3Powrót (Antyfa Wstęp)

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

Antyfa 2: SUPERANTYFA 1

Prolog, czyli OD KUCHNI

Show, ale z czego?

Jak wspomniałem wcześniej, doznałem przerażenia na myśl, że z jednego nawet śmiesznego motywu nie zrobi się widowiska, zwłaszcza przewidzianego do odegrania na Rynku w połączeniu z przemarszem wykonawców. Pomysł był mi znany od dawna: odkąd tylko słyszałem hasło skandowane przeciw mniejszościom seksualnym przez nacjonalistycznych „speców od normalności”: wiedziałem, że gdyby publicznie wykrzyczeć hasło „Chłopak i dziewczyna – normalna rodzina!”, będąc wszakże ubranym na odwrót względem stereotypów płciowych i całego klimatu heteronormatywności, efekt humorystyczny będzie niezaprzeczalny, przy czym nawet ogolone na narodowo głowy powinny zastanowić się, czy pod względem biologicznym heteroseksualnie skomponowane pary zaspokajają ich ideał „normalności”, czy też do pełni ich nacjonalistycznego szczęścia pary rozrodowe Narodu przez koniecznie duże N muszą być też odpowiednio umundurowane, i jeżeli tego zabraknie, to też trzeba będzie je okrzyczeć epitetem ZBO-CZEŃ-CY!

Początkowo myślałem też, że wystarczy, aby ja i osoby towarzyszące mi w rolach protagonistów stawiły się po prostu w ubraniach nieprzeznaczonych kulturowo dla ich płci. Wnet jednak zauważyłem, że efekt takiego zestawienia nie byłby dość wyrazisty, a w każdym razie nie wiązałby się z żadną dynamiką przyciągającą uwagę publiczności. Ot, moglibyśmy tak sobie tylko przejść po Rynku i pokrzyczeć. Sięgając wstecz do relacji z akcji nacjonalistycznych krzykaczy, zauważyłem, że ich komanda skandujące kluczowe dla naszego widowiska hasło mają zwykle na czele faktycznych lub poprzebieranych nowożeńców: pannę i pana młodego w swych weselnych strojach. Doszedłem do wniosku, że i my musimy to zrealizować, tyle że z typową dla nas przewrotnością. Taki element widowiska dawał szansę na zbudowanie jakiejś akcji: państwo młodzi mogą przecież całować się na komendę „Gorzko!”, mogą poddawać się związywaniu rąk stułą (lub czymś stułopodobnym), mogą także wysłuchiwać drętwej homilii albo państwowotwórczej mowy okolicznościowej. I tu pojawiła się pierwsza obawa: czy mająca mi partnerować Ania zgodzi się odegrać taką szopkę na Rynku, tym bardziej że wiąże się to z wkładem aktorskim w fikcyjne całowanie, a i samo parodiowanie rytuałów ślubno-weselnych może dla niektórych być nie do przejścia. Puściłem szybkiego maila z zapytaniem i Ania pomysł podchwyciła z zadowoleniem. A więc byliśmy jeden krok naprzód. Rozesłałem więc maile o pomyśle na ślubną charakteryzację i sam zacząłem badać możliwość skombinowania sukni ślubnej. Zdołowanie przyszło szybko: wypożyczalnie sukni ślubnych (skądinąd niezbyt liczne i niełatwe do namierzenia) liczyły sobie po kilkaset PLN-ów za akt wypożyczenia sukni, a używane suknie wystawione w Necie też dochodziły do tysięcy, w najlepszym wypadku kosztowały dobrych kilka setek. Zajrzałem do Allegro – tam wpadły mi w oko suknie balowe za ok. 230 PLN, których białe modele mogłyby z powodzeniem imitować odzienie ślubne. Na wszelki wypadek zalogowałem się w tym serwisie i doznałem szoku: mail potwierdzający rejestrację nie przyszedł ani za chwilę, ani tej samej nocy, bo okazuje się, że procedura rejestracji trwa tam ok. tygodnia. W międzyczasie dziewczyny z KPH przepytały swoje otoczenie, i znalazła się pewna Ala, której siostra mogła użyczyć jednorazowo używanej sukni ślubnej. Nie minęły dwa dni, a miałem ją (suknię) w domu, i czy to z powodu napuchnięcia z dumy na tle uznania mnie przez Vocę za „osobistość” (w pewnych tekstach wystawionych na Crosie), czy tak w ogóle organicznie – nie zmieściłem się w tej sukni. Jedynie jej halka z usztywniającą żyłką dała się na mnie zainstalować. Kolejny mały krok naprzód, jednak powyżej halki wciąż potrzebna była choćby imitacja sukni.

