3Powrót (Pracownia Antyfaceta)



Taaakie buty: historia w ujęciu syntetycznym (1)

Taaakie buty: historia wg butów w okruchach (2)

Dobre buty – aspekty techniczne (3)

Zanim zacznę rozwijać czysto techniczne wątki związane z noszeniem butów na obcasie, mylnie zwanych „damskimi”, postanowiłem pociągnąć wątek wspomnieniowy o tym, jak w ogóle doszedłem do praktyki noszenia takich butów, albowiem otrzymałem przecież pełnowymiarowe głupie wychowanie „na mężczyznę” i miałem w głowie wprogramowane, że takie buty są absolutnie nie dla mnie, a ponadto są niewygodne i szkodliwe. Tymczasem moje poczynania, z czasem nazwane antyfacetyzmem, zaczęły się od podstaw, czyli butów i odzienia dla nóg. Tak się bowiem składa, że najsilniejsze tabu jest umieszczone akurat tam – gładkie i wyprężone obcasami nóżki stanowią w naszej dziwnej kulturze erotyczny fetysz. Skoro tak wystrojone nogi służyć mają do podniecania przez samicę wszystkich samców dookoła, pomimo iż przybranie takie możliwe jest także dla samca i równie dlań przyjemne, wygodne i higieniczne, jest mu to absolutnie wzbronione. Zapewne dlatego, że inne samce, zaprogramowane w prosty sposób, mogłyby doznać na widok tak ustrojonego ziomka erotycznej podniety, i wyszłoby im, że również samiec może ich pociągać, czyli że są potencjalnymi homoseksualistami. A przecież mają w głowach śmieciowe przekonanie, że źle jest homoseksualistą być, czyli homofobię. Stąd moje doświadczenia z wkraczaniem do zabronionych butów to odbicie historii mojego podkopywania tabuistycznych lęków zainstalowanych w mojej głowie – historii pełnej lękliwych prób, wycofywania się z nich i ponownych podejść, i w końcu w istocie poniżającego wymyślania sposobów na ukrycie przed otoczeniem tego, co mam na tym drażliwym obszarze: na nogach.

Aż trudno powiedzieć, jak trafiłem do butów na wysokim obcasie. To chyba było tak: obdarzony rozmiarem 25, czyli 39, jakoś nie mogłem znaleźć swojego rozmiaru wśród co ciekawszych modeli uchodzących za „męskie”, a będąc prosto zaprogramowanym i posłusznym chłopczykiem wierzyłem przecież, że moim przeznaczeniem jest chodzić po wszelką odzież wyłącznie do działu „męskiego”. W owym czasie nawet znajdowałem tam buty odpowiadające mi ze względu na wzornictwo, lecz skoro okazywało się, iż dla producentów „mężczyzna zaczyna się od rozmiaru 40”, byłem zmuszony albo kupować egzemplarze o numer za duże, które na pewno po rozchodzeniu miały mi na nodze klekotać nawet przy szmatoskapetach, albo chodzić do działu młodzieżowego, gdzie wszakże dostępne były prawie wyłącznie buty sportowe. W ten sposób najczęściej kupowałem jakieś adidasy, lecz sandały, które chciałem móc nosić boso, już stanowiły problem. Skoro na działach „męskich” sklepów obuwniczych leżało jedynie 40, produktów dla siebie musiałem szukać na „młodzieżowych” lub „damskich”. A że działy dla młodzieży raczej zawalone były obuwiem sportowym, zacząłem penetrować stoiska dla „płci pięknej” (ale głupie określenie!!!). W ten sposób okazjonalnie udawało mi się kupić jakieś niezbyt zdobione i płaskoobcasowe sandałki, przy czym zakupy takie we latach 90. były dla mnie katorgą, gdyż moja asertywność wówczas była zerowa, a samo gmeranie przy „damskich” butach subiektywnie stanowiło wielkie naruszenie tabu – nie było mowy o swobodnym przymierzeniu jakichkolwiek butów, chyba że był to wielki samoobsługowy sklep pełen ludzi buszujących między regałami przed nowym sezonem, i w takich momentach udawało mi się coś tam uchwycić, ukryć w koszu i przenieść zdobycz do upatrzonego zakamarka w dziale, oczywiście, „męskim”. W ten sposób od biedy udało mi się kupić kilka par sandałków, które potem, z uwagi na uciążliwość kupowania ich następców, musiały mi służyć aż do upadłego, dając mi także okazję do wykonywania wszelkich napraw przedłużających ich żywot.

