3Powrót (Antyfa0)



3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

ANTYFA 0


ROK 2008: RUTYNA I PRZEŁOMY

ZIMA I PRZEDNÓWEK

Czas ten był dość owocny od samego początku roku. Już w poniedziałek 7.01 wybrałem się z towarzyszącym mi fotografem Marcinem na przejażdżkę o charakterze pragmatycznym po Wrocławiu. Miałem do załatwienia szereg spraw w różnych miejscach: spotkaliśmy się ok. godz. 13 w Galerii Dominikańskiej, skoczyliśmy na Halę Targową, a potem do jednego z hipermarketów i na stację benzynową. Marcin natomiast zainteresował się środowiskiem Trans-Fuzji i realizuje projekt fotograficzny, w którym postanowiłem wziąć udział: życie jest niepewne, niech zawsze coś zostanie. Ubrałem się na ten dzień ładnie: zaczynając od dołu w niedawno kupione przecenione kozaczki w panterkowy deseń na szpilce, rajstopy z lycry 40 DEN, bezrękawną sukienkę panterkową (w której wystąpiłem na ostatnim happeningu) i od wierzchu w czarny zimowy płaszcz. Pogoda była słoneczna i odwilżowa, ok. 5-6°C z umiarkowanym wiatrem i chodzenie w tym częściowo otwartym stroju było przyjemne – człowiek szybko rozgrzewa się w ruchu i tylko podczas dłuższych postojów w bezruchu do kilku powtórzonych ujęć miałem lekkie wątpliwości. Pod względem reakcji szerokiej publiczności też było nieźle, chociaż byliśmy w dość mocno uczęszczanych o tej porze miejscach – Marcin więcej widział w tym zakresie i twierdzi, że na mijanych twarzach przeważał wyraz lekkiego zdziwienia lub rozbawienia, a poza tym większość, jak zwykle, wprawdzie patrzała, lecz nie dostrzegała mojego specyficznego stroju, albowiem w tym celu trzeba było spojrzeć w dół. Niemniej jednak uchwycił pewne miny zdziwionych postronnych obserwatorów w hipermarkecie – patrz zdjęcie po prawej. Dla uzupełnienia zamieszczam nastrojowe zdjęcie z Galerii Dominikańskiej – to po lewej stronie. Autorowi zdjęć dziękuję za ich udostępnienie do niniejszej publikacji.

W międzyczasie E-lama wystawiła swój reportaż autorstwa Malwiny Lamch i Dawida Zielkowskiego ze zdjęciami i prezentacją multimedialną Krzysztowa Basela o poczynaniach ubraniowych moich oraz Macieja z Koszalina, w zeszłym roku zamieszkałego w Warszawie. Ekspozycja reportażu na portalu trwała dobre trzy miesiące, a towarzyszyła mu swego czasu nawet dosyć intensywna wymiana opinii na forum podwieszonym do artykułu.

Za zgodą Autora zamieszczam dwie fotografie ilustrujące strój, w jakim stawiłem się na wywiad w redakcji E-lamy: w wersji zewnętrznej i wewnętrznej.

Robiąc z kilkadziesiąt zdjęć Krzysztof Basel trochę przytrzymał mnie na wydmuchowisku w to listopadowe południe, ale dzielnie zniosłem to bez uszczerbku na zdrowiu – niewątpliwie moje ćwiczenia hartujące nieźle zbliżyły mnie do żeńskiego ideału.

Wróćmy jednak w mojej opowieści do chronologii: z entuzjazmem zabrałem się za wędrówkę po świecie w ładnym przybraniu. Najpierw wspomnę jeszcze o sobocie 12.01, gdy późnym popołudniem okazało się, że brakło mi pewnych komponentów do prac malarskich w łazience, więc wyjechałem do Leroy Merlin, gdzie byłoby zupełnie miło, gdyby nie pewien pracownik tego sklepu (zapewne fizyczny, bo przecież nie umysłowy...), który wyszedł z mojego powodu poza swoje miejsce pracy, a po moim przejściu przez kasę – na parking, gdzie pokrzyczał kilkakrotnie: Gejuuu! Zrobił tak zapewne z tego powodu, że w tym dniu szedłem w moich ulubionych czółenkach i nie pamiętam już, której spódnicy do rajstop 40 DEN. W owym dniu dość intensywnie padał deszcz, lecz jednocześnie było bardzo ciepło – ok. 12°C. Przy okazji zaliczyłem dość ciekawe i tylko „kobietom” znane doznanie chodzenia w ekshibicjonistycznej odzieży w deszczu, gdy jego krople czuje się niemal bezpośrednio na swoim ciele, chociaż jest się też dogrzewanym przez wyroby pończosznicze. Oczywiście wynika to z ogólnej cienkości siateczki, z której pończochy lub rajstopy są zrobione, ich dopasowania do kształtu nóg i przenoszenia niezakłóconych doznań dotykowych. Już w poniedziałek 14.01, tym razem również bez niczyjej asysty, wybrałem się na zakupy. Temperatura wynosiła, jak w większość tych dni, ok. 6-7°C i skoro bardzo polubiłem chodzenie w moich dość wysokoobcasowych czółenkach, korzystając z dnia wolnego, pojechałem w nich oraz w spódnicy na zakupy hipermarketowe i na „patrol obuwniczy”. Chciałem bowiem być ubrany optymalnie do ewentualnego przymierzania obuwia.

