3Powrót (Teksty)

JANUSZ KORWIN-MIKKE NA UNIWERSYTECIE WROCŁAWSKIM

RELACJA Z PORAŻKI



CZĘŚĆ I


20.032013 odbyła się w Wydziale Nauk Społecznych prelekcja Janusza Korwin-Mikkego pt. „Zagrożenia wolności gospodarczej”. Organizatorami wydarzenia byli: Fundacja Sapere Aude i Samorząd Studentów Uniwersytetu Wrocławskiego, a spotkanie odbyło się w ramach „Akademii Wychowania Obywatelskiego”. Czy treści przedstawione przez prelegenta zgadzają się z wartościami obywatelskimi, przesłaniem zawartym w nazwie fundacji – myśl odważnie i wartościami właściwymi dla uniwersytetu, które powinien reprezentować samorząd studencki?

JKM zaczął od stwierdzenia, że żadnej wolności gospodarczej nie ma, bo każdy produkt jest „kontrolowany przez bandę urzędasów”. Dla uzasadnienia tej myśli przytoczył przykłady stanowisk dyrektorskich w firmach państwowych i fakt, że organizatorzy mistrzostw Euro 2012 otrzymali premie znacznej wartości. Pierwsze zdanie i już kłamstwo wielopoziomowe: z faktu, iż istnieją przedsiębiorstwa kontrolowane przez państwo, albo ktoś otrzymuje nagrody finansowane z budżetu, albo że finansowość firm podlega kontroli finansowej państwa i płaci się podatki nijak nie wynika, iżby brakowało wolności gospodarczej. Wolność ta funkcjonuje w najlepsze – każdy może założyć własną firmę i prowadzić działalność gospodarczą. Wolność jest, nie ma tylko absolutnej samowoli. Wrócę jeszcze do tego.

Potem pojawiła się teza, że „łajdacy rządzący Unią Europejską” dążą do zredukowania polskiego wzrostu gospodarczego lub podwyższaniu podatków w Polsce, ale nie całkiem najgłupsze nasze rządy się temu przeciwstawiały, dzięki czemu wciąż mamy „+1”. Po chwili JKM przypomniał nam swoją wersję genezy Unii Europejskiej, wg której to niemiecki działacz lewicowy Rudi Dutschke odwiódł zbuntowaną młodzież studiującą lat 60. XX wieku od działań gwałtownych i przestępczych na rzecz wstępowania do struktur władz i instytucji, by wprowadzać zmiany w duchu lewicowym pokojowo. Dawni spiskowcy wg JKM zdominowali stanowiska decyzyjne w Unii Europejskiej i teraz bogacą się z łapówek. Wprawdzie JKM nie zdaje się posiadać żadnego procesowo przydatnego materiału dowodowego, ale jest pewny, że 10% kwot pieniężnych przekazywanych przykładowo przy handlu kwotami nadwyżek emisji dwutlenku węgla idzie na łapówki. Ciekawe, skąd to wie – czyżby oceniał według własnych doświadczeń? Jeśli ktoś WIE o jakichś przestępczych działaniach, powinien tę wiedzę udostępniać organom ścigania. Skądinąd nie wierzę, żeby akurat JKM miał dostęp do unijnych gabinetów, gdzie tamtejsi urzędnicy i przedstawiciele rządów negocjują rzeczy. Zatem jest to INSYNUACJA. Przy okazji, niejako mimochodem, JKM rzuca zapadającą w podświadomość frazę o handlu „dwutlenkiem węgla, którego nie ma, oczywiście”. To z kolei jest oczywistym kłamstwem – dwutlenek węgla jest, i to emitowany na skalę przemysłową z masy źródeł, od prywatnych samochodów spalinowych poczynając, na elektrowniach węglowych (np. polskich) kończąc. JKM nie ma nawet instrumentów, by policzyć emisję CO2 i oszacować jej wpływ na atmosferę i klimat – do tego potrzeba sporej specjalistycznej wiedzy. Gdy JKM podważa ustalenia specjalistów w tej dziedzinie, robi to jako zideologizowany laik – jego zdanie zatem zupełnie się nie liczy.

