3Powrót (Antyfa Wstęp)

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)



Antyfa 2: SUPERANTYFA 3

Prolog

Inspiracją tego happeningu były rozmówki ze studentami chcącymi zwolnić się z zajęć w dniu poprzedzającym weekend. Gdy pytałem o powód, zwykli odpowiadać, że „mają pociąg”. Wtedy, drocząc się z nimi, dopytywałem się, do czego ten pociąg: do kobiet, do alkoholu, czegoś jeszcze innego? Standardowa studencka odpowiedź to „do domu”. Odgrywając tę gadkę po raz któryś z rzędu zauważyłem, że tę grę słowną można zastosować jako motyw przewodni widowiska, w którym pociąg w sensie fizycznym jest realizowany jako korowód ludzki, jak w przedszkolnej zabawie, przy jednoczesnym utrzymaniu abstrakcyjnego znaczenia kluczowego słowa pociąg, czyli „skłonność do czegoś”. Pozostało zastanowić się nad sprawą, jaka w taki sposób mogłaby być prezentowana. Spojrzałem ku podstawom antyfacetyzmu i zobaczyłem BUTY. Ostatniej jesieni wprowadziłem z powodzeniem wysokie obcasy do codziennego użytku, a tej wiosny przecież zacząłem w nich chodzić bez wstydliwego zasłaniania spodniami i na dodatek w spódnicach. Tak więc należało jakoś skomentować to przełomowe dokonanie antyfacetyzmu i radośnie powiedzieć miastu i światu, że to wskutek pociągu, pociągu do DOBRYCH BUTÓW. Tak więc wyobraziłem sobie korowód osób chodzących w dobrych butach, lecz na przekór społecznym stereotypom: w założeniu korowód miał być koedukacyjny i osoby męskie w nim miały mieć buty dla nich zabronione, czyli w sklepach nazywane damskimi, zaś osoby żeńskie – co popadnie, tak jak im obecnie wolno: zarówno mogły więc wystąpić w bajecznych wzorach kulturowo przypisanych ich płci, jak również w obuwiu sportowym lub ogólnie płaskoobcasowym.

Już na etapie koncepcji jasne było, że poza mną może być trudno znaleźć wystarczającą liczbę męskich współpracowników chętnych do przejścia się publicznie po wrocławskim rynku w butach, których na co dzień nie noszą, pomimo iż dobrze wiadomo, że niektórzy mają na to ochotę. Z drugiej jednak strony, zwłaszcza dla chłopaków ciekawych takich wrażeń, okazja poparadowania w zabronionych butach w stosunkowo bezpiecznych ramach widowiska mogła być unikatowa i tym samym atrakcyjna. Gdzieś na przełomie marca i kwietnia zacząłem lobbować na rzecz wyłonienia uczestnikami happpeningu: wysyłając maile i opowiadając o jego projekcie naszych na regularnych spotkaniach dyskusyjnych. Zwykle kończyło się na deklaracjach ogólnego zainteresowania pomysłem, lecz bez konkretnych decyzji o przystąpieniu doń. Ponadto w odniesieniu do męskich aktorów widowiska zachodził też problem ze zdobyciem stosownego obuwia: nie każdy został pobłogosławiony takim rozmiarem stopy jak ja i dla wielu możliwość znalezienia obuwia „damskiego” na ich rozmiar była ograniczona; na obecnym etapie historii pełna numerówka ładnych butów dostępna jest w sexshopach (cóż za idiotyzm! Jak gdyby buty miały coś wspólnego z przynależnością płciową!), i kupowanie zarówno w internetowych jak i tradycyjnych sklepach tego typu może budzić opory. Zacząłem też szukać okazji do poznania dodatkowych środowisk – w ten sposób nawiązałem bliższy kontakt ze Studenckim Kołem Naukowym Queer Studies „Nic Tak Samo”, gdzie podczas jednej z kilku prelekcji, na których byłem, dano mi okazję wygłosić zaproszenie do udziału w happeningu. Na puszczonej przeze mnie kartce pojawiło się kilka maili, „oczywiście” wyłącznie do osób żeńskich, które wszakże nie mogły być jedynymi wykonawcami „Pociągu do dobrych butów”. Zresztą po zwrotnym kontakcie z mojej strony okazało się, że tylko jedna osoba z tego kręgu faktycznie podtrzymuje kontakt.

