3Powrót (Antyfa Wstęp)

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)



Antyfa 2: 23.03. 2007

Prolog

Zapowiadałem niedawno, że zabiorę się do roboty: oto więc jestem. Tym razem sprawa ułożyła się jako akcja indywidualna i polityczna.

Wkrótce będziemy mieli karnawał religijny związany z rocznicą śmierci Jana Pawła II i będziemy się narodowo upajać naszą wspaniałością, mającą wynikać z tego, że „wydaliśmy” takiego wspaniałego papieża oraz że sami takim uosobieniem cnót ewangelicznych jesteśmy, iż wszyscy Europejczycy od nas uczyć się powinni umiłowania chrześcijańśkich wartości i cnót. A ja jakiś taki niewydarzony jestem: nie tylko jako Prawdziwy Mężczyzna, lecz także jako Prawdziwy Polak – dostrzegam bowiem rysy na naszym autowizerunku jako Najwspanialszego Narodu Pod Słońcem. Najwidoczniej zdrajcą jestem i w jednym szeregu stoję z jego (Narodu) wrogami: zewnętrznymi (głównie zagraniczna prasa i Unia Europejska zdziwiona, jakich to głupców do swojego grona przyjęła, która po wypadku z nami, nigdy już chyba nie przyjmie biednej Turcji) i wewnętrznymi (Masonami, Żydami, cyklistami, ekologami, i oczywiście, lobby homoseksualnym). Jakoś nie widzę tej wspaniałości narodowej, gdy w telewizji pokazują głupie i aroganckie gęby reprezentantów tegoż Narodu, którzy uchwalają co jedną ustawę to głupszą, interesy kraju za granicą reprezentują skrajnie nieudolnie, a jak już coś powiedzą, to jakbyśmy słyszeli mądrości bywalców budki z piwem kulawo przetłumaczone na język literacki. Najbardziej z naszym wypolerowanym bogoojczyźnianym wizerunkiem samych siebie kontrastuje ta mowa nienawiści wobec mniejszości seksualnych, obyczajowych i feministek. Obawiam się bowiem, że skoro parlamentarna większość odzwierciedla większość społeczną, znaczy to, że jesteśmy narodem wrednych głupców, a dotychczas tylko szczęśliwym trafem udawało się nam ukryć to przed światem. Obecnie na arenie międzynarodowej na potęgę tracimy naszą twarz narodu sympatycznego, miłującego wolność i obdarzonego wyobraźnią otwartą na odmienność i różnorodność. Zamiast takiego wizerunku pokazujemy się jako zapaleni niszczyciele własnej przyrody, jako wręcz obleśni tropiciele (uszanowanko!) Pedałów i agentów, którymi nagle okazują się wszyscy ludzie dla kraju zasłużeni, tudzież jako iście średniowieczni inkwizytorscy nadzorcy kobiet, rozmiłowani natomiast w wewnątrzmacicznych formach życia bardziej aniżeli w urodzonych.

Dlatego też postanowiłem nadać mojemu kontrkulturowemu wyjściu charakter polityczny, i wymyśliłem nowe hasełko (patrz poniżej po lewej stronie) mające uświadamiać przypadkowym przechodniom powyżej opisaną sprzeczność w naszym życiu publicznym oraz beznadziejność wynikającą z przeniknięcia, zwykle stanowiących społeczny margines, nienawistników do salonów władzy. Nowe hasełko stanowi przewrotną zachętę do poniżania mnie przez „normalną/zdrową większość” opierającą się deklaratywnie na pełnym miłości bliźniego ewangelicznym przesłaniu nauczania JP II. Nawet nisko inteligentny odbiorca tego hasła powinien zauważyć, że zachęta do obrzucania mnie obelgami jest jedynie pozorna, a faktycznie zwracam uwagę na sprzeczność pomiędzy chełpieniem się chrześcijańskim dziedzictwem, a faktycznym traktowaniem odmiennego bliźniego w tym najbardziej katolickim narodzie jak szmatę. Na rewersie planszy natomiast zamieściłem znane już dobrze hasło zwięźle podsumowujące moje działania (patrz poniżej po prawej).





Pragmatycznym celem akcji były zakupy spożywcze w hipermarkecie Tesco i zakup kilku detali w Castoramie (w oddziałach położonych w Bielanach Wrocławskich).