Następnie JKM przytacza (z niezbyt wyraźną dykcją wszakże) przykłady jego zdaniem irracjonalnych ograniczeń na gospodarkę nałożonych przez Unię Europejską: „zakaz używania żarówek, termometrów”. Jak zwykle jest to jakaś pół- albo ćwierć-prawda. Zakaz produkowania i sprzedawania żarówek prowadzi do oszczędności energii, a nie podcina gospodarki, bo w miejsce żarówek sprzedaje się świetlówki energooszczędne oraz świecące elementy LED, których żywotność jest dłuższa, co w ostateczności jest korzystne dla konsumentów. Również „zakaz termometrów” odnosi się tylko do modeli rtęciowych, które stanowią zagrożenie dla środowiska i użytkowników, gdy się stłuką albo trafią na zwykłe wysypisko śmieci. Na rynku jednak nie ma próżni i żaden konsument nie jest też pozbawiony możliwości mierzenia temperatury – lukę po rtęciowych termometrach wypełniają współczesne modele, które toksycznej rtęci nie zawierają. Zatem przykłady dobrane przez JKM w najmniejszym stopniu NIE dowodzą intencji zmniejszania wzrostu gospodarczego przypisywanej Unii Europejskiej. Tymczasem JKM uważa sprawę za udowodnioną i objawia publiczności przyczynę tego stanu rzeczy: oto doktryna zerowego wzrostu gospodarczego (ang. zero growth) stoi za tymi destrukcyjnymi działaniami UE wobec gospodarki. Wprowadzają ten plan w życie „ideowcy”, i należy ich „rozstrzelać” – tu JKM dzieli się swoją mądrością życiową: „łajdaków się wiesza, ideowców rozstrzeliwuje”. Jakaż piękna kurtuazja!

Wrócę jeszcze do momentu na początku tyrady JKM, gdzie oburzał się na ideę zerowego wzrostu gospodarczego, którą socjalistyczni „idioci” z pokolenia dzieci-kwiatów chcą w spiskowy sposób narzucić światu, by zepsuć gospodarkę (bo chyba nie lubią, gdy ona prosperuje?). JKM najwidoczniej nie jest świadom, że na planecie o raz na zawsze określonej masie zasobów nie można w nieskończoność ich pozyskiwać, zamieniać je w towary, produkując góry odpadów, i niezmiennie dążyć tylko do zwiększania sprzedaży i zysków. Jakkolwiek idea zerowego wzrostu pozostaje niespełnioną pod względem teoretycznym i praktycznym, problem leżący u jej podstaw jest aktualny: wzrost gospodarczy nie może być wyłącznym i bezwarunkowym priorytetem ludzkiego postępowania, chyba że uznamy tę planetę za jednorazówkę, i pogodzimy się, że dzieci sprowadzane na świat przez każde pokolenie wkrótce będą prowadzić coraz bardziej zdegradowane życie, czyli motywację do rozrodczości trzeba będzie zdefiniować jakoś negatywnie... W ogóle w wizji JKM nie ma śladu refleksji o środowisku naturalnym – liczy się tylko wzrost gospodarczy, dla JKM to istny fetysz!

Przy okazji odsłonięcia spisku o narzucenie zerowego wzrostu JKM objawia, że Euro jako waluta jest zła dla gospodarki i dlatego właśnie UE forsuje jej przyjmowanie przez państwa członkowskie. Ciekawe jednak, że nie znamy żadnych państw UE, które pogrążyłyby się z powodu przyjęcia Euro, a usunięcie barier i kosztów związanych z kursami walut akurat pomaga obrotowi gospodarczemu? Również przejście na Euro nie wiąże się z żadną eksplozją drożyzny – co najwyżej problemem dla zrównoważonych użytkowników Euro są państwa bankrutujące jak Grecja. Z kolei państwa o wyższej kulturze politycznej i bankowej korzystają z Euro, które jest walutą stabilniejszą, skoro żadne państwo członkowskie nie może doprowadzić do wybujałej emisji pieniądza, tak jak to robili władczy PRL. Używając Euro nie traci się też na przeliczaniu walut i ich kupnie, a to zdecydowanie ożywia tak miły JKM obrót gospodarczy… Jednakowoż żadnego śladu powyższego rozumowania opartego na rzeczywistych przesłankach nie było w przemowie JKM – on tak po prostu, automatycznie, uznał, że Euro to gospodarcza plaga, element europejskiego spisku, i że wszyscy tę paranoidalno-lękową wizję podzielają bez niepotrzebnego dowodzenia.

