr Sporty Active”. Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów: wracając zostałem obśmiany przez sportowców stojących przed klatką schodową z synem skądinąd dorzecznego sąsiada z parteru (elektryka samochodowego). Chłopcy jednak byli szalenie taktowni: zamilkli i poczekali grzecznie, aż wejdę do budynku. Ale kulturka! Elegancja-Francja! A jeden to niezły znawca seksuologii (w wersji śmietnikowo-podwórkowo-koszarowej) – stwierdził „Pedzio”. Jakież sympatyczne zdrobnienie! Tyle, że chłopię trafiło kulą w płot – gdyby tylko wiedziało, jak brzydzę się mężczyznami i tą ich współczesną – sportową – męskością!

 

Przejdźmy do bardziej wyczynowych akcji: w poniedziałek 24.06 podjąłem kolejne wyjście spódnicowe. Miałem do zrobienia zakupy w hipermarkecie i dostarczenie pewnej rzeczy w umówione miejsce w jednym z uniwersyteckich budynków. Do miejsca pracy „A” nie wstępowałem, aczkolwiek w pobliżu się zaparkowałem. Ubrany byłem w dżinsową spódnicę mini (do ok. 10 cm powyżej kolan), w systemie bezmajtkowym (co zrozumiałe ze względu na upał ok. 35˚ C) i jakąś bezrękawną bluzkę/top. Pierwsze wyzwanie spotkałem na narożniku ulicy, gdzie już od kilku (…ych) miesięcy stoją budy socjalne panów wymieniających przewody gazowe chyba na całej ulicy – często gromadzą się oni na mojej drodze i muszę ich mijać. Jednak ćwiczenia z kamiennej miny oraz wytrzymywania spojrzenia robią swoje i po chwili już jechałem, a potem było słodko. W czasie zakupów w kasie (ja to chyba jestem złośliwie traktowany przez los) trafiłem na niewiele kupującą poprzedniczkę typu zalotna dama, która okazała się niezdolną chyba przez 10 razy do wbicia PINu do terminala, podczas gdy ja cholery dostawałem, bo gdyby mi stanęło za mną stado sportowców, to pewnie mielibyśmy incydent. W końcu dostawili się za mną jacyś inteligenccy chłopcy (choć ubrani jak sportowcy) i długo nie zauważali nic szczególnego, aż tu nagle jednemu coś błysło w oku i dyskretnie szeptem zakomunikował to towarzyszowi. Wtedy obaj już patrzyli bacznie, ale ja się zmyłem. Cóż, uczcie się chłopaki myśleć! Powodzenia – a nuż coś zrozumiecie! Zresztą będę dawał więcej szans – robię (ze zmiennym szczęściem) inskrypcje na koszulkach (jest w tym jednak pewne ograniczenie: muszą to być produkty bawełniane i raczej nie czarne, stąd nie na wszystkich kontrowersyjnych ubraniach mogę je zamieszczać). W dalszej trasie zaniosłem przesyłkę i spotkałem grzeczne studentki chyba z placówki „B”, które podeszły powiedzieć mi „Dzień dobry”. Wracając natknąłem się na jednego z podwórkowców, który mimo łysogłowia tego dnia pozwolił sobie na nie lada rozwiązłość: był boso w sandałach zamiast zestawu „zamknięte buty i skarpety”. Chłopie! Gratulacje, myślenie ma przyszłość! Tylko co kumple powiedzą, że tak po pedalsku się ubrałeś?

 

Kolejne wyjście spódnicowe miało miejsce 4.07. Wyszedłem w „historycznej” (patrz akcja z 4.06.2002) zielonej sztruksowej spódnicy plus bezrękawny ciemnoczerwony top o fakturze tkaniny z lekkim połyskiem i wzorkiem (czyli absolutnie niezdatnej dla „mężczyzny”). Na wyjściu z bloku trafiłem na sąsiadkę z parteru (z której mężem omawiałem czasem jakieś sprawy) z małym synkiem (jeszcze grzeczne dziecko – właśnie nauczyło się mówić „Dzień dobry”, ciekawe jak długo i czy także sąsiadowi-„zbokowi”) – wyglądało na to, że byli zaabsorbowani własnymi sprawami. Odbyłem w ramach zaplanowanej trasy szereg przejść pieszych w miejscach zakupów w tym także z oczekiwaniem na światło dla pieszych, przy czym raczej nie zostałem zauważony, z wyjątkiem studentki spotkanej, z którą odbyłem krótką rozmówkę w sprawie służbowej oraz innej osoby żeńskiej wychodzącej z budynku filologicznego, która przyjrzała mi się raz, potem drugi, i chyba zrobił się jej uśmieszek. Przypuszczalnie bez wrogości. Powrót bez incydentów, chociaż byłem widziany przez szereg osób – szczególnie przez panią-dziewczynę z psem, który akurat przy naszych drzwiach miał jakieś sprawy do przewąchania, kiedy ja jedną półwolną ręką otwierałem zamek. Ciekawe, czy nakablowała na mnie w domu przed jakimś silnym łysym bratem lub narzeczonym? Jest szansa, że nie – ludzie z psami raczej nie są wredni (chyba, że są to rotweilery).

 

Jakkolwiek doszedłem do wniosku, że nie ma sensu opisywać tutaj absolutnie każde wyjście spódnicowe lub inaczej kontrkulturowe, niektóre akcje uważam za godne opisu: albo ze względu na incydenty im towarzyszące, albo z uwagi na szczególnie udany ich przebieg przy spektakularności mojego wyglądu. Tak więc należy wspomnieć o dniu 10.07. W owym dniu panował upał, a ja miałem szereg spraw do załatwienia w różnych punktach miasta: w pewnych placówkach hadlowych, usługowych i instytucjach, gdzie załatwiałem swoje sprawy imiennie. Otóż cały dzień, kilka razy wychodząc z domu i wracając, spędziłem w bezrękawnym topie o lekko błyszczącej fakturze materiału oraz w używanej już wcześniej zielonej spódnicy mini. Był to zatem dzień bardzo owocny: chodząc tak „na okrągło” zapomniałem nawet o stanie zakłócenia tabu, co szczególnie pozwoliło mi się wyluzować – zachowywałem się swobodnie, naturalnie i po prostu załatwiałem swoje sprawy. Muszę pochwalić przedstawicieli jednej instytucji i placówki usługowej za profesjonalizm polegający na nieokazywaniu żadnych reakcji zdziwienia, zbulwersowania ani rozbawienia. W placówce usługowej na koniec sprawy jej przedstawiciel pożegnał się przez podanie ręki, co nie jest przecież wymagane przy obsłudze klienta, a skądinąd mógłby (jako normalny mężczyzna) czuć obrzydzenie!



Z kolei dnia 14.07 wyjeżdżałem na dłużej i pakowałem samochód w trzech partiach, cały czas nosząc jakąś prostą koszulkę plus w/w spódnica, czyli wręcz kusiłem los! Podczas jednej tury zostałem obśmiany na odległość ok. 20 m przez wyrostków na wysepce tramwajowej. Z drugiej jednak strony odbyłem sympatyczną kurtuazyjną rozmowę ze starszym sąsiadem na klatce schodowej – cały czas będąc ubranym w „te” rzeczy!

t Poprzednia Następna