3Powrót (Antyfa Wstęp)

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)



Antyfa 2: SUPERANTYFA 5



Prolog

Scenariusz tego happeningu był w ogólnym kształcie gotów już jesienią 2009, lecz z różnych przyczyn nie udało się go wykonać w okresie Festiwalu LGBTQ. Jego genezą jest rozpanoszenie się w polskiej rzeczywistości mowy nienawiści w różnych postaciach i na różnych szczeblach. Swego czasu (wiosną 2009) miał miejsce w Szczecinie proces o zniewagę, w którym skazano na solidną grzywnę pewną nienawistną panią, która publicznie nazwała bohatera sprawy „pedałem”. Efekt został popsuty przez prof. Bralczyka, który jako językoznawczy ekspert od polszczyzny stwierdził, że słowo „pedał” właściwie nie jest obraźliwe, czyli podważył jak najbardziej słuszny werdykt sądu i niejako poparł wszystkich nienawistnych krzykaczy, którzy tym właśnie słowem z najwyższą satysfakcją piętnują faktycznych i urojonych homoseksualistów oraz wszystkich, którzy im się nie podobają. Polski sąd rozumiał obelżywość tego słowa oraz nienawistny społeczny kontekst jego użycia w przedmiotowej sytuacji, a profesor – nie. Zbulwersowało mnie to. Jednocześnie nader często widać i inne obrazki z użyciem słowa „pedał”: otóż elementem folkloru prawicowo-nienawistnej młodzieży stała się zabawa połączona ze skakaniem i okrzykami: „kto nie skacze jest pedałem”. Kibole i inni naziole wykonują tę zabawę podczas swoich demonstracji nienawistnych przeciwko wszelkim mniejszościom seksualnym oraz podczas kontrmanifestacji wobec parad i marszów tychże mniejszości. Zabawa ta wydaje się już społecznie oswojoną formą okazywania przynależności do tej jedynie słusznej seksualnej orientacji i obozu o „poglądach narodowych”. Tymczasem, jak się jej przyjrzeć dokładniej, jest to dość obrzydliwa forma piętnowania Innego z pominięciem jakiegokolwiek dialogu z nim, gdzie wystarczy, że ktoś nie robi tego samego co my, czyli nie skacze w tym momencie, a już jest tymże „pedałem”. Ciekawe, czy kibol na wózku inwalidzkim, który na ustawce doznał uszkodzenia kręgosłupa, też „jest pedałem”, bo „nie skacze”? Gdyby kibole i inni myśleli choć trochę podczas swoich działań, chyba musieliby tę zabawę porzucić, jednak na to się nie zanosi. Jest też inna forma mowy nienawiści, pozornie słodkiej i opiekuńczej. Tutaj odnajdujemy palący się „do służby człowiekowi” Kościół katolicki ze swą retoryką o postępowaniu wobec osób homoseksualnych „z taktem” i bez „nieuzasadnionej” ich dyskryminacji (to zapamiętane przeze mnie sformułowania z dokumentów kościelnych przedstawianych w mediach). Wynika z nich, że pewne formy dyskryminacji homoseksualistów są „uzasadnione” (pewnie zgodnie ze światopoglądem Romana Giertycha), a odnosząc się bezpośrednio do osób homoseksualnych zapewne należy powstrzymywać się od wyzwisk, ale poza tym – robić względem nich to „co trzeba”. A co trzeba z nimi robić? Tu jest rozrzut poglądów: jedni by nie dopuszczali homoseksualistów do pracy w zawodzie nauczyciela, inni zgadzają się, że przynajmniej w katolickich szkołach wyznaniowych można zwalniać nauczycieli, którzy homoseksualistami się okażą (min. Radziszewska, ta od zwalczania... dyskryminacji!). Jeszcze inni, jak okresowo nawiedzający Polskę