3Powrót (Antyfa0)



3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

ANTYFA 0


ROK 2008: WCIĄŻ ŻYCIE W STREFACH

GORĄCE LATO

Po wiośnie owocnej w przełomy nastał czas utrzymania zdobytych pozycji. We Wrocławiu oznaczało to dalsze dostosowanie moich zestawów ubraniowych do coraz cieplejszej pogody, a jednocześnie zachowanie pełnej czujności wobec okolicznych nienawistników z mojego obszaru mieszkalnego: widząc, jak ładnie i przyjemnie chodzę ubrany podczas upałów, pewnie pękali z nienawiści, być może również na tle zazdrości, że sami tak nie potrafią i że moja akcja cieszy się zainteresowaniem mediów. Stąd opis tego okresu to trzy wątki: nowowprowadzone artykuły odzieżowe, kolejne epizody medialne, i zmagania z młodymi nienawistnikami.

Dość szybko do użytku trafiły czarne sandałki na szpice kupione przed obiektywem kamery TVN24. Ich geometria okazała się doskonała dla mojego układy kostnego – czułem się w nich doskonale. Niestety, po ok. tygodnia użytkowania, buty rozdeptały się, i musiałem zmienić ich konstrukcję. Na szczęście ich główne paski oporowe utrzymujące śródstopie na podeszwie złożone były z dwóch części idących z boków, a łącznikiem była ozdobna klamra ze świecidełkami. Przez pewien czas poprawę zapewniały podkładki, które umieściłem pomiędzy paskami a klamrą, z czasem podjąłem męską decyzję: usunąłem klamry i zastąpiłem je kawałkiem sznurka. W ten sposób stało się możliwe nie tylko ponowne złączenie połówek pasków oporowych, lecz także ich regulacja w miarę zużywania się butów i rozciągania się pasków. Do użytku trafiły też sandałki kupione przy okazji kręcenia reportażu dla TVP3, i również wkrótce wymagały korekt naprężenia pasków oporowych, które w tym przypadku również składały się z dwóch części, łączonych sprzączkami. Okazjonalnie chodziłem w nich, ale do codziennego użytku tych butów jeszcze nie wprowadziłem. Gdy nastąpiły upały, pozwoliłem sobie chodzić do pracy w bezrękawnych topach, z tym że tego roku również w modelu z odsłoniętymi plecami i paskiem przebiegającym przez kark. Oczywiście do tego nosiłem spódnice, w tym bardzo udany model krótkiej miniówki z dżinsowego streczu. Gdzieś w połowie sesji egzaminacyjnej kupiłem białe sandałki z kremowymi wstawkami, i stały się one doskonałą alternatywą dla czarnych, coraz bardziej wysłużonych szpilek, zmusiły mnie one jednak do wkomponowywania do zestawów ubraniowych rzeczy w kolorze białym. Chodząc w dość krótkich spódnicach z nogami albo całkowicie gołymi, albo ubranymi w cienkie pończochy lub rajstopy, nieustannie hartowałem się. Gdy chwilowo pogoda pogarszała się, nie wracałem nawet do rybaczkowatych spodni, które wprowadziłem był w marcu i kwietniu – co najwyżej przywdziewałem nieco dłuższą spódnicę lub lekkie wyroby pończosznicze, i to wystarczało.