Następnie JKM, poprzez anegdotę o podobieństwie teorii globalnego ocieplenia do wypraw krzyżowych, wrócił do sprawy globalnego ocieplenia, a w szczególności „rozprawił się” ze stwierdzeniem, że roztopienie części lodów Antarktydy przy zmianie temperatury z -40 na -37 st. spowoduje zalanie „całego świata”. JKM powołał się na prawo Archimedesa i ogłosił, że to idiotyzm. Oczywiście, bo też nikt nie twierdzi, że „cały świat” zostanie zalany po roztopieniu części lodów okołobiegunowych – bardzo łatwo, bez konkretnych obliczeń, polemizuje się z teorią, której nikt nie głosi, a której karykaturę JKM stworzył specjalnie, by błyskotliwie ją obalić. Przy okazji JKM dotknął kolejnego ważnego punktu – szkół państwowych, w których być może już nie wykładają prawa Archimedesa, bo ich celem jest powszechne ogłupianie!

JKM przedstawia siebie jako egzaminatora ludzi po państwowych szkołach – ciekawe, przy jakiej to okazji on miałby kogokolwiek egzaminować?!! Nic nie wskazuje, by miał on jakąkolwiek rzetelną wiedzę z jakiejkolwiek dziedziny, no może z wyjątkiem praktycznej demagogii... W każdym razie JKM zarzuca absolwentom tych szkół brak samodzielności myślenia i brak energii. To pierwsze sprawia, że ludzie oglądają TVN i stają się „lemingami”. To drugie jest nie mniej groźne: jako prawicowiec JKM uważa, że ludzie powinni być agresywni, a szczególnie mężczyźni – żeby bronić swoich kobiet, ojczyzny itp. I znów potykamy się o europejski lewicowy spisek – oto już od przedszkola uczy się chłopców, żeby nie byli agresywni, a potem służy temu koedukacyjna szkoła, dzięki której również dziewczynki stają się agresywne. Innymi słowy, jednym agresji ubywa, drugim przybywa, a piękny, stary ład świata się sypie. JKM zadał pytanie o możliwość przetrwania ustroju, w którym byłby taki rozkład, taka sic! „korupcja”. Nie wiadomo skąd rozmycie ról płciowych, utrata agresywnych „facetów” miałyby wiązać się z korupcją – jest to zapewne jakiś dziwny skrót myślowy JKM. JKM jednak odpowiada na swoje pytanie: 100 lat temu taki ustrój by nie przetrwał paru tygodni. Może? Z tym że my nie żyjemy 100 lat temu, tylko teraz. Parę rzeczy od tamtego czasu się zmieniło. Poza tym, JKM znów próbuje coś udowodnić w oparciu o fałszywie postawiony problem. Przy okazji umieścił JKM akcencik seksistowski: oto przedstawia on sprawy wyłącznie z męskiego punktu widzenia, jako jedynego, który się liczy. Mężczyźni mają być agresywni, żeby bronić ojczyzny i „swoich kobiet”. Te ich kobiety najwidoczniej nie są samodzielnie działającymi podmiotami – one są zasobem w rękach mężczyzn, a ci za pomocą swej agresji mają ich bronić. Podziw ogarnia, jak wiele potrafi JKM zawrzeć w jednym krótkim powiedzonku!

