3Powrót (Antyfa Wstęp)

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

Antyfa 2: 28.04. 2007

Niniejsza akcja nie nadaje się do opisu w standardowym stylu, w ramach którego dzieliłem ją na trzy fazy i opisywałem je osobno. Otóż z inicjatywy Voci odbyło się spotkanie osób w różnym stopniu i na różnej zasadzie „niepoprawnych” pod względem sposobu realizacji swoich ról płciowych. Spotkanie to odbyło się w gościnnych podwojach Instytutu Filologii Angielskiej Uniwersytetu Wrocławskiego (cokolwiek tradycyjnie wywrotowego już od czasów głębokiej komuny) i postanowiłem udać się na nie w jakimś stroju firmowym Antyfaceta, tym bardziej, że pogoda w tym dniu była wyjątkowo zachęcająca do noszenia lekkiego odzienia – był to jeden z serii pierwszych prawdziwie upalnych dni wiosny. Pomimo że była to sobota, czyli dzień niezbyt sprzyjający wychodzeniu z domu w kontrowersyjnym ubraniu ze względu na snucie się po mieście i osiedlach wyrostków niemających nic mądrego do zrobienia ani powiedzenia, przemogłem się i wyszedłem w czarnej bezrękawnej sukience i znanych już z przeszłych akcji sandałkach z napisem „NO LIMIT FOR MEN” rozdzielonym po połowie na każdy obcas. Spodziewając się zgrzytów niosłem ze sobą używane już wcześniej hasełko, dzięki któremu byłem gotów prowokować ewentualnych nienawistników do refleksji na temat zgodności ideałów ewangelicznych JPII i powszechnego uwielbienia dlań z ich postawami agresji wobec odmieńca. Element wyzwania tkwił w konieczności pieszego przejścia z miejsca parkowania do miejsca spotkania nie tylko przez główne ulice Starego Miasta (gdzie jeszcze nie pojawiałem się w kontrkulturowym wydaniu), lecz także w dzień wolny od pracy, kiedy obszar ten wypełniony jest ludźmi bardzo różnych kategorii, a nie tylko studentami-wykształciuchami biegającymi z jednych zajęć na drugie. Szedłem zatem mijając jakąś niemieckojęzyczną wycieczkę, a potem także swoje eks-studentki zaoczne, które widząc mnie powiedziały grzecznie „Dzień dobry”, a ja chętnie odpowiedziałem im tym samym. Od razu opowiem o drodze powrotnej, albowiem głównym zdarzeniem tego dnia było spotkanie i to ono zasługuje na maksimum uwagi. Droga powrotna była nieprosta: bezpośrednio po spotkaniu przeszliśmy do jednego z pubów, przy czym ze względu na pozowanie do zdjęcia (wykonanego przez obecną na spotkaniu Magdę – niniejszym dziękuję jej za to), szedłem nieco opóźniony, lecz do pubu trafiłem bez żadnych ekscesów. Po pobycie w pubie wyszedłem w towarzystwie poznanej tam Karoliny z Opola i Henryki z Bytomia, spośród których ta pierwsza była chłopakiem korzystającym w pełni z dobrodziejstw żeńskiej charakteryzacji i odzieży, a ta druga nie była zbyt kontrowersyjna, poza może szlachetniejszym wyglądem niż przystało na mę(ż)czyznę. Aby umożliwić nowo poznanym towarzyszom uniknięcie szukania drogi do miejsca parkowania ich samochodu na własną rękę, zaoferowałem, że podwiozę ich/je tam, a pierwej niech po prostu idą ze mną do miejsca parkowania mojego auta. Szliśmy sobie zatem i mijali nas różni przechodnie, w tym także skino- i kibolopodobni, wobec których wyraziściej eksponowałem planszę z moim hasełkiem, na co oni patrzyli z mieszaniną zdziwienia, a może także bulwersacji. Tak czy inaczej zrealizowaliśmy nasz plan w atmosferze wyluzowania. Wkrótce pojechałem do domu i tam jak zwykle miałem do sforsowania odcinek drogi przez podwórko, w owym dniu nawet pod wieczór pełne bawiących się dzieci, czasami ich rodziców, a także i przechodniów z grup nienawistnych. Szczęście jednakowoż mi sprzyjało – natknąłem się jedynie na małego syna sąsiadów z parteru bawiącego się z kolegą w piłkę, który grzecznie powiedział „Dzień dobry” i nawet jego kolega odruchowo zrobił to samo. Dzieci płci męskiej okazują się całkiem ludzkie – przynajmniej dopóki ich wychowania nie przejmie grupa rówieśnicza z jej presją na realizację antywzorców poprawnego zachowania się. Tak więc przejście odbyło się pomyślnie.

