3Powrót (Teksty)

Gderanie o sporcie w duchu antyfacetowskim (3)

Sport to zdrowie?

Gdy w kontekście sportu umieszczamy coś tak perwersyjnego jak boks, aż prosi się gruntownie ten paradoks zbadać. W języku angielskim, z którego na łono polszczyzny przybyło słowo „sport”, pośrednią drogą znalazło się ono ze starofrancuskiego, gdzie „desport” znaczyło „rozrywkę, rekreację, przyjemność”, i związane było z czasownikiem „desporter” o znaczeniach: „rozerwać się, zabawić, zadowolić, pograć”. Rozumiem, że liczne usportowione gry i aktywność ruchowa pozwalają osiągnąć powyżej wspomniane doznania, nawet w połączeniu ze znacznym wysiłkiem fizycznym, o którym wiadomo, że wzmaga wydzielanie w mózgu endorfin – związków przynoszących nam miłe odczucia. Gdy jednak uświadomimy sobie, że w sporcie wyczynowym nawet utalentowany organizm trzeba katować wysiłkiem w czasie treningów, i przy ekstremalnych obciążeniach lub zajadłej grze zdarzają się kontuzje, pojawia się pierwsza wątpliwość, czy to wszystko dla organizmu jest korzystne. Spójrzmy na tak zwane „sporty walki”, – tam zawodnik tracący punkty doznaje wymiernych szkód na zdrowiu w rodzaju stłuczeń, rozcięć, złamań, wstrząsów mózgu i wewnętrznych wylewów śródczaszkowych. Gdy kwalifikujemy tego typu działania jako sport w zacytowanym tu jego pierwotnym, jakże niewinnym i pięknoduchowskim znaczeniu, ujawnia się ogrom perwersji i paradoksalność. Nawet jeśli trening przynosi organizmowi wzrost jego wydolności fizycznej, to doznawszy takich destrukcyjnych efektów faktycznej rywalizacji w ringu trzeba się leczyć i niejednokrotnie trafia się do szpitala, a jak pójdzie gorzej, to i do kostnicy. Wprawdzie i w innych dyscyplinach zdarzają się kontuzje, lecz ich zadawanie rywalowi nie jest celem, co jak w odniesieniu do piłki nożnej, może być źródłem zawodu dla publiczności przybyłej na stadion z intencją obejrzenia krwawej wojny. W przypadku „sztuk walki” ze stuprocentowym i z reguły destrukcyjnym kontaktem zawodników doprowadzanie się do krwawienia to norma, a i poetyka dopingującej publiczności koresponduje z charakterem widowiska – wezwania pod adresem własnego faworyta: „zabij go” są na porządku dziennym. Sportem trudno to nazwać podobnie jak polowanie czy corridę; w przypadku boksu można wszakże cieszyć się, że choć widowisko ma charakter krwawej jatki, to przynajmniej nie męczą w nim niewinnych zwierząt, a zawodnicy chociażby teoretycznie rozumieją, co im grozi i uczestniczą w tym dobrowolnie.

Bicie: z ludzką twarzą, czy po staremu?

