3Powrót (Antyfa0)



3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

ANTYFA 0


ROK 2007: TAK SAMO, TYLKO BARDZIEJ!

LATO

Starym zwyczajem wypada zrelacjonować moje osobiste potyczki z ubraniowym tabu w okresie wczesnego lata 2007 i później. Pierwszy z tych okresów to chodzenie do pracy oraz czas wolny zdominowany przygotowaniami do happeningu. Drugi okres to głównie wakacyjna bezczynność w mieście i kontekście kulturowym niezbyt sprzyjającym podważaniu chorej obyczajowości, choć nie bez pewnych małych osiągnięć. Niechaj zacznę po kolei.

 

Chodząc do pracy nie dokonałem specjalnie wielkich rzeczy, niemniej jednak dobrze przyzwyczaiłem swoją „publiczność” (studentów i koleżeństwo w pracy wraz ze zwierzchnikami) do tego, że gdy tylko jest chociażby dość ciepło, ja uchylam się od męskiego obowiązku zakrywania nóg, nosząc co najwyżej rybaczki i zamknięte plecione buty wraz z cienkimi wyrobami pończoszniczymi. Podobnie jak w poprzednich latach, gdy nastąpiły upały w maju i czerwcu, ubierałem się w bezrękawną bluzkę – w tym sezonie był to najczęściej czarny top z jakimiś świecidełkami z przodu. W jednym dniu o niewyraźnej pogodzie pozwoliłem sobie na niebieski sweterek z długimi rękawami, lecz zaopatrzony w fabrycznie wykonane otwory na ramionach, co oczywiście stanowi wykroczenie przeciwko głęboko zapisanej w męskiej „modzie” regule ponuractwa. Innego dnia, gdy pomimo słonecznej pogody było dość chłodno, a ja na dodatek nie byłem immunologicznie silny, zgodziłem się na kompromis z okolicznościami ubierając wprawdzie długie spodnie, lecz do czarnych klapek wprowadzonych w tym sezonie, ubrałem cienkie (oczywiście transparentne) skarpetki koloru cielistego. Później, pod koniec sesji w lipcu, postąpiłem podobnie, lecz bardziej intensywnie: w dniu o dość wietrznej i trochę chłodnawej pogodzie, lecz poza tym dość sporą dawką słońca, przyszedłem kilka razy w sandałkach lub w/w klapkach i w pończochach lub rajstopach. Trzeba jednak stwierdzić, że pończochy te były modelem bez zagęszczenia na strefie palców i jedynie ich połysk wraz z nieco popielatym kolorem nadanym nogom mogły wskazywać na zastosowanie tak zabronionego artykułu. Z kolei rajstopy to model używany już od co najmniej roku, czyli nieco błyszcząca lycra koloru cielistego, które w początkowym okresie użytkowania były dość ciemne i sprawiały wrażenie lekkiej opalenizny (z czasem i praniem jaśnieją). W tym przybraniu obsłużyłem szereg interesantów a także spotkałem parę Kolegów i Koleżanek, odbywszy nawet rozmowę z jedną z Przełożonych (Pozdrowienia!). Do tego nosiłem szorty lekko sięgające za kolana lub rybaczki. W ciągu semestru wiosennego nosiłem także ciemno szary polarowy płaszczyk z zamkiem błyskawicznym, kapturem i zewnętrznymi kieszeniami, którego długość do ok. połowy uda również jest cokolwiek „podejrzana” jak na mężczyznę. Trzeba zauważyć, że te bardziej śmiałe wczesnoletnie manewry ubiorcze przypadły na czas po happeningu „Chłopak i dziewczyna…” i również po audycji na mój temat w Radiu Luz, zatem i ja posiadałem już subiektywne poczucie wyższego komfortu, i można domniemywać, że pewna część „publiczności” (w tym wypadku głównie studentów) słyszała o mnie i była „oswojona” z tym, co może zobaczyć.