W międzyczasie rzuciłem okiem na kalendarz i zastanowiłem się nad optymalnym terminem wystawienia happeningu. W odróżnieniu od analogicznego okresu roku ubiegłego, tym razem nie było Majówki Antyhomofobicznej KPH i mój happening był skazany na status wydarzenia zupełnie samodzielnego. To dawało mi swobodę odnośnie ustalenia terminu, ale również napawało obawami ze względu na obsługę medialną widowiska, albowiem przy okazji zeszłorocznej Majówki zainteresowanie mediów było stymulowane przez Kampanię. Tym razem miałem już we własnej komórce parę numerów do dziennikarzy i jedyne, co mogłem zrobić, to spróbować zainteresować ich osobiście. Pomyślałem, że dość komfortowy mógłby być piątek po Bożym Ciele lub inny dzień tego długiego weekendu. Całkiem niespodziewanie pojawiła się deklaracja ze strony Macieja z Koszalina – przeczytał był pewien mój komentarz w Księdze Gości niniejszej strony z zapowiedzią happeningu poświęconego butom i zamailował z deklaracją uczestnictwa. Był to moment bardzo pozytywny: niesłychanie zobowiązująca jest taka gotowość człowieka z drugiego krańca Polski, by wziąć udział w ulicznym skeczu, którego scenariusz nie jest nawet gotowy; poza tym miałem już drugiego samczyka zdeterminowanego, by wystąpić w zdecydowanie zabronionej oprawie obuwniczej (i nie tylko). Udział Macieja wiązał się oczywiście z pewnymi problemami logistycznymi, ale jego akces wyrwał sprawę z martwego punktu. Niebawem na jednym ze spotkań dyskusyjnych w naszym kręgu TransFuzyjno-KaPeHeckim również puściłem przez krąg osób listę z zarysem happeningu i prośbą o zgłoszenie się do uczestnictwa. Nie wiem, czy mój wygląd codzienny mógł mi w tym pomóc czy nie (było to po moim powrocie z pracy, gdy chodziłem już w spódnicach i naprawdę ładnie prezentowałem się w butach oraz pończochach), ale ten połów wśród ludzi się już udał: dostałem w sumie około 10 deklaracji uczestnictwa i mogłem zacząć sobie wyobrażać podział ról oraz dalsze szczegóły widowiska. W międzyczasie nastąpiło już kilka moich występów w telewizji, a co więcej, nawiązała ze mną kontakt red. Kinga Wołoszyn-Świerk z projektem nakręcenia obszerniejszego niż dotąd reportażu o moim antyfacetowaniu i wiadomo już było, że jest ona zainteresowana najbliższym happeningiem.

Należało zabrać się za szczegółowy scenariusz widowiska – w pierwszym momencie widziałem radosny korowód ludzi noszących buty na przekór obyczajom, lecz to zdecydowanie za mało, by widowisko przyciągnęło czyjąś uwagę na tyle, by widz zechciał przystanąć i obejrzeć je do końca. Potrzebne było coś wizualnie zwracającego uwagę przypadkowych przechodniów na obuwie paradujących ludzi z Pociągu. Przyszło mi do głowy, że gdzieś powinno być napisane albo pokazane, że jest to POCIĄG i że jest on DO DOBRYCH BUTÓW. Uznałem, że noszenie planszy z napisem przez osobę na czele pociągu (czyli mnie) to zdecywowanie za mało i rozwinąłem tę myśl do wiizualizacji w postaci podłużnej planszy ukazującej pociąg w ikonkowaty sposób. Aby taka plansza przedstawiała pociąg widziany z boku, powinna być ona wąska i długa oraz noszona poziomo. Zakładałem, że uczestnicy pociągu powinni mieć wolne ręce, aby móc je ułożyć na barkach swojego poprzednika w korowodzie, stąd założyłem, że plansze powinny być zawieszone na pętlach sznurka przełożonych przez kark każdej z osób stanowiących ramę pociągu. Aby z obu stron pociąg był widoczny ze swym pełnym przekazem ideowym, z drugiej strony każdej osoby noszącej planszę powinna być zawieszona taka sama plansza, lecz będąca symetrycznym odbiciem tej prezentowanej po stronie przeciwnej (w przeciwnym razie lokomotywa w jednym pociągu byłaby z tyłu). Gdy dalej zastanawiałem się nad wizerunkiem pociągu, uznałem, że powinien on nawiązywać do tematu obuwniczego w maksymalnie wyrazisty sposób, zatem powinien to być pociąg towarowy złożony z wagonów załadowanych butami z irracjonalnych powodów zabronionymi dla mężczyzn. Oczywistym było, że zamknięte wagony kontenerowe, gdzie tylko list przewozowy w okienku świadczy o ładunku, nie spełniłyby swej funkcji; tylko wagony platformy, na których uwidocznione będą rysunki dobrych butów w surrealistycznej skali, będą odpowiednio wyraziste. W którąś noc kwietnia lub maja zabrałem się za sprawę i zrobiłem, co następuje:














Chodziło o maksymalnie czytelne zbudowanie skojarzenia pociągu w obu znaczeniach tego słowa i butów oraz o przekazanie tytułu i zarazem ideowego przesłania widowiska, postanowiłem więc zbudować ikonki lokomotywy i wagonów w oparciu o proste składniki rysowane na czarno: prostokąty, koła, okręgi, zaokrąglone obramowanie prostokąta itp. Z kolei buty narysowałem odręcznie (czyli myszą) za pomocą grubej czarnej kreski, starając się, by jak najprościej pokazywały profile wielu modeli obuwia dostępnych dla ludzi pierwszej kategorii, a zabronionych obyczajem dla tych najwidoczniej gorszych. Oczywiście, dla utrzymania skali i proporcji klonowałem pierwszy udany wizerunek buta na obcasie, tworząc nowe modele przez modyfikację skopiowanego wzoru (tak się rysuje w komputerze). Aby powiązać buty z osobami występującymi w happeningu, jeden z wagonów uczyniłem osobowym i umieściłem na nim okienko z czytelnym napisem przedstawiającym relację pociągu: „DO DOBRZYCH BUTÓW”. Rysując obrazek pociągu miałem już kupione lekkie plastikowe płyty o strukturze przypominającej tekturę (tzw. Tekpol) i znałem realne wymiary po ich przycięciu na potrzeby widowiska: długość 2 m i szerokość ok 33 cm (uzyskane z pocięcia 2 płyt 2 m x 1 m). Przy takim kształcie płyt i ich poziomym ułożeniu rysunki wagonów powinny mieć 2 m szerokości i ok. 30 cm wysokości, przy czym wydruk takich plików możliwy byłby w drukarni z beli papieru wielkoformatowego lub w formie wycinków o wysokości ściągniętej do krótszego boku arkusza A3. Zakładałem 2 warianty widowiska: „bogaty/wypasiony” i „realistyczny”. Ten pierwszy wymagałby zatrudnienia 6 osób jako punkty podporowe „wagonów” pociągu (każda plansza byłaby niesiona przez 2 osoby, a osoby te trzymałyby poprzednika rękami opartymi na jego barkach), wariant drugi natomiast miałby „wspólne wózki” dla sąsiednich „wagonów” (4 osoby, z czego 2 niosące na sobie sznurkową pętlę dwóch sąsiednich plansz bocznych). Schematycznie miało to wyglądać następująco:





