3Powrót (Teksty)

Bajanie o końcu świata w duchu myślenia pozytywnego



Cz.1

Kiedy byłem mały i wydawało mi się, że moje pomysły literackie będą objawieniem dla polskiej kultury, napisałem opowiadanie o końcu świata. Nie było to nic o potworach atakujących Ziemię i zarażających ciała Ziemian swoimi zarodkami, ani o militarnym najeździe Obcych czy upadku komety. W konwencji snu bohater, który jest genialnym fizykiem lub kosmologiem, doznaje objawienia o końcu świata od Demiurga zdegustowanego marnością swego stworzenia, a niedługo później odkrywa symptomy świadczące o tym, że TO już się dzieje. Demiurgiem tym nie jest utkany z niematerii Duch-Stwórca, ale laborant pracowni badań nad materią albo symulacji cybernetycznych jakiejś Wyższej Cywilizacji, który widząc, co rozpętał (na firmowym sprzęcie, po godzinach i bez wiedzy przełożonych), przeraził się zarówno nienaprawialnym horrorem wygenerowanego przez siebie Bytu jak i konsekwencjami służbowymi. I postanowił z tym skończyć. Widział jednak indywidualną wielkość niektórych stworzeń zamieszkujących wygenerowany przezeń Byt, więc postanowił uhonorować bohatera nowelki przez udzielenie mu wyższego zrozumienia zdarzeń zachodzących w chwilach ostatnich.

 

Jako fizyk lub informatyk Wysokiej Cywilizacji z zacięciem humanistycznym (cokolwiek to znaczy…) postanowił on przeprowadzić to w elegancki sposób: zatrzymując mechanizm „dziania się” wydarzeń tak radykalnie, by w jednej chwili stanęło wszystko i nikt z dotkniętych nie był w stanie tego nawet zauważyć. Zauważmy bowiem, że nasze świadomości są generowane przez bieg ładunków elektrycznych po neuronach, więc gdyby nastąpił cud i w jednej chwili żaden elektron nie mógł przeskoczyć ani kwantu dalej, byłoby to dla nas jak najlepsza narkoza. Gdyby wtedy nasze ciała się rozpadły, żadna refleksja ani o tym, co było, ani o tym, co się dzieje i będzie później, nie byłaby możliwa, by nie wspomnieć o doznaniach bólu zwykle towarzyszących degradacji ważnych dla życia organów.

 

Taka opcja końca świata wszakże byłaby możliwa, gdyby nasza materia była zrobiona z tworzywa informatycznego, gdzie każda podstawowa Komórka Bytu (widziana przez naszych fizyków jako cząstki elementarne i kwanty) byłaby de facto elementem programu komputerowego, którego własności są programowalne dla użytkownika tego gigakomputera o statusie Administratora, potocznie mówiąc:„Admina Bytu”. Taki Admin mógłby z powodzeniem wpuścić w to środowisko Bytu dziejącego się na zasadzie matrixowej (lecz nie tak trywialnej) symulacji destrukcyjnego wirusa, a ten, zdobywając teren „rozpuszczałby” wszystko na około. Aby proces przebiegał estetycznie i humanitarnie wobec istot w takim „Matrixie” mieszkających, należałoby zadbać o bezbolesność i nieprzerażający sposób rozprzestrzeniania się Wirusa Kasacji Bytu – przykładowo mogłaby to być mgła pochłaniająca wszystko i łagodnie to wyłączająca, albo wprost przeciwnie: atakująca błyskawicznie i zmrażająca wszystko jak Lód 9 u Kurta Vonneguta. Jedna z wersji mojego opowiadanka tak właśnie się kończyła – bohater był uprzywilejowany w tym sensie, że kasacja dotarła do niego na końcu, i wcześniej mógł obserwować tajemniczą ciszę: najpierw w mediach (Internet nie był brany pod uwagę i niemożność zalogowania się na Fejsbuku jeszcze nie była sygnałem końca świata), a potem w bezpośrednim otoczeniu, aż mgła pojawiła się na ulicy, w ogrodzie i przez mury weszła do domu, a ON już wiedział, co to znaczy.