JKM prowadzi swą historiozoficzną refleksję o reżimach politycznych i dochodzi do wniosku, że żaden reżim w historii nie podważył (przed Unią Europejską oczywiście) prawa rodziców o decydowaniu o treściach, jakich ich dzieci będą się uczyły w szkołach. Trochę mu się pomieszało, bo w zdecydowanej większości krajów, z USA włącznie, państwowe instytucje nadzorują programy nauczania w szkołach, i nie zależą one od ograniczeń umysłowych rodziców. Wyobraźmy sobie, czego dziecko stanowiące własność np. rodziców o religijno-fundamentalistycznych poglądach mogłoby się nauczyć, gdyby to od nich wyłącznie zależało? JKM stwierdza, że wtrącanie się np. ministrów edukacji w proces wychowania czyichkolwiek dzieci oznacza coś w rodzaju pedofilii – nikt od rodziców nie może kochać ich dzieci bardziej, tedy i wtrącać się nie może, np. przez zakazywanie „klapsów” czy programy szkolne. Przy tej okazji oberwali wszyscy Europejczycy, którzy stali się „homo europeus”, wg JKM tożsamym z bydlakiem. A to dlatego, że się godzą na państwowe ograniczenia w rodzaju programów nauczania, zakazu kar cielesnych wobec ICH dzieci, na nakaz zapinania pasów w ICH WŁASNYCH samochodach, a nawet na ograniczenia prawa do leczenia się!

JKM odkrył, że konieczność kupowania leków na receptę stanowi odebranie prawa do leczenia się. Przecież każdy wolny człowiek sam z siebie doskonale wie, co mu dolega i czym to leczyć, nieprawdaż? JKM oczywiście wie, więc lekarze i kontrola nad wydawaniem leków są niepotrzebne. Muszę więc wyjaśnić JKM, że najwidoczniej nie wie, o czym mówi – używanie leków nie jest wyłącznie prywatną sprawą każdego człowieka. Przykładowo używanie antybiotyków wymaga dokładnego ich dobrania do rodzaju choroby infekcyjnej i konsekwentnego ich stosowania aż do pełnego wyleczenia. W przeciwnym razie niedoleczeni pacjenci albo antybiotyki uwalniane do organizmów i środowiska powodują powstawanie lekoopornych szczepów bakterii. Mechanizm ten stanowi część procesu ewolucji, o której z innych wypowiedzi JKM możemy się dowiedzieć, że nie zachodzi. Ewolucja jednak zachodzi niezależnie od wierzeń JKM, a problemy z ewolucją mikrobów muszą być rozwiązywane, a temu właśnie służą ograniczenia w dostępie do niektórych leków. JKM przywodzi przykład pacjentki zmarłej z powodu niesfinansowania jej leczenia lekiem eksperymentalnym, którego skuteczność nie była jeszcze potwierdzona. Ma to dowodzić zbrodniczej intencji stojącej za praktyką wydawania części leków tylko na receptę i finansowania przez ubezpieczalnie wyłącznie terapii o naukowo potwierdzonej skuteczności. Znów przykład jest dobrany błędnie – z dramatu w postaci śmierci kogoś, komu nie sfinansowano leku w fazie eksperymentu nie wynika, jakoby wszystkie leki miały być wydawane na żądanie pacjenta albo ograniczenia w tym zakresie oznaczały lekceważenie ludzkiego życia. W większości cywilizowanych krajów są procedury wyjątkowego finansowania leczenia eksperymentalnego, i na tym tle zawsze będą powstawać napięcia. Jednak JKM nie jest tym, kto w tak skomplikowanej sprawie przyniesie optymalne rozwiązania. Jego rozumowanie jest zbyt prymitywne. Ciekawe zresztą, czy JKM chciałby przyjmować leki niesprawdzone, a znajdujące się w obiegu na zasadzie „wolności gospodarczej” w formie przezeń postulowanej? Czyli każdy mógłby wprowadzić na rynek każdy towar, również lek o niejasnych walorach, a rynek, w tym przypadku poprzez przeżywalność konsumentów, regulowałby sprawę? Firmy sprzedające dobre leki prosperowałyby, a te, po których ludzie by umierali, bankrutowałyby. Ładnie?
JKM lubi udowadniać, jak to mamy za wysokie podatki i to dławi naszą gospodarkę. Podczas swojego występu w Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego jął pisać na tablicy wartości procentowe podatków z różnych krajów i różnych epok. Miało nas porazić, że na początku historii Ameryki (gdy „jeszcze była wolna”), podatek łącznie wynosił 5%, a w starożytnym Rzymie pan zabierał niewolnikowi 90% wartości jego pracy, zostawiając mu 10% kieszonkowego. Potem uświadomił nam, że obciążenia podatkowe w Polsce stawiają nas bliżej pozycji antycznego niewolnika. Znów JKM porównał rzeczy nieporównywalne – w epokach poprzedzających naszą nie było żadnych rozbudowanych świadczeń finansowanych z budżetu państwa finansowanych z podatków ani poprzez system obowiązkowych składek (jak ubezpieczenia zdrowotne). Nie przejmowano się też ochroną środowiska, więc nie było żadnych urzędów ani służb stojących na jego straży, medycyna miała do zaoferowania usługi o znaczeniu bardziej magicznym niż faktycznym, ludzka działalność gospodarcza była znacznie prostsza i nie wymagała wyrafinowanej kontroli, ład prawny był znacznie prostszy, nie było powszechnej edukacji finansowanej przez państwo itp. W efekcie w dawnych epokach nie było tak rozbudowanych funkcji państwa czy władz samorządowych, i możliwe były nieporównywalnie niższe podatki. Demagog JKM przedstawia obciążenia fiskalne wyłącznie jako skutek pasożytowania kasty urzędniczej na podmiotach gospodarczych – jest jednak zbyt prymitywny, by dostrzec, że podmioty gospodarcze korzystają z pracy organów nadzoru, chociażby w tym sensie, że funkcjonują w otoczeniu uregulowanym prawnie, gdzie tożsamość innych podmiotów gospodarczych jest znana i ewidencjonowana, i istnieje możliwość dochodzenia roszczeń na drodze prawnej. Bez szeregu instytucji byłoby to niemożliwe.