Zwróćmy uwagę zatem na spotkanie – było ono iście przełomowe. Jak się potem okazało w relacjach Voci na crossdressingu, zostałem uznany za osobistość, na co w swoim czasie zwrócił mi uwagę Maciej z Warszawy – gdy o tym usłyszałem, nadąłem się z dumy, i pewnie z tego powodu nie zmieściłem się w pożyczonej sukni ślubnej, którą już w kilka dni po spotkaniu przymierzałem :-). Ale dajmy temu spokój – na spotkaniu zawarłem nowe znajomości, o których dziś mogę już powiedzieć, że wydały swe pierwsze owoce. Byli tam zatem: Karolina z Opola (spec od edycji video i audio w komputerze), Freja (z którą wcześniej korespondowałem w związku z motywami z mojej strony www.), i osoby (też osobistości :-) ) z wrocławskiej Kampanii Przeciw Homofobii. Na spotkaniu gawędziliśmy sobie o różnych rzeczach: od pomysłów na upowszechnianie wiedzy o złożoności realizacji ról płciowych po pomysły na rozreklamowanie książki będącej antologią opowiadań i innych form literackich osób transseksualnych i transwestytycznych pt. „Pomaluj mi wiatr” (którą planuję się zająć latem – cokolwiek to oznacza), po czym jakoś tak zdarzyło się, że i ja zabrałem głos i zacząłem apelować, żeby mi się ktoś zgłosił do uczestnictwa w różnych happeningach, bo ról do obsadzenia wiele, a osób mało. Zacząłem tam bajerować, i chyba z przymrużonymi oczyma opisałem zarys jakichś happenigów, aż tu nagle... Kampania Przeciw Homofobii w osobie Mirki M. podchwyciła pomysł, i... wyznaczyła mi termin realizacji: 6.06.2007. Nie jakieś kiedyś tam, w nieokreślonej przyszłości, ale mniej więcej za miesiąc – jako imprezę zamykającą Majówkę Antyhomofobiczną. Chodząc po mieście parę dni później zauważę plakaty zawierające zapowiedź tego happeningu!

Na dodatek, od razu zgłosiła chęć uczestnictwa i zagrania jednej z głównych ról inna wówczas obecna osoba z KPH – Ania W. Byłem pod wrażeniem. Zanotowałem więc sobie datę w kajeciku i wymieniliśmy namiary. Następnego dnia jechałem dłuższy odcinek autostradą (co skłania do przemyśleń) i przeraziłem się: motyw przewodni mojego happeningu nadawał się jedynie na rodzaj sceny finałowej, lecz nie na całość widowiska! Stało się jasne – muszę na gwałt coś wymyślić. Odtąd to już nie była moja mała prywatna sprawa Antyfaceta, który albo sobie pójdzie na miasto ubrany w rzeczy zabronione, albo cykor go ściśnie i nie pójdzie – za mną stali ludzie, którzy uwierzyli w moją ad hoc wypowiedzianą wizję widowiska i zgodzili się uczestniczyć w jego przygotowaniu! De facto był to moment potencjalnie historyczny – pozyskiwałem bowiem ekipę współpracowników – KOLEKTYW, pod warunkiem wszakże, że ja czegoś nie zawalę i nie roztrwonię kredytu zaufania i entuzjazmu do projektu. Musiałem więc zabrać się do roboty. Tak zaczęła się SUPERANTYFA 1.