3Powrót (Antyfa Wstęp)

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)



Antyfa 2: SUPERANTYFA 2

Prolog

Pomysł tego happeningu ma już historię trwającą około roku: jego podstawę stanowi tekst wystawiony na niniejszej stronie latem 2006 pt. Rada dla Kaczyńskich. Jest tam mowa o pomyśle na ustawę regulującą swobody obywatelskie osób nieobjętych naszą tradycyjną polską tolerancją: miałyby one być oficjanlnie zakwalifikowane do „obywateli II kategorii”, których publiczne pojawianie się stanowi zagrożenie dla publicznego ładu i obrazę publicznej moralności. W związku z tym, tacy obywatele mieliby podlegać obowiązkowi chodzenia w tzw. Paramobilu, czyli mobilnym parawanie, którego przybliżony projekt również przedstawiłem w tymże tekście. Nietrudno sobie wyobrazić, że ewentualne wykonana faktyczna makieta Paramobilu będzie sama w sobie widowiskowa i nietrudno będzie też zorganizować widowisko oparte o ten motyw. Trzeba było wszakże sprecyzować scenariusz i... wykonać Paramobil.

Zarys scenariusza ułożył mi się stosunkowo wcześnie: właściwie wkrótce po napisaniu tekstu o Paramobilu wiedziałem już, że ewentualny happening powinien przypominać promocję produktu, w ramach której hostessa, a w moim przypadku, powiedzmy: „host” lub „hostess”, prowadzi monolog dla pobliczności i wraz z asystentami pokazuje walory użytkowe Paramobilu jako urządzenia pozwalającego osobom niepasującym do społeczeństwa przemieszczać się po mieście dyskretnie. Przesłaniem happeningu miało być wykpienie pseudotolerancyjnej postawy wyrażającej się w powiedzeniu: „nie jestem przeciwko mniejszościom seksualnym (i innym), ale wolał/a/bym, aby się z tym nie afiszowały”. Postawa taka w istocie jest zaprzeczeniem tolerancji, bo zakaz „afiszowania się” oznacza de facto NAKAZ ukrywania się ze swą innością w czterech ścianach domu, który staje się enklawą w więzieniu. Zatem stosunkowo ważny aspekt życia, jak radość z posiadania partnera, który wszakże jest tej samej płci, musi być ukrywana, choć heteroseksualiści na okrągło obnoszą się ze swymi partnerami i czynnościami reprodukcyjnymi (jak chociażby przejazd orszaków weselnych z trąbieniem i codzienne trzymanie się za ręce, obejmowanie i inne formy okazywania czułości). Również w odniesieniu do mnie, który podważa obowiązek noszenia określonej odzieży z tytułu płci męskiej, zakaz „afiszowania się” prowadziłby wprost do niemożności właściwego używania artykułów odzieżowych, które uważam za przyjemne i dla siebie stosowne – chodzenie w butach po domu jest cokolwiek bezsensowne, a też i uroki, i właściwe cechy użytkowe przewiewnej i transparentnej odzieży ujawniają się przy każdym typie pogody poza domem, a nie w nim. Gdybym miał stosować się do imperatywu „nieafiszowania się”, musiałbym albo stale siedzieć w domu ubrany w to, co chcę, albo zostać całkowicie ucharakteryzowanym na stereotypową osobę płci odmiennej transwestytą i udawać ją totalnie, albo być magnatem z wielkimi posiadłościami ziemskimi, gdzie wyłącznie mógłbym zażywać zabronionych wrażeń – na własnym terenie, widzianym będąc co najwyżej przez służbę lub rodzinę. Pozostałe obszary kraju, w którym płacę podatki, stanowiłyby rodzaj więzienia, gdzie nie wolno mi wyglądać jak chcę, a inni lepiej wiedzą, jaki mam być. Koncepcja mojego skeczu ulicznego bardzo dobrze wpasowana była do Festiwalu Przeciwko Wykluczeniom firmowanego przez moich Szanownych Współpracowników z wrocławskiej Kampanii Przeciwko Homofobii oraz Wrocławskiego Zgrupowania Trangenderystów Trans-Fuzja.