Wiele modeli sandałów „damskich” jednakże, nawet jeśli wykonane były w stylistyce sportowej lub codziennej (czyli bez fantazyjnego zdobienia i w dość typowych kolorach), posiadało choćby nieznacznie podwyższony obcas. Gdy w późnych latach 90. miałem już pewne doświadczenia z noszeniem butów „damskich”, znałem wyższy standart ich wykonania polegający na dokładniejszym dopasowaniu do stopy, wyposażeniu w przyjemną w dotyku wyściółkę o gładkiej fakturze, i wobec braku odpowiedniego rozmiaru dla mnie na działach „męskich” sklepów, od razu poszukiwania butów dla siebie prowadziłem w sklepowych rewirach dla osób żeńskich. W ten sposób kilkakrotnie kupiłem buty typu „palce-pięta”, czyli z otwartym śródstopiem. Wtedy jeszcze dążyłem do kupowania modeli płaskoobcasowych i fotografia zamieszczona obok ilustruje przykładowe buty tego typu. W jednej parze wykonałem wycięcie z przodu, dzięki czemu trochę upodobniły się do sandałów i pomimo posłusznie noszonych do pracy długich spodnioli, otrzymywałem trochę przewiewu dla palców stóp i ich powierzchni bocznych. Podobnie postąpiłem z poniżej pokazanymi półbutami wiązanymi, które również na metce nazwane były „damskimi'. Gdy chciałem być ultrapoprawny, dla ukrycia zgoła niemęskich wycięć nosiłem czarne skarpeteczki (do 20 DEN oczywiście!).





Niestety, a może „stety”, nader często nie było płaskoobcasowych, acz neutralnie wyglądających butów, i w końcu zdecydowałem się na zakup butów na najniższych z obcasów podwyższonych. Od razu pojawił się problem chodzenia w nich, albowiem miałem w pamięci słowa jakiejś stylistki-mądralki z telewizji, która mówiąc o stylu odzieży męskiej stwierdziła autorytatywnie, że obcas na męskim bucie nie może mieć więcej niż 4 cm, bo „to widać”. Będąc wciąż zafiksowanym na odgrywaniu ortodoksyjnego mężczyzny zacząłem zastanawiać się, co zrobić, by obcasa o wys. ok. 5 cm, było „nie widać”.

Jednym z rozwiązań było tworzenie optycznie oszukańczych okładzin z silikonu. Poniżej pokazuję, jak to w przybliżeniu wyglądało: okładziny takie były pracochłonne, elektryzowały się i szybciej chwytały brud, i co jakiś czas odpadały. Pod koniec ery robienia takich sztuczek stosowałem akryl, który lepiej trzymał się podłoża i lepiej też dawał się formować, gdy był jeszcze miękki, a właśnie zaczynał tężeć. Praca z silikonem była katorżnicza ze względu na jego brudzenie i ograniczoną przewidywalność ostatecznego kształtu osiągniętego po zdjęciu formujących powierzchnię oklein z taśmy malarskiej. Ponadto byłem przewrażliwiony na punkcie zauważalności podwyższonego obcasa i robiłem tego typu zabiegi nawet na dość niskoobcasowych butach. Fotografia obok pokazuje okładzinę dorysowaną w komputerze – te faktyczne wyglądały z reguły gorzej z powodu nierównych krawędzi i powierzchni. Był to czas idiotyzmu wymuszonego moją niezdolnością do otwartego przeciwstawienia się złym zakazom kulturowym.