 

Poza ścisłą pracą, spotkałem się z tą samą grupą osób w sytuacji nieformalnej – mianowicie pod koniec sesji mieliśmy firmową imprezę. Jako że zamierzaliśmy spożyć w swoim gronie trochę alkoholu, nie pojechałem tam samochodem, a w niewielkim gronie osób zamieszkałych w pobliżu, umówiliśmy się na jazdę taksówką. Jak to na firmową imprezę, postanowiłem ubrać się bardziej po ludzku, czyli pojechałem w znanej już chociażby z akcji w Legnicy czarnej spódnicy ze streczu z kieszeniami dowieszonymi na pasku lub w czarnej sztruksowej, którą wiosną dostosowałem do męskich kształtów. Powyżej ubrany byłem w bezrękawną bluzkę, która wszakże zakryta była płaszczykiem z ciemno szarego polaru noszonego w tym sezonie regularnie. W owym dniu panowała temperatura ok. 16ºC w cieniu, wiał dość chłodny wiatr, a letnie ciepło było zauważalne jedynie podczas skądinąd dość częstych przejaśnień. Przed imprezą wychodziłem na miasto, zatem znałem pogodę i ubrałem się nawet adekwatnie: pod spódnicę (a podczas moich pospiesznych sprawunków na mieście – pod szorty) przywdziałem bardzo solidne (i nie tanie!) rajstopy z lycry 40 DEN koloru cielistego i czarne sandałki na umiarkowanym, lecz dobrze widocznym obcasie z napisem NO LIMIT/FOR MEN (skądinąd nic nowego na moich akcjach). Nasza impreza miała się odbyć w lokalu położonym nad jednym z kanałów Odry i spodziewaliśmy się, że potrwa do jego zamknięcia (lokalu oczywiście, nie kanału). Spotkałem zatem na postoju Koleżanki (Pozdrawiam, bo mogą zaglądać na moją stronkę!), które bez żadnych niestosownych reakcji się przywitały i razem wsiedliśmy do pierwszej taksówki. Po przybyciu na miejsce imprezy okazało się, że przy tej pogodzie nie będziemy biesiadować w ogródku, lecz w budynku, gdzie wszakże było niewiele cieplej. Uczestnicy zjeżdżali się przez pewien czas, a zamówienia potraw realizowane były nieśpiesznie, więc zacząłem nawet się obawiać, czy wytrzymam to termicznie. Na szczęście drinki alkoholowe można było mieć od ręki, zatem parę kieliszków wódki rozgrzało mnie całkiem nieźle, a gdy później doszły potrawy, problem się rozwiązał wraz z napływem kalorii. Niestety, nie czułem się na siłach zdjąć polarkowego długiego płaszczyka i odsłonić całe ramiona przy tej temperaturze i przenikającej atmosferę wilgoci z kanału i padającego pod wieczór deszczu, przez co nasłuchałem się od niektórych Koleżanek, że to straszny „obciach”. Trudno, bywa i tak. W każdym razie impreza była towarzysko udana, z kilkoma osobami pogadałem, w tym także o moich poczynaniach happeningowych i redagowaniu niniejszej strony. Niewątpliwie atmosfera międzyludzka na tym zyska. Wróciliśmy z imprezy okazyjnym samochodem wiezieni przez męża jednej z Koleżanek, więc wysiadłem bardzo blisko wejścia do mojego bloku, przeszedłszy na dodatek kawałek drogi w deszczu i chłodzie typowym dla całego tego dnia, mając w dalszym ciągu na sobie spódnicę, rajstopy i sandały. Muszę z zadowoleniem stwierdzić, że żadnych niekorzystnych skutków zdrowotnych nie odnotowałem – najwidoczniej ćwiczenia hartujące, które prowadzę już od paru lat, przynoszą efekt. Kilka dni po tej imprezie miałem małą sprawę do załatwienia w budynku firmowym, i udałem się tam w obecnie niemal codziennie noszonej brązowej spódnicy przypominającej co nieco szorty, a poddanej wiosną głębokiej korekcie krawieckiej. Były to absolutnie ostatnie dni sesji i prawie nikogo ze studentów tam nie było, jednakże na parterze przeszedłem mijając grupkę studentek, które po moim przejściu w głąb budynku zachichotały, lecz gdy po kilkunasty minutach wychodziłem, mijając je nie odnotowałem z ich strony żadnych reakcji. Dam sobie jednak spokój z interpretowaniem tej sytuacji.

