3Powrót (Teksty)

Gderanie o sporcie w duchu antyfacetowskim (2)*

Obsesja czystych typów – czystość płciowa

Problem z płciową tożsamością zawodników dotyczy nie tylko piłki nożnej – gry o wyraźnie paramilitarnym charakterze, zdominowanej przez jak najprawdziwszych mężczyzn, gdzie nie ma miejsca dla mężczyzn „wybrakowanych” zauważalną homoseksualnością czy niewyraźną męskością, a której żeńska liga jest zjawiskiem raczej niszowym. Zwykło się myśleć, że zgodnie z zauważalnym dymorfizmem płciowym oraz typowym dla kultury Zachodu dwubiegunowym podziałem ludzi na typy zw. „kobietami” i „mężczyznami”, te pierwsze są mniejsze i słabsze, bo w ich organizmach powstaje niewiele testosteronu, a jest to hormon usposabiający do porywczych działań, rywalizacji totalnej, a w szczególności, zmagań siłowych. Stąd wydaje się rozsądnym organizować osobne rozgrywki dla tak rozróżnianych kategorii zawodników. Niestety, natura nie jest tak jednomyślna i uporczywie podsuwa osoby o kłopotliwej tożsamości przy których samoański piłkarz Johnny „Jayieh” Saelua, żyjący jako fa'afafine, czyli osobnik biologicznie męski, acz spełniający kulturową rolę żeńską, to pikuś. Niedawno południowoafrykańska biegaczka Caster Semenya zmuszona była mozolnie potwierdzać swą żeńską płeć pod groźbą utraty wszystkich zdobytych trofeów. Okazało się, że jest hermafrodytą, czyli ma komplet organów męskich i żeńskich, i dzięki temu znacznie wyższy poziom testosteronu. Ostatecznie medale pozwolono jej zatrzymać – nie zrobiła tego umyślnie. Poniekąd nawet my Polacy, miłujący biblijny porządek w tych sprawach, mamy swój wkład w dzieje problemu, a to dzięki postaci Stanisławy Walasiewiczówny, u której nie tylko nadane przy chrzcie imię Stefania było inne niż używane Stanisława, lecz i organy płciowe wraz z chromosomami odbiegały od żeńskiej przeciętnej. Po tragicznej śmierci atletki stwierdzono u niej obecność nie w pełni wykształconych męskich genitaliów i niezbyt typowej dla żeńskiej płci kombinacji chromosomów XY. W ten sposób, pomimo społecznego funkcjonowania jako osoba żeńska, również ona dysponowała większym ładunkiem testosteronu, większą masą mięśni, i dzięki temu lepsze mogła na bieżni osiągać wyniki. W końcu nie bez powodu faszerowano sportsmenki z NRD testosteronem do tego stopnia, iż niektóre w końcu zaczęły identyfikować siebie jako osoby płci męskiej, jak Heidi Krieger, która później uznała siebie za Andreasa. Stąd niektórzy postrzegają takie przypadki jako oszustwo, z tym że absurdalne jest założenie, iżby ktoś taki jak Stanisława Walasiewiczówna lub Caster Semenya specjalnie skonstruowały swą skomplikowaną tożsamość w celu „wyłudzenia” nienależnych im sportowych laurów. Jest też i druga strona problemu: ewentualne dyskwalifikowanie ludzi o niejednoznacznej lub nietypowej tożsamości płciowej oznaczałoby jawną ich dyskryminację – w końcu uprawiać sport każdy może i zapewne nawet powinien, tedy i satysfakcja z wygranych zawodów człowiekowi się należy.

Problem zapewnienia uczciwych warunków rywalizacji jednak pozostaje: czy trzeba stworzyć nowe kategorie dla różnego typu osób transpłciowych, czy może pozwolić wszystkim rywalizować wspólnie bez względu na przynależność płciową i poczucie tożsamości, a jedynie wg kategorii wagowych grupować zawodników? A może grupować ich wg jakiegoś algorytmu uwzględniającego wagę i indywidualny poziom testosteronu w organizmie, które po badaniach ustalałby jakiś sportowy urząd certyfikujący?

Tylko oryginalne części?

Obawiam się, że nawet to nie wystarczy – weźmy przypadek południowoafrykańskiego biegacza Oscara Pistoriusa. Człowiek ten dokonał rzeczy niebywałej, gdyż straciwszy w dzieciństwie obie nogi, został wybitnym biegaczem, a jego wyniki stanowią wyzwanie dla pełnosprawnych atletów. Okazuje się jednak, że pozytywny wpływ na te osiągnięcia mają jego supernowoczesne protezy z włókien węglowych, co powoduje, że prócz ludzi płciowo niewyraźnych dochodzi nowa kategoria sportowców – cyborgi. Dotychczas tacy spadali do igrzysk dla niepełnosprawnych, ale co robić, gdy ich sprawność zacznie przewyższać możliwości ludzi o kompletnych organizmach? Może więc zawody sportowe musiałyby się rozpaść na znacznie więcej kategorii ze względu na specyficzne uszkodzenia i formy ich kompensacji oraz tożsamości zawodników? Albo, w sytuacji, gdy zaopatrzeni w cudowne protezy niepełnosprawni osiągają wyniki porównywalne z zawodnikami zdrowymi – pozwolić wszystkim konkurować ze wszystkimi? W dobie emancypacji wszelkich grup spychanych na margines nie sposób odmawiać komukolwiek prawa do sportowych zaszczytów, a nie od dziś wiadomo, że gwiazdy Paraolimpiady dla niepełnosprawnych nigdy nie dorównują wielkością honorariów i celebry zdobytych przez zwycięzców tej głównej, bezprzedrostkowej, Olimpiady. Podobnie zresztą jak żeńskie piłkarki czy, by tak rzec, bokserki… Gdyby zaś postanowić zintegrować wszystkich na tych samych bieżniach i boiskach, okazałoby się, iż wyniki zawodów nie są prostą obserwacją, kto pierwszy przekroczył linię mety, doskoczył pewnej odległości czy przeszedł poprzeczkę na określonym pułapie – prócz zauważalnych gołym okiem znamion rywalizacji, trzeba by w odniesieniu do każdego zawodnika zastosować przelicznik uwzględniający jego indywidualne obciążenia i bonusy (jak wagę, poziom testosteronu czy sprężystość protez…), czyli wraca idea indywidualnej certyfikacji z rozszerzeniem wszakże o protezy. W przeciwnym razie pęd do zwycięstwa mógłby zaowocować zamierzoną cyborgizacją zawodników – przykładowo przy wyborze kariery można by zrezygnować z naturalnych kończyn ruchu na rzecz wydajniejszych protez. Byłoby to oczywiście nieetyczne, i pojawiłaby się potrzeba lustrowania przez biegłych okoliczności utraty nóg lub innych członków, by potwierdzić chorobę lub wypadek, a wykluczyć zabieg w jakimś szemranym gabinecie lekarskim na własne życzenie kandydata na mistrza…



