3Powrót (Antyfa0)



3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

ANTYFA 0


ROK 2008: PRZESILENIE WIOSENNE

WIOSNA I POCZĄTEK LATA

Czas ten nadzwyczaj okazał się zasobny w wydarzenia. Początek nowego okresu w rozwoju antyfacetyzmu był obiecujący, lecz wyglądało, że na tym się skończy. Oto przed Wielkanocą w mailach pojawiło się zaproszenie do programu Miasto kobiet w stacji TVN Style – rzecz miała być nagrywana w Warszawie, a Pani Redaktor kończyła swe maile wylewną formułką o „serdecznym” pozdrawianiu mnie i wyglądało to niemal słodko. Jednakże, gdy zacząłem dopytywać się o szczegóły techniczne mojego wystąpienia w tymże programie, zauważyłem, że wyjazd do Warszawy wiąże się z pewnymi kosztami, a nawet można uznać, że stanowi rodzaj pracy, czyli mogłoby człowiekowi przysługiwać choćby skromne honorarium albo dieta. Odkąd sformułowałem w mailu taką nieśmiałą sugestię, kontakt z Panią Redaktor tajemniczo się urwał. Jako że dość nieostrożnie wcześnie podałem numer swej komórki, gdy zapowiedziany termin nagrania programu był już bliski, zadzwoniłem do Pani Redaktor i nie otrzymałem odpowiedzi. Wkrótce dowiedziałem się okrężną drogą, że problem polegał właśnie na mojej wzmiance o honorarium, chociaż nie było to w najmniejszym stopniu sformułowanie ultymatywne. Najmarnieszą formą odmowy jest milczenie, ale cóż – taki najwidoczniej tam panuje Stajl. Któżby się spodziewał, że komercyjna stacja, przekładająca każde kilka minut merytorycznego programu blokiem reklamowym, w którym pieniądz szerokim leje się strumieniem, tak wrażliwa jest na każdą wzmiankę na ten temat ze strony potencjalnych bohaterów programu, na którym przecież się zarabia? Może nie pasowałem też od strony merytorycznej – w końcu postać, którą tworzę odstaje od obrazu transseksualisty albo transwestyty, którzy po pierwsze jakoś wierzą w esencjonalną kobiecość kobiet (skoro subiektywnie wchodzą w kobiecą rolę czasowo lub permanentnie), a po wtóre poprzez zawstydzenie i zakłopotanie swoim statusem okazują zgodę na wygodny dla opresyjnej większości pogląd, że to w nich jest jakiś problem, który zaciążył nad ich życiem. Ja poniekąd całą swą działalnością wskazuję, że problem tworzy bezmyślne społeczeństwo niedopuszczając do publicznego życia osób nieheteronormatywnych, gdyż wierzy ono, iż tożsamość „poprawnie zrobionego” cz;łowieka musi być albo tu, albo tam, czyli na biegunie męskim lub żeńskim, i nigdzie pomiędzy. I że na dodatek to społeczeństwo jeszcze nie jest w stanie przeprowadzić rozróżnienie (jakoś wolę tutaj biernik...) na zjawisko płci a społecznej roli płciowej podtrzymywanej przez kulturowe stereotypy. Ja jestem z siebie zadowolony i pokazuję dumę z tego, że nie jestem człowiekiem-meblem albo kukłą, istotą stuprocentowo programowalną i kontrolowaną przez otoczenie. Tak więc po cichutku odpłynęła możliwość zaprezentowania idei antyfacetyzmu w telewizji Style, a pogoda stawała się coraz bardziej wiosenna i chodząc do pracy w długich spodniach czułem się jak pieczony idiota. Jak męczyzna.

Któregoś dnia kupiłem niedrogie spodnie z dżinsowego streczu (z jakichś magicznych powodów wystawione na „damskim” obszarze hipermarketu), a których głównym walorem użytkowym była ich krótkość (do wysokości kostki) i nogawki przystosowane do podwijania, dzięki czemu można było odsłonić ok. połowy łydki. Również materiał typu strecz, niespotykany pośród artykułów przeznaczonych dla „mężczyzn”, stanowi o ich lepszej wartości użytkowej dla tych, którzy w kroczu mają pewne dobrze unerwione organy i nie lubią ich ugniatać sztywnymi artykułami odzieżowymi. Jednakowoż, zastosowanie tych spodni oznaczało konieczność dokonania przełomu – chodziłem był już od jesieni w nieźle wysokoobcasowych butach, czułem się w nich dobrze, w lutym i marcu dokupiłem kilka nowych modeli, więc musiałem zdecydować się na utrzymanie tychże butów w użyciu włącznie ze spodniami, które nie będą ich już zasłaniać. Stwierdziłem, że i tak całe moje otoczenie wie, w jakich butach ostatnio chodzę, zatem czas skończyć z hipokryzją i nieudolnym udawaniem, że nie chodzę w butach, w których chodzę. Podjąłęm męskie postanowienie: gdy tylko warunki pogodowe pozwolą, wdrożę do użytku nowe przykrótkie spodnie i porządnie, po męsku, odsłonię buty oraz cienkie wyroby pończosznicze, w których de facto chodzę. Realizacja tego postanowienia zaczęła się z początkiem kwietnia.