Wymyśliłem więc, że oprócz samego siebie, czyli buntownika przeciwko ograniczeniom męskiej roli płciowej, włączę do widowiska następujące kategorie osób wykluczonych: lesbijki, gejów, i pary rasowo mieszane – przykładowo osobę czarnoskórą płci męskiej i polską partnerkę. W ten sposób widowisko miało zyskać wymiar bardziej uniwersalny jako słowo protestu przeciwko tendencji do wykluczania wszelkich ludzi odmiennych z życia społecznego albo pozbawiania ich pewnych praw (np. „przystawiania się do polskich dziewczyn”). Równocześnie trzeba było pomyśleć o dramaturgii widowiska: oczywistym było, że sama „promocja” Paramobilu nie wystarczy, by ściągnąć na siebie trochę uwagi przechodniów i utrzymać ją na sobie. Problemem było również przedstawienie ideowej podstawy Paramobilu – póki co (i oby na zawsze) fikcyjnego projektu ustawy dzielącej obywateli na kategorie i różnicującej ich swobody obywatelskie w duchu katolickiego fundamentalizmu i ogólnego prostactwa umysłowego prezentowanego przez ówczesną ekipę rządzącą (było to w czasie funkcjonowania rządu Kaczyńskiego, ternin happeningu był wyznaczony na 15.10.2007, czyli mniej więcej na tydzień przed wyborami, których rezultat nie był wtedy jeszcze znany i poważnie można było się obawiać utrzymania się tego antydemokratycznego towarzystwa przy władzy). Sięgnąłem więc po motyw wcześniej już użyty: po mowę Wielkiego Brata, czyli konglomeratu wszystkich władców o nazwisku Kaczyński wraz z ich żołnierzami i sojusznikami. Mowę tę nagrałem w przeważającej części już latem, jednak trwała ona ok. 9 minut, czyli stanowczo za długo. Ostatecznie skróciłem ją do ok. 6 minut, co i tak było trochę długie. Aby widowisko miało swoją dynamikę połączoną z obejściem Rynku przed realizacją jego stacjonarnej części, nagrałem też parę plików z mową reklamową na rzecz Paramobilu na tle darmowej muzyczki dodawanej do jednego z posiadanych przeze mnie programów do obróbki video. Obraz widowiska był zatem taki: dojście w Paramobilu z miejsca jego montażu na Rynek, uruchomienie u wejścia na Rynek urządzeń grających: najpierw z hasłami promocyjnymi, a potem z mową kaczystą o projekcie ustawy „O doskonaleniu swobód obywatelskich i obowiązkach obywateli II kategorii”, po czym moje wyjście z Paramobilu, przedstawienie się Publiczności i poprowadzenie monologu prezentacyjnego o Paramobilu, wraz z pokazaniem jego działania w odniesieniu do osób z innych kategorii wykluczonych. Podczas uczenia się swojego monologu przyszedł mi do głowy pomysł na element interakcyjny z udziałem Publiczności oraz na puentę widowiska: postanowiłem bowiem zwrócić się do osób żeńskich spośród Publiczności z propozycją odbycia ze mną przechadzki wewnątrz Paramobilu, gdyż każdemu może się zdarzyć w życiu partner, z którym wprawdzie żyje się nieźle, ale „wstyd pokazać się przed ludźmi”. Jednocześnie dodałem do scenariusza motyw z podstawioną przez nas Dziewczyną z Tłumu, która zgłosi się na przechadzkę, lecz odmówi odbycia jej w Paramobilu, wygłaszając przy tym morał widowiska o tym, że nie do pomyślenia jest wstydzić się osoby przez siebie uznawanej za ważną, stąd Paramobil de facto nie powinien znaleźć zastosowania – powinien natomiast być symbolem obciachu.