Lokomotywą” a jednocześnie „przednim wózkiem” pociągu miałem być ja – odpowiednio ubrany i uzbrojony w urządzenie grające stosowne dźwięki. Gdy już dobrze poczułem presję czasu, poszukałem w internecie odgłosów kolejowych – trafiłem na kilka stron hobbystów gromadzących gwizdy parowozów, odgłosy hamujących składów i lokomotyw parowych nabierających prędkości. Po zebraniu całej kolekcji takich nagrań, filmików o lokomotywach i oddzieleniu ich ścieżek dźwiękowych, uzyskałem w końcu stosunkowo czyste odgłosy kolejowe i poskładałem je sobie w sekwencję opisującą ruch pociągu: gwizd, start maszyny parowej, odgłosy wagonów w biegu, wreszcie hamowanie pociągu. Stosunkowo wcześnie zdałem sobie sprawę, że dobrze byłoby nadać widowisku charakter dziecięcej zabawy, zatem wypadało dodać do soundtracku popularną melodię o pociągu, który jedzie z daleka. Tu poprosiłem Mamę o zagranie tego motywu na fortepianie w różnych wersjach (ale na szczęście w tej samej tonacji), i z nich powycinałem sobie sekwencje maksymalnie pasujące do widowiska, w którym paradować mają ludzie maszerujący w niecodziennym obuwiu i uwaga publiczności powinna koncentrować się na ich rytmicznej pracy nóg; stąd melodia musiała być grana maksymalnie rytmicznie, skandująco. Gdy motyw muzyczny miałem już gotowy, ponakładałem go z łagodnym przenikaniem się na odgłosy kolejowe pocięte według faz ruchu pociągu. Było już przeraźliwie blisko realizacji widowiska, a ja wciąż miałem poczucie braku należytej jego dramaturgii. Aż tu wreszcie wymyśliłem, że przecież widowisko realizować będzie niemal armia ludzi (ograniczona wszakże do 14 – tyle bowiem można użyć w zgromadzeniu publicznym bez obowiązku zgłaszania go władzom), i show byłby mdły, gdyby oni tylko szli od początku do końca w tym samym układzie. I przypomniało mi się też, co robią pociągi – otóż one stają na stacjach i przyjmują pasażerów. Odtąd stało się jasne, że muszą być też stacje, które trzeba by rozmieścić na Rynku, i do których mój pociąg by zmierzał. Stąd niektóre stacje byłyby pośrednimi, a jedna – celem podróży, gdzie nasz pociąg kończyłby bieg. Oczywiście, stacje otrzymałyby nazwy symboliczne i wzmacniające przekaz ideowy, zaś stacja końcowa powinna stanowić puentę. Sprawdziłem, że przynajmniej jeden z moich odtwarzaczy MP3 jest w stanie niemal bez przerwy w trakcie odtwarzania przeskakiwać na następny lub poprzedni plik i odbywa się to bez jakiegoś straszliwego zapętlenia funkcji odtwarzania (co miało miejsce podczas prób do 1 happeningu i oznaczało potencjalny koszmar dla prowadzącego widowisko). Stwierdziłem więc, że jako „maszynista” prowadzący ten pociąg będę przełączał pliki obrazujące poszczególne fazy jego ruchu stosownie do sytuacji, tj. zbliżając się do stacji będę przechodził na „hamowanie”, które płynnie będzie się zaczynało fragmentem odgłosu wagonów „w trasie”, zaś po gwizdach parowozu będzie „odjazd”, a po nabraniu prędkości płynnie odegra się stukot wagonów „w trasie”. Osiągnąłem to najpierw tworząc wspólny plik z całym ruchem pociągu i tnąc go na odpowiednie kawałki. Z kolei podczas postojów na stacjach planowałem odtworzenie stosownych komunikatów megafonowych, w tym także specjalnego miksu na stacji końcowej, gdzie nastąpi puenta widowiska.