Równocześnie było mi trochę żal niedoszłego do skutku występu telewizyjnego, na który trafiły inne osoby z branży, lecz reprezentujące zupełnie inny sposób definiowania swojej tożsamości i beze mnie obraz naszej społeczności przedstawiony przez tamtą stację był niepełny. Dla mnie taki występ mógł być bardzo wartościowym ćwiczeniem połączonym z prezentacją mych idei dla szerszej publiczności. Zastanawiałem się, co robić, tym bardziej, że dojrzewał już pomysł, abym poszedł do Urzędu Skarbowego z moim zeznaniem podatkowym w stroju firmowym Antyfaceta, i by uczynić ten akt wyrazistą manifestacją lojalności wobec państwa ze strony jego dziwnych, nieheteronormatywnych, obywateli, przy okazji stawiając pytanie, czy państwo takim obywatelom odpłaca podobną lojalnością, a w szczególności, czy mają oni prawo istnienia ze swoją tożsamością. Niewątpliwie taka wizyta interesanta w Urzędzie Skarbowym byłaby też fotogeniczna, i chciałem, by stała się choć trochę faktem medialnym. W międzyczasie słychać było o protestach pracowników urzędów skarbowych, które miały osiągnąć swe apogeum w dniu 30.04, czyli wtedy, gdy planowałem pikietę zaprzyjaźnionych mniejszości seksualnych przed wybranym US, ergo nasza akcja nie rokowała dobrze z przebiciem się do mediów, które wtedy bardziej zajęte byłyby urzędnikami niż nami. Wziąłem więc komórkę i podzwoniłem do wszystkich numerów, o których wiedziałem, że należą do dziennikarzy bądź redakcji, z którymi miałem do czynienia przy okazji poprzednich happeningów. Kilkakrotnie musiałem gruntownie opisywać, kim jestem, i czym się trudnię, po czym mówiono mi, że oddzwonią, a ja w swym sceptycznym nastawieniu nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego. Aż tu... Oddzwoniła pani Anna Tuz z TVP3 i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że kręcimy. I to dość nagle: już we wtorek 1.04, w Prima Aprilis, lecz najzupełniej na poważnie. Był to w moim przypadku dzień pracy, na dodatek wtedy chyba po raz pierwszy poszedłem w przykrótkich spodenkach z półotwartymi butami na obcasie kupionymi w lutym albo marcu, i w krótkim czasie mojej przerwy między zajęciami wyprawa do Urzędu Skarbowego raczej nie wchodziła w grę. Niemniej jednak rychło ustaliliśmy telefonicznie szczegóły spotkania się z ekipą i wszystko zrealizowaliśmy: zarówno przed jednym z budynków uniwersyteckich, gdzie miałem zajęcia, jak i przed moim blokiem, w moim (przeraźliwie zabałaganionym) mieszkaniu, a także ze zmobilizowanymi przez zaprzyjaźnioną eks-studentkę (ukłony dla MW!) innymi eks-studentkami z moich grup i nie tylko. Motyw wyprawy z zeznaniem podatkowym przekazaliśmy wyłącznie w opisie słownym z PIT-em w ręku, lecz materiał miał wymowę, którą sobie umyśliłem i poszedł jeszcze tego samego dnia wieczorem. Pośród wypowiedzianych w nim zdań znalazły się studenckie komentarze mówiące o tym, że po początkowym szoku lub zdziwieniu, mój strój na zajęciach nie ma wpływu na ich przebieg, a także zauważalny przekaz w tle, że Uniwersytet Wrocławski jest miejscem pracy wysoce tolerancyjnym dla pracowników okazujących wizualną odmienność. Z uwagi na fakt, że kręciliśmy ujęcia pod moim blokiem, wielu sąsiadów widziało ekipę telewizyjną, a później trafiło na emisję reportażu w wieczornych Faktach, co niewątpliwie wpłynęło na poprawę atmosfery podwórkowej (wśród statecznych, dorosłych obywateli – młodociani nienawistnicy odporni są na wszelkie bodźce skłaniające do myślenia). Tutaj link do tego materiału radośnie wystawionego przez kogoś z branży na YT. Przykładowo już następnego dnia pewien starszy pan, z którym wcześniej nie rozmawiałem, stwierdził, że „widział mnie w telewizji” i odtąd mówię mu „Dzień dobry”, zaś jeden z sąsiadów również okazał w kurtuazyjnej rozmowie na schodach aprobatę dla mojego występu, i niewykluczone, że również nieformalne plotki i komentarze rozniosły się po podwórku, w efekcie czego nastawienie do mnie poprawiło się – przynajmniej na zasadzie oswojenia się z moją stylizacją i pewnym zrozumieniem, dlaczego to robię. Może zauważono też, że nie gryzę i nie jadam na śniadanie pasztetu z chrześcijańskich dzieci.