Paul Cameron, psycholog-szarlatan z USA, uznaje homoseksualistów za dewiantów winnych większości nieszczęść ludzkości od przestępczości wszelakiej po molestowanie dzieci i wypadki drogowe. I odpowiednio uznaje, że coś z homoseksualistami trzeba zrobić: leczyć ich? Izolować? Formę tego endloesung pozostawia w formie niedopowiedzenia, ale jego frondowi zwolennicy chętnie sobie dośpiewają, co najlepiej z „homosiami” należałoby robić. Podczas pseudonaukowych prelekcji Camerona i jemu podobnych wszakże nie pojawia się słowo „pedał”: oni są „taktowni” jak nakazuje Kościół, tylko pochylają się nad homoseksualistami z troską i pewnym poczuciem wyższości przysługującym ludziom normalnym i zdrowym wobec chorych, potrzebujących pomocy. Problem pojawia się jednak, gdy ci „chorzy” prowadzą spełnione i szczęśliwe życie realizując naturalną dla nich skłonność do osób tej samej płci, i żadnej „terapii” czy specjalnej troski nie potrzebują, może z wyjątkiem nieprzeszkadzania im w szczęśliwym życiu i wyższej ochrony przed przestępcami motywowanymi nienawiścią wobec odmienności. Jednakże o takiej formie pomocy Cameron i kościelni przyjemniaczkowie jakoś nie mówią... Wtedy wychodzi szydło z worka: nienawistnicy wobec homoseksualistów, bezradni wobec prawa, które dawno już zdekryminalizowało praktyki homoseksualne i przynajmniej werbalnie uznaje obywateli prowadzących je za podmioty równe innym, nie mają instrumentu, którym mogliby przymusić tych strasznych odmieńców do poddania się „leczeniu” bądź izolacji, i jedyne, co mogą przedsięwziąć, to negatywnie nastawiać do nich kogo się da, z nadzieją, że prędzej czy później znajdzie się przestępca gotów „załatwić ostatecznie” parę indywidualnych przypadków homoseksualistów i innych odmieńców. Tak więc słodka gadka o terapii i pomocy homoseksualistom w istocie też jest mową nienawiści inspirującą przestępstwa na tle nienawiści, których notabene polskie ustawodawstwo nie dostrzega i nie penalizuje silniej niż zwykłego bandytyzmu nieukierunkowanego na konkretne grupy społeczne. Przykładowo, wykroczenia związane ze zniewagą są ścigane tylko na wniosek pokrzywdzonego (z wyjątkiem, gdy dotyczą prezydenta L. Kaczyńskiego – wtedy Policja potrafiła z urzędu wykryć nawet trudno uchwytnego, bo bezdomnego sprawcę). Na dodatek, aby sprawa w sądzie mogła się toczyć, pokrzywdzony musi wydać ok. 300 PLN-ów na bezzwrotną opłatę sądową. Jeśli więc ktoś zarabia 1500 PLN-ów miesięcznie netto, to miesięcznie może podać do sądu tylko 5-ciu sprawców zniewag, przy założeniu, że przez taki miesiąc ktoś go wykarmi, a przecież zniewagi dla grup społecznych szczególnie narażonych na nienawiść są częstsze niż wobec kogoś drechom nierzucającego się w oczy, nieprawdaż? Cały miesięczny limit można zaliczyć w jeden dzień! Zatem stan obecny oznacza gorszy dostęp do wymiaru sprawiedliwości dla homoseksualistów i innych odmieńców z tą grupą kojarzonych, ergo jest to DYSKRYMINACJA! No ale Polska, jej rząd w wykonaniu Platformy Obywatelskiej, z minister Radziszewską jako przedstawicielem do walki z dyskryminacją i jej Rzecznik Praw Obywatelskich Teresa Lipowicz, wolą tego nie dostrzegać, właściwie jak PiS, z którym formalnie ta ekipa rządząca wojuje.