Show, ale z kim?

Od początku miałem też przekonanie, że jedna para Państwa Młodych to za mało, by pokazać pełną różnorodność pozornie homoseksualnych a biologicznie heteroseksualnych konfiguracji. Potrzebni byli jeszcze Państwo Młodzi, u których i on, i ona ubrani będą na Panów Młodych. Niemal natychmiast myśl moja poleciała ku Voce, a po chwili poleciał i mail. Odpowiedź nadeszła równie szybko i była POZYTYWNA. Pozostawała wciąż kwestia partnera Voci. W owym czasie rozważałem wystawienie jeszcze trzeciej pary Państwa Młodych - „normalsów”, czyli ubranych tak, jak społeczeństwo myśli, że nowożeńcy ubrani być powinni. Jednak pod wpływem ograniczeń osobowych porzuciłem ten niefortunny pomysł – trzecia para niepotrzebnie rozmywałaby nam przekaz widowiska. Któregoś wieczoru przypadkiem znalazłem maila w skrzynce kontaktowej z Czytelnikami – oto napisał mi ktoś, kto wyjawił mniej więcej, że był kiedyś moim studentem w miejscu pracy B, a teraz odkrył w sobie właściwości nie tylko jednej płci. Ja odpaliłem, czy by mi w happeningu nie wziął udziału, i o dziwo, nieznany mi jeszcze z imienia i nazwiska eks-student zgodził się. Był to Riviel_of_Asinoy. Napisałem też do Frei – wkrótce również nadeszła odpowiedź pozytywna. Jako że Voca z Freją znają się od dawna – było niemal oczywiste, że utworzą razem drugą parę. Freja zgodziła się nawet przywdziać garnitur! Później okaże się to niemałym heroizmem.

W międzyczasie odbyliśmy zebranie w KPH na temat happeningu i nie tylko (ale te zebrania tam są dłuuugie – te u mnie w robocie to mały Pikuś!) i opowiadałem zarys scenariusza happeningu. Wciąż była do rozstrzygnięcia kwestia, jak dostaniemy się na Rynek z zamierzonego miejsca stacjonowania samochodu/ów przywożących uczestników w odzieniu na akcję. Miałem nieśmiałą myśl, że dobra by była ślubna limuzyna, taksówka, lub bryczka. Chodziło o to, żeby pojazd był stylistycznie odpowiedni dla para-ślubnej ekipy, a jednocześnie, by miał uprawnienia do wjazdu na Rynek i poruszania się po nim. Nie jesteśmy jednak potentatami finansowymi, a sponsorzy nie pchają się do nas drzwiami i oknami. Dlatego miałem pewne obawy, jeszcze tego pomysłu nie wypowiedziałem, a jedynie stał problem, aż tu sama Ewa Prószka rzuca myśł, by dojechać na akcję bryczką – i wszystkim się to spodobało, a mająca mi partnerować Ania od razu zaofiarowała się, by pójść na Rynek i przeprowadzić rozeznanie w sytuacji, czyli w cenach.

Krzyk, ale z czego?