Nieco lepszym rozwiązaniem głupiego wstydu na tle podwyższonych obcasów okazały się odpowiednio długie spodnie – problem polegał tylko, co zrobić, gdy się siadało i nogawki podchodziły do góry, odsłaniając buty i brak szmacianego oskarpetowania stóp. Skompletowałem kilka par spodnioli o odpowiednio dłuższych nogawkach, co nie było trudne, albowiem najczęściej spodniole przy zakupie były trochę za długie i wymagały skrócenia, którego w tym przypadku po prostu nie wykonywałem. Jednakowoż przy siadaniu wszystko i tak szło do góry i zabroniona geometria butów włącznie z siateczkowatymi skarpeteczkami ujawniały się. Myśląc nad chodzeniem w takich butach i spodniolach do pracy zmuszony byłem rozważyć dokładnie, w jakiej sali danego dnia mam zajęcia, a konkretnie: za jakim biurkiem i w jakiej konfiguracji do oglądającej mnie studenckiej publiczności siedzieć będę. Nierzadko miałem zajęcia dość idiotycznie rozmieszczone tego samego dnia raz w sali z biurkiem zasłaniającym, a potem w sali ze studentami siedzącymi obok mnie na tej samej wysokości. Wtedy każda niespodziewana zmiana sali oznaczała ciężki stres. Czasami rozwiązaniem okazywało się pozornie niedbałe rozmieszczenie dużego bagażu w postaci mojej torby roboczej, ale nigdy nie miałem dość tobołów ze sobą, by otoczyć drażliwy obszar ze wszystkich stron i całkowicie zasłonić go przed ludzkim wzrokiem. Tuż po przełomie milenijnym przyszedł mi do głowy pomysł na spodniole z poziomym rozcięciem na wysokości kolan – wykonałem taki zabieg na niesłychanie tanich chińskich spodniolach z czarnego stretchu (notabene „damskich”) i, aby nie było tam zabronionej golizny, zrobiłem wstawki z czarnego tiulu wszyte od wewnątrz. Przyodziewek ten był sam w sobie dość awangardowy, ale jakoś został przetrawiony w moim legnickim miejscu pracy, gdzie kreowałem wizerunek zakręconego artysty przy okazji ubiegania się o stopień nauczyciela „mianowanego”, a potem przeniosłem ten ubraniowy patent do pracy uniwersyteckiej, chyba początkowo pojawiając się w tych spodniolach tylko na imprezach opłatkowych albo letnich. Przy okazji wstawka z przewiewnego tiulu miała właściwości wietrzące i wykonała pierwszy etap hartowania organizmu-którym-jestem – podczas zimowych mrozów przywdziewałem pod spód „damskie” legginsy lub dość grube rajstopy, a przy umiarkowanym zimnie – cienkie. Nawet polubiłem te spodniole ze względu na delikatny połysk faktury materiału plus elastyczną obcisłość na obszarze biodrowym i ud (lecz niegniotącą dla genitaliów!), a luźny krój niższych partii nogawek. Przechodziłem w tych spodniolach non-stop około. 5 lat – aż do ich fizycznego zużycia i przełomu spódnicowego. Najważniejszą jednakże zaletą poprzecznego nacięcia na nogawkach było to, że przy siadaniu, nogawka taka prawie wcale się nie unosiła, i odtąd uzyskałem możliwość chodzenia w „damskich” półbutach na trochę podwyższonym obcasie, pośród których dostępny był mój coraz bardziej ulubiony model „palce-pięta”.