Jest jeszcze jeden element, który zainspirował mnie do happeningu i dostarczył mu tytułu: to motyw graficzny NOP-istów w formie znaku drogowego pt. Zakaz pedałowania, który przedstawia dwie postaci ludzkie umieszczone jedna za drugą, z których pierwsza jest pochylona. Ma to wyobrażać męsko-homoseksualny stosunek płciowy, którą to czynność, jak domniemywam, nazwano „pedałowaniem”. Cóż, może to mój defekt, że nie pochodzę z rynsztokowej rodziny, ale znam tylko znaczenie słowa „pedał” jako „dźwignia obsługiwana nogą”, a „pedałowanie” to „naciskanie pedałów, szczególnie celem dostarczenia napędu rowerowi”. Postanowiłem udać naiwnego i trzymać się tych słownikowych definicji powyższych słów, i opracowałem odpowiedni analogiczny motyw graficzny:

Oczywiście znak graficzny to tylko punkt zaczepienia w budowie widowiska: wkrótce ujrzałem siebie jako swoistego mistrza ceremonii, który publicznie dokonuje cudownych uzdrowień osób dotkniętych skłonnością do „pedałowania”, tak jak cuda rutynowo dzieją się na ewangelikalnych religijnych show (bo jak to inaczej nazwać?), co raz miałem okazję zobaczyć osobiście. Ujmując zaś pedałowanie w dosłowny i nierynsztokowy sposób, musiałem po prostu zająć się odkręcaniem pedałów od rowerów. Niebawem stwierdziłem, że same rowery są zbyt monotonne, więc postanowiłem dodać samochód, bo zwykle są w nim aż 3 (słownie: trzy) pedały, czyli problem jest bardziej nawet nabrzmiały niż przy pedałowaniu rowerowym. Napisałem sobie zarys narracji uzdrawiającego mistrza ceremonii wraz z odpowiedziami i partiami osób mających „problem z pedałowaniem” i projekt właściwie był gotów do realizacji. Jesienią 2009 rozpocząłem wysiłki na rzecz zalegalizowania widowiska i uzyskania zgody odpowiednich władz na użycie samochodu osobowego w jego ramach: chciałem bowiem, abym ja lub moi asystenci weszli do samochodu z narzędziami, w tym z głośną szlifierką kątową, mającą być zasilaną z UPS-u przyniesionego z domu, i wydobyli zeń pod okiem Publiczności te straszne pedały, będące źródłem wszystkich nieszczęść. W ramach przygotowania rekwizytów zaprojektowałem odpowiednie plansze do naklejenia na podłużne plastikowe płyty, których 6 sztuk wciąż miałem po happeningu o pociągu do dobrych butów, a przede wszystkim kupiłem na szrocie samochodowym pedały: były to wypasione pedały z jakiegoś modelu Mercedesa, na całym rusztowaniu, które trzymało je przy nadwoziu, z nieco sterczącym w górę pedałem hamulca i niższym sprzęgła, plus pedał gazu w postaci osobnej fantazyjnie wygiętej dźwigienki i plastikowej nakładki. Od strony prawnej potrzebowałem ochrony policyjnej, która była do zapewnienia przy zgłoszeniu widowiska z udziałem 15+ osób do Wydziału Antykryzysowego Urzędu Miejskiego, a zgodę na wjazd samochodu w ramach happeningu miałem pozyskać od Wydziału Kultury Urzędu Miejskiego oraz Straży Miejskiej. Czas płynął, rychło otrzymałem pismo o potwierdzeniu zgłoszenia zgromadzenia publicznego przez antykryzysowy segment UM, lecz w Wydziale Kultury wydano mi ustną zgodę z sugestią, żebym resztę załatwił ze Strażą Miejską, zaś ta upierała się, że muszę mieć dokument na papierze z Wydziału Kultury jako podstawę jej decyzji. Czas płynął, ja prócz tego chodziłem do pracy i nie mogłem stale biegać od urzędowego Annasza do Kajfasza, i w końcu żadnej decyzji nie otrzymałem, ale z innych przyczyn happening nie doszedł do skutku tej jesieni.

