3Powrót (Antyfa0)



3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

ANTYFA 0


ROK 2007: TAK SAMO, TYLKO BARDZIEJ!

ZIMA I WIOSNA



Dnia 9.03.2007 wyszedłem w stylu apolitycznym ubrany kontrkulturowo. Była to akcja szybka i pragmatyczna: podczas montażu mebla zabrakło mi śrubek określonego typu i najpewniejszym miejscem ich nabycia był hipermarket budowlany Leroy Merlin – śpieszyłem się, zatem nie brałem ze sobą żadnej planszy z hasełkami. Z uwagi na prawdziwie wiosenną pogodę uznałem, że grzechem zaniedbania dobrego byłoby konformistyczne ubranie się w długie spodniole, nawet z zabronionymi butami ukrytymi pod nimi. Zatem ubrałem się w skrócone spodnie sięgające za kolana, przeciętne pończochy ok. 20 DEN, i kozaki na klinowatym obcasie znane już z wcześniejszych akcji (np. impreza opłatkowa). Wyszedłem ok 15.30 i cała jazda tam i z powrotem wraz z nieskomplikowanymi zakupami trwała raptem godzinę. Zaiste, taka pogoda stworzona jest do noszenia ubiorów o charakterze odsłaniającym na przewiew i słoneczne światło! W hipermarkecie mój pobyt trwał krótko i nie wiązał się z niczym szczegółnym, chociaż z oddali słyszałem frazę „wysokie obcasy” ze strony grupki pracowników tej firmy stojących koło punktu informacyjnego oddalonego o długość regału (od środkowej alei do ściany – ale ten dźwięk się niesie!) i wymieniających w prywatnej rozmowie komentarze; nie zauważyłem wszakże żadnych śmichów-chichów ani zachowań nieprofesjonalnych. Może komentowali także moje wcześniejsze pojawienia się u nich, bo było już tego niemało... Niezbyt liczni o tej porze klienci też nie stanowili problemu. Po powrocie natomiast, w czasie przejścia z miejsca parkowania do bloku, napatoczyłem się z za rogu budynku na watahę młodocianych kiboli, którzy mimo braku mutacji głosu już są prawdziwymi mężczyznami jak licho. Nie należą oni do specjalnie wydolnych generatorów mowy ludzkiej, i na mój widok zareagowali słowami: „Ale pedał!”. „Ty pedale!” oraz „Ty pierdolony pedale!” Przyjmuję te okrzyki z zadowoleniem – doskonale ilustrują one obrzydliwość współczesnych prawdziwych mężczyzn wraz z upadkiem wychowawczym szkoły, która pod Giertychem nie ma szansy się podnieść. Odnośnie adekwatności zaliczania mnie do Wielce Szanownych Pedałów już się wypowiadałem, więc nie będę się powtarzał. Co do samej watahy prawdziwych mężczyzn przed osiągnięciem wieku pokwitania (ciekawe, co to będzie jak już „wykwitną” na całego?), to na nich już wcześniej trafiłem podczas wychodzenia z budynku w stosunkowo niekontrowersyjnym odzieniu, lecz już wtedy byli oni łaskawi skomentować mnie okrzykami „Ale mumia!” najwidoczniej każdy, kto nie wygląda jak oni, ma coś w sobie nie w porządku. I jak tu teraz zareagować na takie okrzyki, stanowiące niewątpliwie naruszenie prawa, a mianowicie: Art. 216. § 1. Kto znieważa inną osobę w jej obecności albo choćby pod jej nieobecność, lecz publicznie lub w zamiarze, aby zniewaga do osoby tej dotarła, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności. Myślę sobie, że zareaguję w najlepszy możliwy sposób: będę to robił częściej i bardziej spektakularnie. Tyle ciekawych możliwości jest jeszcze do wypróbowania, by nie wspomnieć o używaniu ich na codzień! I chyba zrobię sobie też hasełko: „Naczelny Antyfacet RP – Pierwszy Pedał RP honoris causa”! Aha, i oczywiście trzeba jakoś ocenić zachowanie się watahy mło-dzików: 5grubych (i śmierdzących) skarpet każdemu z nich pod nos!