 

Jest jednak jeszcze możliwość, że cząstki elementarne i atomy nas tworzące, energia w nich uwięziona, wraz z przestrzenią o znacznej liczbie wymiarów dla nas niedostępnych, są bytem pierwotnym, czyli z niczego innego przez nikogo utworzone nie zostały, no chyba że przez duchowego Boga-Stwórcę, który może chcieć to jakoś zablokować. Oczywiście można by to zrobić po prostu poprzez strzelenie palcami – w tym przypadku Palcami Bożymi, czyli takimi o silnej mocy sprawczej, której mechanizmu działania nawet nie próbujmy zgłębić. Ale skoro Bóg dość konsekwentnie zdaje się pozostawiać bieg wszystkich spraw prawom fizyki, sądzę, że należy spróbować wyobrazić to sobie na sposób techniczny, racjonalny. Stojąc zatem na gruncie „twardości” materii i jej praw, znacznie trudniej znaleźć elegancki i humanitarny sposób wygaszenia Bytu. Teoretycznie Bóg ze smykałką do fizyki mógłby powstrzymać ruchy wszystkich cząstek elementarnych, co skutkowałoby ich wariactwem: wg zasady nieoznaczoności Heisenberga, nie da się opisać równocześnie miejsca i prędkości cząstek, a wynika to z tego, że gdy jeden z ich kwantowych parametrów staje się określony, ten drugi przybiera wartość nieobliczalną i zgoła wariacką. Abstrahując, czy cząstka zdeterminowana do ucieczki potrafi przekroczyć prędkość światła czy nie, samo takie przytrzymanie każdej cząstki w naszym organizmie i otoczeniu spowodowałoby niezłe piekło i obawiam się, że przynajmniej na początku, byłoby to bolesne. Trzeba by w ogóle użyć wściekle silnej grawitacji, jak w mikroskopijnej czarnej dziurze, a samo jej dostarczenie w pobliże żywego organizmu wywołałoby siły pływowe, ergo bylibyśmy już na wstępie do końca świata rozrywani na członki jak na średniowiecznych torturach. Z kolei, gdyby zastosować za duże czarne dziury, niektórzy mogliby wpaść do nich bez uszczerbku na zdrowiu, i to oznaczałoby dla nich rodzaj nieśmiertelności, tyle że nudnej i kiepskiej – przy ciążeniu właściwym wnętrzu czarnej dziury nic nie chce się dziać, więc i percepcja ludzka spowalnia niemal do zera, choć teoretycznie byłoby ciekawe oglądać to, co dzieje się na zewnątrz – wyglądałoby to jak przyśpieszony film. Czyli leżąc w czarnej dziurze byłoby na co popatrzeć, tylko patrzeć jakoś by się nie udawało… Skądinąd wizja końca świata, którą niektórzy mogą przetrwać nawet tak marnie jak w czarnej dziurze jest niekonsekwentna, czyli odpada z przyczyn estetycznych i społecznych – jak wszyscy, to wszyscy! A poza tym, od kogoś odgrywającego przed nami rolę Absolutu przecież można wymagać produktów i usług na odpowiednim poziomie, nieprawdaż? Więc i koniec świata winien być porządny.

Cz. 2

Trzeba zatem wymyślić coś bardziej ergonomicznego, a nie mniej skutecznego. Liznąwszy parę tekstów popularnonaukowych o fizyce, sugerowałbym użycie antyneutrin. Neutrina to takie malutkie i szybciutkie cząsteczki, które przelatują przez nas stale i prawie nie wchodzą w żadne interakcje – nieźle trzeba się natrudzić, aby w ogóle je wykryć: fizycy zwykle wykorzystują w tym celu baseny z destylowaną wodą z baterią detektorów umieszczone w byłych kopalniach. Antyneutrina to odpowiednik neutrin z gatunku antymaterii, a wiadomo, iż antymateria spotykając materię „dodatnią” anihiluje, czyli cząstki wzajemnie się zerują, na potwierdzenie tego aktu likwidacji emitując sporo kwantów promieniowania. Należałoby więc zadbać o źródło emitujące w kierunku Ziemi ogromne masy tychże antyneutrin, które łagodnie doprowadzałyby do swoistego osłabienia, „parowania” materii, którą my i całe nasze otoczenie stanowimy. Zapewne zauważono by tajemniczy wzrost temperatury naszych ciał i promieniowania tła (bo w końcu stale powstawałyby rozbłyski anihilowanych cząstek), ale chyba nic by nas nie bolało, no może co wrażliwsi czuliby jakieś mrowienie albo coś w rodzaju ukłuć małych igiełek... Oczywiście nie byłaby to śmierć natychmiastowa – raczej doprowadziłoby to zwierzęta do wyższej zapadalności na nowotwory albo ostrej choroby popromiennej, a na dodatek nie byłoby zbyt skuteczne wobec karaluchów i ekstremofilnych bakterii żyjących w reaktorach jądrowych – nas by to wprawdzie wykończyło, ale groźba wznowienia ewolucji, z punktem początkowym w postaci dość paskudnych robali, pozostaje. Aby uniknąć mordęgi związanej z umieraniem na chorobę popromienną i odchodzić w kojącej świadomości, że po nas już absolutnie nikt i nic, sugerowałbym nagły i masywny wysyp tych antyneutrin. Najlepiej, by przyleciały w ciągu jednej nocy, żeby następnego dnia już nikt nie był w stanie zwlec się z łóżka i wyjaśniać, co się stało, włącznie z dziennikarzami kanałów informacyjnych czynnych 24 godziny na dobę. W niektórych przypadkach atak antyneutrinowy doprowadzałby do katastrof – wyobraźmy sobie te wszystkie samoloty i inne środki transportu obłędnie krążące po całej planecie bez względu na porę dnia i nocy! Jednakowoż, gdy antyneutrinowa apatia ogarnie pilotów, maszynistów i kierowców, taki sam stan udzieli się ich pasażerom, czyli wszyscy machną ręką w kwestii dotarcia do miejsca przeznaczenia. Albo nawet tego nie uczynią. W niektórych rodzinach może to być poniekąd pierwsza spokojna noc…