Myśląc nad realizacją widowiska doszedłem też do wniosku, że potrzebny będzie megafon z wejściem Audio, albowiem homilia państwowotwórcza nie powinna być podczas przedstawienia wykrzykiwana przez (stremowanego) Pana, a właściwie: Paniena Młodego – na ceremoniach Państwo Młodzi raczej odbierają czynności symboliczne od mistrzów ceremonii, a nie wykonują ich. Równocześnie stało się dla mnie oczywiste, że musimy odtworzyć Marsz Weselny Mendelsona i to nie z nagrań będących w sprzedaży i podlegających ochronie praw autorskich, lecz z zasobów stworzonych własnym sumptem. Tu pomogła Freja ze swoimi kontaktami: znalazła znajomego organistę, który w kościelnym stylu nagrał marsza na keyboardzie i nawet przez MIDI zrzucił go do komputera. Od tej chwili materiał był nie tylko dostępny i u mnie, lecz niemal gotowy do zastosowania na przedstawieniu – pod warunkiem wszakże, że pojawi się megafon do odegrania tego przez (jakby angielska składnia mi tu wyszła). KPH miała do dyspozycji megafon, lecz żadnego wejścia na nim nie znalazłem – wkrótce okazało się, że megafony z wejściem Audio należą do elity w świecie megafonów: najpierw natrafiłem na zestawy pielgrzymkowe specjalnie produkowane pod potrzeby Kościoła i opadła mi szczęka: cena najtańszego kształtowała się na poziomie ok. 1200 PLN. Potem natrafiłem na markowy megafon z tubą za ok. 800 PLN, lecz dostawca zastrzegał sobie czas wysyłki wykraczający poza dzień 6.06, na kiedy nasz pierwszy termin happeningu był wyznaczony. Szukałem więc dalej i w końcu znalazłem firmę z nagłośnieniem estradowym, która miała za ok. 400 PLN-ów model megafonu z wejściem Audio występujący w wersji bateryjnej oraz bateryjno-akumulatorowej, przy czym obiecywali realizację zamówienia w ciągu dwóch dni. Korespondowali ze mną nawet w nocy po zamknięciu sklepu! Złożyłem więc zamówienie, i rzeczywiście, za dwa (no może 4) dni paczka wylądowała w domu i urządzenie istotnie posiadało pożądaną cechę użytkową: odtwarzało sygnał wpuszczany przez komputerowego dżeka. I to jak!!!

Co będzie grane?

Marsz Weselny już miałem – przesłane mi przez maila MIDI trzeba było zgrać do WAVE'a, co wkrótce się udało, tyle że musiałem wyprzęgnąć połączenia komputera Audio In i Out, by załączyć kabelek zwrotny wyjścia do wejścia. Potem przyszło mi do głowy, by w posiadanym od lat i nieużywanym programie do edycji MIDI pomaltretować te pliki z marszem i wytworzyć pseudo-alternatywne jego wersje: z innymi brzmieniami instrumentów, a nawet zmianami rytmicznymi przez poprzesuwanie niektórych nutek. Efekt tej operacji był częściowo kulawy – zupełnie brak mi wprawy w takich operacjach, ale pseudo-alternatywne marsze w końcu powstały i zrobiłem z nich ok. 6-minutowy miks na czas przejazdu dorożką po Rynku. Pozostawała kwestia państwowotwórczego drętwego przemówienia reprezentującego mentalność obecnie nam panującej koalicji. Od razu niemal mi przyszedł pomysł, jak oficjalnie nazwać mówcę to przemówienie wygłaszającego: po prostu Wielki Brat. Trzon przemówienia – kilka jego kluczowych zdań z typowymi przejęzyczeniami i błędami gramatyczno-stylistycznymi – przyszedł mi do głowy pod prysznicem w jedną z sobotnich nocy w maju po kilku dniach martwienia się brakiem tegoż przemówienia. Rano ułożyły mi się następne zdania i czym prędzej spisałem je w komputerze. Za kilka dni zabrałem się za nagrywanie tej mowy w odpowiedni sposób: z częściowo zatkanym nosem, by uzyskać głuchy i metalicznie brzmiący głos, z zastosowaniem fałszywie brzmiącej intonacji o ćwierćtonowej melodyce, i z niedostatkami dykcji typowymi dla (dwóch) modeli tego mówcy. W trakcie nagrywania doszły małe poprawki, ale w ciągu jednego wieczoru w komputerze był plik z mową Wielkiego Brata, którą zaopatrzyłem także w echo typowe dla wielkich wieców jedności narodowej w totalitarnych państwach rządzonych przez jakiegoś wielkiego wodzusia. Potem, dostając kilka razy oczopląsu i innych doznań związanych z niemożnością odnalezienia dopiero co nagranych plików w trzewiach komputera, zgrałem to wszystko w programie do edycji video, gdzie wszakże w prosty i przejrzysty sposób można było nakładać i przesuwać dwie ścieżki audio. Programowi zupełnie nie przeszkadzał brak strumienia video, a co więcej, dzięki temu produkowanie finalnych miksów szło błyskawicznie.