O ile pamiętam, żadnych butów w tym dniu nie kupiłem, lecz jak przystało na wymagającego klienta I kategorii, zaliczyłem przejście przez Deichmanna i CCC w połączeniu z przymierzaniem potencjalnie interesujących mnie modeli, tym samym dowodząc samemu sobie, że jednak nie jestem shopaholikiem – moje zakupy zamknęły się na bieżącej spożywce. W owym czasie sklepy wyzbywały się modeli zimowych, a nie miały jeszcze zbyt bogatej oferty półotwartych wzorów na okres przejściowy. Ale wyglądałem chyba nieźle: patrz fota po prawej... Dodajmy, że w CCC wywołałem niezłe zdziwienie w oczach męskiego pracownika tego sklepu, gdy przymierzałem dość drogie „galanterki damskie”, których nie kupiłem z powodu stwierdzenia nierówności montażowych i wobec braku alternatywnych egzemplarzy rodzaju, który mnie interesował. Prócz niego, zwróciła na mnie uwagę trójka nienajmłodszych pań wyglądających, jakby paczką koleżeńską urwały się z jakiegoś biura na zakupy lub w czasie służbowej delegacji zrobiły sobie trochę wolnego na rzeczy ciekawsze od pracy. Panie te doszły do wniosku, że „w każdym razie jest na co popatrzeć” (usłyszałem taką kwestię krążąc wśród nich i słupków z pudełkami pełnymi butów).

Wkrótce zwalił mi się na głowę młyn związany ze zbliżającą się sesją w Firmie, więc moje wędrówki zostały ograniczone – również z powodu osłabienia organizmu ograniczoną ilością snu nie miałem szczególnej mocy do zmagania się z termicznym wyzwaniem związanym ze spódnicowym chodzeniem poza domem. Ożywienie przyszło w lutym: w poniedziałek 11.02 wybrałem się spodniowo ubranym na patrol obuwniczy, podczas którego zdecydowałem się kupić sandałki i (jak się później okazało) szalenie niedokładnie zmontowane czółenka z bocznym wycięciem – zakupów tych dokonałem w Deichmannie ulokowanym w budynku Auchana oraz w CCC położonym w Carrefourze. Sandałki uważam za zakup w pełni udany, czółenka natomiast są funkcjonalne, ale bez specjalnego zadowolenia, skoro straszą widocznymi nierównościami osłon pięty, a jeden po niewielkim rozchodzeniu okazał się luźniejszy, choć na pierwszy rzut oka nie wyglądają najgorzej. Patrz fota sandałków poniżej. Tych drugich nie pokazuję.

