3Powrót (Teksty)

Jazgot jak MAKiem zasiał.

Od tragedii do groteski.

Czas ostatecznie zakończyć rozważania i przeżywanie katastrofy smoleńskiej. Minęło grubo ponad rok od wydarzenia, w styczniu został opublikowany raport o przyczynach katastrofy MAKu, a parę dni temu – polski raport Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego pod przewodnictwem ministra Jerzego Millera. W międzyczasie byliśmy świadkami wykreowania przez PiS nowej religii opartej na micie, czego kulminacją były scenki z antyprezydenckim krzyżem na Krakowskim Przedmieściu i comiesięczne hece PiS-owców z pochodniami. Wraz z upływem czasu nastąpił też wysyp coraz bardziej fantastycznych teorii spiskowych, które zasilić mogą niejeden kabaret – aż byłoby fajnie spisać antologię tych bredni. Najnowszą produkcją z tej linii skeczy był wyskok pani poseł Elżbiety Kruk podczas spotkania z min. Jerzym Millerem i kilkoma przedstawicielami Komisji. Pani owa podważyła (w swoim mniemaniu) ustalenie Komisji, że Tupolew rozpadł się po kolizji skrzydła z 30-centymetrowej średnicy brzozą, twierdząc, że ta brzoza dla dużego samolotu jest „patykiem”. Zastanawiam się, czy to czysty idiotyzm pani, która „coś tam, coś tam” umie i się kiedyś w szkole nauczyła, czy coś więcej. Obawiam się, że jednak to drugie – PiS-owcy chyba zdają sobie sprawę z głupoty swoich wypowiedzi, lecz jako sprawni żołnierze swego wodza Jarosława po prostu nauczeni są brnąć w zaparte, uzasadniając najgłupsze nawet oskarżenia pod adresem premiera Tuska, Platformy Obywatelskiej i właściwie całego myślącego świata. W końcu tu chodzi o wierzenia religijne, które co dnia utwierdzać trzeba w dość pustych głowach ich elektoratu, gdzie dominuje doznanie frustracji i zagubienia we współczesnej rzeczywistości. Logika w tym wszystkim się nie liczy – Tupolew zatem „obezwładniony” został na wysokości 15 m przez bąbel helowy, złe naprowadzanie przez rosyjską obsługę lotniska, zepsuty podczas kapitalnego remontu przez producenta, a na dodatek jego pasażerowie byli dobijani strzałem w tył głowy (taka tradycja w rejonie Katynia), i Tusk tulił się z Putinem w dniu katastrofy z zadowolenia, że spisek się udał. Właściwie należałoby zrobić ogólnonarodowy konkurs na najlepszą teorię spisku w tej sprawie, a PiS powinien sponsorować nagrody dla laureatów. Wiele jeszcze da się wymyślić...

Ruski spisek!!!

My Polacy, musimy patrzeć w niebo.

Są tam znaki wskazujące nam drogę ku prawdziwym wartościom!

(A tworzą je nasi piloci :) )