 

W każdym razie przestrzegałbym przed spektakularnym atakiem wielkich, makroskopowych mas antymaterii. W alternatywnej wersji mojego opowiadania koniec świata zaczyna być widoczny na niebie w postaci tajemniczych rozbłysków, po których przestają być widoczne wcześniej tam występujące gwiazdy. ON, wybraniec, już wie, że to początek końca, z tym że nieco odroczony – o te co najmniej kilka lat potrzebnych fali antymaterii na dojście do naszego prowincjonalnego Układu Słonecznego i skonsumowanie go. To byłaby bardziej rozwojowa wersja mojego opowiadania – chłop mógłby odtąd zostać Prorokiem Końca Świata, jak niejaki Nostradamus, i zarabiać pisząc o tym i występując w mediach. W ten sposób na pewno te ostatnie lata spędziłby w komforcie, acz bez większych perspektyw, nawet, gdyby został gospodarzem tokszołu w popularnej stacji TV – w końcu wszystko miałoby trwać najwyżej kilka sezonów. Skądinąd kontakt całej planety z ogromną masą antymaterii z przestrzeni kosmicznej byłby burzliwy jak w marnym katastroficznym filmie: wielkie kule ognia szalałyby wszędzie, nie wszyscy ginęliby natychmiast, więc byłyby typowe dla homo sapiens (?) walki i przepychanki, bo niektórym wydawałoby się, że kosztem bliźnich przetrwają tę katastrofę. Ostatecznie i tak planeta by się rozpadła, pozorni zwycięzcy jedynie dłużej konaliby na chorobę popromienną, tudzież zaznaliby na chwilę stanu nieważkości, gdy planeta będzie już w kawałkach orbitujących wokół samych siebie, atmosfera się rozpierzchła na boki, a nieliczni żywi obserwatorzy (w kosmicznych skafandrach) lada chwila i tak trafią na bryłkę antymaterii, która i z nich wykrzesze ostatni błysk promieniowania. Po co jednak w ogóle wypatrywać nadprzyrodzonej interwencji kończącej świat, skoro katastrofy w tym stylu nasz zwykły Wszechświat może wygenerować w oparciu o same prawa przyrody?!

Cz. 3

Wspomniałem Nostradamusa – właściwie to należałoby go przezwać „Postradamusem”. Człowiek ten przede wszystkim zabłysnął głosząc różne klęski ukoronowane nadejściem końca świata i obserwacją, że w ogóle idzie ku gorszemu. Nie jest to żaden szczególny przebłysk intelektu –właściwie każde pokolenie żyjących na tej planecie stwierdza to samo, widząc chociażby nowe obyczaje młodzieży i upadek standardów w polityce. Nietrudno także wyobrazić sobie krach tego wszystkiego patrząc, jak jeden gatunek (homo sapiens <?>) eksploatuje planetę, na której żadnych zasobów nie przybywa, a konsumpcyjnie wymagających mieszkańców coraz więcej. Z czego więc może wynikać popularność idei Pos…, przepraszam, Nostradamusa?

