3Powrót (Antyfa0)



3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

ANTYFA 0


ROK 2007: TAK SAMO, TYLKO BARDZIEJ!

JESIEŃ I ZIMA

Zanim zacznę opowiadać o co bardziej istotnych osiągnięciach na polu poszerzania męskiej wolności wizerunkowej u schyłku roku 2007, wspomnieć należy o dopisanym przez życie epilogu (choć skąd ja niby wiem, że ciąg dalszy nie nastąpi?) wcześniej opisanego incydentu z jednym podwórkowcem, który latem ostrzegał mnie, a w rzeczy samej, chyba groził. Niemal natychmiast po tej podwórkowej rozmówce złożyłem o niej relację Dzielnicowemu (taki to już ze mnie „kapuś” i laluś, że z takimi sprawami latam do władzy, zamiast samemu „porównać” się z chłopakami na pięści i kopy...). Co ciekawe i godne pochwały, policjant ów namierzył mojego milutkiego rozmówcę i latem zakomunikował mi o tym fakcie: póki co trzeba było uwierzyć gościowi, że nie mówił o żadnym faktycznym ataku mającym na mnie nastąpić, a jedynie pod wpływem głupiego impulsu chciał mnie nastraszyć bądź dokuczyć mi (co ogólnie mu się nie udało – częstotliwość moich akcji wzrosła). Myślałem, że na tym koniec sprawy, aż tu pewnego wrześniowego dnia, przechodząc przez podwórko, zostaję zagadnięty przez nieznaną mi kobietę mówiącą mi niespodziewanie „Dzień dobry”. Okazała się ona... matką tegoż chłopaka, którego ongiś nasz Dzielnicowy odnalazł. Za chwilę przeprosiła mnie za zachowanie swojego syna, wyraziła wstyd i ubolewanie z powodu jego dawnego zachowania się, a na dodatek cała nasza rozmowa trwała z dobrych 10 minut, podczas których staliśmy na podwórku, gdy po godz. 15 masa ludzi tu mieszkających przechodziła ku swoim klatkom schodowym wracając z pracy. Co więcej, ja nie byłem bynajmniej ubrany w pełni heteronormatywnie, albowiem pomimo noszonych w tamtym dniu z powodu chłodnej pogody długich spodni, miałem na drażliwym odcinku ciała sandałki na klinowatym obcasie i cieliste, przezroczyste skarpetki, jakich pod żadnym pozorem mężczyznom nosić nie wolno*. Tak więc, oprócz sympatycznej rozmowy, która rozszerzyła się o kilka innych wątków, akt ten stanowił pewną demonstrację dla lokalnego otoczenia, że mianowicie nie gryzę, nie roznoszę też żadnych zaraźliwych i paskudnych chorób, ergo można ze mną porozmawiać bez wstrętu i z miłym wyrazem twarzy. Przyjąłem to zdarzenie pozytywnie, choć z umiarkowanym zaufaniem co do intencji osób w sprawie uczestniczących. Chęć dania mi do zrozumienia, że letni incydent był jednorazowy, nieprzemyślany oraz nieświadczący o permanentnej wrogości do mnie zasługuje na pochwałę, choć wątpliwości pozostają. Syn tej pani wówczas twierdził, że „matka zwątpiła” widząc mnie parę dni wcześniej w szpilkowatych sandałkach, i ja mu wierzę: najprawdopodobniej wtedy nie konfabulował i po prostu spontanicznie zrelacjonował mi atmosfer(k)ę komentarzy na mój temat, jakie między sobą w owym czasie wymienili w domu. Interpretując sytuację, trzeba by stwierdzić, że albo nastąpiła pozytywna ewolucja poglądów w połączeniu z zawstydzeniem na tle Policji nawiedzającej ich dom, albo że myślenie pozostało po staremu, lecz wobec wstydliwej policyjnej wizyty w ich niekryminalnym domu, postanowiono odegrać wobec mnie rolę osób politycznie poprawnych, wiedząc już, że incydenty dotyczące mnie mają swój ciąg dalszy. Jesienią miałem jeszcze raz okazję trafić na syna tej pani na osiedlowej dróżce i sądząc po wyrazie twarzy, nie wygląda on na kogoś odmienionego tym doświadczeniem, a jedynie na ostrożniejszego. Poza tym, nie wiem, w którym mieszkaniu ta rodzina zamieszkuje, a w kilku lokalach (np. nr 15) ich klatki schodowej wciąż jacyś nienawistnicy pokazują swoimi łapskami powszechnie znany obsceniczny gest lub przez otwarte drzwi balkonów wykrzykują określone wyrazy o tym samym charakterze, samemu wszakże kryjąc się w głębi pokojów. Raz z jednego z tych mieszkań poleciał w moim kierunku kartofel. Czasem słyszy się opinie, że Wrocław jest miastem o szczególnym klimacie tolerancji i otwartości, jednak sielanką to on bynajmniej nie jest. Pewne obszary monitorowanego śródmieścia, centra handlowe, także sklepy marek dbających o swój wizerunek (o czym później), niewątpliwie generują atmosferę neutralności i obojętności odnośnie niestandardowych przechodniów i klientów, lecz w obszarach mieszkalnych typu blokowisko z przewagą mieszkań niewłasnościowych panuje mniej lub bardziej wiocha. Znamienny jest też fakt, że, pierwotnie planowany do przeprowadzenia w pomieszczeniu zamkniętym, happening Frei pt. „Propaganda homoseksualizmu” nie znalazł lokalizacji w żadnym pubie ani klubie „Miasta Spotkań”. Z drugiej jednak strony, gdy porównam rzeczy, które we Wrocławiu stały się standardem mojego wyglądu i sposobu życia, z reakcjami na choć drobne elementy mojej kontrkulturowości, z którymi spotykam się w moim rodzinnym mieście o kulturze raczej plebejskiej niż inteligenckiej, to stwierdzić muszę, że pomimo czasami szorstkich i cierpkich incydentów, Wrocław jawi się jako ziemia obiecana. Ale będziemy to badać dalej...

