3Powrót (Teksty)

Kościelne współczucie

Ksiądz Wojciech Zięba, katecheta XIV LO we Wrocławiu, udzielił wywiadu wrocławskiej GW – cały tekst może jeszcze jest osiągalny: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,11353232,Ksiadz__ktory_bardzo_wspolczuje_homoseksualistom.html?as=1&startsz=x#ixzz1pUcfhQbA.

Tak się składa, że pracuje w szkole, w której uczą i wychowują młodzież nauczyciele będący autorami eksperymentu z wypuszczeniem kilku uczniów na miasto w przebraniach ludzi z innych kultur, a obecnie uczestniczący w programie „Wrocław przeciwko rasizmowi i wykluczeniom”, który nie otrzymał wsparcia władz Wrocławia. Przed niniejszym wywiadem został opublikowany artykuł dziennikarza Jacka Harłukowicza o tym projekcie, zawierający tezę, że Wrocław nie jest miejscem idealnym kwitnącej życzliwości i otwartości na odmieńców i projekt o takim przesłaniu jest mu potrzebny. Ksiądz zareagował na ten tekst negatywnie, stąd zapewne pomysł przeprowadzenia z nim wywiadu. Z uwagi na jedną z wypowiedzi księdza, materiał otrzymał tytuł: „Ksiądz, który bardzo współczuje homoseksualistom”.



Jako że ksiądz Zięba odebrał artykuł Jacka Harłukowicza jako paszkwil na społeczność miasta Wrocławia, masowe oskarżenie jego mieszkańców o brak tolerancji i faszyzm, został poproszony o uzasadnienie swej postawy. Mówi:

Jak rozumiem chodziło panu o poparcie dla projektu, tandetnego zresztą i powierzchownego, autorstwa dwójki nauczycieli z mojej szkoły. Nie wiem, co panu w duszy gra, przypuszczam, że chciał pan trochę sprowokować dyskusję o tolerancji. Jednak opieranie jej na podstawie programu stworzonego przez nauczycieli, którzy w ubiegłym roku przeprowadzili niby-eksperyment, podczas którego wykorzystali dzieci, namawiając je do przebrania się za Arabów i Żydów, wypuścili na ulice, a później dziwili się nieprzychylnym reakcjom, uważam za bezsens. Po pierwsze dzieci zmanipulowano. Po drugie, ja też mógłbym ubrać się w sutannę, doczepić sobie rogi i pójść na Rynek, a potem w reakcji na zdziwienie przechodniów, którzy wołaliby za mną, że jestem wariatem, wysnułbym wniosek, że są nietolerancyjni.

Ksiądz Zięba wyraża tezę, że nauczyciele „wykorzystali dzieci” i wysłali je w przebraniach na ulicę, co jest nonsensowne, a dzieci „zmanipulowano”. W charakterze dowodu przedstawia wizję siebie chodzącego po wrocławskim Rynku w sutannie i z doczepionymi rogami, co w jego mniemaniu wzbudziłoby u przechodniów reakcję w postaci wołania, że jest „wariatem”, która najwidoczniej byłaby uzasadniona i bynajmniej nie świadczyłaby o braku tolerancji krzyczących. Obawiam się, że księdzu brakuje argumentów przeciwko eksperymentowi swoich kolegów z pracy, a przykład, którym się posłużył świadczy albo o złej woli rozmówcy, albo o niedostatkach intelektualnych. Zacznijmy od przyrównania absurdalności kostiumu w postaci sutanny + rogi z ubraniami i stylizacją ludzi z odmiennych kultur, np. żydowskiej czy arabskiej. Trzeba księdzu wyjaśnić, że kostium sutanna + rogi ma charakter krotochwilny, kabaretowy i od razu budzi skojarzenia z ulicznym happeningiem, zainscenizowaną, sztuczną sytuacją, i jako taki wprost przeciwnie, może spotkać się z zadziwieniem, ale nie z agresją słowną czy fizyczną. Nawet ludzie zainfekowani postawami nienawistnymi wobec odmienności potrafią tę różnicę dostrzec i, spotykając kogoś ubranego w sposób absurdalny czy groteskowy, podejrzewają jakieś medialne przedsięwzięcie z ukrytą kamerą, zatem ich reakcje ograniczają się do śmiechu bądź oznak zdziwienia, włącznie z próbą dostrzeżenia tych domniemanych ukrytych kamerzystów i reżyserów ulicznego widowiska. Tylko znajomi księdza mogliby bardziej się zdziwić, widząc go w kontekście dlań nietypowym.