Dnia 16.04 przeprowadziłem kontrkulturowe wyjście na drobne uzupełniające zakupy spożywcze. Wprawdzie na wypadek nieprzychylnych mi reakcji przypadkowych przechodniów w rejonie miejsca zamieszkania i konieczności skierowania ich interakcji ze mną w kierunku dyskusji zabrałem ze sobą planszę z hasełkiem, jednakże skoro żadnych incydentów nie było, hasełka nie eksponowałem i jedynie przeszedłem do samochodu bez zwracania na siebie szczególnej uwagi kogokolwiek. Pogoda była wyśmienita, ale ze względu, iż zmobilizowałem się do wyjścia stosunkowo wcześnie (ok. 11 rano:-)), w miejscach zacienionych utrzymywał się jeszcze typowy dla poranków chłód. W związku z tym miałem na sobie ubrane dobrej jakości rajstopy ok. 20 DEN z lycry, brązową spódnicę ze sztruksu sięgającą mniej więcej do kolan i przerobioną w taki sposób, aby swoimi rozcięciami, wewnątrz których jest fałda materiału, przypominała nogawki szortów. Szczególną cechą użytkową tejże spódnicy jest jej dobre dopasowanie na odcinku biodrowym, i możliwość szerokiego otwarcia części dolnej podczas ruchu nóg. Przeróbki przeze mnie poczynione zmierzały do zapewnienia dobrego układania się rozcięć i fałdów materiału, które w czasie nieruchomego postoju użytkownika powinny samoczynnie chować się wewnątrz konstrukcji. Odnośnie rajstop powiem, że zostały dostosowane do anatomii męskiej przez wycięcie klina centralnego, dzięki czemu ich funkcjonalność i komfort nie odbiegają od cech użytkowych pończoch, co w połączeniu z bielizną typu Open Bottom (pojęcie moje) zapewnia pełny i należny wszystkim mężczyznom komfort. Z obuwia wybrałem sandałki na klinie ok. 5 cm noszone na co dzień już przez ok. 2 sezonów letnich, które niewątpliwie już wcześniej opisywałem. Z innych zabronionych elementów wymienić należy malowanki na paznokciach u nóg w jakimś trudnym do nazwania ciemnym kolorze ze srebrną ciapką na największym paznokciu. Dopełnieniem u góry była bluzeczka z krótkim rękawem o lekko błyszczącej fakturze materiału, czyli rzecz też trochę niezgodna z kulturowo nakazanym ponuractwem męskim. Uznałem, że mój strój nie należy do specjalnie spektakularnych na polu podważania ubraniowego tabu, i że przez nieuważnych obserwatorów najprawdopodobniej zostanę zinterpretowany, jako niemal ortodoksyjny samiec/mężczyzna w szortach i sandałach, i w niemal wszystkich przypadkach interakcji z przygodnymi ludźmi tak właśnie się stało. Trasa wytyczona na ten dzień wiodła przez wrocławską Halę Targową, Galerię Dominikańską i hipermarket Carrefour. Nadmienić należy, iż pierwszy z tych obiektów handlowych jest położony bardzo blisko mojego miejsca pracy oraz innych budynków, w których także prowadzę zajęcia, zatem prawdopodobieństwo spotkania kolegów z pracy i studentów było od początku znaczne. Po zaparkowaniu w pobliżu Hali Targowej (gdzie stało także parę aut kolegów z pracy) udałem się do niej, zmuszony odstać swój czas na sygnalizacji świetlnej – jest to potencjalnie stresujący element każdej misji, albowiem ludzie czekający na wolną drogę nie mają nic do roboty, więc gapią się na bliźnich. Jeszcze stosunkowo łatwo jest ukryć się przed wzrokiem czekających po tej samej stronie – wystarczy stanąć za nimi, i wtedy to oni musieliby się odwracać do tyłu, by ewentualnie rozpocząć gapienie się na bliźniego odmiennego. Natomiast „przeciwnicy” z drugiej strony mają wszystko jak na dłoni. Jaki jest na to sposób? Nic sobie nie robić ze spojrzeń, samemu patrzeć na wysokości ich wzroku, i zachowywać odpowiednio obojętny wyraz twarzy; dopuszczalny jest też uśmiech lub układ mimiczny