Do kompletu brakowało jeszcze czegoś – chciałem, by reakcje aktorów happeningu były w prosty sposób wyznaczone przez zawartość podkładowego pliku audio granego w czasie akcji w sposób ciągły, stąd pojawiła się myśl, by także skandowanie było nagrane, by przejścia z jednej fazy widowiska do następnej były płynne, i by zapewnić przerwy na skandowanie haseł i wykonywanie gestów przez wykonawców, lecz żeby bez głuchej ciszy, podczas której można zapomnieć, co jest do zrobienia tudzież wykrzyczenia albo stracić rytm. Przypomniałem sobie, że mam w domu stary i częściowo niesprawny (charczący) keyboard, i podłączyłem go sobie do komputera. Po zaledwie paru nieporozumieniach okazało się, że z grubsza działa, i można z niego pobrać brzmienia perkusyjne, a także całkiem w tym kontekście przydatne brzmienie organów kościelnych. Perkusja posłużyła do wybijania rytmów w momentach przewidzianych na skandowanie haseł – zrobiłem po prostu kibolski rytm. Nie byłem oczywiście w nastroju do uczenia się jakiegokolwiek faktycznie muzycznego utworu, lecz pomyślałem, że przejście do zakończenia fazy krzyków też powinno być wyznaczone jakimś zdarzeniem muzycznym, i tu pojawił się pomysł zrobienia chaotycznych akordów o brzmieniu organowym, po których następowałby jakiś końcowy akord o brzmieniu przyjemnym dla ucha. Nie trzeba być wirtuozem, by taki materiał sobie nagrać, więc gdy tylko prąd po kablach przebiegał, jak należy, rzecz stała się faktem. Przy okazji doszedłem do wniosku, że również po przemówieniu Wielkiego Brata, gdy jeszcze raz grany jest Marsz Weselny, potrzebne będzie jakieś przejście od sielankowego pocałunku weselnego na „Gorzko!” do poddania się wszystkich Państwa Młodych dyktatowi nacjonalistycznych krzykaczy pouczających ich po knajacku, kto stanowi rodzinę i jak. Tu postanowiłem ponakładać chaotycznie przesunięte w fazie fragmenty marsza i płynnie wprowadzić perkusję z kibolskim rytmem. Komputer był dzielny, i plik finalny wkrótce stał się faktem. Na koniec dokleiłem mowę przedstawiającą wykonawców, i mogłem iść na próbę.

Trza być w butach na weselu! I nie tylko...