Nie wiadomo też, na czym miałaby polegać popełniona przez nauczycieli manipulacja na dzieciach – czyżby nauczyciele ci użyli dzieci do swoich niecnych korzyści i tym dzieciom zaszkodzili? Czy nauczyli dzieci czegoś niestosownego albo nieprawdziwego? Otóż moim zdaniem dzieci poznały, co to znaczy spotykać się z irracjonalną i bezinteresowną agresją wynikającą wyłącznie z powierzchownej inności, jaką stworzyła charakteryzacja na przybysza z innego kraju, z kultury niecieszącej się wysokim uznaniem w naszym kraju. Poznały uczucia kogoś wyjętego z etycznej ochrony, pozbawionego godności, i tym samym mogły nauczyć się pewnej dozy empatii – takie dzieci zastanowią się, czy wraz z jakąś grupą społeczną idącą za głosem prowodyra przyłączać się do linczu nad jakimś obcym czy odmieńcem. Takie dzieci jednak są zepsute według kryteriów plemiennej lojalności – nie będą dobrymi członkami plemienia jednoczącego się wobec jakiegoś wroga w oparciu o jego zohydzony, odczłowieczony, stereotypowy wizerunek. Taka lekcja mogła też napędzić dzieciom strachu – uświadomić im, jak łatwo jest stać się człowiekiem II czy niższej kategorii nawet w stosunkowo miłym mieście, jakim jest Wrocław, jak wiele w postrzeganiu człowieka odgrywają drugorzędne i powierzchowne cechy, które uruchamiają narodowościowe stereotypy, powodujące, że człowiek zakwalifikowany do nisko poważanej grupy traci prawo do godności albo i nietykalności cielesnej. Zatem dzieci doznały uszczerbku – przecież zasługują na spokojne dzieciństwo… Inną ważną refleksją wzbudzoną w „zmanipulowanej” młodzieży może być spostrzeżenie, że dzieje się to w mieście o zachodniej identyfikacji kulturowej i w obszarze zdominowanym przez religię deklarującą uznawanie bliźniego w każdym człowieku bez względu na przynależność etniczną i wyznaniową, i każącą go miłować „jak siebie samego”. Innymi słowy – uczniowie XIV LO doznali wychowawczej krzywdy – ich poczucie bezpieczeństwa i dumy z własnej tożsamości zostało przez podstępnych nauczycieli podkopane, co więcej, ksiądz wie, że bezzasadnie. Wskutek doznanego uszczerbku młodzież objęta tym „pseudo-eksperymentem” mogła przestać postrzegać swoją kulturę jako najwyższe osiągnięcie ludzkości, a zacząć ją widzieć jako produkt wymagający stałego ulepszania albo wręcz naprawy.