Czas już przystąpić do tematu, czyli kolejnych antyfacetowskich wyjść na miasto bez elementów nadających im charakter akcji politycznej. Z zadowoleniem stwierdzić muszę, że tych momentów było już tak wiele, że nie pamiętam większości ich dat i szczegółów, tym bardziej, że sprawa najwidoczniej spowszedniała na tyle, że zapominałem wszystko dokumentować zdjęciami, i najczęściej jedynie nagrywałem moje peregrynacje w kontrkulturowym stroju na „czarnej skrzynce”, czyli kamerce video, która zbierała widok i dźwięk mojego otoczenia, nie mnie. A w sytuacji, gdy nie było żadnych szczególnych incydentów, materiał kasowałem nawet bez przeglądania. Wiele z moich kontrkulturowych pobytów w mieście związanych było z przygotowaniami do happenignu „Paramobil”, więc głowę miałem i tak zajętą rzeczami do kupienia oraz troską, by jak najszybciej (po godziwym wyspaniu się) trafić na squat, gdzie składałem gadżet, tak więc nie przywiązywałem wielkiej wagi do dokumentowania swojego wyglądu. Stąd wiele moich spódnicowych wędrówek pozostanie nieudokumentowanych, pomimo iż miały miejsce i na pewno jakoś oddziaływały na otoczenie miejsc przeze mnie nawiedzanych. Co nieco jednakże udało mi się udokumentować oraz zapamiętać: wyjście w czarnych pończochach w trochę pochmurny i deszczowy dzień 18.09 (sądząc po dacie z aparatu). Nawiedziłem wówczas Leroi Merlin, i był to już typowy mój „występ” w tym sklepie: kupowałem rzeczy do konstrukcji Paramobilu na fakturę dla KPH, i kasjerka przy wyjściu do dogodnego dla mnie fragmentu parkingu już nieźle mnie rozpoznawała. Póki co noszenie czarnych pończoch uznawałem za wyczyn, jednak obecnie nie jest to już nic specjalnego. A w owym dniu strój ten był bardzo stosowny do pochmurnej i niezbyt ciepłej pogody – czerń pozwalała intensywnie łapać każdy kwant energii podczas przejaśnień słonecznych, a poza tym pasowała do stonowanej kolorystyki reszty ubrań. Stroju dopełniały czółenka na łagodnym klockowatym obcasie, stosowne do mokrej pogody. O ile pamiętam, po zakupach pojechałem w tym stroju na squat i przeniosłem zakupione komponenty Paramobilu do tamtejszej piwnicy. Pisząc tę relację nie pamiętam żadnych szczególnych zdarzeń towarzyszących mojej wędrówce w owym dniu. W butach tych dość często chodziłem też na moje dniówki robocze przy budowaniu Paramobilu na squacie – pomimo ogólnie letniej pogody tych jesiennych dni w tamtejszym podwórku otoczonym kamienicami szybko robiło się chłodno, stąd albo od początku, albo po objęciu podwórza cieniem, pracowałem w tych czółenkach, których klockowaty obcas dobrze się spisywał na brukowej nawierzchni squatowskiego podwórza.