 



Jeżdżąc po mieście w ramach przygotowań do happeningu, też korzystałem z okazji, by wyglądać bardziej po ludzku, niż kultura mi pozwala. Tak więc (zapewne 30.05) podczas jednej z takich jazd, gdy m. in. szukałem „weselnych” butów, ubrany byłem jak na załączonej fotografii po prawej, czyli w czółenka na średnim, klocowatym obcasie (publicznie użyte w zimie), z ciemnocielistymi pończochami i czarną sztruksową spódnicą plus czerwony T-shirt – żadna ekstrawagancja. Byłem wówczas co najmniej w Deichmannie, Leroy-Merlin, i w hali targowej. Nie odnotowałem żadnych szczególnych reakcji otoczenia – moje zachowanie się najbardziej zwracało uwagę podczas kupowania butów, gdy sprzedawczyni pomagała mi znaleźć różne białe modele a ja je przymierzałem (opisałem to szczegółowo w ramach przygotowań do happeningu). Również zadowolony jestem z jednego z pierwszych publicznych zastosowań spódnicy koloru bladożółtego, wiosną dostosowanej do męskiego kształtu, co uczyniło ją bardziej obcisłą w partii pośladków, lecz wciąż wygodnie otwartą dla ruchu nóg nawet po schodach (patrz nieostra fotografia po lewej). Spódnica ta nie posiada kieszeni, więc zaopatrzyłem ją w zestaw kieszeni zawieszonych na pasku. U góry miałem czarny bezrękawny top – był to jeden z pierwszych prawdziwie letnich dni w maju, i byłem w tym zestawie na krótkich zakupach spożywczych w pobliskim hipermarkecie. Odnośnie obuwia – nic szczególnego: czarne klapki noszone w tym sezonie na większość okazji. O ile dobrze pamiętam, podczas powrotu zostałem okrzyczany przez tałatajstwo rezydujące pod wejściem do jednego z pobliskich bloków – o okrzykach jednak później.

 