Wg JKM wzorem dla nas wszystkich powinny być Chiny – bo mają wysoki wzrost gospodarczy i wkrótce prześcigną USA. JKM malowniczo opisuje zdarzenia, przy których go nie było, a w przypadku Chin, proces przejmowania władzy przez reformatorską ekipę, która zastąpiła Mao i jego bliskich kompanów, otwierając Chiny na kapitalizm. Niestety, JKM zupełnie pomija gwałcenie praw człowieka w Chinach i zupełny brak troski komunistycznego reżimu o środowisko. JKM upaja się tylko prostym wskaźnikiem wzrostu gospodarczego i podatków, a nie widzi lub nie chce widzieć kosztów ludzkich, środowiskowych i w barbarzyńskim okrucieństwie wobec zwierząt w Chinach. Mówiąc o Chinach trzeba wszakże wspomnieć o gigantycznej korupcji, wyzysku mas pracujących za ochłap z pańskiego stołu, gdzie kapitalistą często jest partyjny bądź ubecki działacz. Życie w takim kraju przodującego wzrostu gospodarczego to koszmar – spędza się je na harówce w złych warunkach pracy, nabywając choroby zawodowe i nie tworząc własnego bogactwa, a w razie choroby, wypadku lub zadarcia z kimś uprzywilejowanym jest się na straconej pozycji. Zresztą jak w każdej dyktaturze, gdzie nie ma niezawisłych sądów ani rządów prawa. W chińskiej dyktaturze nie mógłby Korwin Mikke sobie jeździć po kraju ze swoją paplaniną i obrażaniem władców za pomocą knajackich epitetów – szybko trafiłby do więzienia (i to takiego bez wygód higienicznych), a jeśli organy z jego ciała okazałyby się przydatnymi, to dostałby kulkę w łeb i zostałby rozebrany na części... W najlepszym przypadku wykupiliby go kumple, bo na udowodnienie niewinności przed chińskim sądem nie ma co liczyć, a tamtejsze sądy nie stosują zasady domniemania niewinności. Warto więc zauważyć złośliwie, że całe to korwinowe pomstowanie na demokrację możliwe jest tylko w warunkach tejże demokracji.
Wróćmy jednak do spraw gospodarczych. JKM z miną eksperta uświadamia nas, jak to mnożnikowo Chiny w ciągu 30 lat kapitalizmu się wzbogaciły, i co więcej, że gdyby Wojciech Jaruzelski (ten od stanu wojennego) wprowadził w Polsce kapitalizm, to… „dzisiaj bylibyśmy o 5 długości przed Stanami Zjednoczonymi”. Piękna brednia – Polska różni się od USA dość wieloma parametrami, przykładowo obszarem, wielkością ludności, zasobami naturalnymi, ze szczególnym uwzględnieniem złóż ropy, a ponadto na terenie USA nigdy nie było wyniszczających rozbiorów, wojen z cudzą okupacją, przegranych powstań i masakry elit umysłowych. To, co kraj z bagażem historycznym Polski jest w stanie osiągnąć, to osiąga właśnie teraz i mamy prawo być z tego dumnymi. Z tym że żadnych cudów tu nie będzie – nie przeskoczymy strat w kulturze technicznej z okresów niewoli, wojen i komunistycznej dyktatury, zasoby ropy też u nas nie wyrosną, a gaz łupkowy jest wciąż niepewny. Niech więc JKM nie deprecjonuje prawdziwych osiągnięć naszego kraju i niech nie rozwija miraży, przy których musielibyśmy się czuć przegranymi. Fałszywych proroków nam nie potrzeba. Aha, przy okazji tego wątku wyjaśniło mi się coś, o co chciałem zapytać JKM, gdy będzie czas na pytania. Jeden z jego „aforyzmów” brzmi: „Dyktatury dzielą się na dobre i złe. Demokracja jest zawsze głupia”. Chciałem dowiedzieć się, które dyktatury są dobre, a które złe. JKM mimochodem odpowiedział na to pytanie – pochwalił dyktaturę Pinocheta, bo przywróciła wzrost gospodarczy w 2 lata. Dobrze byłoby dopytać się JKM, ile ofiar w ludziach, cierpienia torturowanych, dramatów rodzin i jednostek opłaca się w zamian za „wzrost gospodarczy” iluś tam procent.