 

Po pierwsze być może z tego, że koniec świata, choć intuicyjnie oczywisty, wciąż nie następuje. Coraz bardziej zdewastowana i cierpiąca planeta wciąż trwa i trwa, prowokując prawie wszystkich zdolnych do rozrodczości do sprowadzania na świat kolejnych pokoleń. Poważnie i rychło końca świata spodziewali się pierwsi chrześcijanie – miał ponownie przyjść Jezus, zakończyć istnienie zepsutego do cna świata doczesnego, i nawet zaproponować coś lepszego, niekoniecznie dopiero w perspektywie pośmiertnej. Wieki wszakże mijały, a nic się nie działo – w rezultacie zamiast odrzucenia tymczasowego bytu nawet przywódcze kadry tej religii dały się uwieść dyskretnemu urokowi marnego ziemskiego bytowania, a w szczególności, jego aspektu materialnego: (okazałych) nieruchomości i (wypasionych) samochodów.

 

Po wtóre, szeroka publiczność jakoś automatycznie łyknęła ideologiczne przekonanie o wyższości istnienia nad nieistnieniem, więc chyba lubi słuchać o kolejnych końcach świata, które tradycyjnie już „nie wypalają”, trwamy więc i coraz bardziej do tego jesteśmy przyzwyczajeni, aż w tym trwaniu czujemy się tak silni, że potwierdzamy to długoterminowymi kredytami i totalnymi remontami kupowanych mieszkań. Tymczasem, patrząc na sprawę z szerszej pespektywy, trudno nie potknąć się o absurdalność tego upierania się przy istnieniu i postrzeganiu go jako sukces. Zrozumiałe jest wprawdzie, że jako zwierzęta uwikłane w Byt po mimowolnym urodzeniu się, boimy się utraty życia i towarzyszącego temu bólu, lecz dopóki nie zaczniemy istnieć, nieistnienie nie stanowi dla nas problemu. A istnienie to wszak funkcjonowanie świadomości, która niezbyt dobrze nam służy, skoro sprawiła, że potrafimy sobie wyobrazić własną śmierć zanim jeszcze nastąpi – zwierzęta mniej obdarzone zdolnością do abstrakcji mają (nieco) lepiej. Na dodatek wielu z nas ubrdało sobie, jakoby zjawisko życia było we Wszechświecie jakąś wielką wygraną, jego najwyższym osiągnięciem. Przy takim stylu myślenia ewentualne wygaszenie ziemskiego życia urasta do rangi tragedii – musimy więc utwierdzać się, że wszystko trwać będzie jakby wiecznie.

 

A Wszechświat jest tylko kotłowaniną ogromnych mas i energii, które oddziaływają na siebie brutalnie, zupełnie nie licząc się ze skutkami w postaci uszkodzeń ciała zamieszkujących go stworzeń i czyjąkolwiek oceną etyczną zachodzących zdarzeń. Wszystko jest w porządku dopóki w obrębie kosmicznych katastrof nie zabłąka się jakaś istota z układem nerwowym – w nim bowiem istnieje poczucie osobniczej jedyności, fragmentaryczny i niepowtarzalny obraz świata, no i właściwe (prawie) wszystkim żyjącym: lęk przed własną śmiercią i zdolność doznawania bólu, gdy organizm jest uszkadzany. Gdy istota żywa tego typu znajdzie się w obszarze działania bezpardonowych sił fizycznych, destrukcja organizmu nie tylko dotyczy niszczonych tkanek ciała, lecz także jest wtórnie przeżywana w „centralce sterującej”, gdzie cierpi cały świat przedstawień, szukając gorączkowo nieistniejącej ucieczki przed niosącą ból destrukcją. Tworząc mniej lub bardziej świadome istoty żywe, strzelił więc sobie Wszechświat w stopę – przedtem wysiliwszy się, by tę „stopę” wytworzyć z części swej materii, która przecież mogła na zawsze pozostać zupełnie obojętną na szaleństwo żywiołów i katastrof. A znaczenie naszego „inteligentnego” istnienia jest znikome: poza Ziemią, którą już prawie uczyniliśmy sobie poddaną – żadnego wpływu na większe obszary Wszechświata raczej nigdy nie wywrzemy. Natomiast za wymuszony status „publiczności” Wszechświata zapłacimy na pewno – oprócz zwykłej śmierci osobniczej, prędzej czy później nasza Ziemia, mimo położenia na dość spokojnych peryferiach galaktyki, zbierze lanie od meteorytów, planetoid, by nie wspomnieć o kometach. Jeśli więc nie będzie wielkiego wymierania gatunków z takiego powodu, jeśli pożyjemy dłużej, nasze „życiodajne” słońce wejdzie w inną fazę swego rozwoju, i wypraży swe planety na suchy wiór, by później zgasnąć i wyłączyć ogrzewanie. Skoro wszystkie słońca naszego Wszechświata mają w swym programie podobne atrakcje, emigrować dla przetrwania musielibyśmy chyba do innego Wszechświata…