Niemniej jednak parę jak dla mnie przełomowych osiągnięć miało miejsce. Po pierwsze kilkakrotnie już nosiłem buty z obcasem szpilkowym w sposób odsłonięty, czyli bez długich spodni mających ten najbardziej zakazany z obcasów zasłonić. Tak więc, w kilka dni po happeningu, ubrałem dość stare, lecz jeszcze nieużywane poza domem brązowe sandałki na ok. 5-6 cm obcasie, z nadbudową z dość cienkich pasków i ażurowej struktury, które z tyłu opinają nogę wokół kostki. Również pozwoliłem sobie użyć czarnych półbutów w szpic na obcasie ok. 5 cm w formie szpilki, w których tył jest otwarty i dopinany do nogi cienkim paskiem skrzyżowanym z tyłu i również obejmującym nogę powyżej kostki (ongiś dorobiłem był do tych butów poduszki ze skóropodobnego materiału pod miejsce skrzyżowania się pasków, gdzie dochodziło do uszkodzeń wyrobów pończoszniczych). Obie pary butów były wytłumione, tj. zastąpiłem ich oryginalne twarde i niedyskretnie stukające fleki odpowiednikami z dwóch warstw gumy podeszwowej dającymi tę samą grubość i przybliżoną twardość i stabilność, lecz mniejszy albo wręcz zerowy dźwięk na twardych chodnikach. Ale opiszmy też resztę kreacji i kontekst sytuacyjny związany z wyjściami w powyżej opisanych butach. Tak więc sandałki znalazły zastosowanie w bardzo upalny dzień, gdy używanie czegokolwiek zasłaniającego większość stopy przed słońcem byłoby co najmniej grzechem, a przede wszystkim – błędem. Sandałki te, dzięki cienkości pasków oraz poprowadzeniu ich w innych miejscach niż zwykle, pozwalają opalić sobie stopy tam, gdzie są one zasłonięte podczas noszenia innych butów. Przełomowa była też reszta ubrań w tym dniu noszonych: otóż pozwoliłem sobie wreszcie ubrać top nie tylko bezrękawny, lecz jego najbardziej zabronioną postać na cienkich ramiączkach. Przyodziewek ten był koloru czerwonego i miał bardzo miłą cechę konstrukcyjną, mianowicie odsłonięte plecy, notabene tak, jak w mojej pseudoślubnej sukni z happeningu. Jednym słowem, idealny typ odzieży na upał i słońce – można chodząc po mieście opalić sobie całe ramiona i górną połowę pleców, by nie wspomnieć o hojnie otwartym trójkącie z przodu (podobnie ubrany będę na drugim grillu-pikniku, patrz zdjęcie poniżej po prawej). Spódnicę miałem brązową – tę przypominającą szorty, w której raz wkroczyłem do budynku mojej pracy. Jechałem do M. M. (pozdrowienia!) i wyszedłszy z jej mieszkania zostałem uprowadzony przez windę na wyższe piętro, gdzie wsiadł jakiś średnioatletycznej postury młodzieniec-sportowiec, naperfumowany, jakby jechał na randkę. Ale był w porządku – odstał całą drogę, a po wyjściu z budynku udał się w swoją stronę nie patrząc za mną po wieśniacku. Drugie z butów tutaj wspomnianych, czyli półczółenka z paskiem wokół kostki, zostały ubrane w dniu o pogodzie dość wietrznej z przejaśnieniami, gdy jechałem na grill z Towarzyszami z KPH i Trans-Fuzji. Wychodziłem z domu z koszem pełnym produktów spożywczych i innych rzeczy, w tym, co istotne, z butami na zmianę. Byliśmy umówieni w pewnym miejscu blisko Odry, ale spodziewałem się uzyskać konkretne wskazówki przez telefon. Jak zwykle byłem lekko spóźniony, więc zachodziła obawa, że towarzystwa nie będzie już w miejscu spotkania, a ja będę naprowadzany telefonicznie. Jako że pogoda była nieszczególna, ubrałem pończochy ze streczu koloru grafitowego (ciemny kolor absorbuje więcej energii ze światła słonecznego), prawdopodobnie miałem tę samą spódnicę co na firmowym party, a u góry miałem czarny bezrękawny top z jakimiś szyfonowymi albo koronkowymi wstawkami ozdobnymi z przodu i trójkątnym wycięciem na głowę z przodu. Na wierzch narzuciłem niezapinane marynarkopodobne wdzianko koloru szarego, co niewątpliwie korespondowało z grafitem pończoch. Strój schludny i skromny, jak przystało na porządnego mężczyznę :-). Po wejściu do samochodu, gdy minąłem był na podwórzu kilku chłopców w wieku od 5 do 10 lat grających w piłkę i zachowujących się wobec mnie neutralnie, postanowiłem zadzwonić do kogokolwiek z biesiadników. I tu nastąpił horror: komórka mi się zawiesiła wyświetlając stale tę samą planszę. Pojechałem więc na miejsce spotkania, gdzie i tak nie od razu znalazłem miejsce do parkowania, skądinąd dość odległe od punktu zbornego, wyciągnąłem kosz i odbyłem dość długą pieszą wędrówkę do miejsca naszego spotkania, gdzie nikogo z naszych nie znalazłem. Zrobiło się głupio: jedną opcją było czekanie w dość kontrowersyjnym stroju na ławce co jakiś czas mijaną przez przechodniów i wycieczkowiczów, drugą była rezygnacja i wycofanie się do domu, z konstatacją, że cały psychiczny wysiłek, by wyjść z domu w dość trudnych i jeszcze publicznie nienoszonych butach jest daremny. Jako że uznałem był, że najprawdopodobniej nasz grill i tak miał się odbyć w jakichś nadodrzańskich chaszczach, a i skoro mogłem być zmuszony do powrotu, to w obu przypadkach uzasadnione było zmienić buty na proste i w pełni zamknięte czółenka o klocowatym obcasie (wspominane przy okazji zakupów z 30.05 i wcześniej). Tak więc przebrałem buty, i nagle zza rogu wyłoniła się ekipa. Okazało się, że parę minut wcześniej nawet widzieli mnie przejeżdżając samochodem, gdyż próbowali się nim dostać w pobliże planowanego miejsca pikniku i okazało się to niemożliwe. Wspólnie odblokowaliśmy moją komórkę przez odłączenie baterii na chwilę, i razem powędrowaliśmy na piknik, zwracając na siebie trochę uwagi ze strony grup wycieczkowych stojących nieopodal. Piknik był udany, mój ubiór okazał się termicznie wystarczający na ten typ pogody, mimo iż nad wodą wiało niemiłosiernie. Biorąc zaś pod uwagę po jakim gąszczu roślinności w tych biednych pończochach chodziłem, zakrawa na cud, że nie uległy one zniszczeniu, a jedynie drobnym zahaczkom podobnym to tych, które przypadkowo powstają po kilkukrotnym ubieraniu, praniu etc. Przyznać muszę, że nie poszukiwałem chrustu w najgłębszym gąszczu roślinnym i raczej po konsumencku skorzystałem z owocu pracy naszych żeńskich towarzyszek dzielnie w zaroślach buszujących, lecz gdzie jak gdzie, ale w naszym gronie stereotypy płciowe przecież się nie liczą… A ja skądinąd niespotykanie subtelny człowiek jestem… Podczas mojego powrotu po imprezie trafiłem na sąsiada z parteru, który był zmuszony odpowiedzieć na moje „Dzień dobry”, i trzeba odnotować, że przychodzi mu to z zakłopotaniem wprost proporcjonalnym do obecności postronnych świadków na podwórzu. Oj, wiocha!

