3Powrót (Teksty)

Gderanie o sporcie w duchu antyfacetowskim (4)

I po co nam to?

Czas zastanowić się nad pożytkiem ze sportu. Wiadomo, że ludzkim organizmom potrzeba fizycznego wysiłku, dzięki któremu kalorie się spalają, zły cholesterol nie odkłada, a i mięśnie oraz stawy utrzymują sprawność. Ba, ewolucja nawet zadbała o psychiczną nagrodę w postaci endorfin wydzielających się po intensywnym wysiłku. Aby dostarczyć organizmowi potrzebnego ruchu można wybrać sobie jakiś konkretny sport i go trenować albo wykonywać pakiet ćwiczeń. Można też prowadzić tryb życia, którego integralnym składnikiem jest ruch – często chodzić pieszo, jeździć rowerem, pracować fizycznie. Gdy wszystkie te praktyki spełniamy w rozsądnym wymiarze, w celu rekreacji, ryzyko zaszkodzenia sobie jest niewielkie. Gdy jednak celem są wyniki na zawodach sportowych, zwykłe natężenie ćwiczeń nie wystarczy – trzeba trenować w wymiarze znacznie przewyższającym naturalne zapotrzebowanie organizmu i stale funkcjonować na granicach jego możliwości. A to już zwiększa ryzyko kontuzji, z których umotywowany walką sportowiec wprawdzie leczy się dość szybko, lecz w starszym wieku organizm przypomni wszystkie doznane urazy. Po raz pierwszy pojawia się pytanie, czy warto.

Za ile?

Finansowo poszczególne dyscypliny sportowe nie są jednakowo atrakcyjne, a poza tym, największe pieniądze zgarniają zwycięzcy, ci zaś są nieliczni. Według cukierkowatej ideologii olimpijskiej wartością jest samo uczestnictwo w sportowej rywalizacji, ale satysfakcją z wystąpienia na tej samej bieżni co zwycięski mistrz nikt się nie wyżywi ani dostatniej starości sobie nie zapewni. Można przecież dawać z siebie na treningach wszystko, a i tak osiągać wyniki na poziomie światowym lecz przeciętne, za które nie ma sławy i pieniędzy gwarantujących dostatnie życie. Stąd motywacja, by być najlepszym jest silna, a wręcz zbyt silna: wielu gotowych jest złożyć w ofierze swoje zdrowie i poddać się praktykom dopingowym – prócz tradycyjnych sterydów, przetoczeń zgęszczonej krwi, możemy niebawem mieć do czynienia z manipulacją genami po to, by wyhodować kogoś nieproporcjonalnej budowy przeznaczonego do określonych sportów, albo wpłynąć na metabolizm każdej komórki organizmu, by zwiększyć wydolność organizmu. Taka eugenika oznacza instrumentalne traktowanie człowieka – jakoś nawet w kulturowo kolektywistycznych Chinach nikt chyba nie lubi, gdy całe jego życie jest zdecydowane za jego plecami – a tak się tam dzieje z dziećmi wyznaczonymi przez totalitarną władzę na mistrzów sportowych…. Poza tym nie ma też gwarancji, że się wygra, nawet stosując doping. Czy warto tak wiele ryzykować dla niepewnego skutku?

Prędzej, wyżej, dalej – ale dokąd?

