3Powrót (Antyfa Wstęp)

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)



Antyfa 2: 10 i 13.10.2007



Mój happening stanowić miał część 5 Festiwalu przeciwko wykluczeniom lesbijki, geje i przyjaciele, zatem wziąłem też udział w dwóch przedsięwzięciach promocyjnych. Pierwszym z nich był występ w studenckim Radiu Luz 10.10.2007 a drugim przemarsz przez Rynek w dniu 13.10.2007, co poprzedzone było udziałem w pieczeniu ciasteczek z hasłami i wróżbami w wigilię parady.

W Radiu Luz wraz z Mirką i Michałem wziąłem udział w audycji pt. „Altergodzina”. Umawiając się na udział w tej audycji byliśmy przekonani, że będziemy nagrywani z zamiarem emisji materiału w dniu następnym, jednak na miejscu okazało się, że za jakieś dwadzieścia minut od naszego przybycia do stacji pójdziemy na antenę na żywo. Było za mało czasu, by poczuć jakąkolwiek tremę – zdążyłem jedynie zasygnalizować komuś znajomemu fakt, że wkrótce będę w radiu, po czym ustaliliśmy między sobą, o czym będziemy mówić i w jakiej kolejności. Studio było przygotowane na dwóch rozmówców plus redaktora prowadzącego, zatem w pierwszej kolejności weszli Mirka i Michał, aby ogólnie opowiedzieć o Festiwalu i zareklamować jego imprezy. Po upływie ok. 0.5 godziny Mirka opuściła studio, zaś ja zająłem jej miejsce. Na gustownym tle muzyki Milesa Davisa niemal natychmiast wdrożyłem się do akcji i wszelka trema mnie opuściła, choć niewątpliwie mogłem mieć jakieś chwile zacięć w mojej mowie. W gruncie rzeczy ćwiczenie w przemawianiu do ludzi mam na co dzień w pracy – tyle że do niewielkiej publiczności i za śmieszne honorarium (lecz trzeba tu podkreślić, że występowaliśmy absolutnie za darmo – beneficjentami byliśmy z tytułu samego dostępu do mikrofonu...). Na wstępie opowiedziałem o happeningu Frei, na tyle na ile miałem aktualne wiadomości o nim. Happening „Propaganda homoseksualizmu” był zaplanowany jako prezentacja w pomieszczeniu, i miały być zastosowane wcześniej przygotowane materiały video. Jednakże Wrocław, miasto spotkań, na takie spotkanie nie okazał się gotowy i gorączkowe poszukiwanie klubu na takie widowisko spełzło na niczym. Tak więc wbrew mojemu opowiadaniu, happening Frei miał faktycznie zupełnie inną formę. Potem przeszedłem do opowiadania o moim happeningu paramobilowym, a wraz z włączającymi się raz po raz Michałem i redaktorem prowadzącym, rozwinęliśmy całkiem luzacką i chyba humorystyczną gadkę. Po audycji otrzymałem od swoich kwalifikowanych słuchaczy opinie pozytywne, i nawet ktoś z nas (podziękowania dla Lily!) nagrywała ją w komputerze. Nagranie po czasie otrzymałem, lecz nie było zeń wielkiego pożytku dla podbudowania mojej próżności – nie sposób zbytnio napawać się brzmieniem własnego głosu w medialnym przekazie, gdy komputer nagrywający ten materiał po upływie pół godziny albo miał już procesor przegrzany, albo gorączkowo szukał miejsca na sfragmentowanym twardym dysku, przez co w nagraniu pojawiały się ubytki w kilkusekundowych odstępach. No ale trzeba uczyć się pokory... W każdym razie chyba lubię występować w mediach...

Z kolei nasza akcja promocyjna Festiwalu polegać miała na rozprowadzeniu wśród przechodniów na Rynku ciasteczek z wróżbami i festiwalowymi hasełkami oraz ulotek i okolicznościowych kartek pocztowych. By odróżniać się od przypadkowych przechodniów i mieć ujednolicony wygląd, przygotowaliśmy koszulki ze zindywidualizowanymi hasłami, i ja zamówiłem sobie hasło: „Samiec tak, facet – NIE!”. W przeddzień akcji potrzeba było sporo rąk do wykonania kilku setek ciasteczek ze zwitkami papieru w środku, więc zgłosiłem się do pracy i tak wyglądałem po raz pierwszy w życiu z rękami w cieście (patrz zdjęcie na prawo).