 

Mieliśmy jeszcze jeden piknik w nieco innym miejscu położonym nad brzegiem Odry – wtedy pogoda była upalna, więc szedłem w tych samych sandałkach co na imprezę firmową, lecz tym razem oczywiście boso, przywdziałem zieloną sztruksową spódnicę mini, której bogata historia sięga mojego pilotażowego buntowniczego wyjścia do pracy w dniu 4.06.2002, lecz w międzyczasie skorygowałem jej dzwonowaty kształt na obszarze bioder i pośladków czyniąc ją bardziej męską. Trzeba dodać, że początkowo wydawało się, że trochę przesadziłem i stała się za ciasna, lecz z czasem dociągnęła się do moich kształtów i jest OK. Ponad spódnicą przywdziałem tenże sam czerwony top na cienkich ramiączkach, w którym ongiś jechałem do M. M. Jakkolwiek i tym razem wyjeżdżałem z opóźnieniem, nie było problemu z porozumieniem się z biesiadnikami przez komórkę, więc pokonując niezłe wertepy dojechałem na miejsce pikniku. Po imprezie dotarłem do domu bez żadnych sensacji, korzystając do ostatniej chwili z dobrodziejstw tak odkrywającego przyodziewku przy słonecznej pogodzie panującej przez cały ten dzień.

 



