3Powrót (Pracownia Antyfaceta)
Antyfa 2: SUPERANTYFA 2
Akcja, czyli znów NA RYNKU
Poczyniwszy uzgodnienia z Policją, wyznaczyliśmy ternin akcji na poniedziałek 15.10.2007 o godz. 16.30. Rano otrzymałem telefon z Telewizji Studenckiej Politechniki Wrocławskiej STYK, która została powiadomiona o planowanym happeningu i była chętna się nim zainteresować oraz umówiłem się z jej ekipą na wywiad u wejścia na Rynek na ok. godz. 16.15-20, czyli tuż przed happeningiem. Poza tym przygotowania przebiegały stosunkowo spokojnie – wg listy załadowałem kosz potrzebnych sprzętów, po łagodnym posiłku ubrałem zaplanowany zestaw odzieżowy, zrobiłem prosty makijaż matujący i nawet z cieniami do powiek dobranymi do bezrękawnej sukienki o panterkowym deseniu. Postanowiłem wyjść na akcję w dość starych, dobrze rozchodzonych czółenkach na niebotycznym obcasie (brutto 95 mm). W poprzednim tygodniu użyłem ich pilotażowo podczas mojego wieczornego wyjścia do Radia Luz i wrażenia były pozytywne: pomimo znacznej odległości od mego miejsca spotkania z Towarzyszami do siedziby radia i niezłego tempa naszego marszu, buty okazały się po pierwsze dobrze dopasowane do nogi i (Sic!) wygodne, a po drugie, ich geometria nie okazała się wcale trudna do opanowania pomimo wszystkich moich ortopedycznych nieregularności. Wcześniej wykonywałem w nich jedynie krótkie próbne przejścia po podwórzu ze śmieciami i nie czułem się zbyt swobodnie. Jako że w dniu akcji nie byłem pewny wskazań zaokiennego termometru umieszczonego w nasłonecznionym miejscu, na wierzch ubrałem polarkowy płaszczyk. Sukienka nie sięgała kolan, i uzupełnieniem stroju były porządne rajstopy 40 DEN z lycry koloru cielistego*, lecz nadające nogom szlachetny i surrealistyczny połysk (i oczywiście rozsądną ochronę przed potencjalnym tarciem butów noszonych w tym dniu w sposób iście wyczynowy oraz osłonę termiczną). Tym bardziej było to uzasadnione, że akcja miała się odbyć późnym popołudniem, a w październiku chłód pojawia się dość szybko po ustąpieniu intensywnego nasłonecznienia. Ponadto wciąż liczyłem się z ryzykiem podziębienia się podczas parady w sobotę (jak się na szczęście okazało – bezpodstawnie). Na wszelki wypadek zabrałem też ze sobą neutralne buty, lecz dom postanowiłem opuścić w butach docelowych – tak jest bardziej honorowo!
Wyszedłem zatem z domu w docelowej kompozycji ubraniowej i jak zwykle obładowany manelami: aktówką-niezbędnikiem, nieporęczną planszą przedstawiającą wykonawców happeningu oraz koszem z pozostałymi rzeczami, w tym z zestawem podstawowych narzędzi na wypadek problemów technicznych z Paramobilem. Niewątpliwie mijałem kogoś na podwórku, lecz skoro sam nie zwróciłem zbytniej uwagi, oznacza to, że osoby te zachowywały się w porządku. Załadowałem się do auta i pojechałem na umówione miejsce spotkania z Freją, która z najwyższą sumiennością przybyła do Wrocławia i punktualnie na mnie czekała. Razem pojechaliśmy na squat, gdzie czekał zaparkowany Paramobil. Trzeba go było uzbroić w zasilacz UPS i mój megafon, dla którego przygotowałem był specjalną obudowę z tekpolu, którą wszakże należało w improwizowany, acz solidny sposób przymocować do półki w Paramobilu: zrobiłem to za pomocą taśmy izolacyjno-pakunkowej używanej już do prac wykończeniowych tego pseudo-pojazdu. Ponadto należało w nim rozmieścić kilka nieporęcznych rzeczy potrzebnych podczas albo po happeningu: zwój taśmy do celów awaryjnych oraz planszę firmową happeningu. Ostatecznie jakoś wszystko udało się zrobić i od razu okazało się, że musimy się zbierać w drogę i to raczej galopem. Wraz z Freją pokonaliśmy istne Karpaty wertepów na podwórzu otaczającym squat i wyszliśmy na ulicę. Widoczność z wnętrza Paramobilu była ograniczona – wszelkie przechodzenie przez ulicę dla mnie jako paramobilowego piechura byłoby wręcz niebezpieczne bez osoby