Ujmując rzecz poważnie, raport Millera nie jest rażąco sprzeczny z raportem Anodiny – stanowi jedynie jego uzupełnienie oparte o większą liczbę wypowiedzi z kokpitu odczytanych przez polskie laboratoria kryminalistyczne, co rzutuje na inną interpretację poczynań tragicznych pilotów. Wg MAKu byli oni zdeterminowani, by lądować za wszelką cenę, i z tego powodu popełniali błąd za błędem. Wg Polaków, którzy odczytali wypowiedź kapitana z komendą odejścia na drugi krąg, a która została czytelnie skwitowana przez II pilota, została podjęta decyzja odejścia, lecz jej wykonanie było złe. Po pierwsze decyzja zapadła za późno i za nisko – to wskutek kierowania się wskazaniami wysokościomierza radiowego zamiast barycznego, po wtóre z powodu nieznajomości działanie autopilota w tym samolocie, który nie robi automatycznego odejścia przy lotniskach, których parametrów nie ma w swojej bazie danych, przez co faktyczna próba poderwania maszyny nastąpiła ok. 5 sekund za późno, by manewr mógł się udać. Wtedy samolot leciał już poniżej poziomu lotniska w dolinie, której dno już się podnosiło, i samolot zaczynał zderzać się z drzewami, czego kulminacją była brzoza „patyk”, która oderwała część skrzydła obejmującą lotkę, czyli powierzchnię sterującą potrzebną do kontrolowania przechyłów maszyny. Ponadto polska komisja przeanalizowała stenogram rozmów pomiędzy rosyjską obsługą lotniska, z czego wynika, że wszyscy byli tam zestresowani pogarszającymi się warunkami pogodowymi i niedokładnymi prognozami. Przed nadejściem prezydenckiego Tupolewa rosyjscy kontrolerzy lotów i strefy lądowania przeżyli już nerwowe chwile podczas dość anarchicznie wykonanego lądowania polskiego Jaka 40 z dziennikarzami (którego załoga nie znała rosyjskiego i ogólnie olewała polecenia kontroli lotów, na koniec kołując w niewłaściwą stronę), i rosyjskiego Iła 76*, który podobnie jak polski Jak próbował lądować na granicy lub poniżej dopuszczalnego minimum widoczności, i przy drugim podejściu był bliski rozbicia się obok pasa, notabene leciawszy we mgle tak samo przesunięty w lewo jak później polski Tupolew. Załoga prymitywnego lotniska łudziła się nadzieją, że Główne Centrum Kierowania Ruchem Lotniczym w Moskwie samo skieruje samolot prezydencki na lotnisko zapasowe, bezskutecznie dopraszało się formalnego określenia przez służbę meteorologiczną stanu pogody jako „sztormowa”, co pozwoliłoby kategorycznie zabronić lądowania, wreszcie próbowało zniechęcić Polaków podając im niekorzystnie zawyżone informacje o widzialności. Nic nie przyniosło efektu – nie wiadomo, kto w Moskwie czy dowództwu bazy lotniczej nie wydał decyzji, która przerwałaby nieuchronnie zbliżający się po minięciu punktu „Askil” polski samolot. Dlaczego nikt tego nie powstrzymał, skoro decydenci byli gdzieś w Moskwie albo dowództwie bazy lotniczej? Ano, pewnie z przyczyn politycznych – wiedzieli, jaki nadęty i antyrosyjski polityk jest głównym pasażerem tego lotu i łatwo mogli sobie wyobrazić jazgot, jaki nastąpiłby w razie przekierowania samolotu już spóźnionego na uroczystości na inne lotnisko kilkaset kilometrów dalej, z którego dopiero trzeba by organizować transport samochodowy. Skoro zapewne planowano nie psuć stosunków z Rzeczpospolitą Polską, postanowiono nie przeszkadzać. A wyszło tak, że Polacy sami zrobili sobie krzywdę... Potem nałożyło się na sytuację podawanie nieprawdziwych informacji o pozycji samolotu, która na prymitywnym radarze tego lotniska mogła być widoczna niedokładnie, ale wg Rosjan nagranie video się nie udało; tajemnicą zatem pozostanie, co naprawdę widział kontroler strefy lądowania i dlaczego wezwanie do wyrównania lotu wydał za późno – poniekąd podobnie było z poleceniami odejścia na drugi krąg przy podejściach poprzednich samolotów! Poza tym lotnisko było zarośnięte, sygnały z radiolatarni były zakłócone, a istotna część świateł nie działała.

A w samym samolocie? Załoga podlegała „presji pośredniej”. Nader powściągliwa i łagodna wobec zmarłego prezydenta Kaczyńskiego okazała się polska komisja – skoro nie stwierdzono w zapisie z kokpitu anegdotalnej frazy „ląduj dziadu” lub łagodniejszego odpowiednika, uznano, że główny pasażer nie generował nacisków, a tylko piloci sami z siebie wiedzieli, jak napięta jest sytuacja czasowa, jakie znaczenie ma lądowanie w Smoleńsku dla zaplanowanych uroczystości, i pewnie wiedzieli też, co ma pilot, który trzyma się procedur, jak w przypadku odmowy lotu do Tbilisi. Przypomnę: pilot taki ma przekopane. Polscy eksperci stwierdzili też, że obecność w kabinie pod koniec lotu generała Błasika nie oznaczała wywierania presji, i że nie ma też dowodów na sprzeczkę pomiędzy nim a kapitanem przed wylotem. Skoro nie ma dowodów, nie ma sprawy. Ciekawe więc, po co Błasik tam był, skoro odczytano, że podczas błędnego schodzenia samolotu odczytywał wysokość z właściwego (barometrycznego) wysokościomierza, ale nikt go nie słyszał, bo nie mówił tego do mikrofonu, z którego sygnał podają słuchawki na głowach pilotów. Skądinąd generał ten znany był z różnych nieproceduralnych wymuszeń na podległych sobie pilotach i odpowiadał za stan wojsk lotniczych, w tym także za wdrożenie wniosków po wypadku Casy – patrz artykuł swego czasu opublikowany w Nie. Zatem stres pilotów był taki raczej „zwykły”, choć wystarczył do popełnienia masy błędów (np. zapomnienie o ukształtowaniu terenu przed lotniskiem, błędne zwiększenie prędkości opadania samolotu, posługiwanie się niewłaściwym wysokościomierzem, podejście na autopilocie i automacie ciągu, chęć wykazania się choć próbą lądowania na etapie podejścia w warunkach, gdy od razu należało lecieć na lotnisko zapasowe) a reszty tragedii dokonały złe wyszkolenie i brak właściwych nawyków współpracy załogi (m. in. nieznajomość instrukcji obsługi samolotu i systemu TAWS odnośnie podejścia i odejścia przy lotniskach niewprowadzonych do jego bazy danych, niekomunikowanie się między sobą i niekorygowanie się wzajemne, niepotwierdzanie poleceń z kontroli lotów i niekomunikowanie swoich manewrów, brak ćwiczeń na symulatorach, częste zmienianie przez pilotów funkcji w kabinie i modeli samolotów, które obsługiwali), i wreszcie ogrom uchybień w przygotowaniu lotu (m. in. nieaktualne informacje o pogodzie i lotnisku, czy brak właściwych uprawnień pilotów, z których skomponowano załogę).

