3Powrót (Antyfa Wstęp)

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)



Antyfa 2: SUPERANTYFA 4

Prolog

Już wiosną, równolegle z decyzją o realizacji happeningu „Pociąg do dobrych butów”, miałem ogólną ideę zorganizowania happeningu protestacyjnego w sprawie marnej jakości powierzchni do ruchu pieszego we Wrocławiu, co w szczególności dotkliwie postrzegane jest przez użytkowników butów na obcasie. Otóż nowo wyremontowane obszary wrocławskiego Śródmieścia zostały wyłożone zgoła idiotyczną kostką z ostrymi krawędziami i szerokimi fugami między nimi, gdzie obcasy wchodzą, uszkadzają się przez zarysowanie powierzchni bocznych, a nierzadko też łamią się lub odrywa się od nich flek. Nawierzchnie takie nadają się na strome podjazdy w górach, gdzie bieżnik samochodowych opon powinien zagryzać się w ostre kanty kostki, ale na pewno nie na Rynek, wokół Galerii Dominikańskiej czy Hali Targowej. Tylko nieliczne fragmenty miasta wyłożone są dobrą płytką chodnikową, a na Rynku obszar zdatny do chodzenia zwykle pokryty jest ogródkami kawiarń i piwnych pubów, więc chodzić trzeba po wypukłych kostkach. Z mojego punktu widzenia najważniejsze było, by protest taki w ogóle został podjęty przez męskiego użytkownika butów na obcasie i zamarzyła mi się sytuacja, gdy kroczę z petycją ku Urzędowi Miasta na czele niezadowolonych kobiet, ubranych jak ja, w spektakularne szpilki lub podobny sprzęt. W ten sposób ponownie dałbym szerokiej Publiczności do zrozumienia, że chodzenie w butach na obcasie to rzecz koedukacyjna. Gdy w kwietniu rozmawiałem z Kingą Wołoszyn-Świerk, mającą wówczas dopiero zamiar nakręcić reportaż o moich poczynaniach, luźno wspomniałem o tej idei, a red. Kinga podjęła pomysł entuzjastycznie i zaczęliśmy snuć wizje, jak taki protest mógłby wyglądać. Chyba z ust Kingi padła wtedy idea, by zwizualizować sprawę przez przyniesienie własnej wykładziny, np. dywanu. Pierwszy obraz, jaki mi się nasunął, to użycie kilku osób towarzyszących, które rozkładałyby ten odcinek wykładziny przede mną i protestującymi kobietami, po czym zwijaliby go i rozkładali na dalszy kawałek drogi. Jakkolwiek do realizacji przyjąłem projekt Pociągu do dobrych butów, idea pozostała ze mną, i z czasem doszedłem do wniosku, że rzecz powinna być zmechanizowana. Zaczęły mi się wysypywać pomysły budowy gadżetu: a to jakiegoś zamkniętego obiegu wykładziny ponad głową idącego, który popychałby jakieś obramowanie, a na drogę patrzał przez peryskop boczny, a to coś z dwiema rolkami z przodu i z tyłu, gdzie po nawinięciu rolki tylnej urządzenie byłoby odwracane, aby przejść kawałek drogi z nawijaniem wykładziny na rolkę obecnie wolną. Ten drugi pomysł rodził problem techniczny: jak sprawić, by tylna rolka zwijała wykładzinę po przejściu przez nią użytkownika/ów: wymagałoby to bowiem jakiegoś chytrego napędu, tym bardziej, że prędkość nawijania zmieniałaby się wraz z ilością wykładziny na bębnie, więc proste przełożenie z przedniej rolki na tylną nie wchodziło w grę. Problem przypominał napęd szpuli w magnetofonie, gdzie zawsze są jakieś sprzęgła cierne, a równy przesuw taśmy wyznaczają rolki przy głowicy. Oczywiście nie chciałem budować urządzenia z silnikiem i masą przekładni, a poza tym jej użycie wymagałoby schodzenia z pasa wykładziny i mozolnego przestawiania całej maszyny celem ewentualnej zmiany toru ruchu. W końcu wymyśliłem pół maszyny tego typu: coś w rodzaju taczki z jednym bębnem, z którego wykładzina byłaby rozwijana podczas marszu, a po wyczerpaniu jej długości, zwijana, i wtedy dokonywałoby się skrętów wynikających z zamierzonego kierunku ruchu. Założyłem, że bęben będzie na ramie dostępnej dla użytkownika na wysokości rąk, a w czasie zwijania wykładziny na bęben użytkownik będzie stał na pomoście urządzenia. Z ogólnego wyobrażenia projektu wyszło mi, że niemal wszystkie materiały do wykonania takiego gadżetu właściwie już mam w postaci zeszłorocznego Paramobilu, który spędził rok w postaci rozłożonej do podstawowych segmentów w kanciapie siedziby KPH. W szczególności było tam sporo listew i deseczek drewnianych, szare płyty Tekpol na „karoserię” oraz 3 koła: jedno samonastawne i dwa statyczne. Pozostawało zastanowić się, z czego zrobić bęben do zwijania wykładziny, bo ani w garażu, ani w podręcznych domowych rupieciarniach, nie miałem żadnego walcowatego przedmiotu odpowiedniej wielkości. Zacząłem się tym martwić.