Koncepcja stacji rozmieszczonych w różnych punktach Rynku była ciężka – wymagałaby przenoszenia gadżetów w różne miejsca szybciej niż dotrze do nich pociąg, co spoczywałoby na barkach osób mających na poszczególnych stacjach do pociągu wsiadać, a skądninąd pojawiła się obawa, czy przy takim rozciągnięciu widowiska w czasie i przestrzeni, ktokolwiek zechce je prześledzić od początku do końca. Ponadto, po zabraniu pasażerów z 2 stacji, byłaby już tylko jedna osoba do celów technicznych obciążona zadaniem przeniesienia gadżetów stacyjnych na miejsce finałowe, a wiedziałem już, że będzie to stojak z nazwami stacji naklejonymi warstwowo (tak by po przejściu pociągu przez każdą stację zerwać wierzchni papier i odsłonić nazwę następnej stacji), i że będzie też „peron” – kawałek chodnikopodobnej wykładziny wyłożony obok stojaka z nazwami stacji. Zakładałem też, że po każdym zatrzymaniu się na stacji pociąg będzie podnosił swoje boczne plansze od strony peronu, i pod nimi wsiadać będą pasażerowie. Trochę przerażała mnie komplikacja ról i ruchów do wykonania przez wszystkich aktorów, ale sam jeszcze sporo spraw miałem do załatwienia, więc do czasu próby specjalnie się nie przejmowałem.

Tymczasem należało przygotować się na przyjęcie Macieja we Wrocławiu. W moim studio mieszkalnym absolutnie nie ma warunków do przenocowania kogokolwiek poza moim łożem, a tego specjalnego powołania do wpuszczania tam chłopaków nie mam, ergo trzeba było załatwić coś na mieście. Myśląc w kategoriach ekonomicznych odkryłem, że tanie miejsca noclegowe mogą być w akademikach. Wyguglałem sobie listę namiarów do akademików wrocławskich uczelni i w poniedziałek rozpoczynający tydzień z dniem wyznaczonym na happening zacząłem tam dzwonić. Rychło się zmartwiłem, bo okazało się, że albo wszystkie miejsca są zajęte przez regularnie tam mieszkających studentów i szerokiej publiczności zostaną udostępnione dopiero od lipca, albo na ten zbliżający się długi weekend wszystko zostało już zarezerwowane. Ostatnia na liście była „Jubilatka” – dom studencki Akademii Medycznej. Z portierni akademika przekierowano mnie do biura bodajże działu studenckiego i tamże miła pani potwierdziła, że istotnie, na interesujący mnie czas jest jeszcze miejsce w 2-osobowym pokoju. Od razu je zarezerwowałem, przy czym pokój miał prywatną łazienkę i za dopłatą można było wykluczyć możliwość dokwaterowania drugiej osoby. Z Maciejem uzgodniłem, że wariant ekonomiczny (z możliwością dokwaterowania kogoś) jest OK i byłem cały happy, że jednak sprawa dała się załatwić i to niewysokim kosztem (50 PLN + VAT za noc). Maciej miał przyjechać w środę, w czwartek było Boże Ciało i o 15 próba happeningu, zaś w piątek 23.05.08 – jego wykonanie, wyjazd Macieja – w sobotę. Do tego czasu musiałem we wtorek iść do pracy, w środę skoczyć do pracy na wyjątkowe spotkanie z Szefową, zorganizować wydruk ikonek kolejowych, odebrać Macieja z dworca i po zaopatrzeniu go w to co trzeba, umieścić w miejscu zakwaterowania. Wieczorem natomiast miałem zamiar być w domu i ponaklejać obrazki kolejowe na plastikowe płyty, podziurkować je, wreszcie zrobić odpowiednie pętle łączące te płyty, aby na próbie następnego dnia można było je zawieszać przez kark osób stanowiących ramy Pociągu do dobrych butów. W ten sposób w czwartek uczestnicy próby zobaczyliby gotowe plansze, odtwarzacz zagrałby podkład dźwiękowy i wraz z linoleum „peronowym” realizm próby byłby maksymalny. Na dzień happeningu pozostałoby tylko zrobić wydruki nazw stacji, stojak dla nich i ulotkę do rozdawania przechodniom. Było to absolutnie realistyczny plan, albowiem happening miał się odbyć w piątek o 18 – to rozstrzygnięcie wynikało z godzin pracy niektórych wykonawców widowiska, a ostatecznie spetryfikowała tę godzinę Kinga, otrzymując operatora kamery i dźwiękowca na późne popołudnie i wieczór. Jak się okazało, pora ta była całkiem w porządku. Jednym słowem timing był napięty, ale możliwy do spełnienia bez nadmiernego stresu.