Skądinąd, kontynuując wcześniej podjęte wątki, nie sposób, żebym pominął świtającą mi w głowie nieco fantastyczną wizję technologii „boksu na odległość” – byłaby to szansa uczynienia tego i innych „sportów walki” bardziej ludzkimi (przy założeniu, że ludzki znaczy „cywilizowany, rozumny, współczujący i unikający okrucieństwa”, co wcale nie jest takie oczywiste…). Wyobrażam to sobie w ten sposób, że zawodnicy umieszczani byliby w interaktywnych „kombinezonach”, które obudowane byłyby siłownikami przekazującymi uderzenia z siłą i pod kątami odczytanymi z położenia rękawic fizycznie oddalonego rywala – technologia byłaby rozwinięciem rozwiązań z dość powszechnych już tablic interaktywnych. Oczywiście, aby nie młócić rękami w powietrzu, bokserzy musieliby mieć przed sobą kukłę oponenta sterowaną według jego faktycznych ruchów i odbierającą energię faktycznie bitych ciosów, albo przynajmniej robot, który w odpowiednich miejscach wystawiałby powierzchnie imitujące pięści i atakowane u przeciwnika części ciała. Urządzenie mogłoby być zaopatrzone w jakiś bezpiecznik niepozwalający otrzymać cios wyniszczający dla zdrowia, acz zadawanie takich ciosów byłoby dopuszczalne – system mógłby je ewidencjonować jako nokaut i wyznaczać po ich zadaniu koniec walki. Ewentualna kolejna generacja kombinezonów boksera imitowałaby skutki uszkodzeń ciała poniesione wskutek otrzymanego bicia: mogłaby narastać sztywność karku czy ramion i ich ciężar (zbiorniki balastowe napełniane rtęcią), pogorszenie ostrości obrazu na goglach, podczerwienienie obrazu (imitujące zalew oka krwią), albo jego zawężenie (w razie opuchlizny). Aha, dla pełnej imitacji zamroczenia do uszu przez słuchawki mógłby być puszczany szum, obraz podawany przez gogle mógłby być podawany z mniejszą liczbą klatek na sekundę i rozmyciem, a siłowniki w podłodze dostarczałyby niestabilnych przechyłów, które udawałaby utratę równowagi. Poszczególne federacje bokserskie różniłyby się wyborem urządzeń: z elektromagnetycznymi lub piezoelektrycznymi „przetwornikami ciosów” i ich rozdzielczością wyrażoną współczynnikiem PPI, czyli Punch Per Inch (cios na cal), a także ustawieniami „bezpiecznika mocy ciosów”. Parametr ten byłby wyrażony w J/cm2 lub bardziej po anglosasku: na cal kwadratowy, i określonym procentem energii ciosów przekazywanych na ciało zawodnika. Na olimpiadach „amatorów” byłyby współczynniki pomniejszające, w różnych kategoriach walk zawodowych również albo z opcją „na całość” (1:1), zaś organizatorzy walk nielegalnych wabiliby publiczność przelicznikiem ponad 100%.... Oczywiście wszystkie uderzenia poniżej pasa czy w tył głowy wykluczone byłyby z zasady – system „beat-by-wire” cenzurowałby takie ruchy, a aktywna część kombinezonu nie obejmowałaby stref zakazanych (choć upomnienia za faulowanie byłyby zawodnikom udzielane). Dalsza ewolucja systemu pozwalałaby w ogóle uniknąć przenoszenia nawet komputerowych imitacji ciosów na ciała zawodników – bokserzy obsługiwaliby wirtualne fantomy swoich ciał, a te w cyfrowy sposób zliczałyby destrukcję pochodzącą z zainkasowanej dawki bicia i stosownie traciłyby sprawność, aż do technicznego nokautu. Skądinąd można by pozwalać wirtualnym zawodnikom bić się do ostatniego tchnienia – publiczność to przecież uwielbia!

Skoro walczący w pierwotnej wersji systemu „bicia na odległość” musieliby się ruszać i otrzymywaliby uderzenia przetworzone przez kombinezon, ich zmęczenie byłoby autentyczne, choć zapewne nie doznawaliby już uszkodzeń w rodzaju rozbitego łuku brwiowego, obrzęku potłuczonej twarzy czy krwawiącego nosa, by nie wspomnieć o złamanych szczękach, krwiakach w mózgu i innych atrakcjach dodających boksowi pikanterii. Kontuzje takie byłyby co najwyżej skutkiem awarii systemu, i zawodnicy w takim przypadku otrzymywaliby odszkodowania od producenta urządzeń. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by komputer obsługujący walkę generował tak miły oku obraz zniszczenia poszczególnych bokserów na animacji pokazywanej publiczności – krew i pot stanowią znaczną część piękna współczesnego boksu, gdy w postaci tysiąca kropelek rozbryzgują się po mocnym uderzeniu w głowę lub korpus i rozszczepiają się na składowe barwy w świetle reflektorów na ciemnym tle sportowej hali podczas nocnej, jak to się mówi, bokserskiej gali. Oczywiście fajterzy zamknięci w kombinezonach z masą oplatających kabli nie tworzyliby widowiska strawnego dla publiczności – dla niej system generowałby animację, najlepiej w 3D i oczywiście HD, zatem przeżywanie emocji i pięknego widoku dwóch zmagających się ciał byłoby zapewnione w czasie rzeczywistym. Do decyzji bokserów pozostawiono by, czy chcą słyszeć ścieżkę audio publiczności dopingującej wyłącznie ich, czy także przeciwników – dla jednych krzyki kibiców oponenta „zabij/wykończ go” mogą być deprymujące, inni z kolei lubią być w ten sposób mobilizowani, by jeszcze większej doznać satysfakcji z pobicia rywala w ten sposób dopingowanego… Dzięki temu również subtelne i nieśmiałe osoby mogłyby uprawiać tę formę szlachetnej rywalizacji.