Nastały wakacje, spędzane dość zgniło w Tarnowskich Górach, gdzie nie wolno mi być sobą, a jedynie jeść, pić, i jeździć na rowerze w stosunkowo niekontrowersyjnym stroju. Aby jakoś ten czas wykorzystać, zastanawiałem się też nad innymi aspektami widowiska, bo wiadomo, ze sam gadżet i moje pojawienie się z nim, wszystkiego nie załatwią. Uświadomiłem sobie, że niewątpliwie będę musiał prowadzić jakiś okolicznościowy monolog przez megafon i przydałby się też motyw muzyczny, który odtworzony odpowiednio głośno zwracałby uwagę na mnie i wypełniał momenty przerwy w tekstach przeze mnie wygłaszanych. Szukałem więc utworów muzycznych z motywami maszerowania, i po odrzuceniu marszów Straussa, gdzie ani nie ma tekstów, a muzyczne wyrafinowanie jest za wysokie i czas trwania utworów stanowczo za długi, doszedłem do popularnego standardu jazzowego „When The Saints Go Marchin' In”. Motyw ten nie jest już chroniony prawami autorskimi ze względu na swą popularność i odległy czas skomponowania, a nie jest też w swej kanonicznej postaci skomplikowany, więc nie potrzeba do jego odtworzenia niczyjej artystycznej interpretacji. Podczas kąpieli zastanawiałem się nad alternatywnymi słowami nawiązującymi do tematu happeningu, i z czasem ułożyło mi się parę linijek na dwie zwrotki, chociaż później okaże się, że wykorzystam tylko jedną.