Wciąż brakowało mi dobrych butów na wysokim obcasie z odsłoniętym śródstopiem. Tę sprawę postanowiłem definitywnie załatwić w środę 13.02. Pojechałem do centrum miasta, gdzie z mojego tajnego miejsca darmowego parkowania udałem się pieszo ku rzadko przeze mnie nawiedzanym placówkom handlowym, o których pamiętałem, że zawierają sklepy obuwnicze. Potrzeba nabycia nowych butów na okres przejściowy nie była już abstrakcją, więc nastawiłem się na przymierzanie nowych butów i oczywiście szedłem w codziennie już używanych czółenkach. Trzeba przyznać, że przeszedłem w nich szmat drogi, przy czym okazało się, że większość pamiętanych przeze mnie sklepów i stoisk obuwniczych nie istnieje, aż trafiłem do pewnego sklepiku w podwórzu ul. Piłsudskiego. Tam w niekrępującej w najmniejszym stopniu atmosferze przymierzyłem z 5 par różnych modeli i kupiłem dwie: w gruncie rzeczy bardzo podobnego modelu, z tym że jedna para ma pewne drobne niedokładności montażowe i wykonana została z syntetyku, a druga, droższa i perfekcyjnie zmontowana jest skórzana. Właścicielka sklepu jest w porządku: udziela rabatów przy większych zakupach i jest jak najdalsza od wieśniackiego dziwienia się, kto jakie buty kupuje. Może sama rozumie, że w ramach „męskiego” obuwia właściwie nie ma czego szukać i życzy ona również męskiemu klientowi tego stylistycznego i funkcjonalnego wyrafinowania, jakie niesie ze sobą obuwie „damskie”? Wracając trafiłem na wyróżniającą się w tym dniu rajstoponogą dziewczynę w płaskoobcasowych ciżemkowatych butach nieco powyżej kostki i spódnicy do połowy ud – wyglądało to bardzo ładnie. Aż głupio mi się zrobiło, że nie byłem „w tym samym klubie” co ona, tylko jak jakiś umysłowo ograniczony sekciarz w spodniolach. Z jednej strony było w tym dniu zimnawo, więc nie wiem, czy byłbym w stanie dorównać jej ekspozycją funkcjonalnej nagości, ale warto równać do lepszych od siebie, nieprawdaż? Idąc w swoich obcasowych czółenkach i z dużą torbą pełną pudełek z butami zostałem natomiast dostrzeżony przez hetero-parkę, która raz po raz odwracała głowy w tył ku mnie i najwyraźniej była rozbawiona, a po gestach wykonywanych przez stronę żeńską wobec męskiej nabrałem przekonania, że pytała się swego mena, czy też by nie miał ochoty pochodzić na obcasie jak ja, zaś ten, poklepywany po ramieniu przez swą kobietę najwidoczniej zapewniał, że w żadnym razie. Jakże to musiało scementować ich miłość!




Oto plon zakupowy z tamtego dnia: po lewej bardziej szpiczaste, lecz lepiej wykonane skórzane buty, po prawej te bardziej na co dzień – syntetyczne i nie całkiem równo zeszyte (lecz pod względem geometrii również poprawne).

Kończąc temat obuwniczy dodam, że moje ulubione czółenka normalnie zużyły się w codziennej eksploatacji! Ich poszycie zaczęło pękać na regularnie uginanych powierzchniach i zaczęły mi haczyć wyroby pończosznicze (w końcu tylko Nelly Rokita nosi szmaciane skarpety do tego typu butów, ja zaś jestem od takiego obciachu jak najdalszy!). Zaistniała więc potrzeba kupienia ich następców – poczyniłem to w poniedziałek 3.03 w sklepiku w podwórzu na Piłsudskiego, lecz tym razem udałem się tam ubrany maksymalnie po ludzku: w czerwonej spódnicy nad kolana (o której zaraz dodam parę słów) i w jednym z płaszczyków kupionych na Allegro (ale fabrycznie nowych), które dotarły do mnie po tygodniowej podróży mimo priorytetowego statusu paczki. Temperatura w tym dniu wynosiła ok. 10°C w cieniu, okazjonalnie wychodziło słońce i wtedy robiło się cieplej. Fota po prawej pokazuje, jak wyglądałem, zatem pozwalam sobie zrezygnować z opisu słownego.