W ten sposób boks wreszcie przestałby być kontrowersyjny, a znalazłby niekwestionowane miejsce pośród innych sportów oraz profesji – zasadniczo cywilizowanych, bo nieszkodliwych dla uprawiających je specjalistów. Podziwianie kunsztu bokserskich akcji oderwałoby się od etycznego defektu w postaci niszczącego ich skutku dla strony przegrywającej, a bokserzy z nieuszkodzonymi mózgami żyliby dłużej i mogli również być wielkimi myślicielami oraz wolnymi od jąkania się krasomówcami. Co więcej, przy komputerowym pośrednictwie w przekazywaniu ciosów stałoby się możliwe, by precyzyjnie uwzględnić wagę, wzrost, wszelkie różnice w anatomii i wytrzymałości organizmu zawodników, także ze względu na tożsamość płciową. Tym samym walki wszystkich ze wszystkimi stałyby się faktem – wreszcie oficjalnie dałoby się porównać pięściarski kunszt: kobiet, mężczyzn i wszelkich transów ze smykałką do bicia. Prócz otwarcia zawodów bokserskich dla różnych kategorii człowieka wyeliminowana zostałaby też subiektywność sędziów – komputer na pewno nie uroniłby żadnego ciosu ze względu na stronnicze sympatie.

Boks a sprawa polska

Póki co boks pozostaje krwawym rzemiosłem, w którym energia kinetyczna pięści trafia w organizm boksera i odpowiednio go uszkadza, co komentatorzy sportowi eufemistycznie zwą „zmęczeniem”. Dynamiczny kontakt człowieka z człowiekiem jest bezpośredni i osobisty. Bokserzy toczą ze sobą także wojnę psychologiczną mierząc się wzrokiem, czasem racząc się toksycznymi tekstami podczas ceremonialnego ważenia się i walki – gdy osobiście się nie lubią, reprezentują klub sportowy z innego miasta albo i cały naród na zawodach międzynarodowych. W tym ostatnim przypadku walka taka stanowi dodatkową płaszczyznę rozgrywania się stosunków międzynarodowych – swoiste przedłużenie dyplomacji jak wojna w ujęciu Clausewitza. Jeśli spojrzymy na wyczyny bokserów w nowoczesnej historii Polski, ukaże się naszym oczom narodowa doniosłość ich krwawego wysiłku.

Oto byliśmy zniewoleni przez ponad 50 lat w państwie z nieakceptowanym ustrojem i dość marionetkową władzą podległą Związkowi Radzieckiemu, w oficjalnej propagandzie przedstawianemu jako przyjaciel i sojusznik. Powodowało to frustrację. Cóż byśmy zrobili, gdyby nie nasi prześwietni mistrzowie pięści? Gdy przykładowo Jerzy Kulej, Zygmunt Chychła czy Zbigniew Pietrzykowski tłukli przedstawicieli naszego fałszywego sojusznika, wpływ każdego ciosu na radość narodowego ducha znacznie bardziej był dobitny niż w przypadku wygranego meczu piłkarskiego. Gdy więc któryś z naszych spotkał na ringu zawodnika ZSRR, to tak, jakobyśmy wszyscy go tam bili, a jest za co: zbrodnia katyńska, bierność wobec Powstania Warszawskiego, egzekucje AK-owców, handel na nieuczciwych warunkach i codzienne marne życie w złym ustroju…. Z kolei przedstawicieli innych krajów wolnego Zachodu można by bić za pozostawienie nas na pastwę Hitlera i Stalina, chociaż w 1939 byli naszymi sojusznikami. A Amerykanów za sprzedanie nas Sowietom w Jałcie. Niemców za wojnę, i z zazdrości, iż pomimo jej przegrania pozbierali się i żyją sobie dostatnio, podczas gdy my męczymy się w komunizmie. Jak dobrze pomyśleć, na każdy naród jakiś powód bicia się znajdzie.

