3Powrót (Pracownia Antyfaceta)



Taaakie buty: historia wg butów w okruchach (2)

Taaakie buty: historia w ujęciu syntetycznym (1)

Dobre buty – aspekty techniczne (3)

Tutaj anegdotalnie opiszę parę epizodów związanych z konkretnymi butami. Prawdopodobnie w miarę napływu myśli i zdjęć dojdą kolejne okienka poniższej tabelki.



Oto półbuty z kpiącym napisem o „zakazanej” wysokości obcasa, świadczącym o tym, że łamię ten zakaz z pełną świadomością. Z reguły chodziłem w tych półbutach w pracy w Legnicy od jesieni 2005 do końca mojej pracy tamże, przy czym jednym z ostatnich momentów użycia tych butów był egzamin dyplomowy, na którym byłem w sztruksowych spodniach koloru stalowego nieco za kolana, w rajstopach 40 DEN z uwagi na chłodny poranek po nocnym deszczu (wtedy zbytnio nie byłem zahartowany ;) ), i w długim marynarkopodobnym wdzianku z miękkiej tkaniny. Współpracownicy, w tym osoby z gremiów sprawujących władzę, zachowywały się neutralnie, ale nawet nie odpowiedziano na moje pisemko o mojej ofercie dalszego wykonywania pracy w tamtej placówce. Jakoś nie dawali tam chętnie umów na czas nieokreślony i co roku powtarzał się rytuał pisania proszalnych podań. Wtedy nie użyłem słowa „prośba”, a na dodatek poszerzałem swe granice wolności. I to był koniec.

Wróćmy do samych butów. Mam też parę o zielonkawym kolorze, w sprzedaży były też czarne. Zasadniczo po rozchodzeniu są wygodne, lecz po paru godzinach odparzają 5-te palce i w odróżnieniu od czółenek, nie można ich szybko i dyskretnie zsunąć z nóg. Ale wyglądają ładnie i na krótkie użytkowanie są w porzo. Obecnie napisy nie są już potrzebne...



Półbuty na klockowatym obcasie kupione w połowie lat 90. z przymierzeniem w sklepie z końcówkami serii, gdzie udało mi się zejść z wzroku sprzedawczyń nadzorujących halę i na kilka sekund wsunąć 1 nogę, przez co sprawdziłem pasowność na długość. Pierwotnie były z jasnej skóry, lecz wierząc w konieczność męskiego stonowania kolorystycznego, przepastowałem je ciemną brązową pastą i przyciemniłem je. Buty otrzymały także zmianę konstrukcyjną: posiadały dodatkowy pasek odchodzący od pasa ze sznurowadłami, który odciąłem po obu stronach, tworząc otwory wentylacyjne. Wierząc w konieczność wstydliwego ukrywania obcasa zrobiłem silikonowe okładziny maskujące, a mając w domu ciemnobrązową emalię, polakierowałem przyciemniająco także powierzchnie boczne i tylne obcasów. Buty wydawały się bardzo wygodnymi, gdy się w nich siedziało w bezruchu, jednak gdy raz wybrałem się w nich na zajęcia we wczesnych latach 2000. z zaocznymi studentami (chyba historia), pod osłoną spodniolową i z czarnymi cienkimi skarpeteczkami, grając ortodoksyjną mę(ż)czyznę, buty okazały swą twardość i obtarły mnie w niespodziewanych miejscach. Okazjonalnie przydawały się tylko przy wynoszeniu śmieci.



A to sandałki na koturnie, w których w dniu przegrywania przez Polaków ich pierwszego meczu na Mistrzostwach Świata w Japonii i Korei, z pamiętnym wykonaniem hymnu przez Edytę Górniak, odbyłem pilotażową eskapadę do pracy w spódnicy, rajstopach 40 DEN i marynarce. Buty te są w stylu młodzieżowym, niemal sportowym, ale trochę podwyższały człowieka, a dzięki grubej podeszwie niewyrobiona stopa dobrze się czuła nawet na ostrej kostce, którą wyłożony jest obszar w pobliżu budynków uniwersyteckich. Potem poprawiałem zapięcia z rzepów na sprzączkę, ale nie wykonałem tej przeróbki idealnie (żałując paska, który należałoby dodać). Tak czy owak, sandały te mają status marginalny, obecnie w użyciu są znacznie lepsze.