Ubrałem się bez specjalnej ekstrawagancji w znane z poprzednich akcji niedrogie kozaki na szpilce o zaokrąglonych noskach, czarną sztruksową spódnicę, i dość długi płaszcz, również już używany. Temperatura wynosiła ok. +8°, więc cieliste pończochy ok. 20 DEN w połączeniu ze spódnicą do ok. kolan dostarczały przyjemnego podwiewu, lecz o szczególnym wyzwaniu termicznym w tych warunkach nie można mówić: gdybym był w nastroju do działań wyczynowych, powinienem był ubrać czółenka. Zapewne zdecydowałbym się na to, gdyby nie uporczywie padający w tym dniu deszcz, który poprzez zwiększenie wilgotności powietrza powodował poczucie przenikliwego chłodu i skłonił mnie do wyboru w moim ubraniu wariantu zachowawczego. Oto, jak wyglądałem w momencie powrotu:



Akcja

Opuściłem mieszkanie ok. 14.30 i bez kłopotu odjechałem w zamierzonym kierunku. Zacząłem od zakupów w Tesco, gdzie było już sporo kupujących. Wkroczyłem do budynku nosząc planszę z nowym hasłem i przystąpiłem do zakupów. Wielokrotnie przemierzałem te same rewiry marketu w poszukiwaniu towarów z listy, i prawie nikt nie zwrócił na mnie uwagi! Było wszakże kilka momentów, kiedy zostałem zauważony. Raz niewątpliwie zwróciło na mnie uwagę małżeństwo w przedemerytalnym wieku, wokół którego kilka razy przechodziłem tam i z powrotem po stoisku warzywno-owocowym, jednak skończyło się na kilku spojrzeniach wyrażających coś pomiędzy zdziwieniem i dezaprobatą. Mieli szansę przeczytać hasełko, które nosiłem wtedy w ręce, wiszące poniżej koszyka. Gdzieniegdzie z oddali słyszałem chichot panien sklepowych i dziewczynek-promocyjek, które z odległości mogły mnie widzieć w całej okazałości, gdy wykładały towar na półki albo częstowały promowanym towarem. Z czasem przeszedłem pod nosem tychże pracownic marketu i agencji reklamowych, i one także miały szansę przeczytać przekaz z mojej planszy, co spowodowało niejakie spoważnienie, do tego stopnia, że jedna z nich zapomniała mi zaproponować skosztowanie jakiegoś promowanego soczku! Przy kasie nie było nikogo, a za mną stanęła tylko jedna osoba żeńska i niewątpliwie miała dość czasu i sposobności do obejrzenia mojej kreacji i przeczytania hasła, lecz podczas kontrolnego spojrzenia jej w oczy nic szczególnego nie stwierdziłem. Podczas zakupów pojawiły się drobne komplikacje: w hipermarkecie nie było gazetki z programem telewizyjnym, którą zwykłem był używać, a ponadto zapomniałem kupić ciasto (co stwierdziłem dopiero podczas jazdy do domu). Dlatego po wyjściu z hipermarketowej hali wstąpiłem w galerii do kiosku gazetowego Inmedio, gdzie pierwotnie nie mogłem znaleźć właściwej gazetki, i dopiero sprzedawczyni, po wyjściu zza lady, osobiście odnalazła szukany tytuł przywalony całą ryzą innej gazety. Wtedy musiała dostrzec całą moją postać i być może hasełko (fragmentarycznie, bo byłem już obciążony torbami i zapewne trzymałem je niedbale) – zachowywała się jednak profesjonalnie, nie dając po sobie poznać żadnych niepożądanych reakcji. Nagrodziłem tę panią i jej firmę powracając tam po wyjęciu gotówki z bankomatu (albowiem nie przyjmowano tam płatności kartą) w celu nabycia aneksu do Encyklopedii Gazety Wyborczej (tutaj popełniam chyba kryptoreklamę lub kryptoantyreklamę: jest to bowiem najlepsza i najrozsądniejsza polska gazeta, czyli „popierająca wszelkie zboczenia, żydowsko-masońska, szkalująca Polskę i Naród, kosmopolityczna, i de facto zaledwie polskojęzyczna”, tyle że posługująca się językiem polskim niepomiernie lepiej, niż robią to politycy uczący nas patriotyzmu <„podjęłłęm decyzję”!!!! – pamiętacie, który przyjemniaczek tak pięknie mówi?>).