Początkowo do chodzenia w tych butach nieśmiało wdrażałem cienkie, zwykle czarne skarpetki, i szybko przyzwyczaiłem się do ich lekkości, poczucia drugiej skóry zamiast grubej i czasami gryzącej szmaty oraz błogosławionego przewiewu, dzięki któremu paskudne pocenie się w butach noszonych nieraz przez cały dzień zredukowane zostało do minimum. Podejmowałem też nieśmiałe eksperymenty z noszeniem takich butów podczas deszczów i chłodnej pogody. Tu należy pokazać ilustrację z butem tego typu, który kupiłem chyba wiosną 2001 roku i służył mi długo, zaliczając regenerację podeszwy na obcasie – patrz zdjęcie po lewej. Jest to but zrobiony na podeszwie z miękkiej jednowtryskowej gumy, zatem nie było problemu ze stukającym obcasem, natomiast trudniej było przeprowadzić jego regenerację po skośnym starciu jego powierzchni.

Przy okazji przyzwyczaiłem się także do średniej wysokości obcasa i zdarzyło mi się kupić sandałki w podobnym stylu. Skoro opracowałem technologię maskowania obcasa silikonem, stosowałem ją regularnie również w odniesieniu do sandałów, wciąż jednakże z zahamowaniami przed ich odsłonięciem nieuchronnie związanym z przejściem na krótkie spodnie lub chociażby rybaczki. Stąd dochodziło do iście idiotycznych sytuacji, gdy wraz z przejściem na krótsze spodniole zmuszony byłem rezygnować z nieco podwyższonych sandałków na rzecz „płasków” [mianownik: płaskówa, neologizm mój] odpowiadających społecznym przesądom dotyczącym obuwia właściwego posiadaczom męskich narządów. Kiedy jednak nie chodziłem do pracy, pozwalałem sobie na używanie takich sandałów w stanie odsłoniętym i wiąże się z tym ciekawe wspomnienie: oto podróżując wówczas pociągami, miałem regularne przesiadki w Kluczborku, gdzie musiałem czekać ok. godziny na następny pociąg. Wstydząc się i będąc bezbronnym wobec potencjalnie jadowitych reakcji społecznych wolałem unikać konieczności siedzenia wśród ludzi w poczekalni, więc, gdy tylko pogoda pozwalała, siedziałem na skrajnych ławkach peronów pod gołym niebem. Pewnego razu była wspaniała słoneczna pogoda i pewna starsza pani idąca przez tory od początku peronu, przechodząc obok mojej ławki stwierdziła, że z daleka widząc mnie myślała, że jestem dziewczyną, bo mam takie ładne nogi. Ładność ta mogła wynikać właśnie z wysmuklenia osiągniętego przez te nieco podwyższone i faktycznie zgrabne sandałki, a także dzięki pilotażowo wówczas przeprowadzonej depilacji. Był to bowiem czas, gdy szukałem sposobu na niezauważone ubieranie rajstop do szortów w chłodniejsze, acz bezdeszczowe dni, i wiedziałem już, że kudły dociśnięte przezroczystą siateczką do nogi nie tylko dekonspirują cały efekt, ale w ogóle wyglądają koszmarnie – jak wzorek na mundurze moro. Komplement ten wcale mnie nie zakłopotał, a wręcz przeciwnie, ucieszył: oto ktoś obiektywny, bez uprzedzeń potwierdził moje intuicyjne przeczucie, że pokazując nogi poprawiam swój wizerunek. Czyli że „nie święci garnki lepią” – jak mówi jedno z mądrzejszych polskich przysłów: nie trzeba być samicą, by uzyskać dobry wygląd z odsłoniętymi nogami. A tak wyglądały takie sandałki z (komputerowo domalowaną) maskującą okładziną z silikonu, i bez, gdy już nosiłem je bez osłony i kpiłem sobie z „niedozwolonej” wysokości obcasa. Zużyłem ok. 3 par podobnych sandałów.