Ciekawy popis demagogicznej retoryki dał JKM zadając pytanie: „Ile dała Unia Europejska krajowi X?” Wymienił te, które mają lub miały wysoki wzrost gospodarczy: Chiny, dawne Stany Zjednoczone, Botswanę. Oczywiście UE nic tym krajom nie dała, bo albo jeszcze nie istniała, albo nie zajmuje się dotowaniem innych państw. JKM chciał wykazać, że tam, gdzie UE daje jakieś środki, następuje katastrofa gospodarcza. Mechanizmu jakoś nie podał (tak jak z zagrożeniem małżeństwa przez związki partnerskie), ale wtrącił w ten wątek pouczenie, że „dobrobyt bierze się z pracy” i dostał oklaski. Znów JKM zwyciężył nad sprawą, która zupełnie nie stanowi problemu – warto, aby dowiedział się, że Unia Europejska nie jest dobrą ciocią po prostu „dającą” pieniądze – każdy projekt dofinansowany przez UE musi mieć określony wkład własny i być udokumentowany. A gdy już projekt jest realizowany, zarabiają firmy go wykonujące, i nic nie stoi na przeszkodzie, by były one miejscowe, rdzennie polskie. Dodam też, że JKM „wie”, że przy każdym ruchu finansów UE 10% stanowią łapówki – powinien się wszakże z tego cieszyć: łapówki przecież ożywiają popyt, czyli wpływają na wzrost gospodarczy, nieprawdaż?
W toku, by tak rzec, rozumowania, JKM popadał w dygresje. Jedna miała nam uzmysłowić tendencję demokracji do uchwalania absurdalnego prawa, a służyć miał przykład projektu zakazania spożywania soli gdzieś w USA, bo sól szkodzi przez powodowanie nadciśnienia krwi. Przykład ten jednak był argumentem samoobalającym się – sam JKM nas poinformował, że z projektu wycofano się, bo stwierdzono niemożliwość wyegzekwowania takiego prawa. Wygląda więc na to, że demokracja, gdzie w organach stanowiących prawo różne strony przedstawiają swoje racje, posiada zdolność odrzucania głupich projektów ustaw. Czyli działa dobrze! Podobnie JKM wpadł w dygresję o kwaśnym mleku, którego pozbawić nas miała Unia Europejska, powodując, że sprzedawane będzie tylko mleko pasteryzowane (czyli jakieś strasznie złe). Otóż to też jest nieprawda – w sklepach istnieje obok mleka pasteryzowanego o długiej przydatności do spożycia również mleko niepasteryzowane, o krótkim terminie ważności. Mleko to nie jest podstawowym produktem ulubionym dla handlowców, ale jest w sprzedaży, a ponadto, w wielu miastach i miejscach są mlekomaty oferujące nieprzetworzone mleko prosto z farmy. Również produkt o nazwie „zsiadłe mleko” jest dostarczany przez licznych wytwórców. Ponownie okazuje się, że JKM walczy i najlepiej wygrywa swoje potyczki z jakimś nieistniejącymi problememi.
JKM lubi też powoływać się na Hitlera. Okazuje się, że w okupowanej przezeń Polsce podatki były 2x niższe niż teraz, a zgoda na otwarcie prywatnego przedsięwzięcia przez Polaków była wydawana w ciągu dwóch dni, czyli było całkiem dobrze, nie? Nie wspomina JKM o innych, zbrodniczych aspektach władzy Hitlera – wszak on mówi tylko o wolności gospodarczej… Poza tym nader często JKM posługuje się zbitką: Hitler-socjalista, Hitler-demokrata. Najwyższy czas wyjaśnić JKM, że Hitler nie był ani jednym, ani drugim. Z demokracją ma jedynie tyle wspólnego, że doszedł do władzy demokratycznie, a potem ten ustrój rozmontował, zamieniając Niemcy w totalitarną dyktaturę, gdzie za krytykę władz i wszelkie nieposłuszeństwo lądowało się w obozie koncentracyjnym, a Hitler metodycznie zabierał się do FIZYCZNEJ eliminacji grup ludności, które mu się nie podobały. Radzę JKM poczytać sobie o losie Żydów, homoseksualistów, umysłowo chorych, komunistów i socjalistów właśnie w III Rzeszy. Socjalizm Hitlera i jego partii jest jakoś obecny w jej nazwie, ale już w działalności tej partii dopatrzeć się go trudno. Na pewno żadnej społecznej wrażliwości typowej dla socjalistów hitlerowcy nie okazywali, no chyba że idzie o zapewnienie wszystkim pracy, także niewolniczej, w obozach. W ogóle radzę JIM patrzeć czasem trochę głębiej na istotę zjawisk, a nie zatrzymywać się na poziomie nazw. Przykładowo NSDAP mimo nazwy nie miała nic wspólnego z socjalizmem, a z kolei placówki zwane „Konzentration Lager” nie służyły wyłącznie koncentracji, ale mordowaniu, i to mimo iż nie nazywały się „Vernichtung Lager”. Przykładowo katolicki do bólu profesor Bender dał się zwieść sugestiom zawartym w niemieckich nazwach…