W międzyczasie znalezienie osoby czarnoskórej gotowej wystąpić w tym przedstawieniu okaże się niemożliwe: prawdopodobnie nieliczni w Polsce Murzyni wolą raczej czarować rzeczywistość mówiąc coś w rodzaju „Polska kraj dobrzy ludzie”, niż występować w ulicznym skeczu ośmieszającym nietolerancję i to przede wszystkim tę dotykającą mniejszości seksualno-obyczajowych. A że któryś, zgodnie z poglądem: „mieszanie ras śmierdzi”, czasem oberwie gdzieś przy dyskotece za dostawianie się do polskich dziewczyn traktowanych jako Dobro Narodowe, które nie powinno trafiać w ręce obcych (nawet za własną zgodą) – to już trudno. W każdym razie wypadnięcie wątku rasowego ze scenariusza pozwoliło mi skrócić plik z przemówieniem Wielkiego Brata o dobrych kilkanaście sekund. Scenariusz zatem został dopięty, pozostało znaleźć aktorów gotowych do odegrania ról lesbijek i gejów, wobec których miałem prowadzić pozornie sympatyczny, a w gruncie rzeczy jadowity monolog. Ich zadaniem natomiast było pokazanie, jak wyglądałoby ich swobodne zachowanie się w sferze publicznej, gdyby im pozwolono na okazywanie swej bliskości tak, jak robią to heterycy, a ja po chwili takiego rozpasania zaganiałbym ich do Paramobilu, w którym odbywaliby krótką przechadzkę, demonstrując wszakże, że z zewnątrz nic nie widać odnośnie tego, kto w Paramobilu jest z kim, jak wygląda, i co tam robi. Do obsady ról właściwie pozyskałem niemal te same osoby, które wystąpiły w happeningu czerwcowym: do roli Paskudnych Lesbijek dość wcześnie zgłosiły się Voca i Prószka, a troszkę później Mariusz i Michał zgodzili się zagrać role najbardziej kontrowersyjne i wymagające odwagi, czyli Wstrętnych Pederastów – tak zostali nazwani w moim monologu, w którym miałem robić oko do Publiczności, używając języka panującego w dyskursie politycznym epoki kaczyzmu (mam nadzieję, że to se ne vrati!). Notabene, gdyby wątek z Murzynem doszedł do skutku, pewnie użyłbym określenia Czarnuch albo Asfalt. Dziewczynę z Tłumu zagrała Asia ps. Ciastek. Oprócz aktorów potrzebowałem jednej osoby pilotującej mnie podczas pieszego przejścia z miejsca montażu Paramobilu na Rynek, i zadania tego podjęła się Freja. Niestety, nasza kamerzystka z Opola, Karolinka, nie była w stanie przyjechać na happening, więc wideofilmowanie akcji również spadło na Freję. Kamery miałem własne.

Tymczasem Paramobil trzeba było zbudować naprawdę: pod koniec lata zrobiłem rysunek i określiłem wymiary niezbędne do umożliwienia swobodnego poruszania się wewnątrz urządzenia dwóm osobom idącym obok siebie. Musiałem również zadbać o odpowiednią długość urządzenia, aby przechodzień w jego wnętrzu mógł swobodnie stawiać nawet stosunkowo długie kroki bez obijania się o krawędzie ramy urządzenia. Aby natomiast zapewnić efekt dyskrecji, czyli niemożność widzenia z zewnątrz osób znajdujących się wewnątrz Paramobilu, konieczne stało się zrobienie szyb pokrytych lustrzaną folią – przed wakacjami sprawdziłem był możliwość zakupu stosownych materiałów, czyli płytek pleksiglasu odpowiednich gabarytów i lustrzanej folii. Płyty znalazły się w jednym z marketów budowlanych na terenie Wrocławia, folię znalazłem w internecie. Zaplanowałem też przybliżone parametry listewek mających spełniać określone funkcje w konstrukcji, określiłem w przybliżeniu sposoby ich wzajemnego łączenia i liczbę tych łączeń, i wreszcie przyszedł mi do głowy pomysł na materiał mający stanowić poszycie czy „karoserię” Paramobilu – produkowana w moim rodzinnym mieście plastikowa płyta o strukturze imitującej karton i używana najczęściej do wyrobu opakowań a popularnie zwana tekpolem. Okazało się, że we wrocławskich marketach budowlanych nie wiedzą o istnieniu tego produktu, a podobne doń płyty mają inną gramaturę i znacznie wyższą cenę – tak więc musiałem obliczyć zapotrzebowanie na powierzchnię poszycia i przywieźć kilka takich płyt do Wrocławia, przy czym z uwagi na ich wielkość, aby zmieścić je w samochodzie musiałem je wstępnie przyciąć i załamać. Wymyśliłem także, że Paramobil powinien mieć sygnał ostrzegawczy w postaci pulsacyjnego światła, tzw. koguta. W różnych sklepach takie lampy były i kupiłem jedną – niestety przewidziana ona była do zasilania przemiennym prądem sieciowym, więc by móc użyć jej na mobilnym parawanie, musiałem zamontować w nim jeden z zasilaczy UPS z mojego własnego gospodarstwa domowego. W stanie pełnego naładowania mój stosunkowo lekki i poręczny UPS utrzymywał pracę lampy przez pół godziny, co w zupełności wystarczało na planowane widowisko. Jedynym minusem było nieuniknione popiskiwanie UPS-u w czasie generowania prądu zmiennego mocą jego akumulatora. Jako że mój megafon nienajlepiej sprawdza się jako wzmacniacz mowy podawanej przez mikrofon (ale bardzo donośnie nagłaśnia sygnał z urządzeń odtwarzających), przekonałem Przyjaciół z KPH do zakupu nowego megafonu z odłączanym od obudowy mikrofonem na ich koszt i jako składnik ich inwentarza sprzętowego – na kilka dni przed happeningiem Prószka otrzymała go i okazał się urządzeniem funkcjonalnym. Już wkrótce „wystąpił” również w happeningu autorstwa Frei pt. „Propaganda homoseksualizmu”.