Skoro problem zakrywania obcasów został jako tako rozwiązany, a chodzenie w obcasowych butach stało się rutyną dostępną niemal na co dzień, wyobraźnia ruszyła i zacząłem intensywniej przyglądać się obuwiu wystawianemu w „damskich” częściach sklepów. A tam zawsze było na co popatrzeć: pełna paleta kolorów, różnych tworzyw i materiałów o ciekawej fakturze, i co uderzające, ciżemkowaty kształt części butów, czyli ostry szpic. Mając już pewne doświadczenia z chodzenia w cienkich wyrobach pończoszniczych do z reguły zamkniętych butów, odnotowałem kolejny problem techniczny, mianowicie tendencję do przecierania się tychże wyrobów pończoszniczych na dużym palcu, który z reguły opierał się lub stukał czy pocierał o dno noska buta. Wewnątrz buta szpiczastego coś takiego nie powinno mieć miejsca i podjąłem kroki, by posiąść parę okazów takich butów. Noszenie butów o szpiczastym kształcie wiązało się wszakże z przełamaniem kolejnego tabu. Dokonałem tego w oparciu o pewne półbuty płaskoobcasowe, acz ładne dzięki fakturze sztucznej skóry, z której były zrobione, i przyjemne ze względu na doskonałe dopasowanie do stopy i miłe wnętrze o gładkiej wyściółce. Od razu kupiłem 2 pary w różnych kolorach i pamiętam, że gdy raz wypadły mi zajęcia w Legnicy w Prima Aprilis albo Pierwszy Dzień Wiosny, pojechałem tam w butach różnych kolorów równocześnie. Także na zajęcia ze studentami zaocznymi (wtedy z Kulturoznawstwa) chodziłem w tych półbutach. Obecnie wyobrażam sobie ich zastosowanie do jazdy na rowerze w warunkach podeszczowych.







Szpiczaste buty bowiem z reguły robione są ze szpilkowatymi obcasami. W ten sposób szlak ku szpilkom został przetarty i wszedłem w nie od razu na dobre. Oceniam, że działo się to pod koniec roku 2004 i w 2005. Zapewne pierwsze szpilkowe buty do codziennego użytku były zimowymi kozaczkami do wysokości połowy łydki i o ok. 5 cm obcasie, o wdzięcznej nazwie Laura.

Początkowo używałem ich wyłącznie w Legnicy – było to II miejsce pracy, a ponadto ze studentami (i w pewnym stopniu z ciałem pedagogicznym) tamtejszej placówki miałem już jakiś kontakt przez moje wypowiedzi i polemiki na tamtejszym internetowym forum. Pamiętam jednak, że zimą 2004 pozwoliłem sobie przychodzić w tych butach na niektóre zajęcia uniwersyteckie oraz na imprezę opłatkową, gdzie miałem fantazyjne spodnie z żółtawego (chyba) flauszu z wycięciami na kolanach bez wypełnienia, a z frędzlami (gdy siedziałem, widać było czarne rajstopy). Buty te nie były trudne w eksploatacji: do tej wysokości obcasa byłem już przyzwyczajony, a szpilkowatość przy ich dobrej geometrii ustawienia obcasa nie stanowiła problemu; nawet przełamałem lęk przed utratą równowagi na szpilce, a prawdopodobnie dzięki noszeniu tych butów już dokonywały się pozytywne przemiany moich nóg, które z czasem pozwolą mi wejść na prawdziwe wyżyny. Mianowicie wyrobiło się typowe dla użytkowników szpilek wzmocnienie ścięgien i mięśni stabilizujących kostkę przy chwiejnej podstawie. Noski tych butów nie były zbyt ostre, zatem buty te mogły uchodzić za formę męską podobną do kowbojek. Wciąż wstydząc się odgłosu szpilkowego obcasu o bruk, wypracowałem technikę zastępowania twardych fleków własnymi z podeszwowej gumy. Aha, za noszenie tych butów w przededniu świąt Bożego Narodzenia zostało mi oderwane prawe lusterko samochodu zastępczego, którym po gwałtownym zakończeniu życia przez mój pierwszy miejski samochód do użytku na terenie Wrocławia i okolic jeździłem przez ostatni kwartał roku 2005. Czyli jakieś podwórkowe mendy już te szpilki zauważyły...