Gdy ustanawia się kolejne rekordy kraju czy świata w „mierzalnych” dyscyplinach sportu, możemy nadąć się dumą i zadowoleniem, że ktoś spośród naszej grupy etnicznej albo w ogóle gatunku ludzkiego znów przesunął granicę możliwości. Tylko czy wynika z tego cokolwiek dla wszystkich? Nawet jeśli dzięki wynikom sportowców czujemy się wspaniałymi, nasze przeciętne ciała nie zyskują przez to ani krzty zdrowej sprawności fizycznej, bo na to wpływają tylko ćwiczenia osobiście przez nas wykonane. Rekordowe wyniki profesjonalnych atletów zupełnie nie świadczą też o ewolucyjnym rozwoju naszego gatunku, czyli że wszyscy statystycznie biegamy czy pływamy szybciej, skaczemy dalej i wyżej, silniej czymś rzucamy. Na pewno nie przekroczymy pewnych barier gatunkowych, czyli nie będziemy tak sprawni jak inne zwierzęta ewolucyjnie dostrojone do określonych fizycznych działań związanych z życiem w ich środowisku. Nie dorównamy też maszynom przez nas stworzonym: te się nie męczą i działają dzięki energii zawartej w paliwie, której zasoby znacznie przewyższają siłę naszych ciał. Nowe rekordy nie są nawet spektakularne – ustanawia się je z minimalnymi i trudno mierzalnymi różnicami w stosunku do poprzednich; co najwyżej porównanie w skali dekad robi jeszcze wrażenie. Z kolei rozbudzone oczekiwania odnośnie rekordów rodzi opisane powyżej pokusy dopingowe. Sens bicia tych rekordów jest również wątpliwy ze względu na fakt, że dyscypliny sportu są dość sztuczne i niewiele związku mają z prawdziwym życiem: w celach praktycznych nie biega się 42 km, nie skacze o tyczce czy w dal. Dodajmy, że w ogóle bicie kogoś po twarzy podpada pod kodeks karny... Organizm zwykłego człowieka funkcjonuje też w zupełnie innym przedziale fizycznych parametrów, bez tak ekstremalnych obciążeń. Organizmy sportowców wyczynowych są więc tworem cokolwiek sztucznym – spreparowane przez forsowny trening i medyczne wspomaganie, mają się do przeciętnego człowieka jak samochód rajdowy do seryjnego, gdzie często tylko karoseria przypomina model podstawowy. Trzeba więc zadać pytanie, czy te osiągnięcia na sztucznej skali warte są wkładanych w nie wysiłków i nawet ofiar? W porównaniu sportowców do rajdowych samochodów uderza ponure przeznaczenie tych drugich – wyścigowe auto ma wygrać rajd czy wyścig a potem może iść na złom. Człowiek wszakże zwykle ma apetyt na życie również po okresie sportowych sukcesów, na co jednak może nie pozwalać organizm brutalnie wyeksploatowany za młodu. Transplantacji mózgu do zastępczego ciała póki co nie opanowaliśmy – wracamy więc do wątpliwości zarysowanych w poprzednich paragrafach.

No i z czego się cieszymy?

Pod względem psychicznym sport bywa źródłem poczucia indywidualnego spełnienia i tryumfu całych społeczeństw. Tyle tylko, że aby można było czerpać pociechę z wyników sportowców, muszą oni zwyciężać. Ktoś zatem musi przegrać – zawody sportowe to sztucznie wykreowana gra o sumie zerowej. Gdy jako społeczeństwo kibicujące narodowym reprezentantom swą zbiorową radość uzależniamy od spowodowania komuś smutku, zachowujemy się cokolwiek toksycznie – postępując tak w codziennym życiu zrazilibyśmy wszystkich na około. Grając z kimś towarzysko, dość łatwo nam pogodzić się z przegraną. Lecz na zawodach, gdzie stawką są duże pieniężne premie z nagród, zarobek z kontraktów reklamowych, państwowe nagrody i zaszczyty, a przede wszystkim, gdzie gracze świadomi są walki o ustalenie prestiżu swego kraju na zastępczej skali? Nigdy! Radość z uprawiania ruchu na świeżym powietrzu ustępuje zajadłości sprawiającej, że skądinąd psychicznie zrównoważeni i odpowiedzialni ludzie potrafią zniżać się do prowokacji wobec przeciwników czy umyślnego faulowania ich. Trzeba być osobowością znacznego formatu, by oprzeć się pokusie zachowań, po których pozostaje niesmak. Najgorzej jest, gdy wola zwycięstwa wynika z rangi zawodów podobnej do międzypaństwowej wojny, i nawet trenerzy wymuszają na zawodnikach stosowanie nieuczciwych praktyk. Wtedy kielich toksycznej motywacji jest pełny. Szczególnie presję taką wywierają dyktatury, dla których sukcesy sportowe są pożywką dla propagandy głoszącej wysoką pozycję kraju na arenie międzynarodowej dla odwrócenia uwagi społeczeństwa od marności codziennego życia. Gdy więc, choćby nieuczciwie, sportowcy wygrywają, są bożyszczem tłumów i pieścidełkiem władców. Jeśli spektakularnie coś zepsują albo postąpią uczciwie, gdy kazano im grać nieczysto – niszczy się ich na wszystkich frontach. Łaska władców i ludu na pstrym koniu jeździ. Podczas gdy porażka jest sierotą, sukces ma wielu ojców. Gdy polscy piłkarze pod wodzą Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka zdobywali swe brązowe medale Mistrzostw Świata, pomimo ich hołubienia przez komunistycznych dyktatorów, cieszyło się całe społeczeństwo. Oni byli „nasi” zarówno dla „nas” – społeczeństwa jak dla „nich” – dyktatorskich władców.