Jednak to dopiero był początek tego owocnego tygodnia. Nieco ośmieliłem się i polubiłem chodzenie w tych rybaczkowatych streczowych dżinsach do wiosennego obuwia, więc również w czwartek udałem się tak do pracy, co także stanowiło przełom, albowiem w tamtym uniwersyteckim budynku jeszcze w tym przybraniu mnie nie widziano. Po zakończeniu pierwszej serii zajęć odbywam w pobliskim budynku konsultacje, i również tego dnia udałem się tam, wstępując pierwej do toalety. Będąc w niej słyszałem wściekle dzwoniący telefon w jednym z naszych pomieszczeń biurowych i okazało się, że to brzmi aparat z mojego pokoju. Gdy podjąłem słuchawke, pełen najgorszych przeczuć (czy to przypadkiem nie jest gwałtowna reakcja Pań Przełożonych na sygnały odnośnie mojego wyglądu – co świadczyłoby o braku tolerancji naszej szacownej Firmy), moje obawy okazały się nieuzasadnione: oto dzwoniła TVN i chciała się ze mną umówić na komentarz o wypowiedzi Jerzego Skoczylasa, wrocławskiego radnego z PO, który zareagował na primaaprilisowy żart wrocławskiej Gazety Wyborczej w sposób obraźliwy wobec gejów (nazywając ich orientację „zboczeniem”). Oczywiście zgodziłem się na nagranie okolicznościowego komentarza i umówiliśmy się na spotkanie zaraz po moich konsultacjach. Tak też się stało – niebawem samochód firmowy pojawił się i zaczęliśmy kręcić (całe szczęście, że miałem na sobie coś z „firmowej kolekcji” Antyfaceta – w przeciwnym razie trzeba by do domu jechać, by dla telewizji porządnie się ubrać...). Pani Redaktor (której imienia i nazwiska dziś już nie pomnę) odbierała w trakcie pracy masę telefonów i któryś z nich zapewne zmienił priorytety naszego nagrania: trochę dziwnie zostałem wypytany niemal o całokształt mojego antyfacetowania, w tym również o wcześniej umówiony komentarz do incydentu kabareciarza Skoczylasa, i pożegnaliśmy się. Materiał poszedł w wieczornych Faktach TVN, tym razem nagrałem je sobie i trochę zdziwiłem się tym, co po powrocie z pracy zobaczyłem: istotnie sekwencje z moim udziałem poszły, ale stanowiły raczej dowód na tolerancyjną atmosferę Wrocławia i Uniwersytetu, natomiast komentarz do sprawy Skoczylasa pochodził od kogoś innego, skądinąd geja, lecz nie z kręgu mi znajomego. Ale nic to: w ten sposób poszedł na całą Polskę sygnał typu: „Halo, tu jestem, i jestem, jaki jestem”, i że we Wrocławiu tak właśnie można. Mój kilkunastosekundowy występ został zauważony w dość odległych miejscach, o czym sygnały dotarły do mnie później...

POKLATKOWY PRZEGLĄD GŁÓWNYCH WĄTKÓW TEGO FILMOWEGO FELIETONU

W domu natomiast, pośród masy maili czekał jeszcze jeden, szczególny: od red. Sylwii Walendowskiej z programu Prosto z Polski z TVN24 i z propozycją nakręcenia reportażu o moich poczynaniach. Czyż mógłbym się nie zgodzić? Umówiliśmy się zatem na jeden z najbliższych poniedziałków i zaczęliśmy od scenek kręconych u mnie w domu, który już wysprzątałem jak na przyjście telewizji. Dzień ten był deszczowy i dość chłodny, tak więc chcąc jakoś po ludzku i antyfacetowsku wyglądać, musiałem przeprosić się z panterkowymi kozaczkami na szpilkowym obcasie, przywdziać rajstopy 40 DEN plus stateczną różową spódnicę do kolan i płaszczyk. Wtedy właśnie nakręciliśmy materiał o złożeniu przeze mnie PIT-u w Urzędzie Skarbowym, na którego teren ekipa uzyskała pozwolenie na wstęp z kamerą; potem skoczyliśmy do Galerii Dominikańskiej, gdzie z kolei umówiona była zgoda na wejście do Deichmanna i kupiłem sobie sandałki na szpilce, które dzisiaj dobrze mi na co dzień służą (choć po pewnej przeróbce). Przy okazji również Pani Sylwia miała w godzinach pracy trochę przyjemności – rozejrzała się za butami dla siebie i poprzymierzała sobie co nieco :). Materiał miał pójść następnego dnia, lecz przez awarię elektryczności w Szczecinie zaczął spadać i trafił na antenę dopiero w sobotę, aczkolwiek dzięki temu wyemitowany został dwukrotnie (w weekendy blok reportaży jest powtarzany – takie spady lubię!). Ponadto reportaż pokazano w Onecie, gdzie cyrkulował wśród innych kawałków video pobranych z TVN już od pierwszego dnia planowanej emisji. Charakter narracji był może trochę bardziej nastawiony na efekt sensacyjny, ale również uznaję ten przekaz za wartościowy: kilka pełnych zdań do publiczności z mojej strony poszło, a komentarz reporterski skomponowany z paroma efektami gry słów był rzeczowy i życzliwy. Również parę wypowiedzi przypadkowych podatników dobrze zasiliło pokazywaną historię (jedna pozytywna, druga sceptyczna, lecz nie wroga). No i jakiś podwórkowy efekt znów miał miejsce, gdy z ekipą uzbrojoną w kamerę chadzałem tam i z powrotem, aż „mieliśmy to”.