Z kolei na sezon wiosenny kupiłem wtedy i wdrożyłem do eksploatacji podobnie od przodu wyglądające czółenka.

Pod względem wysokości obcasa nic nie znaczyły, jednakowoż pozwalały w dowolnych momentach podczas siedzenia za biurkiem wietrzyć sobie stopy przez ich dyskretne zsunięcie. Buty te były trochę dziwne ze względu na to, że w nieprzewidywalny sposób okresami mnie odparzały na 5-tych palcach, a w innych okresach były doskonale dopasowane i zupełnie neutralne. Mniej więcej w tym samym czasie kupiłem bez przywiązywania do tego większej wagi inne hipermarketowe czółenka (fotografia poniżej po prawej). Były one odrobinkę wyższe i z szerszą podstawą obcasa, i, podobnie jak poprzednio opisywany model, nieco zakrywające śródstopie, zatem idealne na męską wstydliwość związaną z ujawnianiem od przodu nogawki spodnioli obszaru skóry stopy prześwitującego przez cielistą siateczkę cienkich skarpeteczek. Jesienią 2006 odbędę w nich pierwszą happeningową akcję z udziałem Voci i Zzuzzu, z której pochodzi zdjęcie tego buta zrobione podczas niesłychanie „prowokacyjnych” zakupów w legnickim Carrefourze.

W każdym razie wiosnę i jesień 2004 i 2005 przechodziłem w przemiennie w tych dwóch parach czółenek, z tym że podczas wyjazdów do placówki legnickiej pozwalałem sobie na coś więcej.

Dodać należy, że dopóki dawało się chodzić w długich spodniolach latem, nosiłem sandały na klocowatym obcasie solidnej wysokości, na których z uwagi na interakcje ze studentami z Legnicy umieściłem napisy: „NO LIMIT FOR MEN!” z podaną w cm wysokością obcasa na powierzchniach bocznych. Sandały te odegrały też swoją rolę podczas dokonywania pionierskich wycieczek spódnicowych poza pracą – gdy już funkcjonowała moja strona internetowa, istniał jakiś wstępny krąg Czytelników, i w życiu prywatnym pozwalałem sobie na takie ekscytujące eskapady, których owocem były relacje przedstawiane na tej stronie. Wcześniej używałem tych sandałów do długich spodnioli i zrobiłem na nich silikonowe okładziny maskujące niedozwoloną wysokość obcasa. Pokazuję je poniżej po lewej stronie w ich postaci bez okładzin maskujących, natomiast z napisami.

Jak wspominałem, buty typu palce-pięta są luksusowym połączeniem zamkniętych półbutów z sandałami, a skoro umiarkowanej wysokości szpilki weszły były w użytkowanie już jakiś czas przedtem, postanowiłem zacząć chodzić w szpilkach ze szpiczastym noskiem także tego typu. Był to ok. 5-cm szpilkoobcasowy model produkcji polskiej widoczny poniżej po prawej stronie: kupiony na targu, wtedy jeszcze bez przymierzania i z głupią gadką sugerującą nabywanie dla innej osoby.

Buty te przez pewien czas dostarczały wspaniałych doznań ze względu na minimalistyczne zakrywanie stopy, a jednak z wrażeniem dobrej osłony przed wpływami otoczenia i dobre przyleganie do powierzchni nogi. Z czasem jednak pojawiła się denerwująca wada obcasa w lewym egzemplarzu, mianowicie uciekanie do przodu, co wyczuwało się jako nacisk nasady (kielicha) obcasa na podeszwę przed piętą. Wtedy straciłem trochę upodobania w tych butach, ale na scenę wkroczyły następne. Były nimi klasyczne czółenka o pseudomarkowej nazwie Sergio Bardi sprzedawane przez jedną z sieci sklepów obuwniczych.