Sam happening przyniósł mi nową dawkę poczucia siły. Po pierwsze, nauczyłem się swobodnie chodzić w butach na naprawdę wysokim obcasie, i czółenka z happeningu oraz ich bliźniacza para tej samej pseudomarki produkcji chińskiej weszły do użytku codziennego! Nawet do pracy już potrafię w nich chodzić i bardzo mnie to cieszy – wbrew potocznym przekonaniom, buty te okazały się bardzo wygodne, a dzięki temu, że można z nich każdej chwili wyciągnąć stopę, pozwalają na jej wietrzenie, gdy tylko siedzimy za biurkiem. Z kolei dzięki znacznej otwartości od wierzchniej strony, stopa otrzymuje tamtędy stałe wietrzenie i ochłodę, przez co buty takie pozwalają zarówno ochronić stopy podczas marszu po chłodnej i mokrej ziemi, jak i uniknąć ich przegrzewania podczas pracy w ogrzewanym budynku – tej możliwości zdecydowanie nie dają wszelkie buty sznurowane. W butach takich chodzi się dobrze aż do zimowych przymrozków, tym bardziej, że ewentualne przenikanie chłodu od gruntu dotyczy jedynie ograniczonej powierzchni śródstopia (gdzie pocenie jest najsilniejsze), albowiem wysoki obcas doskonale izoluje od podłoża. Polecam to rozwiązanie wszystkim odważnym Panom! Również na fali pohappeningowego wzmocnienia psychicznego wprowadziłem do swego wizerunku lakier do paznokci, już nie dyskretny i wstydliwie stosowany bezbarwny, lecz o kolorach wyrazistych, mniej lub bardziej korespondujących z resztą ubioru. Wyzwalam się z szarej, degradującej męskości!