POKLATKOWY PRZEGLĄD GŁÓWNYCH WĄTKÓW TEGO FILMOWEGO FELIETONU

Sobota, w którą emisja materiału z TVN24 miała miejsce, również należała do dni wyjątkowych. Wtedy bowiem miała miejce we Wrocławiu demonstracja ONR i podobnego towarzystwa, na którą zorganizowaliśmy się celem wygwizdania. Postanowiłem wziąć w tym udział i podjąłem się nagrywania kamerą co ciekawszych momentów tego zdarzenia. Pierwszy kontakt ze zwolennikami nacjonalistycznej dyktatury nawiązaliśmy przed głównym dworcem PKP, lecz od samego początku skutecznie oddzielał nas policyjny kordon. Potem oni się przemieszczali, my zaś poszliśmy na Rynek, aby nie dopuścić do ich manifestacji w tym prominentnym miejscu. Następnie udaliśmy się w kierunku wyspy Piasek, gdzie łysi chcieli odbyć wiec (o ile pamiętam) pod pretekstem uczczenia ofiar Katynia. Ich demonstracja jednakże nie była legalna – cokolwiek wahające się władze miasta cofnęły zezwolenie, ergo musieli się oni przemieszczać w grupkach poniżej 15 uczestników. W końcu pewnie przekroczyli masę krytyczną, zostali pozbierani przez Policję i wywiezieni. My natomiast cokolwiek pod wpływem sprzecznych idei chodziliśmy to tu, to tam, okazjonalnie przybliżając się do zgrupowań nazistowskich, by wymienić „grzeczności” tudzież pogwizdać. Wielu z nas wciągnęło się w tę grę po uszy i koniecznie zapałalo chęcią przedarcia się ku Nieprzyjacielowi przez jakąś nieobsadzoną przez Policję rubież, zatracając przy tym strategiczny imperatyw obrony Rynku przed wiecującymi nacjonalistami. Rzecz zaczęła się przedłużać. Coraz bliżej była godzina 17, z emisją programu Prosto z Polski, o którym wiedziałem, że w tym dniu zaprezentuje kawałek z moim udziałem, a na dodatek zostawiłem był torbę na kamerę w siedzibie KPH i wypadało przed urwaniem się do domu ją stamtąd zabrać. Tymczasem dysponenci kluczy do siedziby w najlepsze biegli gdzieś w szpicy naszego zgrupowania, podczas gdy ja w kozaczkach na szpilce nie nadawałem się do gonienia ich. W każdym razie od czego telefony komórkowe – dogadałem się, że od kogoś dostanę klucz i pozostało znaleźć sobie towarzystwo do pieszego powrotu na ul. Piłsudskiego, albowiem dzień ten nie należał do spokojnych i sprzyjających wędrówkom w różowej spódnicy, cielistych rajstopach i panterkowych kozaczkach. Dogadałem się z jednym z naszych, Grzegorzem, i poszliśmy. Raz zostałem okrzyczany z daleka z samochodu pełnego kiboli, a sądząc po konkretnym stylu wiązanki obelg, mógł to być typek, którego tożsamość nasza dzielnicowa Policja zidentyfikowała w oparciu o moje video i którego niebawem prywatnie oskarżę o zniewagę. Poza tym nie było żadnych nieprzyjemności, a gdy dochodziłem ze swym towarzyszem do siedziby, dojechali do nas tramwajem pozostali, którzy chwilę po rozdzieleniu się stwierdzili, że Policja i tak nie dopuści ich do nazioli od żadnej strony, a ponadto tamci byli już sprzątani do komisariatu. W rezultacie mojego uczestnictwa w tym wydarzeniu trafiłem na kilka fotografii w internetowych mediach, poparłem swym wizerunkiem sprzeciw wobec faszyzmu, i nachodziłem się kilometrami w kozaczkach, które dowiodły swojej przydatności i solidności. Fleki w każdym razie dojrzały w nich do wymiany. Podczas chodzenia z obozem antyfaszystowskim spotkałem kilkoro czytelników mojej strony a ponadto trafiłem na dziwnego anarchistę, który jakoś się nie mógł pogodzić, że mężczyzna, „facet”, może dobrowolnie ubierać takie rzeczy jak ja. Później wyszła z niego również pogarda dla homoseksualistów, którzy kochają się, ale nie ma z tego dzieci. Czy on nie pomylił pochodów? Choćby dla samej anarchii warto pokochać się bez efektu w dzieciach! Za friko!

Na moim froncie nie było jednak ciszy. Chyba to był już następny tydzień, gdy zadzwonił u mnie telefon i przedstawiła się red. Katarzyna Dynowska z TVP1, przedstawiając chęć nakręcenia ok. 8-minutowego reportażu do programu Celownik. Skoro tak, to kręćmy! Ja zasugerowałem zwrócenie się do Rzecznika Prasowego Uniwersytetu, albowiem pani chciała koniecznie nakręcić, jak robię zajęcia w mojej swoistej stylizacji. Co ciekawe, zezwolenie takie uzyskała, i do zdjęć przystąpiliśmy w najbliższy czwartek. Najpierw spędziliśmy całą moją przerwę obiadową na Rynku, gdzie chodziłem tam i z powrotem, siadałem na ławkach i zagadywałem przechodniów o to i owo, zaś ekipa kręciła to z oddali. Udawaliśmy też kupowanie odzieży w jakimś drogim sklepie w Śródmieściu, i nawet pojawili się spontanicznie do nas podchodzący ludzie z chęcią udzielenia wypowiedzi do kamery. Zjadłszy w przelocie pizzę przejechałem z ekipą do budynku, w którym miałem popołudniową serię zajęć i tam znów kilka razy kręciliśmy wchodzenie do budynku, po czym wkroczyliśmy do sali zajęciowej i powstały na dzień dzisiejszy jedyne i historyczne :)) zdjęcia Antyfaceta przy pracy. Po zajęciach ciąg dalszy kręcenia – znów na moim osiedlu, a potem w domu. Podobno zebrano szereg życzliwych mi wypowiedzi ze strony mieszkańców osiedla, lecz była też przepychanka fizyczna operatora kamery i dźwiękowca z lokalnymi nienawistnikami! Pewnie w ich modelu państwa nie byłoby czegoś takiego jak wolne media. Aha, zapomiałbym dodać, że ubrany w tym dniu byłem przełomowo – po raz pierwszy od pilotażowego aktu 4.06.2003 poszedłem do pracy w spódnicy. Tym razem była to, znana już z innych opisów eskapad po mieście, stateczna, iście męska czarna spódnica ze streczu za kolana, półotwarte buty na obcasie kupione w lutym i ciut za ciepłe na ten dzień cieliste rajstopy 40 DEN. W tym dniu UPADŁO OSTATNIE WIELKIE TABU! Z niecierpliwością czekałem na kolejny dzień pracy – by iść ubranym tak samo i potwierdzić całemu otoczeniu, że to nie jedyny przypadkowy wybryk, lecz trwała mężowyzwoleńcza zdobycz antyfacetyzmu! W różnych modelach spódnic oraz w sukni chodzę do pracy do dzisiaj i najwidoczniej otoczenie się z tym pogodziło. Co do reportażu autorstwa red. Dynowskiej, to nie został on wyemitowany do dziś (9.06.08). Obiło mi się o uszy, że w Warszawie nie podobała się feministyczna (?!) wymowa materiału, a na mój nos, jeśli nie został wyrzucony do kosza, to pójdzie na antenę gdzieś w środku lata, przy minimalnej oglądalności. Relacje z mediami jednak trwają, póki co opowiem epizod z „miasta, gdzie wszyscy musimy być 'normalni'”, czyli moich rodzinnych Tarnowskich Gór.