Sytuacja w środę 21.05 rozegrała się jednak inaczej. Odbyłem przed południem zaplanowane spotkanie w pracy na temat zlecanego mi dodatkowego zadania, i rychło otrzymałem telefon od Macieja o przygodach podczas jego podróży. Otóż wyruszył on z Koszalina przed szóstą rano, i trafiwszy do Poznania, przesiadł się w swoich szpilkowych butach do pełnego kiboli pociągu na Wrocław. Pomimo obecności patrolu policji na pokładzie, zmuszony został do opuszczenia pociągu na jednej z najbliższych stacji, w Kościanie. Tamtejsza policja z kolei, nim zrozumiała, że Maciej biegnący peronem w jej kierunku nie jest przestępcą i raczej sam ubiega się o ochronę, najpierw dla pewności go skuła, a dopiero na komisariacie ustaliła jego właściwy status. Swoją drogą, dobrze, że stosunki u nas nie są już zbyt azjatyckie i że przed wyjaśnieniem sprawy nie biją, a co najwyżej zakuwają. Tak więc Maciej został zmuszony do jazdy następnym pociągiem, a ja miałem wrażenie, że po wyjściu z pracy skoczę do drukarni i odbiorę Macieja z dworca mając już wydruki ikonek kolejowych przy sobie. Niestety, środa przed Bożym Ciałem to we Wrocławiu tradycyjnie dzień komunikacyjnej zapaści, więc gdy wjechałem w korek prowadzący do Śródmieścia, prędzej Maciej dojechał do Wrocka następnym pociągiem i nawet okazało się, że nie może poczekać na mnie na dworcu, bo ci sami kibole stanowią tam zagrożenie. Tak więc Maciej ewakuował się z dworca pod budynek dyrekcji kolejowej, ja połapałem się, gdzie jest na podstawie jego opisu widoku wokół siebie i stamtąd go zabrałem, po czym podryfowaliśmy w kierunku drukarni. Nieprędko tam trafiliśmy, a cokolwiek zaprzyjaźniony drukarz zaproponował stosunkowo tanie drukowanie 2-metrowych plików na arkuszach A3 koloru żółtego, dzięki czemu wyrazistość rysuneczków znacznie wzrosła. Drukowanie w tym trybie trochę się przeciągnęło, ale w końcu zostało uwieńczone sukcesem, i pobrnęliśmy w korku do pewnego hipermarketu po artykuły żywnościowe dla mnie i dla Macieja. Potem umieściliśmy się w korku prowadzącym ku ulicy Wojciecha z Brudzewa, gdzie położona jest „Jubilatka”. Już dobrze po 18 byliśmy na miejscu i z najwyższą ulgą zostawiałem Macieja w całkiem ładnie umeblowanym pokoiku z łazienką, telewizorem, lodówką, czajnikiem elektrycznym i sklepikiem spożywczym na parterze tego samego budynku. Zabrałem reklamówkę z moimi artykułami żywnościowymi i co sił w aucie pobrnąłem w korku ku domowi, gdzie nad dzielnicą krążył policyjny helikopter – niezawodny zwiastun, że na pobliskim stadionie rozgrywa się mecz piłkarski. Jako że ubrany w całym tym dniu byłem ładnie: w długą spódnicę, pod nią pończochy lub rajstopy i półotwarte buty szpilkowe, nieco obawiałem się przejścia z auta do domu, tym bardziej że ONI wówczas już wychodzili z meczu. Co jednak ciekawe, nikt z kiboli i ich lasek idących ku miastu i dzierżących puszki piwne nawet nie zauważył niczego szczególnego, gdy przecinałem się pod prąd ich strumienia. Zresztą w takich momentach ulica jest pełna wolno jeżdżących radiowozów, więc być może paradoksalnie bezpieczniej jest niż na co dzień. Z najwyższą satysfakcją zamknąłem za sobą drzwi wejściowe, myśląc, że teraz spokojnie zjem mocno opóźniony posiłek i mam dla siebie cały wieczór na wykonanie zaplanowanych przygotowań do happeningu...

Mój spokój nie trwał długo – jeszcze zanim rozpakowałem się, zagrała komórka. To dzwonił Maciej i powiedział, że... wyrzucają go z pokoju w akademiku. Pomyślałem, że bardzo szybko wyluzował się po dniu pełnym napięć i zebrało mu się na żarty: żart byłby przedni – powiedzieć mi, że całe powrotne brnięcie przez korek do domu na daremno, i na dodatek, że cudownie niemal załatwiony nocleg w dobrych warunkach nieaktualny. Maciej jednak upierał się, że to prawda i zaczął opowiadać szczegóły. Oto zmieniła się recepcjonistka, a ta nowa przyszła do jego pokoju i zażądała jego opuszczenia, mówiąc, że jakkolwiek osobiście nie przeszkadza jej jego ubiór (buty), to dostała takie polecenie od szefowej, i że w ogółe tutaj mieszkają studenci i muszą mieć spokój do nauki. Maciej referował dalej, że jeśli dobrowolnie nie opuści pokoju, zostanie wezwana policja. Zasugerowałem, żeby to on pierwszy zadzwonił na policję, bo właśnie zostaje bezprawnie pozbawiony możliwości skorzystania z usługi, którą opłacił z góry, i żeby zamknął się w pokoju zostawiając klucz przekręcony w zamku. Liczyłem, że w razie przyjazdu policji sprawa zostanie rozstrzygnięta zgodnie z prawem, rozsądkiem i polityczną poprawnością/zwykłą ludzką przyzwoitością. Wciąż myślałem, że zdołam zjeść posiłek i że tak absurdalna sprawa rozwiąże się sama. Jednak telefony od Macieja nie pozostawiały złudzeń: zanim jeszcze wykonał swój manewr z kluczem w zamku, został mu on odebrany, ergo czekał już tylko na przyjazd patrolu policyjnego w otwartym pokoiku, w dalszym ciągu odmawiając opuszczenia go. W międzyczasie pojawił się nowy pretekst do eksmisji: strona akademikowa połapała się, że pobrała od Macieja niższą stawkę niż za ten typ pokoju się należało (albo pomylono się z obliczeniem VAT-u). Kwitek potwierdzający wpłatę miałem ja, bo płatność tę regulowałem, zatem za chwilę przez telefon Macieja odezwała się nowa recepcjonistka z żądaniem, abym przyjechał z powrotem i oddał dowód wpłaty w zamian za zwrot gotówki (w ten sposób w ogóle nie miałbym w ręku namacalnego dowodu całego incydentu!). Strona akademikowa nie próżnowała: wymyślono jeszcze jeden pretekst usunięcia Macieja z pokoju. Nagle okazało się, że jego pokój zarezerwowany jest dla (hipotetycznego) lekarza, który przybyć miał na Akademię Medyczną na konferencję czy coś takiego. Pretekst ten również nie trzymał się logiki: pokój zajmowany przez Macieja był 2-osobowy, więc jeden lekarz-widmo zawsze mógł tam zostać po prostu dokwaterowany. Nawet gdyby przez pomyłkę zarezerwowano lekarzowi pokój na wyłączność, to po jego przybyciu i błędnym zakwaterowaniu Macieja można było lekarza przeprosić i obniżyć płaconą przezeń stawkę. Historia o lekarzu jednak pojawiła się stosunkowo późno, co świadczy o tym, że została wymyślona w toku dalszej pracy umysłowej kierowniczki DS „Jubilatki”. Co więcej, recepcjonistka twierdziła przez telefon w rozmowie ze mną, jakoby w ogóle pokoje gościnne były przeznaczone na wyłączny użytek lekarzy odwiedzających AM. To również bzdura: podczas rezerwacji miła pani z działu studenckiego nie wypytywała mnie o status albo zawód Macieja, tudzież o jego powód zatrzymania się we Wrocławiu. Gdy sarkastycznie stwierdziłem, że w internetowej reklamie akademika powinni byli zaznaczyć, jakich katetorii gości sobie nie życzą i czego gościom nosić nie wolno, Pani Recepcjonistka szalenie bystro stwierdziła, że zapis na stronie w necie to... komputerowy błąd. Oj, Droga Pani, komputery takich błędów nie popełniają – to ludzie są rasistami, ksenofobami, transofobami, homofobami itp. Owszem, jeden błąd się znalazł, i to zgoła nie komputerowy: na kwitku nazwano Macieja Marcinem, ale to chyba nie jest przeszkoda nie do pokonania...