Dość ciekawy był również inny dzień wolny od pracy, który spędziłem nieśpiesznie wędrując po mieście za kilkoma sprawami, aż tu pod wieczór dzwoni mi telefon wzywający mnie na pomoc przy remoncie siedziby KPH i Trans-Fuzji, gdzie dzielne Koleżanki „niewiasty” stały wobec potrzeby zawieszenia metalowego rusztowania pod płyty gipsowe. W owym dniu było trochę chłodno, więc chodziłem w wspominanej już brązowej spódnicy podobnej do szortów (sięgającej mniej więcej do kolan) i w rajstopach 20 DEN do sandałków na klinie z okładzinami sugerującymi sportowo-uniseksowy ich charakter, albo do czarnych klapek. Zatem wybrałem się do Towarzyszek i włączyłem się w robotę polegającą na wierceniach na różnych wysokościach i improwizowanym zawieszaniu na ścianach szyn stanowiących owe rusztowanie. Przed robotą musiałem się zderajstopować, bo nie wyniósłbym tego przyodziewku w całości, lecz spódnica pozostała i podobno wywarła wrażenie na panach rezydujących w całym tym kompleksie pomieszczeń biurowych, a którzy momentami włączali się w nasze działania. Naprawdę szkoda, że nie zachowały się foty wykonane przez Mirkę w tych okolicznościach! Ok. godz. 23 opuściłem to miejsce pracy, zarajstopowałem się, i wybrałem do domu. Co ciekawe, przy temperaturze ok. 10°C tego wieczoru, nie doznałem żadnego uszczerbku na zdrowiu mimo sporej golizny w czasie pracy fizycznej, i lekkości ubioru podczas drogi do domu. Dowodzi to ponad wszelką wątpliwość, że osoby żeńskie potocznie nazywane kobietami nie mają żadnych szczególnych cech fizycznych, które predysponowałyby je do noszenia odkrywającej i ekshibicjonistycznej odzieży w różnych warunkach pogodowych, zaś osoby męskie potocznie zwane mężczyznami nie są obciążone żadnymi przeciwwskazaniami do używania tych samych artykułów odzieżowych co osoby żeńskie. Amen i basta!

 