Jednym z kolejnych zdarzeń medialnych był mój występ w Żywej Bibliotece, czyli projekcie organizowanym przez Mediatekę wraz z Domem Spotkań im. Angelusa Silesiusa, a zorientowanym na przezwyciężanie stereotypów na temat różnych mniejszościowych grup społecznych poprzez umożliwienie szerokiej publiczności spotkań z przedstawicielami tychże. Działanie ŻB polega więc na udostępnianiu „do wypożyczenia” ludzi reprezentujących te kategorie podobnie jak książki (lecz nie „na wynos” – jedynie do „użycia” w czytelni), przy czym książki mają być zwracane w nieuszkodzonym stanie (nawet w czasie trwania spotkań pod budynkiem stał radiowóz policyjny – zapewne jako zabezpieczenie przed próbą zaginania stron, plamienia ich itp.). W praktyce projekt ŻB oznacza udzielanie wywiadu lub odbywanie rozmów z „czytelnikami”, czyli osobami zainteresowanymi spotkaniem z kimś postrzeganym w naszej kulturze jako zjawisko egzotyczne lub niebezpieczne. Projekt trwał 3 dni, od 13 do 15 czerwca, i pozwolił mi kilkanaście razy opowiedzieć moją antyfacetowską działalność od początku do końca oraz spotkać szereg ciekawych osób będących „książkami”, jak również stanowiących personel Mediateki, pośród których znaleźli się także moi dawni studenci. „Czytelnicy” też byli sympatyczni, nawet gdy zadawali dość wnikliwe pytania. Oczywiście na spotkania w Mediatece chodziłem ubrany jak najbardziej po swojemu: wtedy były to wyżej wspomniane czarne sandałki, czarne lub cieliste pończochy, spódnice, bluzeczki i płaszcz: czarny lub złocisty. Podwórkowi nienawistnicy oglądali moje wzmożone wyjścia i powroty w sobotę i niedzielę, i najwidoczniej coś w którymś z nich pękło: w jednym z dni tygodnia po Żywej Bibliotece stwierdziłem, że niektóre szyby na moim samochodzie są porysowane: jakby jakiś analfabeta podpisał się krzyżykiem i krzywą kreską. Cóż, mózg zaślepiony nienawiścią nie myśli w ogóle o czymś takim jak ekologiczne szkody wynikające ze zniszczeń, jakie poczynił, nad zepsuciem efektu czyjejś pracy, nad ilością energii nieodwracalnie zużytej do wytworzenia zamiennych części szklanych, nad toksyczną chemią wykorzystaną do naprawy, ergo, nad przyśpieszeniem końca świata, w którym oni sami mieszkają... Nienawistne mózgi po prostu nie myślą, ich żądza dokuczenia bliźniemu wiedzie ich do każdego destrukcyjnego aktu, którego normalnie ukształtowany człowiek wolny od radości niszczenia nigdy by się nie podjął. Raz zniszczą rzecz należącą do „wroga”, innym razem zabiją zwierzę lub człowieka, z którym ów emocjonalnie jest związany. Czyżby na tym polegała męskość? Czy tak działają „strażnicy normalności”?

Jakiś czas później udałem się do ubezpieczyciela celem wymiany zepsutych szyb w ramach autocasco, przez co będę miał podwyższoną składkę, chociaż nie rozbijam samochodu. No, ale może w naszym społeczeństwie przepojonym ewangelicznymi ideami JPII zasługuję na taką „karę” za odmienność, którą wymierza młodzież męska, z wysokim prawdopodobieństwem uczęszczająca na sponsorowane przez państwo nauczanie religii w szkołach? Z pokorą przyjmuję, dziękuję za przywołanie mnie w ten sposób „do porządku”. I uroczyście oświadczam, że swego zachowania nie zmienię. Gdy natomiast byłem w ubezpieczalni celem oszacowania szkody, zostałem sfotografowany przez jakichś innych klientów, i wkrótce okazało się, że foty te krążą po necie. W ten sposób mam dokumentację mojego chwilowego pobytu w tamtym miejscu, pomimo iż sam nie robiłem sobie zdjęć. Czemu nie?Jest w tym zdjęciu coś symbolicznego: zakaz zawracania, znak, że antyfacetyzmu nikt nie zatrzyma. Poza tym zwracam uwagę na sandałki w owym czasie używane i fakt, że w tym konkretnym dniu było dość chłodno, a ja doskonale sobie poradziłem nie tylko w tejże krótkiej spódnicy, lecz w ogóle bez pończoch! A przecież przez parę wcześniejszych dekad byłem wychowywany na typowego, słabego, męskiego zmarzlucha, który w przypadku pochmurnego dnia (bo przecież nie ma upału) opakowuje się długimi spodniolami i myśli o sięgnięciu po kurtkę... Gdy byłem tam w sprawie ubezpieczenia, natknąłem się też na dwóch gości, którzy odbyli ze mną kurtuazyjną rozmowę (jako że uprzednio widzieli mnie w TV), i pozwoliłem im zrobić foty do komórki, ale te zdjęcia jakoś po necie nie zostały rozpuszczone.