Sędzia z gwizdkiem do lamusa?

Ale odejdźmy od tej cokolwiek makabrycznej wizji i wróćmy do idei wiarygodności sędziowania i wyników. Właściwie w dobie szybkich komputerów żaden to problem, gdyby naoczna obserwacja miała rozmijać się z obiektywną oceną osiągnięć sportowców – nawet podczas transmisji zawodów na żywo można rzucać na telewizyjny ekran wygenerowane przez komputer paski pokazujące, który zawodnik wygrywa naprawdę, czyli po uwzględnieniu indywidualnych przeliczników. Również publiczność stadionowa może mieć na to podgląd na wielkich telebimach, które na każdym poważnym stadionie już są i tak. Właściwie każda bieżnia może być też zaopatrzona w czujniki, dzięki czemu system na bieżąco otrzymywałby informację o położeniu każdego zawodnika, który z kolei może mieć zaimplantowany chip czy jakiś transponder pozwalający na błyskawiczną identyfikację jego położenia; ergo słupki czy paski postępu sportowców byłyby odpowiednio dynamiczne, a ich śledzenie – ekscytujące.

Ba, nie ma już potrzeby fizycznego spotkania się konkurujących atletów na tym samym stadionie, tej samej bieżni czy skoczni: technologia pozwala już na transmisję równolegle rozgrywanych konkurencji, zakładam, że z uczciwymi kalibracjami opóźnienia sygnałów transmitowanych pomiędzy stadionami i uwzględnianych przy zliczaniu wyników. Problemem mogłaby by być różnica pogody, ale od czego hale sportowe pod dachem, gdzie wiatr czy słońce nie mają wpływu, od czego klimatyzacja? Skoro ciśnieniowe mogą być kabiny samolotów pasażerskich, to i stadiony można zrobić z możliwością ustalania ciśnienia atmosferycznego identycznego z panującym w innych miejscach rozgrywania danej konkurencji. Korzyścią takiego rozwiązania jest eliminacja niepotrzebnych kosztów podróży sportowców i ich ekip wsparcia, a dodatkowo, możliwość występowania przed własną, dobrze dobraną publicznością, której ewentualne gwizdy, gdy sukces odnosi ktoś inny niż jej faworyt, nie będą przezeń słyszane… Wyrównywanie fizycznych parytetów najbardziej może być szokujące w przypadku sportów walki w rodzaju boksu: może bowiem się okazać, że ktoś leżący na deskach akurat wygrywa, jeśli uwzględni się wszystkie współczynniki wyrównawcze. Obiektywizm w tej dziedzinie można by osiągnąć przez montowanie na głowach i korpusach bokserów certyfikowanych czujników siły wstrząsów (takich malutkich sejsmografów), których wskazania byłyby zliczane przez komputer, a ten z kolei w połączeniu z zapisem video, byłby nawet zdolny rozróżnić wstrząsy pochodzące od ciosów zadanych przez przeciwnika od tych „wtórnych”, wynikłych z przekazania własnej energii kinetycznej oponentowi. Oczywiście nawet boks można sobie wyobrazić w postaci zdalnej…

Nie byłoby to właściwie nic dziwnego – długo już żyjemy w świecie opisanym przez przeczące naszej intuicji teorie względności i kwantów, więc powinniśmy być przyzwyczajeni, iż prawie wszystko w istocie jest inne niż się wydaje. W każdym razie, gdy od wyników zawodów zależy gwiazdorski status jednostek, ich królewskie honoraria w kontraktach reklamowych i na dodatek emocjonalny dobrostan całych narodów, taka aptekarska dokładność w obliczaniu wyników to konieczność – prymitywny sędzia z muszką, gwizdkiem czy taśmą mierniczą, a nawet fotokomórka na mecie już nie wystarczą. Gdy cała rzeczywistość jawi nam się bardziej skomplikowaną, dlaczego również ustalanie, kto wygrał, nie miałoby się dokonywać przez wielopoziomową interpretację ściśle zarejestrowanych danych, gdzie wizualna obserwacja zawodów byłaby wtórna i niczego nierozstrzygająca?

Do części 3

-----

* Część 1 (o futbolu) została opublikowana w czerwcowym numerze Rity Baum.

Antyfacet RP