Wobec toksycznej atmosfery odnośnie moich happeningów w domu, nawet nie przyznawałem się do planowania kolejnego. Nie zrobiłem więc żadnego rysunku technicznego z planem nowego gadżetu – wszystko pozostawało na poziomie schematu ideowego, a wciąż nierozwiązane były kwestie materiałowe. Gdy wczesną jesienią otwarto w Tarnowskich Górach oddział pewnej sieci marketów budowlanych, udałem się tam na przechadzkę i zaświtało mi, że bęben do zwijania wykładziny będzie można zrobić z odpowiednio szerokiej rury kanalizacyjnej z PCV, przy czym wciąż był problem osadzenia jej na jakiejś osi pozwalającej na swobodne obracanie się do rozwijania i zwijania wykładziny. Plastikowa rura to dość wdzięczny obiekt, w którym można wywiercić otwory do zamocowania wykładziny na śrubach lub wkrętach przepuszczonych przez jakąś szynę rozkładającą naprężenia na większą powierzchnię wykładziny, zaś kołnierz rury, rozszerzenie mające łączyć ją z kolejną rurą, byłby przeznaczony na montaż korby albo jakiegoś koła większej średnicy, które pomagałoby ręcznie kręcić w ten sposób zbudowaną zwijarką. Od razu w sklepie budowlanym stwierdziłem, że robienie własnym sumptem osi wewnątrz bębna to nieporozumienie – nie zrobiłbym tego równo bez urządzeń do skrawania dużych średnic, a w stolarniach marketów budowlanych jakoś nie kroją okrągłych kształtów. Postanowiłem, że bęben z kanalizacyjnej rury będzie wisiał na prostych plastikowych kółkach umocowanych do drewnianej ramy za pomocą śrub metrycznych z nakrętkami, lecz bez gwintu pod główkami, dzięki czemu bez żadnego ułożyskowania będą doskonale spełniać rolę osi kółek spełniających rolę rolek. Co więcej, taki układ będzie pod każdym względem wykonalny przy moich zasobach narzędziowych, pomimo różnic w średnicy obu krańców rury. W odpowiednim momencie przed wyjazdem do Wrocławia chyłkiem dostarczyłem nabyte komponenty do samochodu, i już wkrótce, po nabyciu we Wrocławiu stosownego kawałka wykładziny PCV, zabudowałem ją na bębnie i przygotowałem listwy z kółkami mającymi być rolkami dla bębna zwijarki. Mniej więcej wtedy przyszła mi do głowy nazwa gadżetu i zarazem tytuł happeningu: „PryChod”, czyli Prywatny Chodnik. Aha, kierując się intuicją załadowałem też do auta brudne i częściowo pokruszone kołpaki ze starego samochodu – przeczuwałem, że dzięki swej znacznej średnicy mogą przydać się, gdy będę konstruował koło ręczne do obsługi zwijarki.

Odnośnie przebiegu happeningu nie było wciąż jasne, jak połączyć motyw prezentacji gadżetu i zainscenizowany protest przeciwko brukowej kostce, a nawet co zrobić najpierw. Był już wrzesień, zacząłem chodzić do pracy, a jednocześnie działy się epizody medialne. Gdy trafiłem na jedno z organizacyjnych spotkań przed Festiwalem Przeciwko Wykluczeniom, okazało się, że wypada mi podjąć się roli rzecznika prasowego, a ponadto musiałem skonkretyzować datę swojego happeningu. Ustaliliśmy, że będzie to piątek 17.10. Jako że kawałki dawnego Paramobilu leżały w siedzibie KPH, a nowy gadżet miał być odeń znacznie mniejszy, zgodzono się, że w jednym z pomieszczeń będę mógł sobie składać Prychod. Dostałem klucz do pomieszczeń i zabrałem się do roboty.

Wkrótce zrozumiałem, że jeśli umieszczę bęben na wysokości rąk operatora, znaczna część ledwie 4-metrowego pasa wykładziny zostanie uwięziona i zasięg działania urządzenia się skróci. Postanowiłem, że bęben musi być umieszczony w konstrukcji maksymalnie nisko, zatem napęd z koła ręcznego lub korby będzie musiał być przenoszony jakąś przekładnią z wysokości dogodnej dla użytkownika. Znalazłem w domu stare torby i okazało się, że są tam dwa paski parciane w dobrym stanie i o identycznej szerokości, zeszyłem je więc w jeden około metrowy zamknięty obwód i w ten sposób powstał pas transmisyjny. Pozostawało zastanowić się nad kołem pasowym: gdy rzuciłem okiem na ceny profesjonalnych kół pasowych oferowanych przez producentów jako części maszyn, opadła mi szczęka. Na szczęście przypomniało mi się, że nie tak dawno widziałem w jakimś markecie wałek do ciasta z rączkami na osi przeprowadzonej przez środek. Podczas jednej z rundek zakupowych rozglądałem się za takimi wałkami, i jak na złość, znajdowałem wyłącznie modele wytoczone z jednego kawałka drewna. Aż tu w drodze powrotnej, chcąc ominąć korek w pobliżu domu, zjechałem do dawno nieodwiedzanej dzielnicy, gdzie zawsze był osiedlowy supersam. Wstąpiłem tam, i cóż widzę? W niezbyt nawet bogatym dziale z garnkami leży sobie jeden jedyny wałek o wydrążonym otworze z osią, i to za ok. 5 PLN-ów! Oczywiście kupiłem go, i odtąd można było spokojnie zająć się montażem.