Czasy jednak się zmieniły – ZSRR upadł, Polska odzyskała niepodległość i zmieniła ustrój, a nasi luminarze boksu wstąpili na szlak zawodowstwa i odtąd biją się za pieniądze. Grube pieniądze, jeśli spojrzeć z perspektywy hipermarketowego kasjera czy prostego nauczyciela. Szacowane honorarium Tomasza Adamka za bitwę z Ukraińcem Witalijem Kliczko wynosiło ok. 10 mln złotych. Powstaje pytanie, za ile tysięcy czy milionów opłaca się zrezygnować z szacunku dla integralności ciała-którym-się-jest i wystawić je na około godziny tłuczenia podzielonego na 3-minutowe odcinki. Zważywszy na fakt, iż chodząc po mniej fortunnych dzielnicach naszych miast można zupełnie za darmo oberwać nie mniej, każdy cios odebrany na ringu może wydawać się kapnięciem z deszczu złotych jajek – może początkowo nieprzyjemnym, lecz w dłuższej perspektywie – pożądanym. Czy w takim razie motywacja kibicowania rodakom została zredukowana do radości, że któryś z „naszych” po walce będzie bogatszy? Nie sądzę. Po pierwsze panuje polska zawiść, więc nawet bohaterom narodowym lepiej jest milczeć o honorariach – najpóźniej, gdy się przestanie być bohaterem narodowym, będą wypominać każdy grosz. Po wtóre, gdy wygrywa któryś z „naszych”, wszystkim prowadzącym frustrujące życie w naszym przeciętnym kraju wydaje się, że jesteśmy lepsi – przynajmniej od mieszkańców kraju, którego przedstawiciela „pobiliśmy”. Jeśli przypadkiem z Polakiem przegrał reprezentant wielkiego kraju o wysokim dobrobycie, jak np. USA, zapominamy o realnych różnicach statusów naszych krajów i dzięki przewadze na zastępczej skali możemy na Amerykanów popatrzeć sobie z góry… Po trzecie, chociażby zjawisko wiecznie przegrywającego olbrzyma, Andrzeja Gołoty, wskazuje, że musi być coś jeszcze. Skądinąd zaskarbił on sobie fanowskie uwielbienie poetki noblistki Wisławy Szymborskiej, damy pióra ze wszech miar łagodnej i raczej dalekiej od fascynacji biciem człowieka przez człowieka. Może w przegranych lub nierozstrzygniętych ringowych bojach Andrzeja Gołoty pobrzmiewa echo naszych nieudanych narodowych powstań, w których pokazaliśmy wspaniały hart ducha i serce do walki, lecz zawsze coś było nie do końca przemyślane albo nasi wrogowie czy sojusznicy okazywali się tak zdradzieccy, że jedynym efektem naszego bojowego zrywu była kreacja nowego narodowego mitu? Może po prostu nieudacznicy budzą w nas sympatię, czyli lubimy myśleć, że tacy dobrzy dla przegranego bliźniego jesteśmy? Bo cóż nadzwyczajnego w celebrowaniu zwycięzcy? To potrafi każdy.

Magia krwi

Bardzo pobudza też polską wyobraźnię bohater romantyczny, który walczy i wygrywa pomimo znoszonego w samotności cierpienia. Taką ujmującą do głębi duszy ofiarę na ołtarzu ringowej chwały złożył Tomasz Adamek, gdy w 2005 ze złamanym nosem walczył z Paulem Briggsem i wygrał. W przeszłości też mieliśmy niejeden taki bohaterski akt, jak przykładowo udział Jerzego Kuleja w turnieju w Meksyku w 1966 z trzema pękniętymi zębami czy też jego walka w stanie zamroczenia z Kubańczykiem Enrique Requeiferosem na olimpiadzie. Wtedy szalenie piękne było, iż człowiek, który powinien był paść na podłogę i leczyć się, nie tylko stał dalej, lecz jeszcze tłukł przeciwnika, w którego miejscu widział ciemną plamę. I stłukł go na kwaśne jabłko, wygrał! Trochę mniej piękne jest, gdy na starość wszelkie urazy z młodości wychodzą ze zwielokrotnioną siłą, a w przypadku bokserów – w formie szczególnych neurologicznych defektów przypominających przedwczesną demencję. Niestety transfer wiedzy od starców do młodzików jest znikomy. A dzięki temu nigdy nam nie zabraknie heroicznych męczenników zwabionych wizją sławy i bogactwa albo chęcią dostarczenia wzniosłych emocji publiczności. Zawsze więc będziemy mogli się cieszyć, że któryś z „naszych” doprowadził przedstawiciela jakiejś innej nacji do zejścia z ringu na chwiejnych nogach z krwawymi wybroczynami i innymi urazami lub przeżywać wprawdzie traumę naszego herosa, lecz bezpiecznie – na odległość, i z kojącą świadomością, że i tak na biednego nie trafiło.