Wróćmy jednak do dni bezpośrednio po happeningu – utrzymywała się wówczas tak samo letnia pogoda, jak w poniedziałek 15.10. W środę tego samego tygodnia wybrałem się na niewielkie zakupy spożywcze do wrocławskiego Auchana, połączone z patrolem sklepów obuwniczych położonych w tym samym kompleksie. Zakładając możliwość przymierzania butów, gdybym znalazł coś interesującego mnie, wybrałem się w łatwych do zdejmowania czółenkach wspomnianych już w niniejszym tekście i widocznych na powyższym zdjęciu, brązowej spodniopodobnej spódnicy (którą mam na sobie także na jednym ze zdjęć z okresu pracy nad Paramobilem) oraz w „bardzo brązowych” błyszczących rajstopach z lycry o grubości niecałych 20 DEN (zmaskulinizowanych przez nacięcie tzw. małego klina). Podczas krążenia po hali zakupowej Auchana dopadł mnie telefon od jednej z Szefowych, wskutek czego zamiast szybko krążyć po sklepie, licząc, że mało kto mnie zauważy, musiałem stanąć i przez ok. 10 minut wyjaśniać pewne służbowe nieporozumienie. Co ciekawe, zupełnie zapomniałem o moim kontrkulturowym wyglądzie, spokojnie dokończyłem rozmowę, a potem wróciłem do swoich zakupów. Stałem także dość długo do kasy (jak zwykle komuś wcześniej musiało zabraknąć metki z kodem), a za mną ustawiło się jakieś starsze małżeństwo, które albo zbyt było pochłonięte wykładaniem swoich towarów, albo w oparciu o wychowanie starej daty, zachowało absolutną ciszę na temat mojego wyglądu. Potem przeszedłem do Deichmanna i od razu wkroczyłem na zakazany obszar obuwia dla osób żeńskich (pomysł oznaczania przez niby rozumny gatunek zwierzęcy przynależności płciowej rodzajem opakowania swoich narządów ruchu jest tak idiotyczny, że jeszcze długo będzie budzić mój perwersyjny podziw; zaiste wielkiego on wymagał intelektu, podobnie jak idea zaciągania się dymem z papierosów. Szczęśliwe zwierzęta, które nie wytworzyły kultury...). Wkrótce zainteresowała się mną jedna ze sprzedawczyń, pytając, czy szukam czegoś konkretnego. Wyjaśniłem, że gotów byłbym kupić jesienne półbuty na średnim obcasie z otwartym śródstopiem, ale nie szpiczaste, bo już takie mam w swoim „arsenale”, a nie w każdym dniu zamierzam robić prowokacje obyczajowe. W ten sposób porozmawialiśmy przez parę minut o ofercie towarowej, jednak nie znalazłszy niczego w tym guście (były wyłącznie okazy szpiczaste i szpilkowate), opuściłem sklep, wynosząc wszakże sympatyczne wrażenie – oto tamtejszy personel najwyraźniej oswoił się ze mną i z faktem, że przychodząc tam ostentacyjnie jako samczyk, noszę rzeczy zgoła dla samczyków przez obecną kulturę nieprzeznaczone, i zupełnie na luzie penetruję oraz przymierzam obuwie z sektora kulturowo zakazanego. Oczywiście, panie z Deichmanna miały liczne okazje, by przygotować się do zajęcia takiej postawy: wcześniej bywałem tam z Vocą i planszą hasełkową, a później kupowałem buty na happening weselny i wymieniałem je na inne. W każdym razie nie było już takiej skamieniałej miny, jak u równie deichmannowskiej kasjerki w Legnicy, gdy wstąpiliśmy z Vocą i Mariuszem do tamtejszej placówki i zabrałem się do przymierzania kozaków na szpilce. Może mają służbowe szkolenia w tym zakresie? W tym samym dniu w mieszkaniu miałem warunki iście plażowe, zatem musiałem nosić coś bezrękawnego, a skoro sukienka panterkowa nie była jeszcze schowana po poniedziałkowym happeningu, przywdziałem ją. Wieczorem tego dnia zaistniała potrzeba podjechania do siedziby KPH i stwierdziłem, że czułbym się jak idiota ubierając się w cokolwiek innego, skoro wieczór ów był dalej tak ciepły i pogodny jak reszta tego dnia, zatem jedynie narzuciłem na siebie szary polarkowy płaszczyk i, dla lepszego efektu, przywdziałem czarne szpiczaste czółenka na szpilce ok. 5-6 cm. Gdy wychodziłem, była jeszcze końcówka światła dziennego, wracałem natomiast po zapadnięciu zmroku. Muszę stwierdzić, że pomimo stojących w oddali blockersów, przy dość intensywnym ruchu pieszym na osiedlowej alejce, przeszedłem w spokoju, a podczas mojego powrotu nikogo nie spotkałem. Z butami tymi związany jest jeden dość heroiczny występ w nieokreślonym dniu na początku września – mieliśmy wówczas zebranie w KPH przed festiwalem, a potem niektórzy (wśród nich i ja) zostali na dłużej w związku z pewną dodatkową sprawą. Pogoda była wówczas nieszczególna: padał deszcz i najwidoczniej z każdą godziną robiło się chłodniej. Ja chciałem zrobić coś szczególnego, więc wybrałem się w rajstopach cielistych z lycry ok. 20 DEN, tychże szpiczastych i szpilkoobcasowych półbutach oraz spodniach rybaczkach (plus płaszczyk polarowy). Był to wieczór nielekkiej próby – gdybym mógł zerwać się do domu zaraz po głównej części zebrania, nie byłoby w tym nic szczególnego, lecz posiedzenie do ok. 22 w pomieszczeniu jeszcze przez centralne ogrzewanie nieogrzanym okazało się wyzwaniem nie lada. Co ciekawe: wytrzymałem, to jest NIE przeziębiłem się! W drodze powrotnej ogrzałem się idąc do samochodu, a potem przechodząc do domu, zaś intensywny posiłek zabezpieczył mnie przed dalszą utratą energii i naruszeniem homeostazy w organizmie. Tej jesieni dopadło mnie wprawdzie przeziębienie, ale dopiero półtora tygodnia od tego czasu i bezpośrednią przyczyną najprawdopodobniej był brak ogrzewania w łazience po dłuższym okresie chłodów, podczas których ogrzewania centralnego było brak, być może także przy wpływie mojej pracy pod gołym niebem na squacie. Aha, gdy szedłem na to spotkanie, zostałem dostrzeżony przez jednego z podwórkowych nastoletnich gnojków, który przechodził ulicę w niedozwolonym miejscu i trafił akurat na mnie idącego do samochodu. Gdy już był poza zasięgiem mojej kamery-czarnej skrzynki, wyraził się słowami: „Będziemy cię ruchać!”. Zakładając, że ruchać znaczy to, co wiem, że znaczy, była to iście homoseksualna deklaracja. Czyżby homoś? W każdym razie cham – wyrazy współczucia dla matki, która takiego syna urodziła i takie maniery mu przekazała albo nie zauważyła, że kolesie mają większy wpływ niż ona!