Ksiądz zebrał też kilka środków retorycznych dla podważenia wartości merytorycznej eksperymentu badającego tolerancję podjętego w zeszłym roku przez jego kolegów z pracy. Są to przymiotniki: tandetny i powierzchowny i przedrostek: niby-eksperyment. Niestety, poza pejoratywnym słownictwem ksiądz nie znajduje metodologicznych argumentów dla podważenia wartości eksperymentu  i nie mówi, co byłoby lepszym sposobem sprawdzenia postaw Wrocławian: czy anonimowa pisemna ankieta, czy może deklaracje przed kamerą? Bo eksperyment polegający na chodzeniu ludzi o wyglądzie odstającym od tutejszego i wyraźnie kojarzącym się z konkretnymi kulturami obcymi, i bez widocznej obecności umundurowanych służb policyjnych czy porządkowych, kreuje sytuację klarowną – przechodnie, których reakcje badamy, czują się anonimowi i bezkarni, tedy potrafią się zdobyć na reakcje, jakich wstydziliby się, wiedząc, że są obserwowani i mogą być zidentyfikowani. Wtedy chętniej wychodzi z głów śmieciowa mentalność, czyli poznajemy ukrytą prawdę o nas, acz niekoniecznie miłą i zdecydowanie nie taką, jaką chcielibyśmy eksponować w promocyjnych folderach Wrocławia. Prawdziwi lokalni patrioci nie kalaliby własnego gniazda mówiąc o swoich przywarach, a robili ze sobą słodkie fotki z tekstami o otwartości „miasta spotkań”.



Później następuje wymiana zdań z dziennikarzem poświęcona porównaniu agresji przesłań zawartych w Koranie z analogicznymi wątkami w świętych księgach judeochrześcijańskich, gdzie ksiądz Zięba oddala zarzuty dotyczące brutalnych i nacjonalistycznych treści Starego Testamentu odwołując się do nowego nauczania przyniesionego przez Jezusa:

Tylko Jezus powiedział nam, że przynosi nowe prawo. Wiem, że Stary Testament jest historią przemocy i wojen. Ja się nie odcinam od Starego Testamentu, ale dzięki Jezusowi weszliśmy na inny pułap. On nauczył nas miłować bliźniego, nadstawiać drugi policzek. A program jest tandetny, bo wśród rzeczywiście ważnych problemów stara się przemycić tzw. problem homofobii, a ja powiedziałbym ostrzej - homopromocji.

Przy okazji ksiądz nawiązuje do eksperymentu i programu przeciwko wykluczeniom i ujawnia, co go boli: przemycenie tzw. problemu homofobii, a właściwie: homopromocji. Według księdza homofobia jest „tak zwanym problemem”, czyli najwyraźniej stanowi urojenie homoseksualistów, którzy z żadnymi przykrościami z powodu swej orientacji się nie spotykają i cieszą się wszystkimi należnymi im prawami. Zatem, jeśli ktoś zostanie pobity z okrzykami o „jebaniu pedała”, czyjś samochód zostanie zniszczony wyskrobanym bazgrołem „lezba” albo ktoś dozna „naprawczego” gwałtu, żeby poznać uroki współżycia z facetem – przekonanie, iż krzywdy te wynikają z powodu homoseksualności są bezprzedmiotowe, urojone, bo homofobia i homonienawiść są według księdza „tak zwane”. Wychodzi też typowe dla kościelnego kłamstwa pojęcie „promocji homoseksualizmu”, zgrabnie w wypowiedzi księdza Zięby ujęte w jedno słówko – homopromocja. Tu chyba nie mamy nawet do czynienia z indywidualnym niedostatkiem formacji intelektualnej księdza Zięby – jest to w czystej postaci retoryka jego firmy, Kościoła Katolickiego, któremu wydaje się, że homoseksualizm można skutecznie „promować”, czyli przekonywać konsumentów życia seksualnego do podejmowania współżycia na sposób homoseksualny. Ciekawe, czy nagromadzenie osób tej samej płci w tzw. „rodzinach zakonnych” nie sprzyja przypadkiem wzbudzaniu fantazji homoseksualnych i tym samym nie stanowi też tej homopromocji? Na miejscu decydentów kościelnych byłbym za klasztorami koedukacyjnymi… Trzeba być czujnym, lobby homoseksualne nie śpi!