Dzięki kontaktom Kampanii Przeciw Homofobii otrzymałem możliwość budowania Paramobilu na jednym z anarchistycznych squatów Wrocławia. Zwiozłem tam materiały, otrzymałem miejsce w piwnicy i zacząłem przyjeżdżać na robocze dniówki. Gościnny squat udzielał mi dostępu do elektryczności a okazjonalnie także i narzędzi, jeśli zapomniałem czegoś przywieźć z domu. O ile pamiętam, w pierwszym dniu mojej pracy zrobiłem ramę i tuż po zmroku dokończyłem montaż kół: dwóch stałych kół z tyłu pseudopojazdu na listwie wzdłużnej, i jednego samonastawnego umieszczonego centralnie – na przedniej poprzecznej belce ramy.

Następnym etapem było nadbudowanie szkieletu nadwozia, co wbrew pozorom było czasochłonne i dość nieporęczne z uwagi na początkową chwiejność każdej listwy zanim uzyskała usztywniające połączenie z elementami współpracującymi. To była następna dniówka.

Inny dzień spędziłem na zakładaniu szyb i pokrywaniu ich folią, co było etapem w znacznym stopniu improwizowanym, bo pleksiglas okazał się dość kruchy i musiałem zmienić plany odnośnie jego mocowania ze szkieletem nadwozia. Również pokrywanie szyb samoprzylepną folią nie należało do przyjemności – momentalnie potworzyły się liczne bąble powietrza, i tylko część z nich udało się usunąć, głównie przez ich przekłuwanie.

W dalszej kolejności przyciąłem płyty stanowiące nadwozie do odpowiednich kształtów i wymiarów i zawiesiłem je na szkielecie maszyny – od razu nabrała kształtu i uwierzyłem, że widowisko z jej użyciem dojdzie do skutku. Również podczas tej dniówki roboczej umieściłem na szczycie konstrukcji koguta i próbnie włączyłem jego zasilanie.

Kolejnego dnia dopracowałem drzwi wraz z zamkiem zapobiegającym przypadkowemu otwarciu się podczas ruchu Paramobilu, i pozostały już tylko prace wykończeniowo-kosmetyczne, czyli oklejenie kantów i „świecących” przez nie szpar szeroką taśmą izolacyjną koloru srebrnego, co w połączeniu z szarym poszyciem nadało urządzeniu nawet dość eleganckiego wyglądu. Również w tym dniu dorobiłem w improwizowany sposób okładziny zakrywające dość kłopotliwy otwór z przodu na połączeniu pochyłej ścianki czołowej karoserii z ramą. Przykręciłem jeszcze światełka odblaskowe, które ongiś odpadły mi od jakiegoś roweru, sprawdziłem dociągnięcie śrub, wkrętów i nakrętek mocujących koła oraz co istotniejsze elementy wpływające na sztywność konstrukcji, i Paramobil został „dopuszczony do ruchu”. W przeddzień happeningu odbyliśmy próbę, zapoznałem Aktorów z działaniem urządzeń, a dla pewności powklejałem także instrukcje ich obsługi podczas przedstawienia. Poniższe fotografie ilustrują poszczególne etapy budowy gadżetu.