W owym czasie dokonałem już odkrycia, że kupowanie butów na mój nominalny rozmiar 39 to błąd, gdyż buty rychło rozchadzają się i stają się luźne. Odtąd kupowałem 38 i tak postąpiłem w przypadku czółenek Sergio Bardi, które były w wariancie czarnym oraz białym. Świerzbiła mnie ręka, by kupić sobie białe, lecz wiedziałem, iż nie jestem jeszcze gotów na but o kolorze tak zwracającym na siebie uwagę. Kupiłem więc czarne, a wkrótce także drugą parę, gdyż pierwsza okazała się źle zmontowana i obcas jednego egzemplarza ciągnął do tyłu. Wprawdzie naprawiłem tę przypadłość, lecz chciałem mieć zestaw wolny od wad i bez osłabienia konstrukcji spowodowanego przez demontaż i przekładkę obcasa (planuję napisać dział o technicznej stronie TYCH butów i tam będzie o procedurze takiej naprawy w warunkach domowego warsztatu majsterkowicza). Czółenka te były przyjemne w użyciu i chodziłem w nich pod zasłoną spodniolową nawet do jesieni 2007, gdy już wisiał w powietrzu mój przełom spódnicowy. Zauważyłem wszakże, że ze względu na specyficzne cechy kostne moich stóp, lepsze będą dla mnie ciut wyższe obcasy niż 6 cm – z powodu indywidualnych niedoskonałości w tych stosunkowo niskoobcasowych butach przeskakiwały mi kostki śródstopia, co ustąpiło odkąd przeszedłem na wyższy poziom.

Kolejny przełom w mojej przygodzie z dobrymi butami nastąpił jesienią 2007. Wtedy chodziłem już na co dzień w butach na obcasach ok. 5-6 cm i początkowo wydawało się, że jest to docelowy stan. Miałem wszakże w domu parę par obuwia na obcasach ok. 9-10 cm, lecz uważałem je za ekstremalne. Kupiłem je z ciekawości i od czasu do czasu chadzałem w nich po domu, czyli jakby po klatce w marnym ogrodzie zoologicznym, gdzie nie mogłem nawet rozwinąć prędkości typowej dla marszu w określonym celu poza domem. Zatem tylko podczas nocnych wypraw ze śmieciami sprawdzałem, jak czułbym się w takich butach w terenie i za każdym razem miałem wrażenie niepewności ze względu na subiektywnie wyższy wzrost, wyżej położony środek ciężkości i większą pracę nad utrzymaniem równowagi, zaś nieprzystosowany do innej choreografii kościec nie pozwalał na swobodne robienie dużych kroków potrzebnych do szybszego i swobodnego marszu. Jednak dla osiągnięcia wyrazistego efektu wizualnego postanowiłem użyć czółenek na tak wysokim obcasie o kształcie wąskiej poprzecznej listewki podczas happeningu ogdrywanego w październiku 2007. Polegał on na przejściu się przez wrocławski rynek wewnątrz parawanu na kółkach i odtworzeniu partii słownej z innymi uczestnikami, jednak miejsce montażu happeningowego gadżetu było dość oddalone od miejsca wykonania widowiska, i trzeba było tę odległość pokonać pieszo. Jakkolwiek trochę sobie tego nie wyobrażałem, postanowiłem użyć właśnie tychże czółenek. Rychło okazało się, że przejście chodnikami ku Rynkowi to dość mozolne przedsięwzięcie, i na obszarach nieco wolniejszej drogi starałem się niemal biegiem nadrobić utracony czas. Wtedy jakoś cudownie dostosował się kościec organizmu-którym-jestem do wysokości obcasa tych butów: pod koniec happeningu nawet nie czułem, że mam jakiekolwiek buty na sobie, ograniczenie skoku kątowego stawów zaangażowanych w stawianie kroków ustąpiło, i odtąd buty te stały się moimi ulubionymi. Po niezbędnych naprawach bezzwłocznie wdrożyłem je do codziennego użytku i nosząc je przez łagodną część zimy doprowadziłem do zużycia w postaci pęknięć poszycia na wylot w miejscach intensywnie zginanych. Dlatego wczesną wiosną 2008 kupiłem od razu kilka par butów na jeszcze trochę wyższych obcasach, które dzielnie nosiłem, aczkolwiek później stwierdziłem, że trochę są dla mnie za wysokie, przynajmniej gdy noszę ze sobą ciężką torbę roboczą. Jak dotąd stanęło na optymalnej dla mnie wysokości ok. 9 cm – przy niej czuję się swobodnie, wygodnie, mam optymalną postawę i nawet potrafię zmagać się ze znacznymi ciężarami.