Jakkolwiek dość szybko po happeningu wdrożyłem do użytku codziennego 2 pary butów na bardzo wysokim obcasie, nie byłem wciąż zadowolony z tego, że nosiłem je wciąż wyłącznie do spodni, czyli próbując ten fakt ukryć i „strugać normalsa”. Aż wreszcie zdobyłem się na przełom, i to podwójny, bo również ze względu na „dzielność termiczną”. W dniu 5.12 w godzinach przedpołudniowych umówiony byłem w śródmieściu u dermatologa, i udałem się tam w ubraniu kontrkulturowym: jak widać na zdjęciu po lewej, były to czółenka na tym dość wysokim obcasie (odkrycie sezonu :) ), rajstopy 40 lub 50 DEN z microfibru koloru popielatego, i długa jeansowa spódnica do kostek z rozcięciem z tyłu i rozpinana z przodu. Do tego zimowy płaszcz, a pod spodem polarkowa bluza o deseniu panterkowatym. Temperatura w tym dniu wynosiła ok. 5º C, więc powszechnie nosiło się już zamknięte obuwie zimowe, ale przecież wszyscy widzieliśmy Nasze Panie noszące również czółenka i nawet dość cienkie rajstopy w taką pogodę, zatem warto zobaczyć, czy wymaga to nadludzkich właściwości ciała, które miałyby być udziałem „płci słabej”, a niedostępne dla tej „silnej”. Wyjście z domu o tak wczesnej porze nie powinno nastręczać problemów, jednak pewien starszawy (lub biologicznie zużyty męskim trybem życia) typek minął mnie na osiedlowym chodniku wprawdzie bez reakcji, lecz, gdy był już za mną, zagwizdał do swoich towarzyszy, których chwilę wcześniej najprawdopodobniej pożegnał. Pewnie uczynił to celem zwrócenia ich uwagi, żeby sobie popatrzeli, jednak towarzysze ci oddalili się byli na dobre i cały gwizd był na nic. Potem wjechałem do Galerii Dominikańskiej, by zaparkować się tam, i wyszedłem pieszo do siedziby lekarza. Skorzystałem z windy, gdzie trafiłem na samczyka jadącego z wyższego piętra parkingu (pewnie biznesmenik z polskiej klasy średniej). Przez całą drogę stał udając, że nic szczególnego nie widzi, a dopiero wychodząc na swoim piętrze docelowym, spojrzał do tyłu i chrząknął. Nie wiadomo jednak, co w ten sposób chciał powiedzieć – nie dopytywałem się. Na najniższym poziomie wysiadłem i wkroczyłem w mieszające się strumienie ludzkie sunące ku wyjściu z obiektu i ku jego centrum. Większość albo była pochłonięta swoimi sprawami, albo widziała mnie od tyłu, ergo zero reakcji. Tak było aż do przekroczenia drzwi, gdzie galeria łączy się z podziemnym przejściem przez ulicę: tam napatoczyłem się na ciągnącą od frontu grupę nastolatków o płci mieszanej z przewagą początkujących samców. Ci mieli dość czasu, by mnie dostrzec i wybuchnęli śmiechem, który momentalnie został gdzieś w tyle i przestał mnie dotyczyć. Po raz pierwszy szedłem ulicą Oławską przebudowaną na deptak dla pieszych i nie odnotowałem, by ktokolwiek zwrócił na mnie uwagę w spektakularny sposób, ot, jeden gość kręcący się chyba wokół samochodu dostawczego z jakimiś narzędziami do prac przez siebie wykonywanych stanął i odwrócił się, by popatrzeć dłużej. W drodze powrotnej szedłem dla odmiany ul. Kazimierza Wielkiego po obskurnym chodniku z drobnej brukowej kostki – położonej chyba na złość wszystkim noszącym obcasowe buty, być może z pobudek mizogynicznych, ale ostatecznie uderzających także w niektórych mężczyzn (jak każda broń masowego rażenia)... Gdy zbliżałem się do zejścia do podziemnego tunelu prowadzącego również do Galerii Dominikańskiej, wychodząc zza rogu ponownie trafiłem na podobną lub tę samą grupkę młodzieży idącą z naprzeciwka, i jej reakcja była identyczna, czyli śmiech. Cóż, zobaczymy, kto się śmieje ostatni... W galerii natomiast wkroczyłem do najbliższej windy, bo niewiele już brakowało do przekroczenia pierwszej godziny parkowania, po której zmuszony byłbym płacić. Wskoczyłem do zamykającej się windy z dwiema dziewczynami, z których jedna była bardzo pochłonięta piciem jakiegoś soku z kubka ze słomką, a druga miała sposobność, by przynajmniej w kabinowym lustrze dostrzec, kto stoi za nimi. Na kolejnym piętrze dosiedli się ludzie z wózkiem z dzieckiem, i tak sobie jechaliśmy w górę, gdy ta bardziej do obserwacji skłonna dziewczyna chichotała i próbowała niewerbalnie skłonić swoją towarzyszkę do rozejrzenia się po kabinie windy. Bezskutecznie jednak, a z kolei w windzie pełnej ludzi (ci z dzieckiem byli zajęci przemawianiem do niego), nie wypadało mówić niczego jednoznacznego, więc towarzyszkę minęła okazja ujrzenia Antyfaceta w akcji. Tak to już jest: jednym dane jest widzieć, innym nie. Parę słów o pobycie u dermatologa: drzwi otwarła asystentka i pojawił się na jej twarzy uśmiech, chyba trochę szerszy niż firmowy na powitanie klienta. Z kolei gospodarz gabinetu z profesjonalną neutralnością najmniejszym gestem ani słowem nie dał żadnego sygnału o zdziwieniu lub bulwersacji moją kompozycją ubraniową. Po prostu zrobił swoje, zainkasował należność i spoko. Nie wnikam w ich komentarze po moim wyjściu – tam przynajmniej panuje poprawność polityczna wobec klienta, który płaci (niemało...). Ciekaw natomiast jestem, jak rozwinęłaby się sytuacja, gdybym analogicznie kontrkulturowo ubrany stawił się na badania okresowe do pracy? Ano, zobaczymy... Na koniec tego wątku dodam, że po początkowym powiewie chłodu, pokonując już kilkanaście metrów, człowiek doskonale się rozgrzewa i nie ma problemu przechłodzenia się (o ile wcześniej wykonywano ćwiczenia hartujące organizm – bez tego nie radzę nikomu nawet próbować). Podczas mojej wędrówki w tym dniu byłem także na zakupach spożywczych w Auchan i na tamtejszej stacji benzynowej, gdzie musiałem postać na czas tankowania na istnym wydmuchowisku. Wstąpiłem także do Carrefoura, gdzie odbierałem artykuł odzieżowy z pralni chemicznej, zatem kilkakrotnie wychodziłem na otwartą przestrzeń w tym stroju cokolwiek otwartym od dołu. Spędziłem w tym ubraniu wiele godzin, lecz NIE odnotowałem żadnych negatywnych skutków zdrowotnych, co więcej, mogę mieć absolutną pewność, że dzięki tej kompozycji ubraniowej (i układzie bielizny typu open bottom), moim udziałem była nie tylko pełna swoboda i wygoda, ale nie doprowadziłem do przegrzania jąder, co jest udziałem mężczyzn noszących majtki i spodnie, dużo jeżdżących samochodem, a wychodzi to zwykle przy próbie spłodzenia potomstwa, która bez laboratoryjnego szkła (vitro) ani rusz...