Z naszym narodowym wojownikiem z Żywca, Tomaszem Adamkiem, wiąże się także metafizyczny aspekt boksowania – jest on bowiem wierzącym i bardzo pobożnym katolikiem. Nie jest tajemnicą, że przed walkami modli się, może nawet nie naiwnie o zwycięstwo, lecz o uniknięcie nadmiernego poturbowania. Tak czy owak, Bóg może mieć kłopot, gdy na ringu spotka się nasz waleczny góral z kimś równie pobożnym i wyznającym tę samą wiarę. Nie wiem, jak Bóg może sobie radzić z dylematem, czyje ciosy pobłogosławić bardziej i sprawić, by „dochodziły”. Być może po prostu przekazuje takie sprawy do rozstrzygnięcia Przypadkowi, czyli na żywioł, rękami samych pięściarzy? Gdy jednak Adamek przegrywa, my Polacy mamy powód do niepokoju – może to znaczyć, że tracimy u Boga klauzulę najwyższego uprzywilejowania i grozi nam konieczność uznania siebie za naród zupełnie przeciętny, a nie wybrany. Albo jeszcze gorzej – że inne wyznania i denominacje prowadzą do Boga krótszą drogą!

Boks a sprawa kobieca

W ramach nieustającego postępu emancypacji kobiet wiele z nich odkrywa, że nie są stereotypowymi opiekuńczymi aniołkami, lecz również chętnie by komuś przyłożyły w twarz, by nie rzec kolokwialnie – w mordę. Tak więc i one trafiły do boksowania, i zupełnie niesłusznie ich dokonania odbijają się słabszym echem niż ciosy pięściarskich wojowników męskich. Twarze żeńskie też doznają stłuczeń i równie efektownie pokrywają się obrzękiem czy krwawią z łuków brwiowych, nosów i warg, a co więcej, kontrast pomiędzy buzią kosmetycznie wydelikaconą przez regulację brwi, sztuczne rzęsy i kolorowe malowanki, a uszkodzeniami doznanymi w walce jest perwersyjnie ciekawszy. Na konferencjach prasowych po walce paniom wprawdzie wypada wystąpić z makijażem maskującym, co należy uznać za słuszne, mimo iż zaprogramowani na twardo prawdziwi mężczyźni się tym brzydzą. Dzięki ukrywaniu uszkodzeń łatwiej uznać współczesny, dotykowy boks za etycznie neutralną gałąź szołbiznesu, a to niewątpliwie służy jego popularności – obecnie wielu rodziców nie chciałoby, żeby ich dzieci, a w szczególności córki, zajmowały się tym pięknym sportem. Choć tak naprawdę przyznać trzeba, że nawet z użyciem makijażu, panie wcale nie oszczędzają się w swych bokserskich potyczkach i także mogą już poszczycić się śmiertelnymi ofiarami. Wymienić tu należy prekursorki żeńskiego boksu: Stacy Young poległą w 2003 i Becky Zerlentes – w 2005.