POKLATKOWY PRZEGLĄD GŁÓWNYCH WĄTKÓW TEGO FILMOWEGO FELIETONU

Pod koniec kwietnia mieliśmy zjazd maturzystów w którąś rocznicę naszego egzaminu. Wcześniejsze zjazdy mi nie pasowały z uwagi na czas sesji na dwóch etatach przypadający na wówczas ustalane dni tych imprez; w tym roku natomiast nie było przeciwwskazań dla mojej obecności, tedy udałem się na to spotkanie, pełen entuzjazmu dla ujrzenia tylu ludzi po latach. Już na wstępie okazało się, iż kilka osób widziało mnie w telewizji i po ich twarzach widać było mieszaninę zdziwienia i zbulwersowania. Wkrótce po odświeżeniu znajomości zyskałem krąg zainteresowanych i sympatycznych rozmówców w moim sektorze stołu, choć można domniemywać, że motyw przeze mnie reprezentowany rozszerzył się szybko na inne kręgi rozmówców i spolaryzował ich. Smaczny poczęstunek szedł na okrągło, takoż lały się trunki i ogólnie było fajnie – niestety, nie mogłem w tym mieście ubrać się porządnie po antyfacetowsku, miałem więc na sobie marynarkę z broszką-błyskotką i tylko te nowo kupione przykrótkie spodenki, cieliste podkolanówki i prawie zamknięte plecione buty o niezgrabności kroju podchodzącej pod wzorce obuwia „męskiego”. Jak się okazało po 2 tygodniach, moja opowieść o antyfacetyzmie była czymś mocnym jak na moje rodzinne miasto – podobno opowiadano o tym w kilku zakładach pracy i echa doszły do domu przez wspólnych znajomych. Czyżby zyskał mój „coming out” rangę skandalu? Ja w każdym razie za skandal uznałbym coś zgoła innego: oto na tej zamkniętej imprezie, wśród samych swoich, zginęła bezpowrotnie moja torba na aparat wraz z zapasowymi akumulatorkami, która przezornie trzymana była przy moim krześle, i ilość spożytego przeze mnie alkoholu nie miała wpływu na brak staranności w pilnowaniu moich rzeczy; skądinąd twardą elektronikę szczęśliwie do domu przyniosłem. Gdybym wiedział, że i tam niebezpiecznie jest jak wśród obcych, nawet do toalety chodziłbym obwieszony torbami i urządzeniami jak choinka, a wszystko nadal byłoby na swoim miejscu. A przecież mogło być tak miło: cieszyłem się na odnowienie znajomości z ludźmi z tak dawnej epoki, robiącymi obecnie tak różne rzeczy w całej Europie. Niektóre z odnowionych kontaktów niewątpliwie przydadzą się praktycznie, inne mają wartość sentymentalno towarzyską – być może rozpoznamy się podczas przypadkowych spotkań na mieście.

Wróćmy zatem na wrocławski front antyfacetyzmu. Zostałem zaproszony do dyskusji pt. „Śniadanie Mistrzyń: Kobieta jako autorytet w kulturze”, która miała miejsce przy poczęstunku w klubokawiarni Mleczarnia i była nagrywana przez Radio Luz. Poznałem tam Magorzatę Maciejewską, kończącą studia feministkę z Koła Naukowego Interdyscyplinarnej Grupy Gender Studies oraz osobę-instytucję Agnieszkę Kłos – pisarkę, dziennikarkę, prekursorkę internetowych blogów, fotografkę, wykładowczynię różnych przedmiotów, animatorkę kulturalnych inicjatyw w Mieszkaniu Gepperta, feministkę. Moderatorką dyskusji była Małgorzata Jarząb z Portalu G-punkt, i tamże został opublikowany zapis tej rozmowy. Ponadto Radio Luz wyemitowało jakieś wyjątki, ale rzecz ta mi umknęła – tylko w windzie w Galerii Dominikańskiej jakiś sympatyczny młody człowiek dał mi do zrozumienia, że niedawno słyszał mnie w tymże radiu (jak niezapomniany Stirlitz rozpoznał mnie od razu – ciekawe po czym? Bo przecież nie po głosie, skoro początkowo sam niczego nie mówiłem...).



W któryś piątek maja (albo sobotę) wieczorem wystąpiłem w młodym i na razie wyłącznie internetowym Uniradiu – rozgłośni tworzonej przez studentów Uniwersytetu Wrocławskiego. Co ciekawe, audycja ta była prowadzona na żywo w podziemnym pomieszczeniu Empiku na Rynku. W ramach mojej publiczności przyszła Mirka z nowo kupioną dla KPH kamerą i ponagrywała moje trzy wejścia na antenę (po bokach klatki z tego nagrania). W każdym razie przećwiczyłem się w opowiadaniu o sobie (kolejny krok ku egocentryzmowi), no i miałem okazję wyjść na miasto wyglądając po ludzku. Parę tygodni później udzieliłem wywiadu p. Magdzie Wujtewicz z tegoż radia do jej autorskiego programu „Zrób to sam”. Niestety przegapiłem emisję i ostatecznie nie wiem, co z surowego nagrania poszło na antenę, czyli kabel.