Upłynął rok, i przy okazji kolejnego Festiwalu Przeciwko Wykluczeniom Lesbijki Geje i Przyjaciele, z nieco inną ekipą organizującą go, wróciliśmy do pomysłu na ten sam happening, tym bardziej, że mowa nienawiści w międzyczasie ponownie bywała tematem medialnym. Przy kolejnym podejściu do zagadnienia uznałem, że przyda się dżingiel, który byłby odgrywany pomiędzy poszczególnymi scenkami happeningu, i który stanowiłby przerywnik oraz akustyczny znak widowiska. Zainspirowali mnie niezawodni nacjonalistyczni nienawistnicy: oto we wrześniu 2010 miałem okazję i zaszczyt iść absolutnie na czele Marszu Równości, gdy otrzymałem do niesienia transparent domagający się dymisji minister Radziszewskiej. Za kordonem Policji przemieszczali się wraz z nami nienawistnicy i odgrywali swą zabawę „w skakanego”, a także wykonywali różne śpiewki z własnymi tekstami: była tam „Quantanamera” (o ile dobrze pamiętam tytuł, kiedyś sprawdzę w Googlu) i chyba też ta rzewna śpiewka o kropli polskiej krwi w sercach naszych. Postanowiłem którąś z nich przerobić na słodko-nienawistny kawałek, który jednoznacznie obnażałby wrogie intencje mistrza ceremonii uwalniającego ludzi od „pedałowania”. Na początku października 2010 napisałem odpowiedni tekst i nagrałem go, przy czym tym razem uniknąłem błędu z tworzenia śpiewki do happeningu o Prychodzie, i najpierw zrobiłem sobie prosty akompaniament w MIDI, skonwertowałem do WAVE'a, i odtwarzając sobie to przez słuchawki dośpiewywałem piosnkę z moim tekstem. W ten sposób uniknąłem kłopotów z długością obu materiałów, gdy przyszło do miksowania ich z osobnych ścieżek.

