3Powrót (Teksty)

Obcość w kulturze dominującej

wpis pamiętnikowy pewnej kobiety

 Ewa Ulińska

Uczucia wobec kultury dominującej: obcość i bezdomność. Nie obcość zdumienia nad jakimś nieznanym ludem i jego osobliwymi obrzędami wokół różnicy płci, tylko obcość czegoś na granicy nienawiści, gorzkiego, bezwzględnego poczucia, że jeżeli chcę przetrwać, muszę rozstać się z taką kulturą. Wyruszyć w drogę – ale ze świadomością, że póki co nie istnieje żadna inna kultura, w której naprawdę mogłabym się odnaleźć, a piece of something to call mine. I głęboka świadomość tego, że nie mam wyboru, że ta kultura zabija, zatruwa duszę, zamienia żywe, myśloczujące kobiety w zombie. W gruncie rzeczy – przy całej tej właśnie gorzkiej świadomości, że uciekać mogę tylko naprzód, bez żadnej pewności, że znajdę schronienie – winnam jednak być paradoksalnie wdzięczna za ten brak wyboru, za dane mi Objawienie Buntu, które już w tym punkcie wyjścia czyni moje płuca niezdolnymi do przyswajania powietrza tego świata...


Zaczęło się znów od strojów sportsmenek – „artykułu” na ten temat (zgodnie z nową modą dziennikarską raczej podzielone na kolejne strony obrazki z nikłym tekstem. Nie, moim zdaniem w tym wypadku irytujący podział na „przeźrocza” nie ma służyć nabijaniu oglądalności, tylko umożliwiać pracę „dziennikarską” faktycznie prawie bez pisania, opartą na zebraniu obrazków i podaniu ludziom takiej papki), ale bez poważnego potraktowania problemu, podejrzanie zbliżający się raczej do zaserwowania samcom roznegliżowanych zdjęć pod pretekstem pisania o seksizmie. A jednak dla mnie to aż za bardzo poważne, to coś, co sprawia, że krwawi mi serce, że mam ochotę wpadać z wrzaskiem na stadiony, deptać skąpe ubranka, publicznie drzeć zdjęcia. Coś, co poprzez uczucie poniżenia przypomina mi, jak ważna jest płeć. Bycie kobietą to dla mnie solidarność w walce, inne jej wymiary mają dla mnie nikłe znaczenie, ale – choć przecież nie jestem podobna do tych lekkoatletek ani siatkarek, mam brzydkie, radykalnie a(nty)seksualne ciało – sama wiedza innych o tym, że jestem kobietą, spycha mnie w te same oczekiwania – dlatego nawet odrzuciwszy seks i seksowność dzielę ten sam los i jestem moralnie zobowiązana walczyć o możliwość wyboru - za wolność naszą i waszą.


Jak zwykle obelgi pod adresem tych, którerzy ośmielają się przypominać o istnieniu seksizmu: Feministki chcą zniesienia różnicy płci (dlaczego? Bo są brzydkie i zazdroszczą normalnym kobietom ich szczęścia). Ten właśnie rodzaj przekazów, który sprawia, że niemal eksploduję, że może wręcz wolałabym wybuchnąć, zniknąć i nie czuć już potworności tej kultury – ale jednak muszę zachować przytomność. I uświadomiłam sobie: tak, we współczesnym patriarchacie istnieją dwie płcie: podmioty, które oglądają i przedmioty, które są wystawione na widok. Panowie i poddane. I odrzuty, które nie są jednak "trzecią płcią", tylko BEZPŁCIĄ, bo ten system nie pozostawia furtki, alternatywy, tylko spycha wszystko, co się w nim nie mieści, na ludzkie wysypisko śmieci. "Odrzuty" to płciowi i seksualni odmieńcy: panowie, którzy nie są zainteresowani gapieniem się na poddane, transkobiety zdemaskowane jako podróbka podszywająca się pod oryginał (to uniwersalne podłoże transfobii: lęk przed tym, że ta babka, na którą się gapisz, być może „tak naprawdę” jest facetem) czy poddane odmawiające wywiązywania się ze swej roli (także ja, surowiec, który odmawia wejścia w stosunki produkcjii kobiety choćby tylko cieleśnie nie spełniające wymogów).


Cały ten system opiera się na hegemonii męskiego spojrzenia. Wszechwładza – broń przygotowana przeciw możliwym zarzutom (kto sprzeciwia się takiemu podziałowi ról płciowych, jest zawistna, chce pozbawić kobiety radości życia, wepchnąć je w burki, jest pruderyjna, zakompleksiona, rekompensuje sobie własne porażki... znam te „argumenty” aż za dobrze). I perfidia przewyższająca wszelkie dawniejsze postacie patriarchatu. Wmawianie kobietom, że ich podległość jest zgodna z planem Bożym, to wciąż jeszcze władza oparta na strachu. Patriarchat po rewolucji seksualnej ma w swoich rękach narzędzia zdolne uczynić z kobiet niewolnice gorliwie oddające się w niewolę: przekonanie kobiet, że działa w ich interesie. Temu służy samo pojęcie "rewolucji seksualnej", przekonywanie, że przyniosła ona kobietom swobodę, i wartościowanie, które jest koniecznym warunkiem jego powodzenia: WYZWOLONA i szczęśliwa kobieta w skąpym stroju i biedna, skrzywdzona kobieta SPĘTANA zasłaniającym ciało strojem. To od uderzenia w ten właśnie punkt powinna wyjść krytyka, tu mieści się splot słoneczny patriarchatu opierającego się na (auto)seksualizacji kobiet. Ale bez naiwnej wiary w to, że to łatwe zadanie. To, co feminizm na do zaoferowania na pierwszy rzut oka, to wartość czysto negatywna: WOLNOŚĆ OD PODOBANIA SIĘ. Czym miałaby być w tym polu walki WOLNOŚĆ DO? Dla mnie to WOLNOŚĆ DO WYBORU - ale by ją pokazać, trzeba wykonać wielką pracę. Pokazać, że w dzisiejszej kulturze nasza wolność wyboru jest iluzoryczna (skoro dokonanie innego wyboru obarczone jest negatywnym wartościowaniem, przedstawione jako wybór zniewolenia). Zakwestionować „naturalne pragnienia”, które rzekomo czynią skąpy strój i męskie pożądanie spełnieniem „wewnętrznych pragnień” kobiety. Zetrzeć nadwyżkę znaczeniową seksu, to bezrefleksyjne założenie, że seks jest sam w sobie dobry – nie odwracając równocześnie znaku wartości, tylko odwracając SIĘ od takiego przedstawienia sprawy. Przekonać, że warto w ogóle dążyć do uwolnienia z tej sieci, które może przecież okazać się stanem zawieszenia, tej kulturowej bezdomności, która jest moim udziałem. Rozebrać dom pana, zamiast żądać w nim miejsca dla siebie.


Komentarz Antyfaceta