Niedługo potem pojawiły się sygnały zainteresowania ze strony różnych innych mediów, które potem wygasało (wspaniałomyślnie przemilczę tytuły), aż tu odezwała się red. Kinga Wołoszyn-Świerk, z zamiarem nakręcenia reportażu o większej objętości dla ogólnopolskiego pasma TVP3 lub 2. Skoro tak, to oczywiście kręcimy! Zaczęliśmy się umawiać: początkowo pobuszowaliśmy w pewną niedzielę rano z kamerą i mikrofonem po sklepach w budynku Auchan, gdzie w CCC kupiłem minimalistyczne pod względem formy (ale nie ceny) sandałki na szpilce (które trzeba jeszcze nieco przerobić), w New Yorkerze bardzo udaną minispódnicę z dżinsowego streczu w kolorze białym oraz naprawdę dość trwałą szminkę, którą pani sprzedawczyni-wizażystka w Douglasie pieczołowicie nakładała mi pędzelkiem na pyszczek, podczas gdy ja siedziałem na wysokim stołku (która to scenka sama w sobie wyglądała jak happening! :) ). Dodam, że w CCC byłem bardzo pieczołowicie obsługiwanym klientem, miałem wrażenie, jakby to była sama szefowa sklepu. Przy kilkukrotnym kręceniu wyjścia ze sklepu w deszczu trochę się podziębiłem, bo pogoda akurat się ochładzała, potem jeszcze kręciliśmy kawałki u mnie w samochodzie, w domu i w siedzibie KPH. W tym ostatnim miejscu byłem w tym dniu zgłoszony do sprzątania pomieszczenia i z ekipą TV inscenizowaliśmy co chwilę inny rodzaj prac porządkowych, żadnej niedoprowadzając do końca, odkąd tylko operator kamery obwieszczał „mamy to!”. Podobnie było z kręceniem u mnie w domu – przykładowo pokazywałem całemu światu, że szyję na maszynie: na przykładzie niesłychanie taniej spódnicy z niebieskiego streczowego dżinsu, która wymagała zdedzwonowania (maskulinizacji) fasonu. Pociągnąłem ledwie jeden prosty szew maszyną i ujęcie było gotowe, więc maszyna poszła w odstawkę, podobnie jak robota ze spódnicą, dokończona dopiero kilka dni przed napisaniem tej relacji i obecnie noszona (jest super!). Potem Redaktor Kinga zainteresowana była też happeningiem, jaki w owym czasie planowałem i przybyła z ekipą na jego realizację. Doznawszy przy filmowaniu tak licznych ujęć ataków głupawki, doszliśmy do niezłego poziomu zażyłości, o czym wspomnę jeszcze przy okazji relacjonowania samego happeningu.