Do centrum przyjechałem jak przy poprzedniej okazji, miałem więc dość długi kawałek do przejścia i szybko się rozgrzałem, pomimo pierwszego wrażenia, iż mam do czynienia ze strasznym chłodem odbieranym przez znaczną powierzchnię nóg w rajstopach 40 DEN. Idąc tak długi kawałek przez ścisłe centrum miasta musiałem być zauważony przez wielu i tak się też stało. Najpierw śmiechem wybuchł jakiś dresiarz towarzyszący dziewczynie o najprawdopodobniej podobnej formacji intelektualnej. Aż przykucnął! Na przejściu ze światłami przez Świdnicką dwóch nastolatków mnie zauważyło i odtąd szli za mną również śmiejąc się obficie i zapewne nagrywając mnie na komórkę. Po chwili przeszedłem na drugą stronę ulicy, a potem zniknąłem w bramie prowadzącej do sklepu ukrytego w podwórzu. I tu jednak znaleźli się obserwatorzy: dwaj mężczyźni sprawiający wrażenie nieco wystawionych na boczny tor życia i przez to cierpiących na nadmiar wolnego czasu odstało na placyku w pobliżu bramy cały czas mojego pobytu w sklepie, który wyniósł ze 20 minut (bo również wnikliwie przymierzałem i sprawdzałem szereg modeli). Wreszcie kupiłem nienajtańszą parę skórzanych czółenek – w chwili obecnej są one już rozchodzone i widać, że doskonale trzymają się nogi a i geometrię mają nie mniej perfekcyjną. W drodze powrotnej odebrałem telefon od Kolegi z pracy, stojąc przez parę minut w jednym miejscu. Drugą stroną ulicy przemieszczała się jakaś wycieczka młodzieży, lecz najwyraźniej nie zauważyła mnie; w przeciwnym razie śmiechu byłoby co nie miara. Zauważyły mnie natomiast pewne dziewczyny również idące drugą stroną i te stanęły, by z uśmiechami odprowadzić mnie wzrokiem. W tym samym dniu i w tej samej kompozycji ubraniowej byłem też w Urzędzie Skarbowym po formularze zeznania podatkowego. Również celem złożenia wypełnionego druku pójdę ubrany „firmowo” – oprócz konkretnej akcji, którą wymyśliłem wokół motywu podatków, a którą zrealizujemy w kwietniu, jest to taki mój mały, prywatny gest dający otoczeniu do zrozumienia, że nawet taki „zbok” jak ja płaci temu państwu podatki, czyli państwo jakoś lubi jego kasę, chociaż niekoniecznie jego samego: ciekaw jestem niezmiernie, jak zachowałby się mój państwowy pracodawca, gdybym zaczął świadczyć pracę całkowicie żyjąc w swoim stylu, czy sądy broniłyby mnie, czy raczej wszelkich opresorów na mnie naskakujących? Ano, zobaczymy...

Oprócz pragmatyczno-zakupowych wędrówek po mieście były też okazje towarzyskie. W ramach jednej z nich doskonale rozchodziłem te nowe syntetyczne buty typu palce-pięta. Oto umówiłem się z paroma ludźmi z branży na spotkanie w jednym z pubów, którego lokalizacji jako introwertyk po pubach niechodzący nie znałem, a ponadto zaparkowałem się na parkingu w pracy, dość od tego pubu oddalonym. Stąd musiałem odbyć marsz przez całe Stare Miasto, przeklinając ostrą kostkę brukową, którą ojcowie miasta wywalili na większość chodników i deptaków, zostawiając tylko gdzieś na środku pasmo z gładkimi płytami. Taki system dobrze wygląda tylko na makietach i w komputerowych symulacjach. W każdym razie po tym marszu zwykłe i niewyczynowe chodzenie w tych obcasowych butach stało się dla mnie czystą rutyną.

Mieliśmy także post-walentynkową imprezę w branży. Odbyła się ona w siedzibie KPH i oczywiście ubrałem się jak sądzę ładnie, a na pewno – przyjemnie. Wieczór tego dnia charakteryzował się nawrotem zimowych temperatur – zapanował wręcz mróz. Pierwotnie zamierzałem pójść z dużą powierzchnią odsłoniętą, w dość ambitnie wysokoobcasowych czółenkach o panterkowym deseniu, ale ostatecznie poszedłem za głosem rozsądku i ubrałem panterkowe kozaki. Tak czy owak chodząc poza domem w rajstopach 40 DEN i intensywnie czerwonej spódnicy nad kolana z lekkiej syntetycznej tkaniny okazałem znaczną dzielność termiczną, tym bardziej że przed wjazdem na imprezę skoczyłem do Tesco, gdzie skądninąd wzbudziłem salwy śmiechu u personelu najprawdopodobniej niewykonującego prac zbyt umysłowych. Pamiętam w szczególności dwie panny sklepowe od wykładania towarów, które odstąpiły od regałów, na które właśnie kładły towar, by specjalnie przemaszerować obok mnie przez inne stoisko i pochichotać. Na imprezie oczywiście nie siedziałem w kozakach: wskoczyłem w równie panterkowe czółenka i nader zgrabnie sobie w nich radziłem, w pewnym momencie realizując nawet pseudotaniec z jedną z czarujących rozmówczyń tego wieczoru. Spódnica została zaopatrzona w kieszenie dowieszane do paska – patent, który pokazywałem już przy innych okazjach. Stroju dopełniała obcisła czarna bluzeczka z lycry o rękawach, powiedzmy, ¾ i dość głębokim ostro wyciętym dekolcie, który częściowo zasłaniała apaszka o panterkopodobnym deseniu.