Właściwie od tego momentu historia się banalizuje: zostawszy osobą publicznie znaną, bez zahamowań kupuję w sklepach buty, na jakie tylko mam ochotę: przymierzam je, przynoszę z powrotem w razie reklamacji i jedynym ograniczeniem jest finansowa racjonalność decyzji nabywczych. Skończyłem z idiotyzmami typu okładziny maskujące wysokość obcasów, albo regularne wymiany twardych, stukających fleków na ciche własnej produkcji. Oczywiście nie mogę stwierdzić, abym posiadł już reprezentatywne modele z każdego typu butów robionych dla tej pozytywnie wyróżnionej części ludzkości – w ramach każdego głównego typu można wyróżnić niezliczone podtypy i konkretne rozwiązania wzornicze, przy czym prócz kroju zróżnicowanie dotyczy również materiałów i kolorów. Trzeba pogodzić się, że kolekcja moja nigdy nie będzie kompletna, chociażbym zgromadził jak Imelda Marcos tysiące okazów. Jednakowoż buty z mojej kolekcji są żywe: służą do poruszania się na co dzień i od wyjątkowych okazji. Chybione zakupy należą już do rzadkości. Myślę więc, że dalsza opowieść nie ma już istotnej wartości: byłoby to jak jałowe chwalenie się nowymi nabytkami przed kolegami i koleżankami, a nie jest moją intencją pobudzać niczyją zazdrość. Buty, które z różną intensywnością nabywam obecnie, po prostu trafiają wraz ze mną na ulicę i wtedy można je oglądać. Po prostu w akcji. Poza tym, gdybym komentował moje bieżące ulubione buty, które często wciąż pozostają w sprzedaży, byłaby to kryptoreklama. Owszem, mogę różne rzeczy reklamować, ale nie za darmo...

Milczeniem pominę całą masę butów kupowanych w epoce sprzed swobodnego przymierzania, a które okazały się wadliwymi, niewygodnymi lub wymagającymi radykalnych przeróbek, których albo nie wykonałem, albo ich efekt był niezadowalający, wskutek czego buty te nigdy nie trafiły do regularnej eksploatacji, a przy okazji przeprowadzki pozbyłem się ich. Buty nieudane nie odegrały bowiem istotnej roli w mojej ewolucji od posłusznej kukiełki pociąganej przez stereotyp męskiej roli płciowej do człowieka wolnego i kompletnego, którym teraz jestem jako Antyfacet, czyli podmiotu stanowiącego o sobie i czerpiącego elementy z dowolnego genderu. Co ciekawsze buty, które odegrały tę poboczną rolę, absorbując mój czas i energię, gdy zmagałem się z ich mankamentami, albo które były użyte zaledwie epizodycznie, zostaną wspomniane w części II tego tekstu, czyli: Taaakie buty, czyli historia wg butów w okruchach.

Aha, bardzo dziękuję za wskazówkę producentom obuwia, którzy numerówkę „męską” rozpoczynają od 40. Pchnęli mnie we właściwą stronę, i na prostackie badziewie robione dla płci „brzydkiej” aż w kilku fasonach już nawet nie spojrzę. Niech sobie to wsadzą w... (tu takie małe niedomówienie, wężykiem Jasiu, wężykiem...)

Taaakie buty: historia wg butów w okruchach (2)

Dobre buty – aspekty techniczne (3)