Czego raport nie wyraził expressis verbis? Ciekawe, dlaczego na ten lot właśnie zmajstrowano załogę złożoną z pilotów bez właściwych uprawnień? Do roli kapitana bowiem uprawnienia posiadał pilot Pietruczuk, znany z niedoszłego lotu do Tbilisi, ale nie on wtedy leciał, choć podczas lotu z premierem Tuskiem 7.04 był kapitanem. Otóż ten pilot, choć doceniony przez b. ministra Klicha po incydencie gruzińskim, miał szlaban na pilotowanie samolotu z Lechem Kaczyńskim na pokładzie. Raport dowodzi też, jak z czasem ulegał degradacji 36 Pułk Specjalny. Otóż w okresie sprawowania władzy przez zmarłego w katastrofie min. Szczygły, ze służby odeszli tam doświadczeni piloci, którzy mogli zagwarantować pokoleniową zmianę – wyszkolić świeżych absolwentów z Dęblina. Czy odeszli wskutek własnych decyzji, przykładowo wobec ograniczenia w szkoleniu na symulatorach i ogólnego spadku jakości szkolenia, czy też zmuszono ich do odejścia – efektem było naciąganie zbyt krótkiej kołdry: fikcyjne nabywanie uprawnień w ćwiczeniach na lądzie zamiast w powietrzu, zafałszowanie warunków atmosferycznych w dokumentacji lotów ćwiczebnych i egzaminacyjnych, traktowanie jednego lotu jako loty oddzielne itp. Sprawy te podlegały generałowi Błasikowi, którego próbował zdymisjonować minister Klich, z tym że nie był w stanie tego przeprowadzić podczas prezydentury Lecha Kaczyńskiego – Błasik był jego faworytem. Aha, nawiązując do artykułu z urbanowskiego NIE: okazuje się, że gen. Błasik wykonywał w tym niefortunnym Tupolewie „lot inspekcyjny”, który potrzebny był mu do awansu, a trudno byłoby wyrobić odpowiednią liczbę godzin, gdyby ograniczył się do lotów na samolotach bojowych, na które zawodowo był przygotowany. A więc? Generał postanowił, że będzie możliwe gromadzenie godzin nalotu na wszelkich rodzajach samolotów podlegających mu w Siłach Powietrznych. W ten sposób znalazł się w kabinie Tupolewa – ślady analizowania jego strategii awansu słychać w początkowych fragmentach stenogramu, gdy piloci jeszcze na luzie opowiadają sobie takie branżowe kawałki. Tak więc autorstwo części przyczyn tej tragedii przypisać trzeba prominentnym pasażerom tego samolotu i ich polityce oraz osobistej małostkowości, by nie rzec mściwości. Można by rzec, że sami ponieśli karę za swe postępowanie, lecz żadnej sprawiedliwości dziejowej w tym nie ma: w katastrofie zginęło około setki innych osób, które z wykreowaniem jej przyczyn nie miały nic wspólnego, a 10.04.2010 znalazły się w eleganckiej pułapce.

Najwyższy czas odciąć się od tego wydarzenia – najwidoczniej nie powtórzy się ono, bo część jego sprawców nie żyje, bo 36 Pułk Specjalny został właśnie rozwiązany, a pozostały Tupolew i ledwo latające Jaki będą sprzedane, również minister Klich, który nie był w stanie opanować sytuacji prowadzącej do katastrofy podał się do dymisji. Jest szansa, że Siły Powietrzne pod nowym dowództwem zabiorą się do pracy nad naprawą siebie, a zamiast elitarnego, acz sypiącego się pułku, VIPów przewozić będą solidne samoloty cywilne. Być może Polak wreszcie będzie mądry po szkodzie, skoro przed nią nie dało się. Pozostaje tylko żal i pewien niesmak – dopóki hołota będzie tę sprawę rozgrywać politycznie dla rozbicia polskiego demokratycznego państwa.

-------

*Na początku było trochę szumu medialnego odnośnie celu lotu Iła 76: niesłusznie pisałem, że to byli ochroniarze dla rosyjskiego prezydenta, ale on wcale nie miał być „dla symetrii” na uroczystościach z Kaczyńskim, a ci ochroniarze mieli jakieś sprawy w związku z kawalkadą samochodów przewidzianych dla polskiego prezydenta.

Antyfacet RP

7.08.2011