Tak więc pod względem sprzętowym i ludzkim widowisko zaczęło nabierać realnych kształtów – a ja wciąż nie miałem górnej części sukni ślubnej – w ostateczności mogłem być zmuszonym do desperackiego wyjazdu na miasto w poszukiwaniu sukni, lub przynajmniej bluzki albo topu, który razem z halką mógłby imitować strój ślubny. Potrzebne były również dwa inne weselne gadżety: rękawiczki do łokcia i welon. I sprawa podstawowa: buty. Musiały mieć jakiś obcas, żebym nie przydeptywał sobie halki i nie potykał się o nią. Czas biegł już nieubłaganie: miałem wolną środę, po niej było Boże Ciało z próbą i szczelnie zamkniętymi sklepami, piątek zajęty pracą, sobota, niedziela i dzień przedstawienia: poniedziałek 11.06. W środę wyprawiłem się po buty. Był to dzień o chłodnej i deszczowej pogodzie, a ja ubrałem się na tę okazję ładnie: miałem czarne czółenka użyta już publicznie w zimie, jakieś pończochy lub rajstopy, i spódnicę (chyba czarną), czyli bardzo funkcjonalnie ubrany byłem do przymierzania butów. Kupiłem w Deichmannie czółenka-lakierki z otwarciem na palcach (patrz zdjęcie wyżej po prawej) – jednak dopiero egzemplarze o dwa rozmiary mniejsze od mojego rozmiaru nominalnego nie spadały mi z nóg i miałem nadzieję rozchodzić je do poniedziałku. Panie ze sklepu obuwniczego może już mnie pamiętają z moich wcześniejszych nawiedzeń ich sklepu razem z Vocą i bardzo chętnie mi pomagały w poszukiwaniu białych okazów butów, które wreszcie będą trzymać się nogi – przymierzyłem dość wiele par różnych modeli – przyznaję im ponownie 5 złotych tipsów. Wstąpiłem też do marketu budowlanego i kupiłem biało-czerwoną taśmę do ogradzania wykopów, która w czasie widowiska udawać będzie stułę a ponadto nasi narodowcy będą ją nosić w formie szarfy wyróżniającej ich od przypadkowych przechodniów oraz świadczącej o ich przywiązaniu do Narooodu. Po tym pojechałem do śródmieścia z nadzieją znalezienia gadżetów weselnych, lecz po zaliczeniu przestoju w korkach moja handlowa wycieczka dobiegła końca. Sprawa sukni przesunęła się na później, a i gadżetów weselnych jeszcze nie miałem. W domu ubrałem buty na dłużej, aby je rozchodzić i załamałem się: okazały się tak sztywne, że nie wytrzymałem w nich więcej niż 20 minut, i w tym tempie ich rozciągnięcie mogłoby trwać parę miesięcy, a nie dni. Oczywistym było, że na happeningu, którego przebieg wymagał ode mnie swobodnego grania roli i poruszania się, a potencjalnie nawet biegu, buty muszę mieć wygodne. Dlatego w piątek wybrałem się do Deichmanna z powrotem i znów muszę pochwalić tę firmę, albowiem bez żadnych wyjaśnień, rutynowo przyjęli do zwrotu te niefortunne buty wypłacając mi gotówkę (dodatkowe 5 złotych tipsów ). Dla panów zawstydzonych kupnem i zwrotem butów stanowiących kulturowe tabu jest wszakże mała niedogodność: trzeba wypełnić kwestionariusz z danymi osobowymi i adresem oraz go podpisać. Dobra wiadomość to to, że Panie z Deichmanna nie legitymują klientów ze zwrotami, więc teoretycznie dane mogą być fikcyjne. W każdym razie za chwilę znalazłem w tej samej cenie białe buty na szpilce typu palce-pięta z zapięciem wokół kostki i one okazały się rozwiązaniem optymalnym: dawały bowiem gwarancję, że cokolwiek na Rynku by się 6.06 działo, butów bym nie zgubił. Fotografia u góry po lewej (autorstwa MW :-) ) pokazuje je w czasie akcji. Dodam jeszcze, że w którymś dniu podczas zakupów spożywczych w jednym z hipermarketów kupiłem był białą torebkę „damską”, a sądząc po jej skąpych gabarytach, de facto komunijną, do której na czas akcji miałem zamiar schować wszelkie niezbędne rzeczy – suknie ślubne z reguły nie posiadają kieszeni. Kosztowało to w promocji 15 PLN-ów, lecz jak zwykle przy kupowaniu takich rzeczy, metka z kodem była oderwana, tak więc przyblokowałem swoją białą torebką kolejkę przy kasie, aż wrotkarka ustaliła jej kod. Torebkę zaopatrzyłem w skądinąd posiadany przezsiebie biały pasek do spodni, którego sprzączki cudownie okazały się kompatybilne ze sprzączkami torebki, dzięki czemu stało się możliwe zawieszenie jej w bezpieczny sposób 'po przekątnej'.