Na pierwszą dniówkę wyznaczyłem sobie pewną sobotę na początku października (chyba 4.10). Dawno nie miałem okazji pogadać z pewną Agnieszką, więc zaprosiłem ją na pogawędkę przy narzędziach i bardzo to miłe z Jej strony, że się zgodziła. Wyznaczywszy sobie ambitnie nasze spotkanie na godzinę 10, otrzymałem gwarancję, że rozpocznę pracę odpowiednio wcześnie – bez Agnieszki na horyzoncie pewnie by się to nie udało. Tak więc w sobotę skoro świt w dwóch turach przetaszczyłem do auta narzędzia i dotychczas skompletowane komponenty nowego gadżetu, a po krótkiej jeździe byłem na miejscu montażu, i co więcej – miałem pomocniczkę. Rozmowa przy narzędziach szła doskonale, także praca przy rozmowie. Agnieszka dostała w swe ręce jeden śrubokręt i równolegle ze mną porozkręcała pokaźną część Paramobilu, dzięki czemu odzyskałem surowe drewno, wkręty, tudzież wszelkie blaszki łączące i inne okucia. Już ok. 12 zacząłem konstruować centralne elementy nowego gadżetu, i wieczorem wydawało się, że jego zarys już stoi, a nawet jeździ.

Gdy wszakże przybyłem następnego dnia, okazało się, że pojazd jest niestabilny, gdy użytkownik staje na jego podłodze. Gdyby podczas happeningu pojazd mi podskoczył albo nawet przewalił się na mnie, doprowadzając mnie do spadnięcia zeń, widowisko byłoby klapą, której żaden komik nie obróciłby w żart. Okazało się, że punkty mocowania tylnych kół do ramy trzeba przesunąć bliżej jej krawędzi. Korekta ta zajęła mi ze 2 godziny i zmusiła też do zbudowania nowej podłogi na pomoście dla użytkownika, po czym prowizorycznie zamontowałem ramę zwijarki z bębnem i nastąpiła przerwa do następnego weekendu. Mając trochę czasu do przemyśleń, doszedłem do wniosku, że happening powinien mieć część interaktywną, i że skoro ma to być protest, to znacznie lepiej będzie, jeśli obok świstka z petycją, zrobimy coś wizualnego. Tym czymś mogła być po prostu mapka z fragmentem miasta, gdzie ja i przywołane do protestu kobiety zaznaczalibyśmy obszary nie do przejścia w butach na obcasie. Myśląc nad spełnieniem funkcji rzecznika festiwalowego wymyśliłem, że podczas naszej konferencji prasowej w tle powinna być plansza z dużym wydrukiem naszego festiwalowego plakatu, i od razu stało się jasne, że można w tym celu zrobić sztalugopodobny stojak, który będzie też jak znalazł do zawieszenia protestacyjnej mapki miasta podczas mojego happeningu. Płaszczyzną czynną tej imitacji sztalug stał się arkusz szarego Tekpolu pozyskanego z dawnego Paramobilu, ramę zrobiłem z dwóch najbardziej zmaltretowanych listew, wśród metalowych detali znalazł się jeszcze jeden prosty zawias, i stojak był gotów.