Ksiądz rozwija wątek podstępnego wprowadzania do praw ludzkich wątków homoseksualnych:

Homoseksualizm nie powinien być wrzucany do jednego worka z rasizmem czy ksenofobią, bo te sprawy kompletnie do siebie nie przystają. Jeśli ktoś ustala sobie hierarchię narodowości, które bardziej lub mnie, lubi i szanuje, to czyni źle. Takie różnicowanie zasługuje na czerwoną kartkę i potępienie. Homoseksualizm to jednak zupełnie inna sprawa. Oczywiście, takich osób nie powinno się prześladować, dokuczać im czy uprzykrzać życie w jakikolwiek sposób. Ale nie udawajmy, że homoseksualizm jest sprawą normalną!

Wygląda na to, że od biedy można walczyć z rasizmem i ksenofobią, ale z nienawiścią do homoseksualistów to już inna sprawa – homoseksualiści nie są normalni, więc jakkolwiek nie wypada ich represjonować, nie należy też ich obejmować taką samą ochroną etyczną jak przybyszów z zewnątrz. W końcu obcokrajowcy są na swój sposób „normalni”, a homoseksualiści – nie. Tu potykamy się o kościelne nieuctwo – niezdolność przyjęcia do wiadomości, że obiektywnie nie ma nic patologicznego w homoseksualności, a jest ona jednym z kilku typów ludzkiej seksualności o charakterze mniejszościowym, podobnie jak leworęczność nie jest defektem, ale regularnie występującą alternatywną postacią rozkładu neurologicznych funkcji w mózgu. Ani mańkuci, ani homoseksualiści nie są chorzy i nie wymagają pomocy lekarskiej – jedyne przykrości, jakie mogą być ich udziałem, wynikają z wrogiego nastawienia otoczenia, które albo chce ich „leczyć”, albo likwidować. Z kolei niezdolność Kościoła do przyjęcia do wiadomości, że homoseksualizm nie jest patologią, co uznały już międzynarodowe instytucje i cywilizowane społeczeństwa, wskazuje na ogólny kłopot Kościoła z przyswajaniem sobie wiedzy – skądinąd uznanie kopernikańskiej wizji układu słonecznego też trwało kilkaset lat...



Dochodzimy do kulminacyjnego punktu rozmowy – pan ksiądz definiuje swoje nastawienie do homoseksualistów:

 

Współczujące. Nie jest to litość ani pogarda, ale uważam, że jest w nich jakiś brak, niemożność do życia w zgodzie z naturą, bo nie mogą założyć rodziny.

 

Hm, brzmi wręcz szlachetnie – człowiek obdarzony „normalnością” pochyla się nad poszkodowanym przez los czy Boga biedakiem i współczuje mu. Znam kilkunastu homoseksualistów i wiem, że żadnego współczucia od księdza i Kościoła nie potrzebują – żyją sobie życiem spełnionym, i co najwyżej potrzebują równych praw, neutralnego traktowania przez urzędy i resztę społeczeństwa, czyli potrzebują NIEPRZESZKADZANIA w ich indywidualnej realizacji szczęścia. Znów wychodzi pewna forma kościelnej arogancji – przekonanie, że Kościół posiadł pełną i ostateczną wiedzę o „naturze” człowieka, czyli może wytknąć homoseksualistom, że nie żyją „w zgodzie z naturą”, czego przejawem miałaby być niemożność założenia rodziny. Ksiądz pewnie nie wie, że różni, również heteroseksualni ludzie z różnych pobudek nie zakładają rodzin (czyli nie tworzą organizmów potomnych), a nie uznają swego życia za nieudane. Ksiądz nie wie też, że skoro homoseksualności się nie nabywa przez perswazję reklamową ani modę, to i dobrowolnie podejmowane homoseksualne czynności erotyczne są dla ich podmiotów NATURALNE, czyli homoseksualiści żyją w zgodzie ZE SWOJĄ naturą.