Bardzo podobnie ubrany byłem równo tydzień później, 12.12 – z tą tylko różnicą, że postanowiłem po raz pierwszy przejść się publicznie w od dawna już posiadanej ewidentnie zimowej szarej spódnicy w kratkę z rozcięciem z tyłu, do której poprzez pasek doczepiłem kieszenie, których ona sama nie posiada. Tym razem użycie czółenek podyktowane było także względami pragmatycznymi – chciałem odbyć patrol obuwniczy i zdecydowany byłem przymierzać interesujące mnie modele w sklepie. Zaliczyłem zatem krótkie, acz treściwe zakupy w Tesco: nie tylko kupiłem produkty spożywcze, lecz także długą spódnicę dżinsową, i jako że ja bardzo subtelny chłop jestem, także bardzo lekki srebrzysty szaliczek, jakich próżno szukać na „męskich” obszarach przestrzeni handlowej. Gdy zbliżałem się do kasy, zostałem zauważony przez pewnego łysego młodzieńca, który nawet na chwilę opuścił kolejkę do swojej kasy po to tylko, by upewnić się, że widział to, co widział. Żadnych ekscesów z jego udziałem jednak nie było – najwidoczniej nie miał kumpli zmobilizowanych pod ręką (nie stwierdziłem też, by mnie śledził po przejściu przez kasy). Po tym wjechałem do Deichmanna w budynku Auchana i w swojskiej atmosferze jąłem szperać w zimowym obuwiu, przymierzając bardzo wiele modeli w asyście „mojej” sprzedawczyni, z którą ok. 2 miesięcy wcześniej miałem pogawędkę. W końcu kupiłem jedną parę pełnopłatnych kozaków do kolan na słupkowym obcasie, z wiązaniem na całej długości cholewy z przodu, a faktycznie otwieranych na zamek błyskawiczny, a także przecenione kozaki na dość niskim (ok. 5 cm) obcasie, które planowałem używać jako niskoprowokacyjny przyodziewek noszony również do szortów lub rybaczek albo innych spodni typu 5/7, 7/8, czy z jakimś innym ułamkiem określającym absolutnie dowolną długość nogawek, jaką oferuje się tym lepszym klientom, by pod każdym względem im wszystko pasowało. W domu okaże się, że te przecenione kozaki będą zbyt luźne i zbyt nieporęczne do instalowania wkładek mających ten luz wyeliminować, więc za dwa dni wrócę i zamienię je na czółenka w panterkowatym deseniu na szpilce jeszcze wyższej od tych dość ekstremalnie wysokoobcasowych czółenek, które obecnie oswoiłem jako artykuł codziennego użytku. Również spódnica okazała się zbyt obszerna, i zwróciłem ją w Tesco, uzyskując w zamian rozmiar mniejszy. Bardzo okazałem się dzielnym chłopcem – jeszcze parę lat temu byłoby mi wstyd wracać do sklepu z takim towarem, stać w punkcie obsługi klienta, wyjaśniać, o co chodzi, i ponownie wybierać inny rozmiar lub alternatywny model. Prędzej bym sam męczył się z przeróbką krawiecką albo szewską, lecz teraz jestem już niemal całkowicie wolny od tego parszywego wstydu! Dodam, że wychodząc na tę dość owocną zakupową rundkę spotkałem w drzwiach sąsiada z parteru i uczynnie przytrzymałem mu je na czas jego wejścia. Wymieniliśmy grzeczności, i myślę, że człowiek powinien się oswajać z moim szerokim zakresem stylizacji.