Na koniec parę słów o swojskim, polskim chamstwie, z jakim spotykałem się podczas moich przejść przez podwórko. Tałatajstwo ma jakieś bardzo dziwne systemy nerwowe, albowiem normalny zwierzęcy i ludzki mózg przyzwyczaja się do powtarzających się bodźców i wygasza reakcje, jeżeli zauważa, że bodźce te nic istotnego dla niego nie oznaczają, a w każdym razie, że nie sygnalizują żadnego zagrożenia. Moje jawnie kontrkulturowe przemarsze w okolicy miejsca zamieszkania odbywają się już ponad roku, a podwórkowi nienawistnicy w dalszym ciągu reagują swoimi debilnymi okrzykami. Co więcej, okrzyki te świadczą, że krzykacze zupełnie nie wiedzą do jakiej kategorii wroga publicznego mnie zakwalifikować, nie podejmując jednocześnie najmniejszego wysiłku by stan swojej niewiedzy ograniczyć. Jestem zatem (przepraszam wrażliwych Czytelników, ale cytaty muszą być dokładne – wszak dokumentuję tu stan rzeczy): Pedałem, Laską, Chujem, Pedofilem. O tym pierwszym epitecie już się wypowiadałem, natomiast o Lasce wypada rzec słów kilka: choć przedwcześnie łyse szczeniaki, skądinąd szczycące się jedyną rzeczą, jaka w ich życiu się udała (?), czyli popędem ukierunkowanym na laski właśnie, używają tego określenia z intencją obraźliwą. Zatem laska jest zarówno przedmiotem pożądania, jak i obiektem pogardy. Ja natomiast uważam bycie zaliczanym do lasek za honor (choć pod względem organicznym ciut niezasłużony), albowiem branie przykładu i upodobnianie się do osób żeńskich oznacza awans cywilizacyjny. Są one ogólnie mądrzejsze a w każdym razie chytrzejsze od prawdziwych mężczyzn – to one wiedzą, jak czynić swoje życie zdrowym, przyjemnym i urozmaiconym, w odróżnieniu od prawdziwych mężczyzn – najbardziej kompetentnych w niszczeniu samych siebie i wszystkiego na około przez głupie ambicje, potrzebę zwrócenia na siebie uwagi pomimo umysłowego ubóstwa i, co za tym idzie, bezcelową agresję, a których przyjemności życiowe są prostackie i degradujące. To żeńskoorganowe żyją dłużej i znacznie lepiej. Zatem inwektywa Laska jest zupełnie chybiona. Oczywiście gwoli uczciwości wywodu odnotować muszę, że przecież ja jestem laską „fałszywą” i jako taki nie stanowię dla przyśmietnikowych prawdziwych mężczyzn obiektu pożądania, a co najwyżej mogę budzić obrzydzenie. Ale ja przecież w najmniejszym stopniu nie aspiruję o ich względy – sam maksymalnie brzydziłbym się jakimkolwiek kontaktem z nimi! I nie chcę też do nich być podobny w żaden sposób (wyłączając oczywiście pewne cechy anatomii i fizjologii, które nawet z najgorszymi zakałami ludzkości wspólne mamy i z których zrezygnować się nie da). Również nie stanowię dla nich konkurencji w ich wyścigu do podwórkowych samic o podobnym do nich poziomie umysłowym, więc raczej powinni się cieszyć, że „więcej tortu zostanie dla nich”. Lecz logika nie odgrywa roli tam, gdzie rozumu brak. Jakkolwiek o nazywaniu mnie Chujem wypowiadałem się przy wcześniejszych okazjach, w momentach, gdy obok tego pobrzmiewa Laska, słowo to przybiera szczególnego, intrygującego znaczenia. Jak dość dobrze wiemy, jest to nieelegancka nazwa męskiego organu płciowego, co oznacza, że zostaję jednak uznany za samca, a w głowach niezdolnych do przeprowadzenia rozróżnienia pomiędzy płcią biologiczną a społeczną rolą płciową, zapewne postrzegany jestem jako mężczyzna, facet. I jednocześnie laska! Czyli żule dowodzą, że możliwe jest równoczesne bycie i tym, i tamtym! Przy tej okazji powtórzę jeszcze jedno spostrzeżenie z tym związane: skoro bycie mężczyzną to największy życiowy sukces podwórkowców, zatem okrzyknięcie mnie Chujem zakrawa na mimowolny komplement z ich strony, który oczywiście specjalnie mnie nie cieszy, bo z tą społecznie podrzędną kastą nie identyfikuję się zbytnio. No chyba że definicja męskości wreszcie zmieni się na lepsze. W końcu, gdy szedłem po raz pierwszy w odsłoniętych sandałkach-szpilkach, trafiłem na dwa okazy prawdziwego mężczyzny, które nie omieszkały wygłosić swego werbalnego śmiecia, i pośród ich strumienia akustycznego pojawiło się „Pedofilku!”. Świadczy to o identycznej niewiedzy podwórkowych prostaków z tą, jaką okazał wiceminister zdrowia Marek Grabowski, któremu także te dwie kategorie mylą się. Ciekawe tylko, czy to podwórkowi krzykacze znaleźli się nagle w doborowym towarzystwie, czy też Pan Wiceminister znalazł się w marnym? Moje pierwsze przejście w odsłoniętych szpilkach w ogóle najwidoczniej miało dość szerokie reperkusje. Otóż przy zupełnie innej okazji, gdy wynosiłem bagaż do samochodu kilkukrotnie przemierzając teatr wojny, jeden z kumpli nienawistników zagadnął mnie, czy się nie wstydzę (chodzić w spódnicy zamiast w spodniach). Z ciekawości wdałem się z nim w coś w rodzaju rozmowy i po chwili wyjawił mi, że jego matka widziała mnie kiedyś w szpilkach i „zwątpiła”. To mnie nieźle ubawiło: w co ta matka zwątpiła, i czy ja mam jakieś zobowiązania wobec niej odnośnie podtrzymywania jej wierzeń? A kto troszczy się odnośnie rzeczy, w które ja zwątpiłem albo zwątpienia jestem bliski: przykładowo człowieczeństwo osobników tworzących polskie społeczeństwo albo kierunek, w którym ten smutny kraj zmierza? I na tym skończmy, bo lista mogłaby zbyt długa być. Potem jeszcze niniejszy typek mi wyjaśnił, że (Uwaga! Znów cytat dosłowny!): „każdy tu jest na ciebie wkurwiony, już szykują się na ciebie.” Groźby specjalnie mnie nie dziwią – zadziwiające natomiast jest, jak to obecnie te matki (nawet jeszcze wolne od „zwątpienia”) wychowują swoich synów, że przechodzą oni jednostronnie na ty z nieprzedstawionymi sobie oficjalnie ludźmi, i to prawdopodobnie od siebie starszymi, i nie waham się wyrazić tego przypuszczenia, kilkukrotnie mądrzejszymi. Cóż takie czasy – czasy tryumfu prostego człowieka. IV Rzeczpospolita. Lumpenland.