Podobnie jak w zeszłym roku, i tym razem podjąłem zabiegi na rzecz zalegalizowania zgromadzenia publicznego i otrzymania zgody na wjazd samochodu na Rynek w ramach widowiska. Jako że przedstawiłem liczbę uczestników poniżej 15 osób, Wydział Antykryzysowy uznał, że w ogóle nie muszę mu zgłaszać tego zgromadzenia, to i asysty policyjnej mi nie przyznano. Z kolei Wydział Kultury najpierw długo zwlekał z odpowiedzią na mój wniosek, wreszcie telefonicznie na 2-3 dni przed realizacją happeningu wydał decyzję odmowną, dodając, że jeszcze powinienem zgłosić „zbiórkę publiczną” do Wydziału Spraw Obywatelskich, co było ewidentnym pomieszaniem pojęć „zgromadzenia publicznego” ze „zbiórką publiczną”. Ergo, nie dostałem zgody na wjazd, a żadnej innej zgody najwidoczniej nie potrzebowałem. Jedynie scenariusz musiał zostać okrojony: odtąd scena z głośnym i brutalnym wymontowywaniem pedałów z samochodu musiała być jedynie zasugerowana: postanowiłem, że jako mistrz ceremonii będę miał asystenta lub asystentkę, który/a pójdzie na bok z osobą mającą „problem z trzema pedałami”, i po chwili przyniosą te pedały, i zrzucą je na miejscu happeningu. Przy okazji okazało się, że moc oferowana przez UPS, jakiego zamierzałem użyć, jest zdecydowanie za mała na silnik szlifierki kątowej, czyli jej użycie bez podłączenia do sieci 230 V trwałoby za krótko. Również dopracowałem dodatkowy epizod widowiska, a mianowicie parodię „skakanej” zabawy z okrzykiem „jest pedałem” – zgromadziłem cały pakiet zróżnicowanych haseł, na które Publiczność miała odpowiadać „jest pedałem”, a które obejmowały kilka czasowników początkowo podobnych do „skacze”, by wejść w sferę różnych dźwiękonaśladowczych i humorystycznych fraz z dziecięcych bajek i innych peryferyjnych obszarów języka polskiego. W ten sposób zabawa eksponowała absurdalność okrzykiwania kogo- i czegokolwiek „pedałem”, a jednocześnie pokazywała, że taki niewinny absurd może integrować, pozornie w zabawie, a w istocie w czymś groźnym. Epizod ten znalazł zastosowanie w tej części widowiska, gdy mój asystent udawał się po samochodowe pedały z osobą cierpiącą na tak drastyczną formę „pedałowania”. Wymyśliłem też puentę w postaci mowy podsumowującej, podczas której przyłożę sobie do twarzy wydruk buźki stylizowanej na Hitlera i wypowiem zdanie o tym, że zjednoczyła nas jedna mowa (nienawiści wobec wspólnego wroga), jesteśmy teraz jak jeden naród, i potrzebny nam jest jeden wódz – buźkę tę wykonałem po obejrzeniu paru naziolskich stron w necie, gdzie wystawiona była na sprzedaż wysyłkową koszulka z uśmiechniętą facjatą Hitlera na kształt tej emotikonowej czcionki z uśmieszkiem. Ale wróćmy do scenariusza: osoby z okaleczonego samochodu i roweru miały z kolei rzucić się ku mnie z zapalniczką do papierosów i podpalić mi tę hitlerową buźkę, z okrzykami: „Bez pe-da-łów nie ma jazdy!”. Aha, aby w ogóle nieco bardziej odróżniać się od niebiorącej udziału w happeningu większości zawiesiłem sobie i stałym wykonawcom happeningu małe plansze z motywem graficznym, którymi były także „dekorowane” osoby poddające się „terapii z pedałowania” – na znak, że są „uzdrowione” lub na dobrej drodze ku „uzdrowieniu”.

W ramach Festiwalu zamysł był taki, że próba happeningu będzie mieć charakter warsztatu w przeddzień wykonania docelowego, a umiejscowiono ją na terenie znanego mi już squatu przy ul. Jagiellończyka. Ok. 2 tygodni wcześniej kilka osób z kręgu skłotowego zdeklarowało się do uczestnictwa w projekcie, ale ostatecznie na próbę stawiło się drastycznie mało wykonawców, w tym tylko jedna osoba z rowerem. Na próbie przećwiczyliśmy podstawowe fazy happeningu, nie przećwiczyliśmy natomiast w pełni odkręcania pedałów od roweru – nie miałem przy sobie kluczy imbusowych. Ten element zostawiliśmy na czas bezpośrednio poprzedzający wykonanie happeningu, czyli niedzielę 24.10. Oto parę klatek z video nakręconego na naszej próbie przez Olę Zawłocką i Jolę Łapinkiewicz (studentki kulturoznawstwa):


Tutaj widać wzorowo urządzone stanowisko happeningowe, tj. plansze stoją (jeszcze) niepoprzewracane przez wiatr. Asystentką podczas happeningu będzie Agnieszka, której na próbie nie było.


W tym momencie tylko udaję, że usuwam pedały z roweru Asi, bo jeszcze nie mam przy sobie właściwego klucza (imbusowego).


Gdy buźka Hitlera pali się, jest to widok ładny, nawet jeśli ponieśliśmy koszt wydruków.


Hitler kaputt, a pedały pozostają, bo „Bez pe-da-łów nie ma jazdy!”.



AKCJA, CZYLI ZNÓW NA RYNKU4

PODSUMOWANIE4

3Powrót (Antyfa Wstęp)

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)