Pod koniec listopada byłem też w siedzibie internetowej gazetki E-Lama i udzielałem jej wywiadu, pozwalając się obfotografować na całego. Oczywiście, żeby było co fotografować, musiałem ubrać się na tę okazję po ludzku. Wyszedłem więc w czarnych kozakach ze sztrasowymi aplikacjami o zaokrąglonych noskach na szpilce i zakrywających większość łydki, cielistych rajstopach z lycry 40 DEN (z ostatniego happeningu), wcześniej nie używanej i przeze mnie zwężonej szarej i raczej zimowej spódnicy oraz żywo niebieskim sweterku z długimi rękawami z fabrycznymi wycięciami na ramionach. Na wszystkim płaszcz, pod płaszczem, dla uzupełniającego docieplenia, szare niezapinane długie wdzianko. Wyjście i powrót przebiegły bez ekscesów, byłem obficie fotografowany na otwartym powietrzu, gdzie zniosłem dość intensywny podwiew chłodnego i wilgotnego wiatru. Materiał z tamtego wywiadu jeszcze się nie ukazał (stan na dzień 31.12.2007). Samo dotarcie do siedziby tej gazetki nie było łatwe – byłem naprowadzany przez komórkę przez dziennikarza, który nawet połapał się, jakim samochodem krążę po nieprzyjemnej do manewrowania ulicy i odtąd sprawy ruszyły.

Jednym z ostatnich znaczących epizodów tego roku była nasza firmowa impreza opłatkowa. Na wstępie muszę stwierdzić, że wbrew moim połajankom odnośnie sejmowych i wielu innych drętwych imprez tego typu, te nasze są całkiem niezłe: akcenty religijne nie są przytłaczające, a przede wszystkim stanowią one okazję do odbycia nieformalnych rozmów z Koleżeństwem i Kierowniczkami. Poza tym jest okazja nieźle podjeść specjałów kuchennych niektórych Koleżanek, a jeżeli ktoś nie przywozi się sam, to i napić się można. Tak dzieje się faktycznie, i wykorzystałem tę okazję towarzyską chyba maksymalnie. Było to w jedną z grudniowych sobót, i miałem zamiar zestawić cokolwiek inną kompozycję ubraniową, jednak musiałem przedtem wybrać się na miasto celem dokupienia pewnych drobiazgów, a że wstałem dość późno, sprawy się obsunęły w czasie. Na dodatek malowanki paznokci robione na ostatni moment i bez czasu na spokojne ich przeschnięcie okazały się katastrofą – w końcu musiałem poskrobać sobie lakier tak, żeby udawał coś w rodzaju wojskowego deseniu moro (przy nieprzychylnej interpretacji wyglądało to jak pomazanie markerem do tablicy). W końcu, choć moja kompozycja ubraniowa była awaryjna, i tak stanąłem na poziomie dorównującym moim wcześniejszym precedensom na imprezach tego typu. Stawiłem się zatem w długiej czarnej spódnicy (kupionej z przeceny z kolekcji najprawdopodobniej adresowanej do studentek udających się na immatrykulację), noszonych (pod spodniami :-(( ) już od co najmniej dwóch lat kozaczków na szpilce ok. 6 cm, o wysokości cholewy nieco powyżej kostki, z popielatymi rajstopami wcześniej już wspominanymi i noszonymi w tym sezonie do czółenek, a na wierzch z marynarką oraz w tym dniu zakupioną broszką. Pod marynarką miałem biały sweterek o otwarciu na karczek zwanym carmen, lecz nie był on eksponowany tego wieczoru. Zaraz po moim nieco spóźnionym wejściu na imprezę szereg Koleżanek zechciało zrobić sobie ze mną zdjęcia, potem również nie narzekałem na brak partnerek do rozmowy. Miałem zatem parę konwersacji z Szefowymi i szeregowymi Koleżankami, i najwidoczniej ludzie są oswojeni z moimi poczynaniami, a istotną w tym rolę spełnia niniejsza strona oraz moje kontrolowane przecieki. Przy okazju pozdrawiam Wszystkich! W porównaniu do wcześniejszych imprez odnotowuję postęp odnośnie kręgu osób, z którymi miałem okazję sympatycznie pogadać i zostałem sfotografowany, a ponadto dowiedziałem się, że portierzy z pewnego uniwersyteckiego budynku, w którym często miewam zajęcia, oswoili się z moim wizerunkiem i nawet nadali mi swoją ksywkę: „Obcasik”. I dobrze: świadczy to o przyjęciu do wiadomości, że istnieją mężczyźni kreujący swój wizerunek w tak specyficzny sposób i że nie są oni odsądzeni od swej faktycznej przynależności płciowej ani nie podlegają nazewnictwu obraźliwemu (jak to ma miejsce u podwórkowych nienawistników). Jako że pogoda w tym dniu była dość chłodna, a wychodziłem i wracałem po zapadnięciu zmroku, nie odnotowałem żadnych szczególnych efektów w związku z moim krótkim przejściem przez publiczną przestrzeń mojego osiedla. Natomiast wśród Koleżanek wzbudziłem niejaki podziw z tego tytułu, że swobodnie poruszałem się w obcasowych butach na szpilce. Tak, Polak potrafi!