Niebawem okazało się jednak, że nasz pierwotny termin akcji 6.06 jest nie do utrzymania z przyczyn od nas niezależnych, tak więc dostaliśmy dodatkowy tydzień na przygotowanie się. W międzyczasie moja rejestracja w Allegro się dokonała i kupowanie w tym serwisie stało się możliwe. Niezzwłocznie znalazłem aukcję z białą suknią o elastycznym charakterze i w gruncie rzeczy w rozmiarze uniwersalnym, przy którym regulacja do konkretnego kształtu ciała użytkownika dokonuje się poprzez ramiączka przechodzące w wiązanie na plecach. Skorzystałem z opcji „Kup teraz”, zrobiłem przelew, i za dwa dni paczka przyszła. Wprawdzie odnalezienie drogi ku górze i przeprowadzenie kończyn przez cały kosmos tasiemki ramiączkowej zabierało trochę czasu, lecz suknia posiadała wszystkie oczekiwane cechy: dostosowała się bez problemu do bezbiustowego organizmu, miała rozsądną długość w połączeniu z butami, i na dodatek, w sytuacji, gdy pogoda w nowo ustalonym terminie akcji miała być upalna, miała otwartą powierzchnię na plecach i ramionach. Rola panny młodej ma swoje zalety... Równocześnie nawiązałem był kontakt z pewną Natalią oferującą do sprzedania suknię ślubną w rozmiarach podobnych do mnie za ok. 300 PLN. Traktowałem to jako opcję absolutnie awaryjną i na wszelki wypadek podtrzymywałem mailową korespondencję z oferentką. Gdy pseudo-ślubna suknia u mnie wylądowała, zapytałem ową Natalię, czy może mi sprzedać dodatki do sukni osobno i zgodziła się. Za parę dni i za 50 PLN-ów otrzymałem biały welon i rękawiczki weselne spotkawszy się z Natalią w umówionym miejscu Galerii Dominikańskiej. Jako że spóźniłem się a Natalia najwidoczniej skoczyła do jakiegoś sklepu, jak w szpiegowskim filmie zagadnąłem jakąś dziewczynę ubraną podobnie do niej (bo telefonicznie mnie uprzedziła) słowami: Hasło 'Welon'? Odpowiedziała: 'Nie'. Natalia nadeszła za chwilę.

Ćwiczenie czyni mistrza, czyli próby

Jedną próbę odbyliśmy w sobotę 2,06. Początkowo wydawało się, że to próba pierwsza i ostatnia. Stawiło się sporo osób: mój eks-student z Legnicy Riviel_of_Asinoy z kolegą Pawłem, Voca i Freja, Mirka i Prószka, Michał, Ania i ja. Zaznajomiłem wszystkich z ówczesnym zarysem scenariusza, wysłuchaliśmy ścieżki dźwiękowej z rozbawieniem ale i wątpliwościami, czy faktycznie przez ten megafon tekst okaże się zrozumiały. Na koniec wyszliśmy poza budynek i zrobiliśmy to samo, ale już z ruchem na skwerku, większą mocą megafonu, i przypadkowymi przechodniami patrzącymi na nas jak na przybyszy z nieco innej planety. Tym razem zrozumiałość słowa głoszonego megafonem była już lepsza – po prostu akustyka w pomieszczeniu była zła. Niestety wkrótce pojawił się deszcz, a nasza choreografia wciąż pełna była błędów (w tym i moja). Zauważyliśmy, że przejścia typu degeneracja Marsza Weselnego lub skandowania są w pliku za długie i narażają wykonawców na stresującą bezczynność – niezzwłocznie po powrocie do domu wprowadziłem w nim stosowne zmiany.