Po tygodniowej przerwie pracę wznowić zamierzałem również w sobotę, i tym razem też miałem osobę towarzyszącą mi: red. Adama Lacha z Newsweeka. Również spotkaliśmy się o 10 i Adam towarzyszył mi w pracy robiąc zdjęcia, kręcąc sekwencje video, i podając potrzebne narzędzia, wkręty i inne detale, gdy „większość” moich rąk zaabsorbowana była trzymaniem luźnych lub chwiejnych części Prychodu. W tym dniu zbudowałem już przyzwoitą ramę dla przekładni pasowej zrobionej z użyciem wypreparowanego wałka do ciasta, do którego z kolei przykręcony był stary dekiel, czyli kołpak z byłego samochodu, a wszystko osadzone na drewnianej osi. Gdy red. Adam poszedł, podjąłem próby zwijania wykładziny za pomocą eleganckiej przekładni pasowej i przeraziłem się: pas nader chętnie ślizgał się, a wykładzina chętniej zwijała się obok bębna niż na nim. Gdyby coś takiego zdarzyło się na happeningu, również wątpię, czy zdołałbym obrócić to w żart. Było już późno, ale podjąłem walkę z tym problemem. Po pierwsze trochę zwęziłem wykładzinę, ale to pomogło poprawić zwijalność tylko o ok. 1 metra. Nakleiłem pod pasem warstwę plastra przylepca, co też trochę pomogło. Dokręciłem na grubszej części bębna haczyki z blaszek kątowych, ale wykładzina zwinąwszy się o kolejny metr wspinała się po nich i też uciekała w bok. Wreszcie wpadłem na najprostszy pomysł: by dobudować do ramy listwy ograniczające możliwość ześlizgiwania się wykładziny podczas jej zwijania. To rozwiązało problem, jakkolwiek poprawne zwijanie miało miejsce tylko przy pełnym naprężeniu całej konstrukcji zwijarki – wspomnę bowiem, że jej rama została oparta na ramie pojazdu za pośrednictwem zawiasów i spoczywała na sprężynach – przewidywałem dociskanie jej nogą; górny wałek z kołem ręcznego napędu był sztywno zintegrowany z ramą Prychodu. Początkowo myślałem bowiem, że podczas rozwijania wykładziny, gdy użytkownik po niej idzie, górne koło pasowe mogłoby w ogóle nie obracać się, dzięki złagodzonemu naprężeniu pasa transmisyjnego, a przekazywanie napędu miałoby miejsce tylko w połączeniu z nożnym dociskiem ramy zwijarki do ramy pojazdu. Niestety ta finezja konstrukcyjna upadła: możliwość naprężania pasa stała się koniecznością dla samego wymuszenia transmisji podczas ruchu powrotnego wykładziny, wobec jej tendencji do stawiania oporu i patologicznego zwijania się, a z kolei nawet podczas jałowego rozwijania wykładziny układ musiał być tak naprężony, że górne koło pasowe działało w każdym przypadku.

Do pracy przyjdę również w niedzielę: zrobię prosty parawan obiecany Towarzyszom na występ lesbijskiego kabaretu Barbie Girls, a ponadto dobuduję uchwyty do popychania Prychodu. Stwierdzę także, że masywna konstrukcja przechodzi poziomo przez drzwi, które pokonać będzie musiał, aby trafić na ulicę – w przeciwnym razie byłoby konieczne podnoszenie go i przenoszenie bokiem w połączeniu z lawirowaniem... Gdy wpadnę w środę na wykończenie konstrukcji, zmienię trochę mocowanie koła pasowego zrobionego z wałka do ciasta i ponakładam w celach ozdobnych parę okładzin z płyt Tekpolu, aby Prychod miał coś w rodzaju karoserii. Prychod uzyska też światełka odblaskowe i coś w rodzaju bagażnika – odtąd będzie już tylko potrzebował napisów. Te przykleję w dniu happeningu, przejeżdżając wcześniej przez drukarnię.