Na koniec mały passus o paznokciach: w trakcie happeningu uszkodziłem był sobie bardzo wartościowe w moim „parku maszyn” buty i musiałem je naprawić, w tym wymienić fleki. Przy okazji tej pracy wjechałem sobie śrubokrętem pod paznokieć, trochę tak, jak to dzieje się na przesłuchaniach w niezbyt demokratycznych krajach. W efekcie, po ustaniu krwawicy, miałem dość głęboko naderwany paznokieć kciuka, i na pewno byłby z nim problem, zanim dorósłby do momentu, gdy stanie się możliwe odcięcie jego haczącego fragmentu. Postanowiłem „przyznać sobie złotego tipsa”, ale jak się potem okazało, to, co zastosowałem było jedynie sztucznym, plastikowym paznokciem, a tips to coś innego. Trzeba jednak przyznać, że ów sztuczny paznokieć, przyklejany klejem cyjanoakrylowym podobnym do tego, który używam przy pracach szewskich, okazał się doskonałym opatrunkiem na kilka dni potrzebnych uszkodzonemu paznokciowi do podrośnięcia na tyle, by dał się obrobić i przestał sprawiać problemy w życiu. Wyglądało to następująco – patrz fotografia po prawej. Co dalej z moim sztucznym paznokciem? Odpadł w nieznanych okolicznościach po 5 dniach od montażu, i prawdopodobnie trzymałby się dłużej, gdybym na początku uczynił go krótszym i nie podlegałby tak często działaniu naprężeń odrywających o znacznej sile. W każdym razie spełnił swoje zadanie: przez te dni nie musiałem się martwić, że zniszczę jakąś delikatną dzianinę, bądź boleśnie sobie urwę unerwioną część uszkodzonego paznokcia. Stwierdzam niniejszym, że skończonymi sierotami są mężczyźni, którzy uszkadzając się podczas prac fizycznych nie znają żadnego instrumentarium, dzięki któremu można te uszkodzenia ukryć i załagodzić ich skutki, a to tylko dlatego, że te rzeczy należą do pakietu zabawek „kobiecych”.

Jak podsumować ten okres? Parę małych przełomów nastąpiło: nauczyłem się swobodnego chodzenia w bardzo wysokoobcasowych butach i przyzwyczaiłem do tego otoczenie, w szczególności w moim miejscu pracy, coraz bardziej oswojonym z moją pozazawodową działalnością i najwidoczniej odnoszącym się do niej ze zrozumieniem. Dowiodłem też sobie, że potrafię znosić dość niskie temperatury w ekshibicjonistycznych kompozycjach odzieżowych typu czółenka, rajstopy i spódnica, i skoro ja to potrafię, to i inni mężczyźni mogą posiąść tę umiejętność, czyli stać się tak silnymi jak „niewiasty”. Ponadto moje kontrkulturowe wyjścia na miasto stały się częste i coraz rzadziej czuję potrzebę wspierania się planszami z hasełkami – w większości przypadków są to raczej pragmatyczne wędrówki, a robienie ich w kontrkulturowym stroju ma miejsce niejako mimochodem, zaś noszenie hasełek postrzegam wręcz jako niewygodne utrudnienie. Wprowadziłem też na co dzień dotatkowe motywy mojej stylizacji jak kolorowe malowanie paznokci albo stosowanie apaszek lub szalików z lejącej się, lekkiej dzianiny zamiast koniecznie twardych i nieprzezroczystych tkanin. Zacząłem też pojawiać się w kontrkulturowym odzieniu w częściach miasta, które wcześniej onieśmielały mnie. Oczywiście wciąż pozostaje sporo wyzwań, ale ujawnianie ich obecnie byłoby równoznaczne z odkrywaniem elementów moich strategicznych planów, więc lepiej zamilknę...

---------

* Pewnie zbyt wiele przewiewu by mieli i zbyt mało potnego smrodu gromadziliby w skarpetach.



t Poprzednia

Następna