Bliźni bliscy i odlegli

A kimże właściwie są ci „nasi”? Skąd bierze się to ostre postrzeganie jednych zawodników jako „naszych” a innych jako tego przeciwieństwo? Czy to poczucie wspólnoty polega na urodzeniu się na TEJ konkretnej ziemi, zanurzeniu w TEJ konkretnej kulturze i historii? Nie, bo przecież niektórzy rodzą się za granicą albo na pokładzie zagranicznych środków transportu. Nie, bo ogólno humanistyczna edukacja sportowców często wiele pozostawia do życzenia. A może chodzi o używanie wspólnego nam języka? Cóż, w konkretnych życiowych sytuacjach okazać się może, że więcej wspólnego mieć będziemy z kimś kulturowo nam obcym i mówiącym językiem innym, aniżeli ze swojakiem wprawdzie, lecz debilem – na co dzień widać to w polskim Sejmie... A może, żyjąc na NASZEJ ziemi od wieków wytworzyliśmy, jak czasem argumentują niektórzy nacjonaliści w sądach, „genetyczną wspólnotę”, w ramach której jesteśmy do siebie podobni i różnimy się od innych, zwłaszcza Murzynów? Otóż nawet będąc podobnymi do siebie pod względem wyglądu, nie musimy być sobie bliscy genetycznie. Gdyby przyszło do przeszczepu, zupełnie wbrew intuicyjnemu poczuciu terytorialnej bliskości, tkankowo kompatybilnego dawcę prędzej da się znaleźć nawet na innym kontynencie niż w sąsiedztwie. Podobieństwa wynikłe z przystosowania do tych samych warunków środowiskowych okazują się powierzchowne i stanowią w genomie margines. Dodatkowo nawet najbardziej tutejsi „ziomale” mają w swych genach domieszki wielu grup etnicznych, nawet tych wzbudzających ich obrzydzenie – w ciągu wieków naszej historii nieraz ktoś obcy w naszej ojczyźnie osiadł i zadbał o replikację genów… Okazuje się, że wszystkie wspomniane składniki plemiennej wspólnoty sportowych wojowników i ich narodowo rdzennych kibiców są iluzją. Kibicowanie „swoim” zawsze więc było złudzeniem, zanim jeszcze pojawił się ekspresowo znaturalizowany Emmanuel Olisadebe, by strzelić kilka bramek dla Polski. Nie ma zatem powodów, by nie kibicować w równym stopniu „obcym”.



Szczególnie widać toksyczność kibicowania „swoim” na przykładzie boksu i innych sztuk walki uznawanych za sport: martwi nas, gdy ktoś z naszych rodaków zostaje sponiewierany do stanu ledwo żywego, ale gdy oberwie zagraniczny rywal – tryumfujemy, czyli doznane przezeń obrażenia ciała nas cieszą, każdy z ciosów doprowadzających go do tego stanu jest radośnie rozpamiętywany przez podekscytowanych kibiców. Groteskowość tej postawy możemy wyostrzyć, gdyby wyobrazić sobie alegoryczną i uwzniośloną personifikację Polski w postaci posągowej „Matki Polki”, której oblicze promieniowałoby radością, gdy jej syn pobił na krwawą miazgę obcego, zaś jej oczy roniłyby łzy, gdy oberwał sam – byłaby to taka schizofreniczna twardo-czuła niewiasta... Jeszcze śmieszniej jest, gdy w świecie wyobrażeń kibicowskich pojawia się patrzący na polskich sportowych zabijaków z nieba Ojciec Święty lub sam Bóg... Słyszałem o księdzu organizującym szkółkę bokserską dla chłopców ze swej parafii, a na pogrzebie Jerzego Kuleja mówiono o kompletowaniu w niebie bokserskiej drużyny, co oznaczałoby, iż nawet w raju dają sobie w papę – zupełnie jak na ziemi! Tymczasem czerpanie kojących uczuć z wyników rywalizacji sportowej etycznie nas uszkadza, bo odzwyczaja od myślenia o bliźnim jako kimś, z którym bardziej od rywalizacji opłaca się współpraca. Równocześnie przyzwyczajamy się do egoistycznego godzenia się z wyrządzaniem bliźniemu obcemu przykrości, czyli uszkadzamy naszą zdolność do empatii. Okazuje się, że w tym postrzeganiu bliźniego są wyłączenia, a wśród nich są tak małostkowe przesłanki jak przynależność do innej grupy etnicznej i rywalizacja o medale, pasy, czy puchary – takie rzeczy stają się także wystarczającym usprawiedliwieniem nie tylko psucia innemu człowiekowi nastroju, lecz również zadawania bólu i niszczenia zdrowia!