 

Gdy dziennikarz Jacek Harłukowicz prowokuje przywołując przykład celibatowego duchowieństwa, które też nie zakłada rodzin, ksiądz ripostuje:

Bo my, księża, próbujemy przekraczać naturę. W teologii to się właśnie tak nazywa - łaska przekracza naturę.

Ciekawe, na jakich przesłankach mielibyśmy wierzyć, że celibatowi duchowni przekraczają naturę a nie po prostu gwałcą ją? Skoro „naturalnym” czyli obiektywnym i niepodważalnym przeznaczeniem każdego organizmu jest tworzenie potomstwa, czyli „rodziny”, to dlaczego księża i zakonnicy mieliby być z tego zwolnieni? Mamy wierzyć na słowo księdza? Na powołanie się na teologiczne nazewnictwo, gdzie to „przekraczanie natury” przeciwko rozrodczości i erotyce zwie się „łaską”? Cóż, dla mnie ksiądz nie jest autorytetem, a teologia nie jest nauką. Wszystko to zalatuje mi subiektywizmem i współczuję wierzącym, którzy muszą jakoś naginać swoje zdolne do myślenia umysły do zgodności z taką doktryną ich kościoła. Pozwolę sobie na odrobinę złośliwości: ta postulowana w katolickiej teologii przemiana popędu seksualnego w ramach celibatu na zapał do pracy duszpasterskiej jest zwana „sublimacją” i na przykładzie zgorzknienia oraz złośliwości wobec bliźnich, jakie da się zaobserwować u wielu duchownych, sądzę, że bardzo rzadko się udaje w realnym życiu, co skłania mnie do przekonania, iż jest to raczej błąd i gwałt na ludzkiej naturze. Niezależnie od orientacji i przekonań o rodzinie, jakieś zaspokojenia erotyczne są organizmowi potrzebne, a kto ich sobie zupełnie nie zapewnia, źle sobie służy.



Potem ksiądz Zięba wraca do negacjonizmu wobec problemu rasizmu, ksenofobii i homofobii. Gdy dziennikarz naciska, przywołując przykłady agresji wobec odmieńców, on twierdzi, że:

Wiem, gdzie żyję. Wystarczy przejść się wieczorem ulicą, by usłyszeć masę plugawych uwag, tekstów czy docinków. Wystarczy poczytać napisy na murach. Ale przecież pobicia zdarzają się w Polsce nie tylko osobom o innym kolorze skóry. To nieodłączny element każdego niemal wiejskiego wesela...

Tyle tylko, że prawdopodobieństwo doznania agresji, gdy się jest heteronormatywnie i słowiańsko wyglądającym człowiekiem jest zdecydowanie mniejsze niż w przypadku, gdy od tego wizerunku się odstaje, a ponadto przestępstwa tego typu często są „dedykowane” werbalnie ich ofiarom za pomocą towarzyszącej agresji mowy nienawiści – wyzwisk niepozostawiających wątpliwości o sposobie postrzegania przez przestępców ofiar ich działania. Swoją drogą dziwne, że tak uduchowiona osoba jak katolicki ksiądz może uznawać bijatykę za normalny składnik wiejskiego wesela – ciekawe, co powiedziałby na to Jezus? Czy w Kanie Galilejskiej, gdzie podobno cudownie dorobił trochę wina, iwent też był okraszony bijatyką?



Na koniec ksiądz przedstawia nam swój sposób walki z niepożądanymi postawami:

I mam pomysł, ale to nie jest pomysł mojego autorstwa. Tym pomysłem jest oddziaływanie na młodych ludzi za pomocą Ewangelii.