POKLATKOWY PRZEGLĄD GŁÓWNYCH WĄTKÓW TEGO FILMOWEGO FELIETONU

Najnowszym epizodem medialnym był materiał do Pytania na śniadanie w TVP2. Początkowo zamierzano zrobić program z udziałem na żywo Macieja z Koszalina, bohatera incydentu, w którym za „niewłaściwe buty” wyrzucono go z wrocławskiego akademika, gdzie zarezerwowałem był mu nocleg na czas happeningu. Wkrótce okazało się, że na temat jego jazdy do warszawskiego studio zapadło milczenie, jednakże redakcja programu nie zrezygnowała z tematu całkowicie, albowiem zdjęcia zlecone do wykonania wrocławskiej red. Pauli Jakubowskiej zostały wykonane. Oto w pewien ciepły piątek (30.05) spotkaliśmy się w plenerze – kręciliśmy na skwerkach Wyspy Słodowej chodzenie w szpilkowych sandałkach (kupionych z TVN), siedzenie na ławce i co tylko, no i opowiadanie o wszystkim, z incydentem w akademiku włącznie. Najciekawszą niespodzianką natomiast był produkt finalny zaprezentowany w poniedziałek 2.06 rano – reportażyk z Wrocławia był zgrabny i uczciwie pozwolił mi przekazać kilka głównych myśli antyfacetyzmu, jak również pokazywał, że mężczyzna w szpilkowych sandałkach może poruszać się sprawnie i z fasonem. Jednak w studio, oprócz przekręcenia mojego nazwiska (realizacja programu: Grażyna Pieczuro), zrobiono coś nieoczekiwanego dla wszystkich zaangażowanych w produkcję tego materiału – do skomentowania filmiku o mnie zaproszono: aktora Piotra Polka, psychologa Radosława Kazana (?), i... Jana Pospieszalskiego (przedstawiać nie trzeba). Zaczynając od tego pierwszego, powiem, że po prostu intelektualnie nie był przygotowany do rozmowy na temat wniesiony przez filmik o mnie: zrozumiał tylko to, że poprzez happeningi i prowokację ubraniową zrealizowałem „parcie na szkło”, czyli chęć zaistnienia w mediach, i najprawdopodobniej „nic za mną nie stoi”, i że ma nadzieję, iż jest to tylko jednorazowe zdarzenie (niestety Panie Piotrze – to już 3 happening!). On sam natomiast musiałby „być u góry niepozbierany”, by pokazać się „od dołu” i to „w szpilkach”. Bardzo przekonująco też wykonał swą aktorską twarzą niesmak na myśl, że mężczyzna mógłby pokazywać się w szpilkach. Moim zdaniem, jak na aktora, trochę intelektualnie miałki typ – powinien rozumieć na temat zjawiska płci cokolwiek więcej ponad stereotyp, i posiadać też jakąś aktorską umiejętność empatycznego wczuwania się w postać oraz jej wielowymiarowość. Nie każdy aktor jest jednak do grania wszystkich ról – ten w każdym razie nie omieszkał zagrać heteropoprawnego twardziela, nadając światu komunikat, że płyta przezeń właśnie nagrana zawiera piosenki o miłości DO KOBIETY, i że on na fotografiach dołączonych do pudełka z dyskiem jest ubrany od dołu jak najbardziej jak należy. Nie będę bardziej pastwić się nad tym panem – może jego obecność przy tym temacie była po prostu przypadkowa, a zatroskanie o sprzedaż płyty w Polsce wymusiło na gościu wygłoszenie deklaracji, że jest w tych sprawach w porzo i po bożemu. Psycholog próbował powiedzieć coś mądrzejszego, lecz rozwinąć skrzydeł mu nie dano – uświadomił wszakże obu panom, że bohater reportażu wywalczył sobie miejsce, czyli możliwość chodzenia na co dzień do pracy w takim ubiorze, a nie tylko przy okazji happeningu. Okazał też ostrożność właściwą ludziom myślącym odnośnie interpretacji motywu, czyli czy chodzi wyłącznie o krótkotrwałe zaistnienie w mediach, czy też o coś więcej, jak chociażby akceptację dla inności. Wątpliwości żadnych nie miał natomiast Jan Pospieszalski. I oczywiście arogancji nie brakowało mu również. Od razu nazwał moje działania „wygłupem”, a rzeczy, które wypowiedziałem „postracjonalizacją wygłupu ciekawszą niż sam wygłup”. Najwidoczniej wychodzi Pan Jan z założenia, że poważnie można występować jedynie, gdy poddajemy się obyczajowym nakazom, w tym wypadku ubraniowym. Przecież błazen nie może mówić nic mądrego, a błaznem mężczyzna się staje, gdy przywdziewa szpilki. W garniturze jest się poważnym, w szpilkach i spódnicy – nie. Swoją drogą ciekawe, jak to jest z kobietami: czy są poważne, gdy ubierają się jak mężczyźni, czy wtedy, gdy są jak laleczki, a może nigdy? Ale wróćmy do sedna. Pospieszalski stwierdził, że gdybym „przebierał się” za każdym razem za inną postać (np. Indianina, watykańskiego halabardnika itp.), to byłoby to jeszcze do zniesienia jako prowokacja artystyczna, a tak znaczy to, że ja mam kłopot sam ze sobą, bo „uporczywie przebieram się za kobietę”. Zakładam, że mój Nieprzyjaciel ma dobre uszy i dość mocy obliczeniowej, ergo słyszał, jak mówiłem w reportażu, że ja się NIE PRZEbieram (z naciskiem) lecz Ubieram w ten sposób, i że gdybym był transwestytą, to przy całościowej charakteryzacji na stereotypową kobietę, nie byłbym w ogóle rozpoznawalny jako osoba męska. Zatem niedosłyszenie mych słów uznać należy raczej za przejaw typowej dla prawicowców arogancji wobec bliźniego odmiennego, którego słuchać nie trzeba, a już tym bardziej jego własnej interpretacji samego siebie. Myślę, że gdybym PRZEBIERAŁ SIĘ ZA KOBIETĘ, nigdy nie trafiłbym do telewizji i przed oblicze samego Jana Pospieszalskiego, gdyż swoją postacią nie burzyłbym zanadto zastanego „porządku” społecznego, w którym nie ma miejsca dla tożsamości innej niż całkowicie męska albo żeńska. Co ciekawe, Pan Jan co nieco jednak chyba zrozumiał, albowiem zinterpretował moje poczynania jako zjawisko groźne, podobne do działań gejów na rzecz uznania ich orientacji za równie uprawnioną jak heteroseksualna. A przecież, (gejom też się oberwało!) „męski członek w kiszce stolcowej”, jak Pan Jan raczył to obrazowo podsumować w śniadaniowym programie na żywo, nigdy nie będzie czymś normalnym. Znów pozwolę sobie na dygresję: najwidoczniej Pan Jan nie słyszał jeszcze, że nie tylko geje doprowadzają się do orgazmu w ten sposób, lecz robią to również niektóre co bardziej namiętne pary heteroseksualne, i stroną przyjmującą analną penetrację jest tam kobieta (Matka Polka). Ale może Jaś nie doczytał, to i Pan Jan nie wie... Pod moim wpływem zmartwił się Jan Pospieszalski, że filmy z XX wieku w rodzaju Pół żartem, pół serio, Poszukiwany, poszukiwana, czy Tootsie, przestały już być wyłącznie beztroskim żartem i kinową fikcją, bo dokonało się „przemieszczenie znaków”. I potwierdził przytłoczony psycholog, że dla wielu ludzi tak właśnie zmieniło się postrzeganie płci. Takoż i ja potwierdzam: TO się właśnie dokonuje, i to w naszej zamordystycznej i dość nienawistnej Polsce, i być może dlatego właśnie tutaj, bo klimat społeczny oparty na heteropoprawności utrwalanej przez wyjątkowo wrednych prawicowych polityków wraz z chytrym katolickim klerem szczególnie u nas wkurzający jest. I „ekstrawagancki nauczyciel angielskiego” Antyfacet się wkurzył. Do zobaczenia, panie Pospieszalski!