W dniu parady pogoda nie była najlepsza – panował chłód i zdaje się, że wiał wiatr potęgujący jego efekt. Jako że były przejaśnienia słoneczne, termometr zaokienny miał wskazania nieco na wyrost w stosunku do faktycznego poczucia poza domem. Jednak byłem zdecydowany ubrać się na akcję w sposób antyfacetowsko firmowy, czyli musiała w tym być spódnica, jakieś wyroby pończosznicze i odpowiednie buty. Wybór padł na moje pseudoślubne buty z poprzedniego happeningu – ich biały kolor miał korespondować z białymi festiwalowymi koszulkami założonymi na kurtki. W charakterze chlebaka-niezbędnika użyłem białej torebki (również z czerwcowego happeningu). Z domu jednak wyszedłem ubrany niezbyt kontrowersyjnie w rybaczki, neutralne obuwie i długą polarową kurteczkę noszoną codziennie – przed własnym happeningiem zaplanowanym za dwa dni nie miałem ochoty ryzykować w żaden sposób. Kontrowersyjny element jednak był – pończochy miałem czarne, zatem nawet nie próbowałem udawać czystej, „sportowej” golizny. W siedzibie KPH miałem się przebrać.

Mirka się spóźniała – staliśmy w niezbyt ciepłej aurze przed budynkiem, potem wewnątrz, na klatce schodowej. Gdy przyszła, mieliśmy już mało czasu na przebranie się i przebycie drogi na Rynek, gdzie wkrótce swoje pozycje zająć miała Policja, zamówiona, by pilnować porządku podczas naszej akcji. Przywdziałem więc mą czarną streczową spódnicę (po wielekroć używaną już wcześniej) i z pewną dozą niepewności, czy wytrzymam mą termiczną konfrontację z chłodem tego popołudnia, wyruszyłem wraz ze wszystkimi w drogę. Podczas przemarszu i całej akcji niosłem również mój megafon odtwarzający najczęściej byle jaką muzykę w celu ogólnego zwrócenia uwagi na nas, a na Rynku, używając swego przyciągającego wzrok wyglądu, włączyłem się w rozdawanie festiwalowych materiałów promocyjnych przechodniom. Muszę stwierdzić, że dzięki naszemu opóźnieniu i wymuszonemu szybkiemu marszowi wkrótce rozgrzałem się na tyle, że żadnego chłodu nie czułem, a momentami nawet było mi gorąco. Wszakże czasem można nie czuć chłodu, a i tak przeziębić się, stąd pewne obawy jeszcze mi towarzyszyły. Poczyniłem także inną ciekawą obserwację: nigdy wcześniej nie byłem zmuszony tak szybko przemieszczać się w butach na ok. 6 cm szpilkowatym obcasie, i poradziłem sobie! Zdjęcie po lewej pokazuje, jak kroczę z Mirką w awangardzie. Podczas wymuszonego szybkiego marszu organizm ortopedycznie dostosował się do geometrii obuwia i mój szybki chód z elementami biegu wkrótce stał się dość swobodny i harmonijny. Do siedziby wróciliśmy po akcji też pieszo, lecz już w standardowym tempie. Z powrotem przebrałem się w spodnie rybaczki, a po zebraniu udałem się na zakupy do Tesco, wciąż z czarną przezroczystością na nogach (lecz już w neutralnych butach). Z zadowoleniem stwierdzam, że wieczorne zakupy, podobnie jak wejście do domu, przebiegły bez żadnych ekscesów.

Po prawej widać, jak zostałem uchwycony wraz z Ekipą w naszym galopie na Rynek. Po lewej – niemal w całej okazałości koszulka z moim firmowym hasełkiem. Dół niestety ucięty...

Aha, i nie przeziębiłem się – na pewno w znacznym stopniu dzięki obfitemu obiadowi zjedzonemu przed akcją pomimo jej niewygodnej pory. Nigdy nie należy wychodzić z pustym brzuchem!