Według księdza Zięby wygląda na to, że chamstwo i agresja, wykluczanie i szydzenie z odmieńców wynikają właściwie z niedostatku modlitwy i religijności – jak się ludzi Ewangelią potraktuje, czyli „zewangelizuje”, jak nie wyjdzie od razu to jeszcze raz – się ich „zreewangelizuje” albo „zrererereewangelizuje” po raz któryś z rzędu, to wszystko będzie w porządku. Otóż jest to przekonanie naiwne i fałszywe – po pierwsze chrześcijaństwo ma swój sprawczy udział w wielu zbrodniach ludzkości, z których jedną – Holokaust – popełniono względem mniejszości etnicznej negatywnie przedstawianej właśnie w Ewangelii, by nie wspomnieć o religijnych wojnach średniowiecza, torturach tzw. Świętej Inkwizycji. Obecnie Kościół dba o podtrzymywanie negatywnej atmosfery wobec homoseksualistów i używa swej presji, by tak samo traktowały ich władze polityczne kraju, podczas gdy władza nie ma prawa deprecjonować ich związki czy w ogóle wartościować związki tworzone przez ludzi w zależności od ich rozrodczej prężności. Emitując negatywne sygnały o homoseksualistach Kościół robi krzywdę tym, którzy odkrywają w sobie tę orientację i muszą toczyć wewnętrzną walkę, żeby w ogóle zaakceptować siebie. Dodatkowo Kościół dostarcza pretekstu dla przestępczej hołoty, która potrzebuje kogoś, kogo można by otoczyć bezinteresowną nienawiścią – kościelny przekaz o potrzebie taktownego i nacechowanego współczuciem traktowania homoseksualistów ginie obok ogólnego i znacznie głośniej przekazywanego sygnału negatywnego. Po wtóre, Ewangelia uzasadnia etyczne postępowanie istnieniem Boga jako najwyższego sędziego, który po śmierci ma nagradzać albo karać, co oznacza, że utrata wiary w Boga grozi rozchwianiem postaw etycznych według formuły „skoro nie ma Boga, hulaj dusza, piekła nie ma”. Takie uzasadnianie wartości etycznych jest społecznie szkodliwe i niebezpieczne – utrata wiary może się zdarzyć każdemu wskutek słusznych przemyśleń albo tragicznych doświadczeń życiowych, ale nie stać nas, żeby z powodu takiego kryzysu ludzie stawali się bestiami, tym bardziej, że istnieją lepsze uzasadnienia potrzeby życia etycznego. Po trzecie, katolicyzm de facto głosi pseudo-etykę – właściwie rytuał posłuszeństwa wobec norm przedstawianych przez duchownych jako absolutne, podczas gdy prawdziwe życie przynosi konflikty wartości i sytuacje bez etycznie zadowalającego rozwiązania, gdzie co najwyżej można minimalizować szkodliwe skutki własnych czynów i potrzebna jest ich trzeźwa analiza, ważenie dotkliwości negatywnych konsekwencji dla poszczególnych podmiotów sytuacji. Wobec tego katolickie nauczanie jest bezsilne, na wiele dylematów jest dogmatycznie ślepe, i tym samym etyka to zbyt ważna sprawa, by opierać ją na Ewangelii i jakichkolwiek innych przesłankach religijnych. Nie chcę świata urządzanego przez księży.

9.04.2012

A tu można zobaczyć swoisty epilog napisany przez samo życie – w filmiku tym widzimy jak przypadkowe i nieukierunkowane są agresywne zachowania się chuliganów i przynależność do mniejszości seksualnej lub kojarzonej z płcią w żadnym wypadku nie zwiększa prawdopodobieństwa napaści, co oznacza, że wszelkie pesymistyczne opisy społeczeństwa polskiego są szkalowaniem Narooodu, a programy działań wychowawczych wobec młodzieży są tandetne i stanowią stratę czasu i środków:

http://www.youtube.com/watch?v=dR7RwXtYtmg&feature=youtu.be

Podobnie obrzucanie redakcji Gazety Wyborczej we Wrocławiu płytkami chodnikowymi o niczym nie świadczy...

15.04.2012

Skoro na Youtube zlikwidowano ekspozycję filmiku (czyżby okruch prawdziwego życia w Polsce był zbyt wulgarny do pokazywania? Albo prywatność sprawców występku została naruszona?), wystawiam filmik tutaj: