3Powrót (Teksty)

Przeżyjmy to raz jeszcze, tylko po co?

Gderanie o trendzie rekonstrukcyjnym

Jak sobie pomyślę nad trendem rekonstrukcji wydarzeń historycznych i przykładach, które niedawno w mediach pokazali, to ogarnia mnie ambiwalentne rozbawienie. Powiedzmy, że bitwa pod Grunwaldem była widowiskowa, w programach nauczania historii przedstawiana jako bodajże największy polski sukces, to i jakoś można zrozumieć chęć uczestnictwa dla zabawy w cyklicznym przedsięwzięciu o charakterze kostiumowym. Teraz jednak na warsztat trafiły inne wydarzenia: rzeź wołyńska i Powstanie Warszawskie.

Rzeź wołyńska doczekała się przepięknej inscenizacji odegranej wieczorową porą, podczas której nawet spalono parę wiejskich chat zbudowanych za pieniądze sponsorów. Źli Ukraińcy kreowani przez polskich aktorów-amatorów zaatakowali, pomordowali i podpalili. Można wszakże narzekać, że widowisko było niedokładne, albowiem naprawdę oprócz zwykłego mordowania dokonywano też gwałtów na niewiastach wroga (czyli na naszych, polskich kobietach), a i mordowanie przybierało nieraz fantazyjne formy, nie tak tylko ciach nożem czy kosą i po wszystkim. Zauważalne jest wszakże, że wydarzenie to stanowi traumatyczną kartę polskiej historii i nie wiadomo, czy po obejrzeniu takiej inscenizacji w plenerze, poczujemy się lepiej. Śmieszne jest też, że taki plenerowy iwent wiąże się również z logistycznym zapleczem: zgromadzeni widzowie muszą mieć możliwość zjedzenia kiełbasek z napitkiem, zaparkowania samochodu i pójścia do ToiToi toalety. Czyli rzezaniu towarzyszy nieodłącznie atmosfera pikniku i wiejskiego odpustu. A Powstanie Warszawskie budzi i zawsze budzić będzie odczucia ambiwalentne. Dla jednych był to moment tryumfu, gdy z entuzjazmem, nielicznymi karabinami zaatakowano Niemców i w pierwszych momentach zaskoczenia opuścili oni parę pozycji. Po krótkim odreagowaniu przez Powstańców poniżeń z okupacji, Niemcy jednak pozbierali się i nastąpiła masakra zarówno walczących w Powstaniu jak i ludności cywilnej. Nie udało się wyprzeć Niemców ze stolicy i powitać stojących po drugiej stronie Wisły Rosjan z pozycji suwerennych gospodarzy. Zresztą nawet takich Stalin potrafiłby wykończyć zapraszając ich na bankiet i rozmowy w Moskwie w Butyrkach, tedy niezbyt prawdopodobne zwycięstwo militarne nad Niemcami i tak skończyłoby się porażką. Co najwyżej jeszcze bardziej dołującą i traumatyczną.

Tymczasem różni patriotycznie nakręceni pasjonaci zabrali się za konkretne i niesłychanie barwne epizody powstańcze, i to nie tylko te z wczesnych chwil Powstania, gdy odnoszono pewne sukcesy, lecz także za moment, gdy chytrze podłożony Polakom przez Niemców mały czołg czy transporter okazał się pułapką. Spece po stronie powstańczej ze smykałką do mechaniki z satysfakcją uruchomili pojazd, entuzjastycznie nastawiona ludność cywilna zgromadziła się w pobliżu, i nastąpił wybuch. Tankietka okazała się koniem trojańskim naszpikowanym materiałem wybuchowym, a powstańcy dostali gorzką lekcję o tym, że na wojnie nie ma porzuconych czołgów, tak jak w naturze nie ma darmowych obiadów. Darowanemu koniowi podobno nie zagląda się w zęby, ale darowany czołg musi być koniecznie sprawdzony przez saperów, zanim ktokolwiek inny się doń zbliży. Zatem oprócz załogi wyłonionej spośród ideowej, rwącej się do walki powstańczej młodzieży, zginęło kilkuset cywilów. Moment ten świadczy o perfidii okupujących Polskę Niemców, ale również o naiwności i lekkomyślności strony polskiej. Skutkiem tego epizodu, oprócz masakry dokonującej się w warunkach wojennej zapaści cywilizacyjnej, przy złej opiece medycznej i pod ogniem nieprzyjaciela, musiał być też spadek morale. Ewentualnie wzrost morale w postaci bezsilnego gniewu...

W mediach pokazali żmudne przygotowania do odegrania epizodu z wybuchem tankietki. Statyści zatem musieli kilka razy „na sucho” przejść się po planie i na sygnał reżysera zachować się jak przystało na ofiary wybuchu, czyli paść na ziemię w dramatycznych pozach i nie ruszać się. Scena musiała być wyćwiczona, bo pirotechnicy mogli wykonać wybuch tylko raz. Tak więc można było to przeżyć kilka razy ćwiczebnie, a potem „naprawdę”, choć też na niby. Ci podczas Powstania raczej nie wstawali po wybuchu, dobrze jest czasami o tym pamiętać.

Pojawia mi się pytanie, po jakie licho robić rekonstrukcje takich właśnie epizodów? Jeśli już dla pokrzepienia serc mielibyśmy sobie robić inscenizowane powtórki z historii, to chyba lepiej wybierać zwycięstwa, no chyba że ktoś takowych nie ma w swej historii, to istotnie może być dla Polaków problem. Ale żeby robić sobie powtórki z klęsk, poniżających porażek, dowodów własnej niekompetencji i naiwności? To tak, jakby przywołani już przeze mnie mieszkańcy Troi, po wiekach, gdy przeminęła już Helena i stosunki z Grekami sobie jakoś ułożyli, nagle zaczęli napawać się momentem historycznym, w którym zostali tragicznie „zrobieni w konia”? Byłby to czysty i żenujący masochizm – przypominać sobie i z lubością cyklicznie odgrywać, jak to naiwnie dali się ograć chytremu i perfidnemu wrogowi. I pomyśleć, że my, Polacy, TO właśnie sobie robimy. Ma to być dla nas afirmacja naszej wspaniałej historii, w której najbardziej upajamy się rozpamiętywaniem naszego męczeństwa i cierpień doznanych z obcej ręki.

W takim razie uroczyście ogłoszę: polska historia nie jest wspaniała – jest raczej tragiczna, momentami tragikomiczna, a jeśli już mamy sobie coś rozważać, to róbmy to ku przestrodze. Gdy inne narody rozwijały się, budowały demokratyczne nawyki i materialny dobrobyt, my borykaliśmy się z problemem zachowania narodowej tożsamości wbrew uciskowi zaborców, którzy rozparcelowali nasze państwo, gdy nasi władcy i dominująca klasa doprowadziły je do maksymalnego osłabienia. Konstytucja 3 Maja, która na swoje czasy była dokumentem mądrym, przypadła za późno, a naród, który ją wytworzył, zamiast korzystać z dobrodziejstw tej światłej myśli politycznej, tracił swoje zasoby pod obcą władzą, okazjonalnie organizując przegrane powstania, zawsze jako siła militarnie słabsza wobec opresora. Zamiast osiągać sukcesy na skalę cywilizacji, najlepsi nasi ludzie, w tym artyści, musieli zasoby swe zużywać na walkę i ofiary za utraconą niepodległość, albo służyć swymi talentami obcym władcom. Nasi wielcy artyści pochłonięci naszymi lokalnymi problemami są za granicą niezbyt zrozumiali – tam roztrząsano pewne problemy uniwersalne. Konsekwencje niebytu państwowego zaciążyły także nad Polską w czasie II Wojny Światowej – łatwo i szybko zostaliśmy pokonani, a walcząc jak lwy na wszystkich frontach wojny, zostaliśmy właściwie pokonani po raz drugi – nie mieliśmy bowiem dość siły przetargowej, by po wojnie zapewnić sobie niepodległy byt. Gdy inni, włącznie z winnymi wojny Niemcami, otrząsnęli się z jej skutków, my jeszcze prawie 50 lat kiblowaliśmy w ramach radzieckiego imperium – pod złym ustrojem i dość marionetkową władzą. A gdy pośród Polaków znajdowały się jednostki osiągające obiektywny sukces, to my momentalnie uruchamialiśmy polskie piekiełko i nawet cieszyć się zagranicznym uznaniem tych osób nie potrafiliśmy. Przykładowo na Marię Curie Skłodowską wybrzydzaliśmy, że za granicą swą karierę prowadziła, że po śmierci męża romans miała z żonatym kochankiem i cokolwiek się dało na nią znaleźć. Mieliśmy przez chwilę w okresie międzywojennym mądrego prezydenta Narutowicza, ale sobie go zabiliśmy ręką Niewiadomskiego Eligiusza, który też kierował się typowym dla polskiego i prawicowego piekła wybrzydzaniem, że nie dość on polski, ateista, może Mason itp. Noblista Miłosz też miał przekopane, zwłaszcza w godzinie swojej śmierci – nie wpuścili go na Wawel.

Podsumowując, znaczna część naszej historii dowodzi, że albo byliśmy przeciętnym narodem europejskim stosującym podboje wobec sąsiadów i tortury jak wszyscy w tamtych czasach, albo byliśmy skończonymi frajerami ściągającymi na siebie nieszczęścia na własne życzenie. A jeśli już zdarzały nam się jednostki wybitne, to sami na wyścigi je zaszczuwaliśmy – bardzo trudno jest być Polakiem i odnieść sukces albo nawet odróżniać się od przeciętniaków, wystąpić z jakąś przełomową ideą... I co tu celebrować? Jeśli już obecnie, po wszystkich historycznych zawirowaniach udało nam się wejść do klubu cywilizowanych państw Unii Europejskiej i do klubu państw dobrze bronionych w NATO, to najwyższy czas zacząć to doceniać i zająć się solidną pracą nad sobą. Porzucić wreszcie mrzonki o naszej wyjątkowości pod słońcem, a spróbować osiągnąć coś w realnych dziedzinach życia. Uczyć się od tych, którym udało się wypracować lepsze sposoby życia, którzy nie zmarnowali kilku wieków jak my na dreptanie w miejscu – po wiekach knucia przeciw zaborcom i tulenia się do Kościoła katolickiego nie mamy nic mądrego do powiedzenia komukolwiek: nasze myślenie filozoficzne obnaża żałosne braki, podstawowych dysput cywilizacyjnych u nas jeszcze nie przeprowadzono.

Rekonstrukcje naszych porażek nam w niczym nie pomogą. No chyba że chcemy podtrzymywać swe kompleksy i patrzeć spode łba na otoczenie, które nas ma za odklejonych od współczesności. A jeśli już musimy pogrążać się w letnich plenerowych inscenizacjach dawnych wydarzeń, to proponuję wybierać sukcesy. Przykładowo, przypomnieć można moment chwały polskiego oręża, gdy u progu napaści Niemiec na Polskę, my wkroczyliśmy na Zaolzie. Było to dość rzadkie zwycięstwo: zwykle to nam odbierano ziemię, a tu, raz nam się udało. Skądinąd w sprawie rzezi wołyńskiej, też można znaleźć mały jasny punkt – przecież Polacy przeprowadzili parę akcji odwetowych i pozarzynali trochę Ukraińców. Czyż widowisko, w którym Polacy tną wroga ile wlezie albo i do jego kobiet się dobierają, nie byłoby krzepiące dla serca bijącego po polsku w XXI wieku? No i jakie pojednanie z sąsiadami zbudować by można dzięki takim akcjom?

A przy okazji, czy Czesi też tak rekonstruują na potęgę swoją przeszłość? Albo wolą teraźniejszość i przyszłość?

13.08.2013 na Fejsie,

z poprawkami i uzupełnieniami 15.08.13

 Antyfacet RP