Do codziennych osiągnięć zaliczyć trzeba oswojenie publiczności z moim obuwiem oraz estetyzującymi dodatkami w rodzaju subtelnych apaszek lub szalików: przykładowo wprowadziłem wąski srebrzysty szaliczek zawiązywany w stylu krawata, lecz po kilku zwojach wokół szyi. Właściwie powinien mu towarzyszyć srebrzysty cień do powiek, jednak zwykle moje wychodzenie z domu następuje w ostatnim momencie lub w ogóle po czasie, zatem nigdy nie udaje mi się tych malowanek wykonać. W każdym razie całkiem przyzwoicie maluję usta i kompensuję brak górnej wargi, która jest u mnie najwyraźniej bledsza od dolnej, stosunkowo wyrazistej. Zawiedziony cokolwiek jestem trwałością szminek, a właściwie ich nietrwałością, pomimo obiecujących napisów na opakowaniu.

Po wydawałoby się okresie stabilizacji stwierdzam, że chamstwo blokersowskich nienwistników ponownie narasta. Okrzyki typu: „Pedaleee!”, „Kurwo!” z przydawkami „jebany”, „pierdolony” itp. stały się swoistym standardem podczas moich przejść osiedlowych, a jeden z ćwoków pozwolił sobie zagrozić mi agresją fizyczną oraz wyrazić groźbę, że „nie będę miał tu życia”. No jakiż to sędzia się znalazł!!! Od orzekania, kto „życie” będzie miał, a kto nie. Zresztą sami sobie posłuchajcie języka nienawiści (zbyt wrażliwym Czytelnikom nie polecam) – oto plik audio pt. Drechowa Gadka. No i jeszcze ten drugi szczeniak, który w obecności swojej matki (stojącej z tyłu) pozwolił sobie rzucić w moim kierunku nie tylko wyzwiskami, lecz (poszedłszy za mną na ulicę) także szklaną butelką, sprawiając, że odłamki poszły w samochody, obok których przechodziłem i który pogroził, że kamerę zdejmującą jego zachowanko mi roztłucze. Widzę, że znowu wojna z zimnej robi się gorąca... Cóż, Policja będzie miała więcej roboty – jeden z incydentów już zgłosiłem, a drugi zgłoszę niebawem. A było to tak: na komisariat dzielnicowy pojechałem 7.03 ubrany w różową sztruksową spódnicę, rajstopy i najnowsze czółenka. Policjanci w kantorku na bramie i przechodzący korytarzem za przeszklonymi drzwiami zachowywali się poprawnie, gdy byli w zasięgu mojego wzroku, a schowawszy się za murem pękali ze śmiechu, także panie policjantki. Gdy już pojawił się śledczy, by przyjąć moją relację i materiały, zachowywał się w porządku, zapytał też o motywy mojego postępowania, więc uzyskał ode mnie stosowne wyjaśnienia. Niemniej jednak podczas składania zeznania kilkakrotnie ciekawscy koledzy zaglądali do naszego pokoju, a po zamknięciu przez nich drzwi słychać było, jak pękają ze śmiechu. Najwidoczniej komisarz Falkiewicz, pełnomocnik Policji do spraw przestrzegania praw człowieka, ma jeszcze sporo pracy do wykonania względem swoich kolegów. Niezmiernie ciekaw też jestem, co zrobi moje państwo, tak chętnie pobierające moje pieniądze przez podatki, gdy okaże się, że nie mogę wychodzić z domu i de facto nawet tych żałosnych nauczycielskich pieniędzy zarabiać nie będę mógł? Chętnie bym usłyszał, co do powiedzenia miałby premier Tusk, uosabiający tak wiele polskich nadziei, ale stwierdzający też, że „nie będzie obyczajowej rewolucji” pod jego rządami... Czy będzie chociażby EWOLUCJA? I czy szanowny Pan Premier przyłoży do niej rękę? Gdy rząd Stanów Zjednoczonych naprawdę podjął walkę z rasizmem, James H. Meredith, pierwszy czarnoskóry student prześladowany za niewłaściwy kolor na Uniwersytecie Mississipi otrzymał ochronę złożoną z kilku żołnierzy. Ale czy Rzeczpospolita Polska będzie chętna zapewnić podobną ochronę nieważnemu i niepotrzebnemu „zbokowi”? Albo chociaż most powietrzny z zaopatrzeniem żywnościowym, jak do Berlińczyków ongiś odciętych przez Rosjan... Gdzie jakakolwiek akcja afirmatywna i edukacyjna odnośnie mniejszości seksualnych lub obyczajowych w Polsce? Ano zobaczymy. Pewnie już wkrótce.








:-)



t Poprzednia

Następna