Jeszcze sama rama


Pierwsze kroki w górę


Zarys szkieletu


Konstruktor w pozycji użytkownika Paramobilu – Obywatela II kategorii

(Aha, to w żadnym wypadku nie są spodnie!)


Okna z folią lustrzano-bąbelkową i ciut asymetrycznie wstrzymana praca nad szkieletem


Jeden ze Skłotowskich i jego mądre spojrzenie


W tym już się można schować...


...i pulsacyjnym światłem ostrzec Bogu ducha winnych normalnych przechodniów o swoim porażającym wręcz wyglądzie!


Wnętrze z podstawowym pakietem wyposażenia. Ale spoko! Po wdrożeniu do seryjnej produkcji pojawią się też wersje wypasione. Oklejona folią poprzeczna belka służy Obywatelowi II kategorii do popychania Paramobilu przed sobą. Zamiast niej może też być uprząż, dzięki której wszystkie ręce na pokładzie są wolne!

I jeszcze jedno: w ruchu paramobilowym panuje zasada:

Widzę, a nie jestem widziany!


Inne szczegóły techniczne: drewniane rusztowanie na megafon nadający teksty podczas widowiska


Paramobil wstępnie uzbrojony w zasilacz lampy UPS (oczywiście docelowo kabel nie będzie wleczony po bruku!)


Paramobil „dopuszczony do ruchu” i w pełni gotów do służby dla zapewnienia udoskonalonych swobód obywatelskich Obywatelom II kategorii przy jednoczesnej ochronie ładu moralnego opartego na przesądach i stereotypach



Pracując nad Paramobilem byłem w cokolwiek egzotycznej dla mnie rzeczywistości. Z jednej strony ciekawym doświadczeniem było przebywanie na squacie, gdzie raz był ruch jak na dworcu kolejowym w postaci przychodzących i wychodzących malowniczych ludzi różnej narodowości, innym razem wszystko było jednym wielkim warsztatem, gdzie oprócz mnie zasuwającego z wiertarką czy szlifierką i listewkami, był ktoś spawający jakieś żelastwo, dziewczyny naprawiające swoje rowery lub walczące za pomocą szlifierki z jakimś innym żelastwem (czyli bez dbałości o stereotypy płciowe :) ), a okazjonalnie pojawiały się różne rockowe kapele ćwiczące się przed swymi występami. Co ciekawe, pomimo ideowej anarchii, prace wykonywane przez Squattersów nie były chaotyczne, a podczas mojego tam pobytu żadne wypadki się nie zdarzyły, choć używane przez wszystkich narzędzia do specjalnie bezpiecznych nie należą. Z drugiej strony byłem tam ja – nierzadko ubrany kontrkulturowo w te końcowe dni września i niemal letnio ciepłe pierwsze dni października. Squattersi mieli więc także ciekawe doświadczenie widząc majstra budującego drewniany gadżet w spódnicy, czasami w rajstopkach i różnym ciekawym obuwiu (acz raczej płaskoobcasowym z uwagi na nawierzchnię z kocich łbów na squatowym podwórzu). Oprócz ludzi stale kręciły się w pobliżu psy, którym nadałem wspólne nazwisko Skłotowski. Pieskowie ci, okazjonalnie tylko dostając głupawki przy zabawie z plastikowymi butelkami po wodzie mineralnej, najczęściej z filozoficznym spokojem i jakby niejakim zrozumieniem patrzyli na ludków robiących dziwne i hałaśliwe rzeczy swymi narzędziami, w tym na mnie demonstrującego przysłowiową samotność długodystansowca, czasami czującego się świrowato przy tak długiej robocie na tak krótki show... (ale kucharze też tak mają). Poza tym squat okazał się wobec mnie gościnny zaprosiwszy mnie kilka razy na posiłek obiadowo-kolacyjny, z czego chętnie skorzystałem wygłodzonym będąc pod koniec fizycznej pracy pod gołym niebem. Squattersi wzbudzają też sympatię swą troskliwą opieką wobec jednego z psów, który u nich dożywa swych dni ostatnich i nie potrafi juz samodzielnie chodzić. Niniejszym składam Squattersom WIELKIE DZIĘKI!!! I pozdrawiam Was!!!

AKCJA, CZYLI ZNÓW NA RYNKU4

PODSUMOWANIE4

3Powrót (Antyfa Wstęp)

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)