Oto Maciej – bez najmniejszej reklamówki wyrzucony z luźno trzymanymi w rękach artykułami żywnościowymi


Ewakuacja Macieja spod...


...Domu Studenckiego „Jubilatka” Akademii Medycznej we Wrocławiu, mieście spotkań (ale nie każdych...)


Za tymi drzwiami obowiązuje tylko niesłychanie tradycyjna polska gościnność – goście w niewłaściwym obuwiu tu nie zamieszkają.



W którejś z przerw w połączeniach z Maciejem zacząłem wydzwaniać po wszystkich kontaktach z dziennikarzami i redakcjami, jakie tylko w komórce swej znalazłem. Trafiłem więc do TVN, Gazety Wyborczej i TVP Wrocław. TVN zainteresował się sprawą w tym sensie, że dowiadywał się co chwilę o rozwój sytuacji na froncie, jednak, jak się dowiedziałem później, wieczorem w środę przed Bożym Ciałem jedyna ekipa z kamerą była poza Wrocławiem. Padła również fraza, że obecność ekipy miałaby jątrzący wpływ na konflikt; temat nie został faktycznie podjęty. Gazeta Wyborcza również śledziła rozwój sytuacji, ale działania podjęła następnego dnia – red. M. Kasperska odwiedziła Macieja w nowym miejscu zakwaterowania i spisała jego historię, co zaowocowało artykułem w piątkowym wydaniu Gazety. TVP również podjęła temat, ale do kręcenia materiału zabrała się w piątek rano, w dniu happeningu. Tak więc, w środę wieczorem żadna natychmiastowa interwencja mediów nie nastąpiła, natomiast niebawem okazało się, że policja istotnie interweniowała, lecz... poparła stronę akademiku dążącego do wyrzucenia Macieja, twierddząc, że... (sic!) akademiki „rządzą się swoimi prawami”. Odtąd Maciej był na skwerku na ławce, a ja musiałem po niego pojechać i znaleźć alternatywne zakwaterowanie. Najprostszym okazało się przenocowanie Macieja w biurowych pomieszczeniach KPH i Trans-Fuzji. Pobrawszy klucz od kogoś odpowiedzialnego za biuro, przewiozłem tam Macieja, dokładając zapasowy zestaw pościeli z mojego domu. Łazienki wprawdzie Maciej nie miał, ale prostą kuchenkę, naczynia, umywalkę z toaletą oraz kanapę, na której mógł sobie pościelić. Poza tym mógł się czuć trochę jak bohater sztuk Różewicza, gdzie przez scenę przechodzą różne osoby jak w publicznym miejscu – pomieszczenia tego kamienicznego mieszkania są używane przez szereg organizacji, nie licząc właściciela, Sierpnia'80, a wielgachne okna bez firan przypominały siedzenie na sklepowej wystawie. W każdym razie około północy Maciej był zabezpieczony, a ja wróciłem do domu na dobre. Jednakowoż żadne z czynności zaplanowanych na ten wieczór nie doszły już do skutku. Brak jednego wieczoru był wyczuwalny do ostatniej chwili.