Oprócz prawdziwej traumy, w przypadku kobiet walczących na pięści dochodzą jeszcze inne ekscytujące aspekty – mianowicie możliwość bicia po piersiach, sposób ich zabezpieczania lub rezygnacja zeń oraz tego konsekwencje. Plastikowe miseczki z pianką nie załatwiają bowiem sprawy całkowicie i efektem regularnie odbieranych ciosów jest stwardnienie tkanki tłuszczowej, choć podobno rak z tego się nie rozwija – co najwyżej jest trudniejszy do wykrycia standardowymi badaniami. Zatem panie mogą bić się w piersi – konstatacja ta nieuchronnie prowadzi do konkluzji cokolwiek niebezpiecznej i niepokojącej, że mianowicie nie tylko one między sobą mogą być tego bicia źródłem... Ba, podobno słabsze umięśnienie karku pomaga osobom żeńskim znosić silne ciosy w głowę bez większego uszczerbku, bo energia łatwiej się rozchodzi (po kościach?) i niekoniecznie idzie w mózg. Poniekąd można by zastanawiać się, czy te cechy anatomiczne nie są przypadkiem ewolucyjnym przystosowaniem płci pięknej do nieco ostrego traktowania przez zakochanego na zabój męskiego partnera? Zostawmy jednak te rozważania lepszym znawcom „prawa naturalnego” niż ja…

Tak więc panie już mogą się bić. Niestety, niby dopuszczono je do tego szalenie męskiego i tym samym nobilitującego sportu (?), niby mogą się czuć spełnione na nowym polu, lecz w bokserskich federacjach obsadzonych męskimi działaczami stare nawyki dyskryminacyjne mają się dobrze. Oto niejaka bokserka Sarah Blewden została wykluczona z boksowania z powodu implantów powiększających jej piersi. Uzasadnieniem było, że jakoby wielokrotne uderzenia mogą zniekształcić te piersi z zabudowanym w nich silikonem lub uszkodzić napięte naczynia krwionośne – jakoby estetyka i wolność od urazów miały jakiekolwiek znaczenie tam, gdzie tłuczenie twarzy i innych obszarów na miazgę zawsze może się skończyć ich trwałą deformacją! Rozstrzygnięcie takie automatycznie wykluczałoby z boksu niewiasty, które przeszły mastektomię w związku z leczeniem nowotworu i otrzymały implanty w ramach zabiegu rekonstrukcyjnego, a kochając intensywne życie chcą potwierdzić swą siłę charakteru w boksie. Wzruszająca jest ta troska o subtelności tam, gdzie można komuś zakazać czegoś, na co akurat ma ochotę…

Zastanawiając się nad niedowartościowaniem żeńskich bohaterów ringu w porównaniu z męskimi doznałem olśnienia w postaci nieco perwersyjnej: oto, dla wzmocnienia elementu osobistej ofiary dla boksu, należałoby wymagać od pań przystępujących do tej dyscypliny już na początku usunięcia swych naturalnych piersi i zastąpienia ich sztucznymi wypełnieniami. Może nawet dałoby się opracować specjalną recepturę silikonu szczególnie odpornego na mechaniczne uszkodzenia? W ten sposób coś w organizmie byłoby nieodwracalnie utracone, a taki element męczeństwa zawsze podnieca publiczność, zwłaszcza polską, o romantycznej uczuciowości. Przy tym zapewne rozwinęłaby się radosna twórczość w kierunku tworzenia u bokserek bajecznie dużych biustów, i przełamano by kolejne tabu – dlaczego nie pozwolić paniom walczyć topless? Bez wątpienia poleci na to stereotypowo przewidywalna męska publiczność, zatem wreszcie pojawiłaby się szansa, by podskoczyły ceny transmisji telewizyjnych z żeńskich walk, a honoraria (by tak rzec) bokserek poleciały do gwiazd, dając też tabloidom niewyczerpany temat komentarzy i plotek. Może i doczekają się walki pań statusu batalii stanowiących o narodowym dobrostanie emocjonalnym?

Obawiam się tylko, że komentatorzy z kręgów prawicowych odmawialiby uznania bokserek o całkowicie sztucznych biustach za kobiety – dla nich przy uznawaniu tożsamości płciowej bardzo liczy się kompletność i reprodukcyjna funkcjonalność organów, co przejawia się w uporczywym przezywaniu transseksualnej posłanki Anny Grodzkiej „panem” Grodzkim. Ciekawe, jakie przezwisko wymyśliliby dla takich nieco okaleczonych w „kobiecości” bokserek? Może „kobieton”? Albo „lachon”? Jest wszakże nadzieja, że któraś z wkurzonych tym bokserek wybiłaby im to z głowy. Siła pięści bowiem budzi najwyższy respekt, zwłaszcza w niektórych kręgach.

Do części 2

Do części 4

Antyfacet RP