Następnie udałem się do Castoramy, gdzie dość długo poszukiwałem różnych potrzebnych mi detali i je wybierałem (głównie śrubki na wagę), kręcąc się pośród gablot między licznymi innymi klientami. Prawdopodobnie nie zauważyli oni niczego szczególnego w moim wyglądzie, trzymając oczy na poziomie półek z wyeksponowanym towarem. Nie wykluczam natomiast, że z mojego powodu kilku pracowników marketu przez dłuższą chwilę trwało zgromadzonych na środkowej alei na wysokości przecznicy, w której ja się poruszałem, ale żadne zauważalne interakcje nie miały miejsca. Natomiast kasjerki widziały mnie w pełnej krasie, jak z pewnej odległości podchodzę do kas, i już na ich licach pojawiły się uśmieszki, a ta, która mnie obsługiwała, otrzymała nawet telefon (na który jakoś enigmatycznie odpowiedziała) – niewykluczone że pochodzący z sąsiedniego stanowiska kasowego, a mający zwrócić jej uwagę na niecodzienne zjawisko, jakie przed sobą miała. Ja ze swej strony ustawiłem się tak, aby hasełko było czytelne dla kasjerki z przeciwległego stanowiska. Zapłaciłem kartą i udałem się do samochodu z pełną świadomością, że jestem odprowadzany wzrokiem – szedłem zatem z gracją i dziarskością znamionującą poczucie godności i przekonania do tego, co reprezentuję.

Wracając do domu wstąpiłem po wcześniej zapomniane ciasto do społemowskiego supersamu osiedlowej rangi, który na przestrzeni ostatnich lat został przebudowany, i nie miałem jeszcze okazji go zwiedzić. Na wszelki wypadek wziąłem hasełko, aby ewentualnie wystawić je przed oczy potencjalnych osiedlowych nienawistników wobec odmienności, lecz mój pobyt w tym sklepie przebiegł bez incydentów – nawet widzę, że ekspozycja hasła w kolejce do kasy doprowadziła do spoważnienia oblicz dwóch osób stojących za mną: dorosłej pani i nastoletniej dziewczyny.

Przejście z samochodu do mojego bloku mieszkalnego stanowiło trudniejszy element akcji: musiałem przenieść nielekki kosz zakupowy, trzymać parasol, i różne klucze. Dobrze jednak, że nie odpuściłem sobie umieszczenia hasełka w widocznym miejscu: napatoczyłem się bowiem na układ trojga nastolatków: dwóch młodych dam, i towarzyszącego im młodego dżentelmena w kapturze. Przechodzili tym samym chodnikiem blisko mnie, więc lepiej, lub gorzej, ale mogli co nieco odczytać. Jadąc do domu myślałem już, że może trochę przesadziłem z tym hasełkiem wiążącym, jak to się mówi, Ojca Świętego, ze sprawą obrażania odmieńców w jego Umiłowanej Ojczyźnie, jednak Murphy zaszyty gdzieś głęboko w moich zwojach mózgowych mówił mi, żebym nie chwalił życia przed śmiercią. I cóż się okazało? Jak zwykle Murphy miał rację – po chwili usłyszałem gromkie: „Chujuu!”, z wyraźnym akcentem na drugą sylabę. Przypuszczam, że pisownia oryginalna tego wykrzyknienia była przez h, a tylko ja ją tutaj trochę ugramatyzowałem.

Podsumowanie

Akcja stanowi kolejny krok w kierunku uczynienia wyjść w kontrkulturowym odzieniu codzienną rutyną. Trzeba jednak pamiętać, że pozostaje szereg obszarów miasta, w których jeszcze nie pojawiłem się w kontrowersyjnym przybraniu, i to one stanowią główne wyzwanie, albowiem hipermarkety na południowych rubieżach miasta miały już wiele okazji do oswojenia się z moim wyglądem i prezentacją myśli nieobecnej w głównych mediach (jak długo jeszcze?).