Na szczęście terminy nam się poprzesuwały i otrzymaliśmy od losu czas na jeszcze jedną próbę. Ta nastąpiła w Boże Ciało. Próba ta ujawniła techniczny horror, który równie dobrze mógł rozpętać się na premierze: podczas przerzucania plików w MP3 w trakcie ich odtwarzania dokonałem takiego zapętlenia/przełączenia urządzenia, że przestało ono odtwarzać całe pliki, a jedynie demonstracyjnie po 10 sekund z każdego. Wszyscy niemal próbowali to odkręcić i nic! Dopiero pod koniec próby iście genialnym sposobem Mirka M. dokonała właściwego ustawienia urządzenia, jednak większość próby odbyliśmy odtwarzając plik z awaryjnego CD granego w komputerze obecnym w pomieszczeniu KPH przez głośniczki czasem używane przeze mnie na zajęciach. Dało mi to wiele do myślenia odnośnie (nie)zawodności odtworzenia pliku podczas akcji – przygotowaliśmy zapasowy CD do odtworzenia z przenośnego odtwarzacza, ale Mirka i tak skonwertowała materiał do swojego MP3 – ma dziewczyna żyłkę do ryzykanctwa! W każdym razie ta druga próba była już owocna pod względem choreografii i koordynacji okrzyków w marszu. Uwierzyłem, że się uda, choć w dalszym ciągu mieliśmy trochę mało naszych nacjonalistycznych krzykaczy.

W niedzielę – w przeddzień samej akcji – wybraliśmy się z ekipą: Voca, Freja, Mirka, Prószka i ja na Rynek, by przy grającej empetrójce zobaczyć, ile przestrzeni na Rynku pokonamy realizując zamierzony program w rytmie wyznaczonym przez odtwarzany plik (notabene ładnie się ubrałem na tę okazję). Wyszło nam trzy razy. Rozmailowałem po uczestnikach szczegółową rozpiskę/scenariusz z ostatnimi wnioskami po wizji lokalnej i odtąd byliśmy przygotowani, tym bardziej, że w międzyczasie Prószka pobrała od dorożkarzy numer telefonu i byliśmy przekonani, że w dniu akcji wystarczy potwierdzić nasze wcześniejsze ustalenia. Umówiliśmy się też z Karoliną z Opola na wideofilmowanie, Mirka podładowała baterie w swoim aparacie, przesympatyczne studentki dziennikarstwa zostały powiadomione o zmianach terminów. Zaczęło się odliczanie. Na wypadek brzydkiej pogody podczas happeningu wkrótce po nabyciu sukni zamówiłem w Allegro białe bolerko za 13 PLN – przyjdzie przed południem w dniu akcji! Pozostawało jeszcze zrobić planszę z napisem najpierw przedstawiającym naszą ekipę jako fikcyjną nacjonalistyczną partię, którą parodiowaliśmy, a na jej rewersie – informację o nas jako faktycznych wykonawcach happeningu. Przez długi czas utrzymywałem wersję będącą ośmieszająco przekręconą nazwą faktycznej partii tego typu o agresywnych manierach, lecz pod koniec przygotowań uznaliśmy, że lepiej będzie wymyślić coś całkowicie fikcyjnego. Pomartwiłem się tym i ułożyło się: „Polska Partia Prawdziwych Polaków”. Ułożyłem logo tej partii z litery P, a w noc poprzedzającą sam happening drukowałem to we fragmentach, by wszystko skleić na kawałku tekpolu (plastikowej płyty o strukturze podobnej do tektury), który ostał mi się z dawnych czasów w graciarni zwanej garażem. Dorobiłem sznurówki przepuszczone przez dziury na rogach i szyld był gotowy do użycia przez zawieszenie na ramionach aktorów. W ciągu ostatnich dni przed premierą zrobiłem też ulotkę do rozdawania przechodniom na Rynku podczas akcji, a część nocy poprzedzającej akcję zeszła na wprowadzanie do niej korekt i wysyłanie jej do Mirki, która przed południem miała zrobić wydruki. Akurat wtedy jakoś dziwnie maile nie dochodziły – podejrzewałem już zaangażowanie samego ABW w próbę pokrzyżowania szyków zbokom szykującym kpinę z rzeczy świętych przez zakłócenie ich łączności. Internet bowiem stymuluje działanie społeczeństwa obywatelskiego, czyli takiego, które samo potrafi się zorganizować, gdy przyjdzie mu coś do głowy, i potem rządzący mają z tym kłopot...

Akcja, czyli NA RYNKU (i nie tylko) 4

Podsumowanie4



3Powrót (Antyfa Wstęp)

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)