Oto link do póki co dostępnego artykułu o sprawie:

http://miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,5240165.html



W Boże Ciało rozdzwoniły się telefony i, jak już wspomniałem, do pracy przystąpiła p. Marzena Kasperska z Gazety Wyborczej, zbierając moje relacje o sprawie, zarys planowanego happeningu oraz odwiedzając Macieja. Wciąż miałem do zrobienia wiele rzeczy do happeningu – przed jego próbą zdołałem jedynie powiązać ze sobą płyty na plansze z obrazem Pociągu do dobrych butów i przygotować sprzęt elektroniczny. Niewiele przed godz. 15 wyniosłem wszystko do auta, słysząc „zwyczajowe” okrzyki nienawistników, i wkrótce stawiłem się ze wszystkim na miejscu próby. Nieśpiesznie lecz solidnie zebrała się większość uczestników widowiska, niektórzy zapowiedzieli przyjście dopiero na jego wykonanie, a od paru osób brakowało wiadomości. Przedstawiłem koncepcję widowiska, zawiesiliśmy na sobie plastikowe płyty jeszcze bez obrazków, i zaczęliśmy ćwiczyć przy akompaniamencie odtwarzanych plików. Była z nami red. Kinga, i oprócz czysto towarzyskich aspektów swojej obecności wniosła ważny szczegół techniczny: zaproponowała wypożyczenie na potrzeby happeningu kolejarskich czapek z Teatru Polskiego, w którym również pracuje. Podczas próby zmodyfikowaliśmy nieco założenia widowiska: zamiast przenosić stojak z nazwami stacji postanowiliśmy go trzymać w jednym miejscu, a równocześnie ograniczyć zasięg ruchu pociągu. Dzięki tej redukcji widowisko było bardziej skondensowane w jednym miejscu i łatwiejsze do śledzenia dla przechodniów przypadkowo tam obecnych i zdecydowanych, by przystanąć i zobaczyć ciąg dalszy skeczu. Zmieniliśmy też choreografię odnośnie otwierania się pociągu na przyjęcie lub wypuszczenie pasażerów: zamiast podnoszenia plansz w rękach osób stanowiących ramę pociągu postanowiliśmy, że będziemy przykucać na czas postojów na stacjach – było trochę obaw, że przez moją spódnicę będzie widać więcej niż trzeba, ale to przecież nie pierwsze moje spódnicowe wyjście w teren :). Niemając pewności, ile osób spośród nas naprawdę stawi się na widowisku, zdecydowaliśmy się ograniczyć długość pociągu, tj. nie tylko wybraliśmy wariant realistyczny, lecz zrezygnowaliśmy z jednego segmentu płyt z planszą pociągu, dzięki czemu jedna osoba zwolniła się do roli tegoż pociągu pasażerki. Okazało się również, że Freja zorganizowała zabronione buty dla męskich uczestników korowodu, którzy na co dzień takich nie używają. Zatem po kilkukrotnym przećwiczeniu materiału i stwierdzeniu, że nie zabraknie wykonawców do utworzenia pociągu i po ustaleniu, że pod względem kostiumowym jesteśmy przygotowani, rozstaliśmy się do domów. Ja wszakże jeszcze miałem swoje zadanie domowe do odrobienia.

Musiałem nakleić obrazki pociągu na płyty plastikowe i powstał dylemat: naklejać z obu stron ten sam plik, tracąc część wagonów z modelami obuwia, które miały pojawić się na trzecim segmencie, czy spróbować je jakoś wykorzystać za cenę modyfikacji części wagonów. Naklejanie arkuszy A3 miałem wykonać za pomocą dwustronnie klejącej taśmy, co jest dość czyste ze względu na brak kleju, a kłopotliwe ze względu na produkcję masy ścinków folii ochronnej. Z jednego boku nakleiłem obrazki pociągu w prosty sposób, na drugim zdecydowałem się zaimprowizować inny układ wagonów i butów, jednak bez rezygnacji z wagonu osobowego z podpisem pociągu. To trochę skomplikowało sprawę, lecz już około północy byłem gotów. Potem należało zrobić pliki w komputerze: z ulotką przewidzianą do rozdawania przechodniom oraz z symbolicznymi nazwami stacji. Postanowiłem, że będą to: Maczo (skąd do naszego pociągu „uciekać” będą osoby żeńskie), Nędza Męska (skąd wsiadać będą osoby męskie z upodobaniem do dobrych butów) oraz Wolność (cel podróży, miejsce zapowiedzi z puentą). Jako że nazwy stacji wymyślałem niemal do ostatniej chwili, pliki towarzyszące postojom pociągu na stacjach jeszcze musiały zostać nagrane i tej nocy tego dokonałem. Również dograłem dwie zwrotki piosenki „Jedzie pociąg...” z pośpiesznie zmodyfikowanymi słowami, tak by stanowiły puentę widowiska. Do płyt plastikowych trzeba było jeszcze dodać sznurki biodrowo-pośladkowe – w czasie próby zauważyliśmy tendencję do niestabilnego przechylania się płyt przy pewnych ruchach aktorów stanowiących ramę pociągu. Ok. godz. 3 byłem gotów z plikami dźwiękowymi i wkrótce trafiłem do łóżka. Z uwagi na późną porę nie mogłem zabrać się za sprawy w drewnie. Także część plików graficzno-tekstowych została „na jutro”.