względem uśmiechu przygotowawczy. Wydaje mi się, że wytrzymałem cały cykl zmiany świateł poprawnie, i wkrótce już byłem w hali, gdzie stał tłumek niemieckojęzycznych turystów, jak mi się wydaje zdecydowanie bardziej zaangażowany w podziwianie architektonicznego dzieła swoich przodków aniżeli w wyszukiwanie w moim wizerunku naruszeń obowiązującego dyktatu w ubiorze. Po zakupach w hali postanowiłem pieszo udać się do Galerii Dominikańkiej, położonej w odległości jednego przystanku linii tramwajowej. Wybrałem trasę nasłonecznioną stroną ulicy, albowiem faktycznie chłodek poranny był jeszcze w cieniu wyczuwalny. Przechodząc przez jezdnię natrafiłem na Panią-Z-Pracy, wymieniłem grzeczności i nawet odbyliśmy krótką częściowo merytoryczną, a częściowo kurtuazyjną rozmowę. Dość powiedzieć, że stanęliśmy na kilka minut na chodniku i ciekawe bardzo, czy moja rozmówczyni w ogóle zauważyła, że rozmawia ze strasznym odmieńcem akurat w tamtej chwili naruszającym najważniejsze tabu ubraniowe dotyczące mężczyzn w Europie Środkowo-Wschodniej (bo i na Zachodzie, i w dalekiej Azji tego tabu się nie przestrzega tak bardzo, albo nie ma go w ogóle). Po rozmowie udałem się w swoją stronę, lecz i tu, w jednym z samochodów wycofujących się z miejsca parkowania w głębi szerokiego chodnika, prawdopodobnie kierowcą okazała się kolejna koleżanka z pracy. Kontynuowałem mój słoneczny spacer, przedzielony kilkoma postojami przed światłami dla pieszych, i po kilku minutach byłem w Galerii Dominikańskiej, gdzie kupiłem zaplanowane produkty spożywcze pochodzące od konkretnych producentów, i postanowiłem zrobić sobie zdjęcie z odbicia w jednej z przyciemnionych lub lustrzanych szyb, których tam wiele jest w hotelowej części budynku. By przeprowadzić to dyskretnie, wyszedłem przez północne wyjście i skierowałem się ku hotelowemu narożnikowi budynku. Idąc momentami zwężającym się chodnikiem napatoczyłem się, zgadnijcie na kogo! Na dwóch, prawdziwych młodych mężczyzn, przechodzących szykownie z buteleczką otwartego piwa w ręce każdy. Pochłonięci byli głośnym omawianiem ważnych dla nich spraw, i myślałem, że na tym się skończy. Aż tu nagle pada kwestia wygłoszona przez najwyraźniej tego bystrzejszego z nich: „Te, kurwa. Patrz na chuja!” (ortografia wersji pisanej pochodzi ode mnie). Najwyraźniej zostałem dostrzeżony i znów nazwany z użyciem wulgarnej wersji rzeczownika oznaczającego męski organ płciowy. To zaskakujące: chłopaki chyba uważają, że sprzeniewierzam się męskości takiej, jaką uważają za jedyną i oczywistą, a żadnemu nie przyjdzie do tej męskiej głowy, by nazwać mnie wulgaryzmem oznaczającym żeński organ płciowy, na p, albo na c. Czyżby spotykał mnie mimo wszystko jakiś honor polegający, że łaskawcy nie odsądzają mnie od płci (bo od czci to zapewne tak)? Bo ja właściwie nie widzę żadnego zaszczytu w byciu pod jakimkolwiek względem podobnym do nich, ale z własnymi organami skonfliktowany przecież nie jestem. Dziwne też jest, że organ, który dla każdego samca jest dość ważny, a którego długość w stanie wzwodu służy nawet do dowartościowywania się, jest równocześnie tak silnym środkiem wyrażania pogardy. A przecież taki chuj, to czasami wręcz sprawa wagi narodowej – przypomnijmy sobie szum medialny po tym, jak to niedawno jakiś góralski pijaczek odrąbał sobie ten organ siekierą podczas libacji. Niedość, że wszystkie media natychmiast zrelacjonowały sprawę, to wszelkie środki zostały podjęte i służby zmobilizowane, by ten odcięty kawałek tkanki góralowi jednak przyszyć: helikopterem przetransportowano go i jego odseparowany członek