POKLATKOWY PRZEGLĄD GŁÓWNYCH WĄTKÓW TEGO PROGRAMU

Aha, jeszcze jedno: ja nie mam żadnych problemów ze sobą – wprost przeciwnie, coraz bardziej jestem z siebie zadowolony. Żyję wreszcie SWOIM życiem, porzuciłem kompleksy, w jakie ongiś wpadłem, gdy do dyspozycji miałem jedynie stereotypowe brednie naszego społeczeństwa, według których miałem uważać się za niewydarzonego mężczyznę, niegodnego niczyjego zainteresowania, zwłaszcza żeńskiego. Panie Janie! Ja obecnie żyję dumnie i godnie, rozumiejąc siebie, i widząc, że to nie we mnie jest problem, lecz w niedouczonym społeczeństwie, które generuje absurdalne zakazy i nic nie rozumie ze zjawiska płci, gwałcąc wielu ludzi do grania nieswoich i anachronicznych ról. Wiem też, że istnieją osoby żeńskie zdolne do samodzielnego programowania się, bez oglądania się na stadne odruchy większości, które potrafią kochać człowieka, a nie stopień realizacji ikonki faceta przez konkretnego osobnika. Ja żyję poza tą głupią grą w laski i facetów, a przy tym na co dzień korzystam z obiektywnie lepszych artykułów odzieżowych i kosmetycznych. Zwłaszcza przy obecnie panujących upałach polecam noszenie spódnic lub sukienek bez majtek, tak po prostu, do halki. Kto ma, jak to się kolokwialnie mówi, jaja, i nie boi się, że mu odpadną, gdy zabraknie tekstylnej platformy podłogowej, ten zgodzi się ze mną...

PANOWIE, JUŻ WOLNO!

Czas wyciągnąć wnioski ogólne odnośnie osiągnięć z tego okresu, gdyż nie polegały one wyłącznie na udzielaniu się w mediach. A dokonało się coś ważnego: odtąd NA CO DZIEŃ wychodzę z domu w ubiorach kontrkulturowych; stanowi to mój stały element stylizacji i odnotowywanie dat oraz konkretnych kompozycji ubraniowych, w jakich w danym dniu publicznie się pokazuję, straciło sens. Obecnie poddaję się przymusowi spodniowemu tylko, gdy chodzę po Tarnowskich Górach, zdarzyło mi się niedawno ubrać spodnie we Wrocławiu, gdy byłem podziębiony, albo szedłem na rozmowę z Szefową i swoim wyglądem nie chciałem wywoływać tematu, bo nie wiedziałem w jakiej sprawie zostałem wezwany. Postawa ta jednak należy do przeszłości: niemal wszyscy już widzieli mnie w moim obecnym codziennym stroju (oczywiście w różnych jego wersjach), zatem uznaję, że temat mojego ubioru już nie istnieje jako składnik relacji służbowych. Po części się o tym przekonałem, gdy poza moimi godzinami pracy udałem się na spotkanie z jedną z Kierowniczek, która miała mi do zreferowania dodatkowe zadanie zlecone mi do wykonania. Byłem wówczas w długiej spódnicy dżinsowej i półotwartych butach na obcasie, i podczas całej naszej rozmowy nie padła najmniejsza wzmianka o moim ubiorze, ergo Pani ta zachowała się jak najbardziej w porządku i spodziewam się, że pozostałe osoby z naszego Dowództwa będą się tego standardu trzymać. Również otrzymałem kiedyś telefon od uniwersyteckiej Rzeczniczki Prasowej, w którym mówiła, bym zniechęcał dziennikarzy do wchodzenia z kamerą na moje zajęcia, bo ona i tak nie będzie już na to udzielać zgody. Przy okazji dowiedziałem się, że jestem „cenionym pracownikiem” i Uniwersytet nie ma nic przeciwko mojemu wyglądowi, o ile tylko wykonuję pracę dobrze (aż szkoda, że nie mam tego nagranego ani tym bardziej na piśmie!). Tak więc jeden z etapów i celów mojego antyfacetowania został osiągnięty – osobiście wyzwoliłem się! Dotarłem do stacji Wolność! Teraz czas na innych: wiem Panowie, że jesteście i też macie ochotę przynajmniej popróbować, jak to jest w tym zabronionym ubraniu w codziennych sytuacjach – nie tylko w czterech ścianach własnego domu, lecz poza nim: na dworze, w pracy, w sklepie. Przyłączcie się! Zróbcie to! Just DO THAT! To JEST możliwe również w naszym kraju! A jeśli natraficie na jakieś przykrości, dajcie mi znać, a razem błyskawicznie ośmieszymy małych nienawistników i nietolerancyjnych ludków, którzy staną Wam na drodze. Zauważcie, że żyjemy w państwie prawa, wprawdzie niedoskonałym, ale jednak. Są też wolne media, i prócz gonienia za wizualną sensacją, są one zawsze gotowe nagłośnić sprawę małego i nieznanego, lecz skrzywdzonego człowieka. Nie jesteście więc sami, tak jak ja i Maciej, którego wyrzucono z akademika, i za chwilę to zarządca tegoż akademika musiał się wstydzić, gdy sprawa została rozdmuchana na obszar Dolnego Śląska i niebawem zatoczyła ogólnopolski krąg (bliżej opiszę jej okoliczności w relacji z happeningu „Pociąg do dobrych butów”). Panowie, odwagi! Macie przecież ....!

I jeszcze jedno: może trochę po czasie, ale przypomniało mi się, że przecież przyznaję wyróżnienia w postaci ZŁOTYCH TIPSÓW. W tym sezonie na to zasługuje moje miejsce pracy, tj. Uniwersytet Wrocławski oraz w jego ramach Studium Praktycznej Nauki Języków Obcych – za w oczywisty sposób okazaną postawę tolerancji wobec mnie i sprawy, jaką reprezentuję, mogącej uchodzić za nieco kontrowersyjną. Firma ta pokazała profesjonalną umiejętność oceniania pracownika wg merytorycznych kryteriów i zdolność do prowadzenia harmonijnej współpracy nawet w przypadku wątpliwości żywionych przzez nietkóre osoby, które zdobyły się na zachowanie postawy neutralnej odnośnie mojej powierzchowności. Za to przyznaję Uniwersytetowi Wrocławskiemu 5 ZŁOTYCH TIPSÓW.

t Poprzednia

Następna