Wielkość urojona

Co więcej, gdy wygrywają „nasi”, rozdęta zostaje narodowa duma. Abstrahując od iluzoryczności poczucia wspólnoty narodowej, po co komu toksyczne poczucie, że jest lepszy od kogoś innego z powodu przynależności do narodu, z którego pochodzi jakiś sportowy medalista? Poza kompensacyjną mocarstwową dumą poddanych w autorytarnych reżymach pożytku z tego niewiele – na pewno okazywanie takiej postawy wyższości nie pomaga w ustanawianiu dobrych stosunków z innymi państwami zarówno na płaszczyźnie dyplomatycznej jak w kontaktach prywatnych. Jeśli już warto chlubić się czymś o zabarwieniu narodowym, to lepiej, by były to obiektywne składniki wysokiej jakości życia we własnym kraju: swobody obywatelskie, przyjazne nastawienie zdecydowanej większości społeczeństwa do obcych i odmieńców, rozsądna legislacja, uczciwe instytucje, zadbane środowisko, intrygująca kultura, czy chociażby materialny dobrobyt – wszystko, co składa się na codzienne bezpieczeństwo i przyjemność życia. To takie aspekty życia czynią kraj atrakcyjnym dla imigrantów – czy ktokolwiek będzie chciał osiedlić się w autorytarnych i skorumpowanych Chinach dlatego tylko, że chińscy sportowcy masowo wygrywają zawody?

A więc?

Odpowiedź na wszystkie postawione pytania o sens nie jest jednoznacznie przesądzona. Decyzję o wyczynowym uprawianiu sportu każdy musi podejmować osobiście. Czasem warto rozwijać wybitny talent, a konkretna dyscyplina sportu nie jest specjalnie ryzykowna. Pamiętać należy jednak, że sport jako kariera wysoce niepewny jest – każdej chwili zakończyć ją może kontuzja. Stąd warto zadbać o zdobycie innych kwalifikacji zawodowych, także dla zrównoważenia rozwoju intelektu – na swój sposób straszni są atleci, którzy nie potrafią sformułować żadnego sensownego zdania w jakiejkolwiek sprawie, a już stali się idolami młodzieży!

Z kolei decyzja o zaangażowaniu się w kibicowanie może do życia wnieść dodatkowy smak, ale i okazać się toksyczną pasją wzbudzającą wrogość, albo wręcz sposobem ukrycia egzystencjalnej i umysłowej pustki. Ludzie napędzani plemiennymi namiętnościami przydatni są dyktatorom napuszczającym społeczeństwo na kozłów ofiarnych – różne grupy i jednostki obciążane winą za mankamenty władzy. W wolnych i nowoczesnych społeczeństwach, gdzie każda jednostka jest wartością i podlega ochronie prawnej, plemienne namiętności raczej szkodzą – nader często stają się źródłem terroru i przestępczości.

Na poziomie ogólniejszym, jako rzecz w doborze naturalnym niepotrzebna do przetrwania, sport może stanowić o naszej wyjątkowości na tle innych gatunków zwierzęcych, których zachowania się bardziej podporządkowane są pragmatyce. Wtedy byłby sport siłową i asemantyczną wersją sztuki praktykowanej dla niej samej. Z drugiej strony razić może nieproporcjonalnie duże zaangażowanie emocji, sił i środków w coś sztucznego i jałowego, podczas gdy liczne praktyczne sprawy pozostają niezałatwione – szczególnie jest to widoczne w wielomilionowych cenach za piłkarzy transferowanych z klubu do klubu i ich honorariach.

Sport wymaga zdrowego dystansu. Tylko wtedy może jeszcze być sportem w swym pierwotnym znaczeniu.

Do części 3

Antyfacet RP