pilotującej z zewnątrz, która musiała być moimi oczami tam, gdzie bez zewnętrznych lusterek i tylnego okna miałem tylko martwe pole obserwacyjne. Na dodatek musieliśmy się spieszyć – było już parę minut po czwartej, z TV STYK umówiony byłem na wywiad przed happeningiem, a my wciąż byliśmy daleko, posuwając się w żółwim tempie, ostrożnie, by nie sprowadzić zagrożenia na przypadkowych przechodniów poruszających się wraz z nami tym samym wąskim chodnikiem. Mijaliśmy stojący radiowóz policyjny i gdybyśmy jeszcze trafili na funkcjonariuszy nazbyt zainteresowanych naszym nieporęcznym ni to pojazdem, ni to meblem, bylibyśmy ugotowani. Wkrótce okazało się, że wskutek podskakiwania na wybojach i uginania się konstrukcji Paramobilu, mimo swej zapadki rygiel zamka się otwiera, i momentami chodziłem z tylnymi drzwiami huśtającymi się przez cały skok kątowy swych zawiasów. Przystanęliśmy i folią zakleiłem rygiel zamka w pozycji zamkniętej – odtąd był spokój. Wkrótce inna pojawiła się trudność: oto nie zmieściliśmy się na chodniku wraz z zaparkowanymi nań samochodami i schodkami sklepów, co zmusiło nas do zejścia na jezdnię (i stosowne oczekiwanie na wolną drogę w godzinach popołudniowego szczytu...). Gdy przez chwilę szedłem jezdnią w swej drewnianej kibitce, nie czułem się bynajmniej pewnie... W międzyczasie moja komórka grzała się od napływających wywołań: dzwonili nasi ludzie z Rynku coraz bardziej domagający się potwierdzenia naszej pozycji i ekipa ze STYKU – również najwidoczniej zdziwiona, że nas tam wciąż nie ma. Dopiero na moście Uniwersyteckim droga pozwoliła mi się rozpędzić: wtedy po raz pierwszy doszedłem niemal do galopu w tak wysokoobcasowych butach i szło mi dobrze, z wyjątkiem faktu, że sadząc w nich olbrzymie kroki kilka razy uderzyłem o tylną deskę ramy Paramobilu i wkrótce poczułem, że z lewym butem jest coś nie tak. Nie było jednak chwili do stracenia, więc nie rozczulając się nad okulawionym butem doleciałem ul. Szewską do wlotu na Rynek od Oławskiej, cały czas walcząc z drobnym brukiem, który ojcowie miasta z nieodgadnionych powodów uznają za odpowiednią nawierzchnię ulic spacerowych, by w końcu, zziajany, pokazać się swoim ludziom. Na szczęście ekipa STYKU nie rezygnowała i też natychmiast nas ujrzała – w kilka chwil po nawiązaniu kontaktu wszyscy byliśmy gotowi do akcji. Wręczyłem Frei moją kamerę, lecz przy wyciąganiu jej z saszetki niefortunnie zahaczyłem o przełącznik Nightshot, przez co kręciła ona obraz... w podczerwieni, dając w rezultacie zapis nie tylko monochromatyczny, ale przeraźliwie mączny. Freja sygnalizowała mi, że coś jest nie tak, ale w pierwszym momencie nie skojarzyłem, w czym rzecz, a drugiego momentu już nie było. Jeszcze tylko ktoś zupełnie mi nieznany wspomógł mnie chusteczką higieniczną, której przy sobie nie miałem po przeniesieniu najważniejszych składników mojej aktówki-niezbędnika do czarnej torebki naramiennej w stylu zabronionym dla mężczyzn – dzięki temu makijaż mi nie spłynął. Za moment ustawiliśmy się w „szyk bojowy” (Ania z aparatem, parę osób z ulotkami z przodu i z tyłu, i Mirka w odwodzie), odpaliłem wzmacniacz megafonu wraz z empetrójką i pooooszliśmy!
I wyglądało to następująco:
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Narrację o happeningu oparłem na zdjęciach dwóch Autorek: Ani „Anieski” SMARZYŃSKIEJ (zdjęcia oznaczone błękitnymi kwadracikami) i, zasłużonej już przy dokumentowaniu czerwcowego happeningu, MW (zdjęcia oznaczone kwadracikami żółtymi). Obu Paniom składam SERDECZNE PODZIĘKOWANIE za ich obecność, trud i artystyczne wyczucie włożone w te zdjęcia. Zostały one użyte również przy okazji pisania tekstu „Podsumowanie”.
________________
* Typ bezmajtkowy z tzw. małym klinem, zmaskulinizowane przez wzdłużne nacięcie klina, co umożliwia noszenie ich w warunkach bielizny typu „otwarte dno”.