W większości ludzi przygodnie mijanych, prócz tych niewidzących mojego kontrowersyjnego ubioru, trafiałem dzisiaj osoby na na przyzwoitym poziomie kultury, dla których mój wygląd nie stanowił powodu do okazywania nieprzychylnych reakcji – przyznaję im tradycyjne 5 złotych tipsów. Do nich też zaliczam sprzedawczynię z placówki Inmedio położonej w Tesco. Jeśli będzie więcej takich doświadczeń w przyszłości (i oczywiście ujdę z życiem!), będzie można dojść do optymistycznego przekonania, że Polska nie jest jednak zdominowana przez nienawistników o średniowiecznej mentalności, a dojście tej formacji (anty)umysłowej do władzy w formie PiS-u, LPR-u, i Samoobrony, to tylko krótki wypadek młodej demokracji. Jednak niepokojem napawa fakt, że pomimo przyzwoitej i poczciwej większości, zawsze w najbliższym otoczeniu znajdzie się jakiś młodociany chłystek, któremu ani w domu, ani w Giertychowej szkole nikt jakoś nie powiedział, jak należy się taktownie zachowywać wobec bliźnich reprezentujących postawy i postępowanie budzące zdziwienie. Ani matka, ani ojciec, ani katolicki katecheta nie powie takiemu, żeby próbować bliźniego zrozumieć, zanim zacznie się go osądzać po pozorach, i zanim wyda się na niego kapturowy, podwórkowo-śmietnikowy wyrok. Wszystkie akty młodocianej nienawiści opartej na fobiach i przesądach obciążają niechybnie Giertycha, przez jego politykę zastraszania nauczycieli chętnych do propagowania otwartości umysłowej i tolerancji groźbą utraty i tak żenująco marnie płatnej pracy, i poprzez negatywną selekcję nauczycieli dokonującą się pod jego rządami. Zajadli prawicowcy, „konserwatyści” uznający irracjonalne fobie i przesądy za wartościowy składnik jednoczący tożsamość plemienną, w prostej linii są odpowiedzialni za każdą zbrodnię na tle nienawiści do „obcego”, kóra po objęciu przez nich władzy się zdarzy: wszak to Giertychlandia sabotuje i tak niełatwą edukacyjną walkę z takimi nienawistnymi postawami. Tak że, jeżeli któryś młodzieniec na razie tylko obrzucający mnie obelżywym słowem któregoś dnia zechce mnie zabić, to ty Głupi (...) Romanie z Ministerstwa antyEdukacji będziesz temu winny, na twoich (...) łapach będzie moja krew i wszystkich, którzy za niedopasowanie do normy IV RP zostaną jeszcze zgnojeni!!! A temu młodzieńcowi, który przez swój skierowany do mnie okrzyk „Chujuu!” na pewno zyskał kilka punków za stuprocentową męskość u młodych dam towarzyszących mu, przyznaję oczywiście 5grubych (i śmierdzących) skarpet. Również towarzyszące mu (cokolwiek upadłe) młode damy – piękne, subtelne, opiekuńcze, przyszłe matki, w których rękach (i nie tylko!) los Ach! Narodu spoczywa, kóre wartości swym dzieciom przekazywać będą – również otrzymują u mnie każda po zestawie 5grubych (i śmierdzących) skarpet – ze względu na upodobanie w marności swojego towarzysza i znacznym prawdopodobieństwie przeniesienia podobnie degradujących wzorców na swoje przyszłe potomstwo. Teoretycznie można zakładać, że odniosły się z niesmakiem do jego okrzyku i zastosowały wobec chłopaka jakieś sankcje towarzyskie – na podstawie wcześniejszych incydentów oceniam prawdopodobieństwo takiego scenariusza jako niskie: te same dziewczątka nieraz towarzyszyły podblokowym krzykaczom i żadnych śladów dezaprobaty dla poniżania odmieńca/obcego nie wykazywały. Tak więc trzeba przyznać 5grubych (i śmierdzących) skarpet również rodzicom tychże nastolatków, albowiem albo nienawisntego chamstwa swą dziatwę nauczyli w domu, albo nie mają żadnego wpływu na wychowanie swoich, jak to się mówi, pociech. Na wniosek Macieja z Warszawy (patrz wpis do Księgi Gości) dwa ostatnie werdykty wydaję w zawieszeniu :-).

Na koniec, stwierdzę, że pewien pożytek może wyniknąć z ekspozycji mojego hasła – poprzez skłonienie przygodnych obserwatorów do myślenia, jak również do odwiedzenia mojej strony. Jednakże ten efekt pozostaje tymczasowo niewymierny