W piątek dość wcześnie rano zostałem obudzony telefonem z TVP Wrocław i bardzo mi to pomogło: dzięki temu pozbierałem się i zabrałem do pracy znacznie wcześniej, niż gdybym polegał na sobie i budzikach. Pozostawało jeszcze zrobić stojak na nazwy stacji, zredagować parę plików tekstowo-graficznych i skoczyć z nimi do drukarni. Przypominałem sobie też, że wypada ułożyć spis uczestników i kontrybutorów happeningu do przedstawienia w finale. Improwizowany projekt stojaka miał zawierać dwie podpory z listew długich na ok. 180 cm. Krytycznym elementem okazały się listwy poprzeczne, które miały łączyć te 2 podpory i stanowić ramę dla oparcia stosunkowo dużego płatu Tekpolu, na którym z kolei miały być warstwowo naklejone nazwy stacji w kolejności stosownej do ruchu pociągu. Ekipa TVP z red. Anną Tuz przybyła o umówionej porze i nakręciła sporo mojej gadki na tle narzędzi, w tym parę wierceń w drewnie, a po jej wyjściu na chwilę trafił mnie szlag: oto jedna z cienkich poprzecznych listewek stojaka pękła i stało się oczywiste, że żadnego naprężenia nie wytrzyma. Musiałem przeprojektować wszystko i zrezygnować z jednej podpory. Za to zrobiłem krzyż u podłoża i ok. godz. 15 stojak stał o własnych siłach. Pojechałem do drukarni, kupując po drodze Gazetę Wyborczą z historią Macieja. Na szczęście w drukarni nie było kolejki i wystarczyło wskazać pracownikowi materiały na pendrivie i wnikliwie sprawdzić, co się wydrukowało i jak. To ważny moment, bo był błąd i położyłby mi widowisko, gdyby zabrakło części nazwy jednej stacji drukowanej na dwóch arkuszach A3. Już ok. 16 byłem na powrót w domu, odgrzałem mrożoną pizzę i równocześnie z jedzeniem jej zabrałem się za warstwowe naklejanie nazw stacji na planszę stojaka, gilotynowanie ulotek nadrukowanych wielokrotnie na kilkunastu kartkach (co dało kilkadziesiąt egzemplarzy). Jakoś „już” kilkanaście minut po 17 byłem gotów i pozostawało mi ubrać się do happeningu. Przez przeoczenie nie znalazłem czarnej sukienki, więc wrzuciłem na siebie panterkową. Makijażu chyba już nie zrobiłem – jedynie codzienne podmalowania i to wykonane bardzo niestarannie. Za chwilę minęła 17.30 i była to najwyższa pora, by zejść ze wszystkim do samochodu.

Musiałem odbyć dwa przejścia z rekwizytami, i ok. 17.45 stałem przed autem ze stojakiem. Po złożeniu tylnych siedzeń próbowałem go umieścić planszą do przodu. Okazało się, że nie zamknę bagażnika przy ramionach krzyża stanowiącego podporę, a przy wstępnej szarpaninie naklejone nazwy stacji już zaczynały się gnieść i były zagrożone pozrywaniem się, albowiem w celu łatwego usunięcia warstwowych napisów, ich mocowania były minimalistyczne. Nie mogłem już sobie pozwolić na powrót do domu ze stojakiem, a zostawienie go na ulicy lub niezamkniętego samochodu też nie wchodziło w grę. Równocześnie uczestnicy punktualnie zgromadzeni przed Galerią Dominikańską byli zniecierpliwieni, co znalazło wyraz w telefonie od Frei, której w hałasie mojej ulicy niemal nie słyszałem. Wyciągnąłem stojak z samochodu i wsadziłem go odwrotnie – tym razem krzyżową podstawą do przodu. Udało się – drewno wprawdzie trochę zachodziło w obszary związane z obsługą auta, ale dało się wejść i jechać, a nawet uniknąć pohakania czarnych rajstop. Za 10 szósta niemal na sygnale wystartowałem ku miejscu zbiórki. Dzięki długiemu weekendowi i porze dnia nie było korków i mniej więcej o 18 byłem w Galerii. Zaparkowałem się i zadzwoniłem do Frei z prośbą o podejście jednej lub dwóch osób na parking, abyśmy szybko przenieśli wszystkie gadżety na miejsce. Niestety, źle nazwałem poziom parkingu, i idący mi na odsiecz Voca i Freja poszli piętro wyżej, komunikując mi dramatycznie, że w żadnym rejonie parkingu mnie nie widzą. Dopiero po wyjaśnieniu nieporozumienia chwyciliśmy za manele i ruszyliśmy ku ruchomym schodom, budząc jakieś reakcje postronnych osób, lecz nie miało to już najmniejszego znaczenia. Przy północnym wyjściu z Galerii wszyscy już byli, w tym Kinga z operatorem kamery i dźwiękowcem oraz wcześniej obiecanymi czapkami kolejarskimi. Happening już prawie się zaczynał, ale my jeszcze nakręciliśmy kilka powtórzeń mojego powitania się z Maciejem, aż było dobrze :). W końcu pociągi czasem się spóźniają... Powyżej fota ilustrująca ostatnią osobę załogi pociągu dobiegającą na miejsce formowania składu.

AKCJA, CZYLI ZNÓW NA RYNKU4

PODSUMOWANIE4

3Powrót (Antyfa Wstęp)

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)