W domu, wieczorami, przygotowywałem inne komponenty widowiska. Ściągnięte z netu wersje „When The Saints...” okazały się zbyt artystycznie wyrafinowane: każda zawierała instrumentalną improwizację, a tego wolałem uniknąć podczas mojego publicznego widowiska. W związku z tym wygrzebałem mój nieco charczący syntezator i poćwiczywszy z pół godziny, zagrałem sobie w brzmieniu organów katedralnych nagi motyw utworu z paroma akordami z lewej ręki. Przewróciwszy moje studio mieszkalne w poszukiwaniu kilku wolnych i odpowiednio długich kabelków i przejściówek, podpiąłem instrumencik do kompa, i po kilku cyklach udało się nagrać przynajmniej jedną zwrotkę w miarę wolną od błędów. Potem równie mozolnie dogrywałem się ze śpiewem przez mikrofon kamery, ale jako że w instrumentalnej wersji śpiewki nie miałem przygrywki, nigdy nie udało mi się zsynchronizować się z akompaniamentem idącym po słuchawkach z empetrójki: zawsze długość mojego śpiewu była inna niż długość podkładu, albo z braku przygrywki właśnie, podkład zaskakiwał mnie i początek śpiewki był zgniły. W końcu zrezygnowałem z ambitnego nałożenia śpiewki na instrumentalny podkład i zrobiłem plik, gdzie obie te rzeczy szły jedna za drugą. W każdym razie empetrójka z jednym plikiem grała go w zapętleniu i jingiel happeningowy był gotów. Pozostawało zrobić ulotkę, powiadomić media, wydrukować odpowiedni jej nakład zawczasu przed widowiskiem, pozyskać współpracowników i uczestników happeningu. Właściwie to tym razem była to prawie solowa akcja: nastawiony byłem na interakcję z osobami żeńskimi spontanicznie przechodzącymi po Rynku, a towarzyszyć mi miały wyłącznie osoby technicznego wsparcia: ktoś do przeniesienia tablicy z mapką, przytrzymywania jej, podawania markerów uczestniczkom, i do rozdawania ulotek. Ogłosiłem na liście mailingowej apel o uczestnictwo i pomoc, i wyłonili się ochotnicy: Marta Tg i Michał Pszczoła. Na wszelki wypadek, gdyby drastycznie zabrakło spontanicznych uczestniczek protestu, zadbałem, żeby znalazł się ktoś z naszych, ale na szczęście podczas akcji ich udział nie okaże się bezwzględnie konieczny.





W dniu happeningu rano odwiedził mnie Adam i trzaskał foty przy każdej okazji. Skoczyliśmy do drukarni, gdzie druknąłem matrycę z ulotkami do rozkrojenia, napisy firmowe dla Prychodu i napis adresowy na jeszcze niezakupioną tuleję na mapkę dla Prezydenta Miasta. Arkusz wielkoformatowy z mapką i petycją do Prezydenta Miasta wydrukowałem był już w środę, i dzięki rozeznaniu Adama z Newsweeka niemal w ostatniej chwili przed spotkaniem z współpracownikami do happeningu, trafiłem do nieopodal położonego sklepu papierniczego, gdzie kupiłem ostatnie drobiazgi: tekturową tuleję na zwój mapki i klamerki do przypięcia jej do tablicy. Parę minut później byliśmy w siedzibie KPH i zeszli się pomocnicy do happeningu: Marta i Michał. Po rozkrojeniu ulotek spakowaliśmy manele, przecisnąwszy Prychod przez wszystkie drzwi, znieśliśmy go po schodach na ulicę. W dość zimnej i wietrznej pogodzie ruszyliśmy ku Rynkowi, a ja z każdym krokiem w moich szpilkowych kozaczkach czułem wysoki współczynnik Cx mojego „pojazdu”.

Niebawem dodam parę ilustracji i dopiszę dalsze segmenty relacji.

AKCJA, CZYLI ZNÓW NA RYNKU4

PODSUMOWANIE4

3Powrót (Antyfa Wstęp)

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)