Podczas któregoś z moich powrotów z zakupów natknąłem się na pokaźną grupę nienawistników podwórkowych, którzy obrzucili mnie swoimi bluzgami, a pośród nich wypowiedzieli pewne groźby, zaś ja odwarknąłem do nich retorycznym zapytaniem: „Czemu drechu niszczysz moje auto?”. Stwierdziłem, że skoro ma miejsce taka eskalacja chamstwa i nienawiści, nie ma innej rady, jak zwrócić się donośnym głosem do naszego państwa, aby zdecydowało, czy jest po stronie obywatela odmieńca, czy po stronie nienawidzącej go bandy. Wkrótce napisałem LIST OTWARTY do Policji z prośbą o zorganizowanie mi ochrony policyjnej i rozesłałem go, prócz pierwotnego adresata, do wszystkich dostępnych mi redakcji gazet, rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych. O ile pamiętam, pismo wysłałem nocą z 24 na 25.06, zaś datowane było na 25.06, przy czym rano, po drodze do pracy, miałem zamiar donieść papierowy wydruk do biura podawczego komendy miejskiej Policji. Noc spędziłem w poczuciu niepewności, czy pismo moje spowoduje jakąkolwiek reakcję, lecz już rano nie było wątpliwości. Niemal zostałem obudzony przez telefon od dziennikarki z Polskiego Radia, która niezzwłocznie umówiła się ze mną na spotkanie przed budynkiem Policji, gdzie miałem złożyć papier, co faktycznie wykonaliśmy, przy czym nagraliśmy parę wypowiedzi. Spotkaliśmy się również w ciągu następnych dni, gdy również inne media przybywały do mnie jak na konferencję prasową. Była zatem ekipa z niezawodnej TVP3 (czyli Info), Gazeta Wyborcza i jeszcze jedna rozgłośnia radiowa (niestety zapomniałem już nazwy). Z czasem okrężną drogą doszło do mnie, że słyszano reportaże radiowe o mojej sprawie, czyli nagrania poczynione u mnie nie trafiły do kosza. Również Policja z lokalnego komisariatu była cokolwiek zmobilizowana: gdy w środę wróciłem z pracy, złożyła mi wizytę delegacja funkcjonariuszy z dzielnicowym na czele i wypytała mnie o ostatnie zajścia, które skłoniły mnie do wystąpienia o ochronę, a po dzielnicy wieczorem częściej niż zwykle jeździł radiowóz. Niebawem zostałem zaproszony na spotkanie z wysokim przedstawicielem Policji, który wyjaśnił mi, że stan spraw na dziś nie uzasadnia decyzji o objęciu mnie ochroną. No, poniekąd jeszcze ani razu zabity nie zostałem... Z kolei przez dziennikarzy słyszałem dość absurdalną wersję, jakoby w razie przyznania mi ochrony, jej warunkiem miałaby być z mojej strony rezygnacja z antyfacetowskiego stylu. To tak, jakby od Murzyna borykającego się z rasistowskimi nienawistnikami żądać, aby starał się być bardziej biały, albo od rabina, żeby pejsy przyklejał sobie dopiero w synagodze, a na ulicy starał się „normalnie”. Na szczęście żaden z policjantów takiej wersji mi nie przedstawiał i może jest ona wyłącznie produktem czyjejś wyobraźni. Na spotkaniu policyjnym ustaliliśmy procedury szybkiego komunikowania się i zapowiedziano intensywniejsze patrolowanie drażliwego obszaru. Notabene, w dniu składania dokumentu w komendzie miejskiej nagle odcięto dopływ wody w moim bloku, i przy pośpiesznym wychodzeniu do pracy i do policyjnego biura, zapomniałem zakręcić jeden z kranów. Gdy wracałem, było już po katastrofie, obejrzałem szkody poczynione w mieszkaniach poniżej, a tuż przed wizytą policjantów, ledwie uporałem się z rozlewiskiem w mojej łazience. Za parę tygodni będę naprawiał szkody: w jednym przypadku poprzez świadczenie finansowe, w drugim – u starszej pani w mieszkaniu piętro niżej – osobiście malując zniszczone powierzchnie, a jak się później okazało, także naprawiając fragmenty parkietu. Co ciekawe, wykonywałem te prace w spódnicach i klapkach na średnim obcasie, a Sąsiadka dość często chwaliła moje cnoty męskie, wyrażające się w biegłym używaniu różnych narzędzi. Wracając natomiast do sprawy udzielenia mi ochrony: jakkolwiek jej nie otrzymałem, zwróciłem na siebie uwagę, przy czym dałem opinii publicznej do zrozumienia, że jeśli dojdzie do jakichś drastycznych wypadków z moim udziałem, gdyby udało mi się skutecznie obronić z użyciem wszelkich dostępnych mi środków, nie cała odpowiedzialność za nieodwracalne jej skutki będzie po mojej stronie, albowiem Policja odmówiła mi ochrony, uznając, iż zagrożenie przeze mnie zdefiniowane nie jest tak wysokie.

Niedługo po wznieceniu tematu ochrony, pojawiła się na horyzoncie ekipa z Polsatu pod dowództwem red. Małgorzaty Frydrych, która nakręciła reportaż przedstawiający moje działania w podobny sposób jak zrobiły to poprzednie ekipy. Dzieło jest jeszcze widoczne w internecie – kliknij TUTAJ. Montaż przeprowadziła red. Aneta Krajewska. Wkrótce po tym opuściłem Wrocław – wprawdzie daleką od sielanki, ale jednak strefę wolności. Wkroczyłem do Tarnowskich Gór – miasta, w którym wciąż mi nie wolno.

t Poprzednia

Następna