 



Na koniec streszczę kilka malutkich osiągnięć z okresu letniego w skądinąd malowniczym mieście o plebejskiej robotniczo-chłopskiej kulturze, której charakter widać po tym choćby, że nawet w najcięższe upały z rzadka jedynie dostrzega się na ulicy młodego mężczyznę nieubranego inaczej jak sportowiec-wojowniczek, czyli koniecznie w zamkniętym sportowym obuwiu, szmacianych skarpetach i spodniach co najmniej za kolana sięgających plus koszula z rękawem do łokcia. Przedstawiciele jeszcze starszych pokoleń bez względu na pogodę nosili oczywiście 100% długie spodnie, koszulę, marynarkę, oskarpetowane nogi w zamkniętych butach i jeszcze czapkę. I współcześnie niemal nikt na żaden luz i fantazję się tu nie zdobywa – no może kilku przyszłych wykształciuchów studiujących w większych miastach i teraz zażywających wakacji w rodzinnym mieście, no i oczywiście Antyfacet. Odosobniony totalnie, ale mimo wszystko na niejedno pozwoliłem sobie w tym klimacie. Po pierwsze chodziłem najczęściej w otwartych klapkach, z widocznymi polakierowanymi na kolor błyszczącego różu paznokciami – czasami, pod pewnymi kątami, świeciło to wręcz ostentacyjnie i przyciągało spojrzenia. Poza tym niemal przy każdej pogodzie pokazywałem się z jakimś odsłoniętym odcinkiem nóg, a gdy jest chociażby ok. 25ºC, używałem bezrękawnej koszulki koloru ciemnoczerwonego o wzorzystej, lekko błyszczącej fakturze materiału. Gdy pogoda jest słoneczna, nosiłem szorty o długości do ok.1/3 uda, co też podważa męski nakaz zakrywania ciała, ile się da. Zdobyłem się także na wyjścia w pończochach dość mocno opalonej barwy lub jaśniejszych acz błyszczących rajstopach do klapek otwartych na palcach, czyli jawne już podważenie twardej męskiej alternatywy: boso – gdy upał, szmatoskarpety i długie spodniole – gdy chłód, i tertium non datur. Największą transgresją jednakże były przejażdżki rowerowe w topach z cienkimi ramiączkami – jeden z takich aktów przedstawia fotografia po prawej, lecz pochwalić się mogę również użyciem w tej samej sytuacji topu, który pokaźnie odsłaniał plecy. Jeździłem w ten sposób zarówno po ulicach peryferyjnych dzielnic miasta jak i w lesie oraz w polu, okazjonalnie mijając innych rowerzystów i użytkowników dróg. Co ciekawe, owiew powietrza po bezprecedensowo odsłoniętych partiach ciała podczas jazdy nie zaszkodził mi w żaden sposób. Niewątpliwie natomiast maksymalnie korzystałem z możliwości opalania się w popołudniowym słońcu i chłodzenia, jakie daje najmniejszy choćby podmuch wiatru. Aha, jeszcze kupiłem przecenione lub w ogóle tanie (pochodzące z niewielkich pobliskich wytwórni) buty z letniej kolekcji, nawet przymierzając je w dwóch sklepach, jednak dosyć dyskretnie. Prawie tak jak na to zasługuje człowiek I kategorii, pan ciała, którym jest. Prawie czyni jednak różnicę.

t Poprzednia

Następna