w stanie spoczynku do kliniki na drugim końcu Polski, po to tylko, by stwierdzić, że niestety już za późno, i jeden z górali pozostanie ciut wybrakowany, zaopatrzony jedynie w coś krótkiego do sikania. Niewątpliwie jednej z atrakcji turystycznych mniej, a ja wciąż się dziwię: skoro ten kawałek ciała taki ważny, to dlaczego jest tak deprecjonowany, że stanowi realizację bodajże maksymalnie obraźliwego epitetu?! Najwidoczniej w sprawach ludzkich logika zawodzi. Ale dajmy spokój tym kijowym rozważaniom, wracam do relacji. Po zrobieniu sobie zdjęcia z odbicia w ciemnej szybie (poniżej po lewej stronie) wróciłem do auta nie spotykając już nikogo, aczkolwiek mogąc być widzianym przez wielu, i pojechałem do Carrefoura. Tam zrobiłem krótkie zakupy i, gdybym był psychicznie nieprzygotowany, to miałbym niemałą nerwówkę: kasa z jedną osobą oczekującą okazała się typową pułapką, jako że część odzieży kupowanej przez jedną przedemerytalną panią okazała się niezaopatrzona w kody, zatem odbył się cały dziesięciominutowy cyrk z wrotkarzami i dyktowaniem tychże kodów przez telefon, podczas gdy za mną urosła już prawdziwa kolejka. Ale ja już nie pierwszy raz to robię, zatem ubolewałem jedynie nad upływem czasu rzutującym na stan rzeczy kupionych wcześniej a pozostających w bagażniku na nasłonecznionym placu. W końcu wyszedłem, zrobiłem sobie zdjęcie z automatu (poniżej po prawej), i wróciłem do domu, z hasłem potencjalnie gotowym do ekspozycji, lecz bez potrzeby jej podjęcia. Podsumować niniejszą akcję można następująco: był to mały przełom, albowiem wcześniej nie wkraczałem w kontrkulturownym odzieniu do takiego budynku jak położona w centrum miasta Galeria Dominikańska, również unikałem pojawiania się w takim przybraniu w rejonie miejsca pracy w czasie semestru i w porze dnia, gdy większość studentów kręci się wokół budynków uniwersyteckich (a nie podczas dni rektorskich albo około świąt i długich weekendów, gdy pokaźna część uniwersyteckiej klienteli bawi zgoła gdzie indziej). Było to zatem dobre ćwiczenie asertywności i zapowiedź już poważniejszych akcji w Śródmieściu, które już od jakiegoś czasu stanowią mój cel i wyzwanie. I jeszcze jedna uwaga: cóż to za „twórczy” matoł wymyślił, by pokryć większość chodników w odnowionym centrum miasta kostką brukową o ostrych sterczacych ponad powierzchnię kantach, które nawet dla jeżdżących samochodem nie są szczytem marzeń??!!!! Dziwię się, że nasze panie, chodzące przecież dość często w butach na obcasie o podeszwach dość cienkich na śródstopiu jakoś nie protestują, chociaż na takich pożal się Boże/Przypadku chodnikach uważać trzeba przy każdym kroku, by nie zostać wręcz ukłutym kantem kostki brukowej, a w przypadku cienkich obcasów, by na dodatek nie trafić w szeroką fugę i zagłębić się tam do oporu, rysując powierzchnię boczną słupka, by nie wspomnieć o siłach bocznych odchylających cały układ od pionu! Zastanawiam się: czy to cięcie kosztów za tym stoi, czy też może jakiś pan architekt, z zazdrości wobec żeńskoorganowych osób fikających sobie z gracją na obcasikach, postanowił im to obrzydzić? Jeśli ta druga opcja zachodzi, to wołam: Drogi Panie, są inne sposoby! Vade mecum! Odpowiedzialnym za ten architektoniczny pomysł przyznaję 3 grube skarpety. Przyznaję także 5grubych (i śmierdzących) skarpet podpitym już od rana młodzieńcom o dość marnych manierach (i nie tylko), którzy zepsuli efekt w postaci taktownego zachowania się większości mijanych przechodniów. Ci oczywiście zasługują na 5 złotych tipsów i niniejszym je otrzymują. A co!




t Poprzednia

Następna