 

Jako że nasze istnienie niewiele wykracza ponad program życia innych zwierząt – żeby być zdrowym, sytym i rozmnożyć się – po co w ogóle istnieć, mając w perspektywie jedynie możliwość zniknięcia w kosmicznej katastrofie? O zgoła nierozsądnym przywiązaniu do istnienia pisał już Stanisław Lem – według niego cywilizacje bardziej od naszej rozumne raczej nie istnieją, bo popełniły już samobójstwo, mówiąc biologicznie: apoptozę. Dlaczego? Bo uznały, że dalsze istnienie i borykanie się ze Złośliwością Wszechrzeczy* nie ma sensu. Gdyby przyjąć ten punkt widzenia, koniec świata mógłby okazać się wybawieniem, bo my, zwierzęta uwikłane w swą fizjologię domagającą się podtrzymywania życiowych funkcji nigdy nie odpuścimy – zawsze będziemy chcieli zaliczyć kolejny obiad, potem kolację, i tak ad infinitum. Podobnież nasza „służba dla DNA”, domagającego się potomstwa, nie pozwoli nam nigdy dobrowolnie, pod wpływem przemyśleń, zdobyć się na rezygnację z rozrodczości, postanawiając, że pewne konkretne pokolenie będzie tym, które „zgasi światło” i zamknie wszystkie ludzkie sprawy. Gorzej! Nawet skrajnie nędzna egzystencja nie odstręcza jednostek naszego gatunku od rozrodczości. Empirycznym przykładem jest chociażby Północna Korea – dyktatura ze wszech miar absurdalna i okrutna, trzymająca swych poddanych w totalnej nędzy, ogłupieniu i zależności, gdzie poddani mimo wszystko rozmnażają się i nie odmawiają udziału w niegodnym życiu przez popełnianie samobójstw. Wprost przeciwnie – gdy narażą się władzy, zabijanie w obozach koncentracyjnych odbywa się raczej wbrew woli zabijanych, co zabijającym gwarantuje satysfakcję…

 

Tak więc przydałoby się jakieś rozsądne zakończenie szaleństwa życia na naszej planecie. Ale czy będzie ono łagodne jak legalna eutanazja i humanitarne? Słabością mej na szczęście nikomu nie pokazywanej noweli z monologiem Demiurga jest błąd logiczny: trudno spodziewać się, by ktoś, kto stworzył świat jako perwersyjnie okrutną ewolucję organizmów na siebie wzajemnie polujących, i kto spokojnie też patrzy na dowolnie podłe zbrodnie popełniane codziennie w ramach ludzkiej społeczności, zamierzał zadbać o elegancję i bezbolesność podczas wygaszania Bytu. O wadliwości tegoż pomysłu narracyjnego przekonuje każda chwila podtrzymywania istnienia Wszechświata z nami i innymi groźnymi formami życia, świadcząc o zupełnym braku empatii hipotetycznego Admina, który okrucieństwo tutaj dokonywane najwidoczniej wkalkulował w swój „inteligentny projekt”. Tak więc nie liczmy, że Koniec Świata będzie miły. Ani hipotetyczny Stwórca, ani Ewolucja funkcjonująca w oparciu o prawa fizyki nam tego nie zapewnią. Chyba że sami coś wymyślimy… Pozytywnie, oczywiście!

 

*Złośliwość Wszechrzeczy – parafilozoficzne pojęcie autora ujmujące taki paradoksalny parametr życia, jak to, że wartości poznajemy po tym, że są trudne do zdobycia i łatwe do stracenia oraz nie da się bez nich zadowalająco egzystować, w związku z czym wszyscy z wyjątkiem skończonych nihilistów mają w życiu „pod górkę”. W aspekcie prakseologicznym ZW wiąże się ze spostrzeżeniem, że bardzo łatwo jest przypadkiem wiele zepsuć, a stworzenie czegokolwiek użytecznego wymaga nakładu pracy i nigdy nie ma gwarancji osiągnięcia oczekiwanego skutku. ZW z jednej strony jest składnikiem rzeczywistości podtrzymującym życie, z drugiej – psującym jego jakość. Por. w fizyce: entropia, w literaturze: Paragraf 22.


21.12.2012

Naczelny Antyfacet Rzeczypospolitej Polskiej