Sandałki w cielistym kolorze o bardzo przyjemnej wyściółce wnętrza, które chyba nigdy nie trafiły do użytku poza domem, z uwagi na zbyt niskie obcasy – bowiem gdy moja śmiałość pozwalałaby ubrać bardzo eksponujące stopę sandałki z jednego poprzecznego paska + paski wokół pięty, wolałem już chodzić na czymś wyższym. A takie miałem plany użycia ich w ideologicznej walce: napisałem na nich Laluś po polsku i angielsku, by dumnie pokazywać, że jestem i mam prawo być Lalusiem, a na dodatek zamieniłem twarde, stukające, fleki na ciche okładziny z miękkiej gumy.



Kolejne sandałki z zacięciem ideologicznym: buńczucznie wykazuję wysokość obcasów w formie niemal rysunku technicznego wraz z okrzykiem po polsku i angielsku, że nie wstydzę się tego. Faktycznie jednak wstydziłem się i nosiłem je kilkakrotnie pod osłoną długich spodnioli, a także dość intensywnie w domu podczas upałów i różnych prac technicznych. Z czasem ograniczyłem użytkowanie tych sandałków, bo poczułem, że jeden dość patologicznie zakłóca mi krążenie. Zresztą polubiłem szpilki zamiast obcasów klocowatych. Kupiłem je chyba na stoisku kiermaszowym z końcówkami serii. Zaletą dla wstydliwego użytkownika są niestukowe obcasy wykonane wraz z całą podeszwą z jednego wtrysku. Wadą takich butów jest pękanie całej platformy u nasady obcasa – tego się już nie da naprawić.






Sandałki na klinie ok. 5 cm z dość wąskim paskiem poprzecznym z przodu, które kupiłem w hipermarkecie chyba już w 2003 roku, i to z przymierzaniem (tworząc barykadę przed wzrokiem innych klientów z aktówki i koszyka – to stało się patentem). Dobry minimalistyczny projekt eksponujący większość stopy – chodząc w nich latem dobrze mogłem sobie opalić nogi. Jednak pomimo nieszpilkowego fasonu wdrożenie ich do użytku bez spodniolowej osłony wymagało odwagi, determinacji i szczególnych zabiegów technicznych, tym bardziej że okładziny maskujące z silikonu nie trzymałyby się długo na obcasie klinowym, gdzie nie można zrobić pełnego obwodu z silikonowej masy. Dlatego do pełnowartościowego użytku wprowadziłem te sandałki dopiero, gdy przyszło mi do głowy użyć akrylu budowlanego koloru brązowego, który będąc bliskim stężenia dał się formować jak plastelina. W ten sposób ulepiłem pseudosportowe okładziny imitujące piankowe formy na adidasach i uniseksowych sportowych sandałkach. Były to w gruncie rzeczy najlepsze buty, jakie udało mi się w owym czasie nosić także w Tarnowskich Górach podczas kilku upalnych sezonów letnich. Gdy odpadł akryl, namalowałem wzorki mające optycznie trochę spłaszczać klinowaty fason zabroniony dla tzw. mężczyzn. Obecnie raczej nie używam tych sandałków bo poczułem, że również one męczą mnie przez niekorzystne naciski naczyniowe.

Fotografia górna przestawia obecny stan butów, dolna pokazuje komputerowo domalowaną okładzinę podobną do tej z akrylu. Tyle że ładniejszą ;).



Biało-kremowe buty formalnie typu czółenkowatego (z boczną powierzchnią na śródstopiu), lecz de facto tak ażurowe, że należy uznać je za sandałki. Z ładną fakturą tkaniny w literki (lecz czcionka bez polskich diakrytyków). Gdy połapałem się co do ich wygody i solidności wykonania, od razu kupiłem II zestaw, a przy korzystnych okolicznościach może dokupię następny (jedna z sieci obuwniczych). Obcas szpilkowy ok. 8 cm, lakierowany. Przy zakupie oczywiście trzeba uważać na dokładność montażową konkretnego zestawu, ale jeśli dobrze wybierzemy, są to doskonałe buty na lato. Osobiście spędziłem w nich już 2 sezony letnie, w tym ostatni (2009) poświęcony na bieganie za kredytem. Buty te są doskonałym zaprzeczeniem mitów o niewygodzie i męczącym charakterze szpilek. Doskonale leżą na nodze – można w nich skakać, tańczyć i biegać (tylko szkoda), są mocno ażurowe, więc przez wiele godzin na bosą nogę nie odparzają. No i pozwalają się opalić podczas codziennego chodzenia po mieście. Polecam każdemu!