JKM jednak objawia swoje „mądrości” dalej. Za chwilę powie nam z naciskiem, że jesteśmy „skansenem”, a kryterium o tym świadczącym jest brak… drapaczy chmur w europejskich krajach. Znów JKM popisuje się „erudycją” i jednym tchem, tonem znawcy, wymienia kilka krajów z różnych kontynentów, gdzie drapacze chmur stoją. A u nas – nie! Podobno też jakiś Koreańczyk (południowy) zachwycił się warszawskimi tramwajami, bo przypominały mu te z jego kraju sprzed 40 lat. Anegdota ta ma o czymś świadczyć, z tym że jest po prostu głupia. Każde polskie miasto zmienia swój tabor transportu miejskiego stopniowo i nie ma powodu, by wyrzucać od razu całą klasę pojazdów, gdy są sprawne. A że czasami w Warszawie bywam, to i widzę, że mają tam masę nowoczesnego taboru, podobnie jak we Wrocławiu. Sporadycznie jednak jeżdżą wozy starsze, no i co z tego? JKM przeniósł swą narrację na koleje i chyba potknął się o własne wcześniejsze tezy. Zaczął od tego, że niby polskie koleje się „syfiaste” i na poziomie XVIII wieku. Wyjaśnijmy, że jakkolwiek polskie koleje już są różnymi firmami przewozowymi, to są też różne klasy pociągów. Oprócz podmiejskich „elektryczek” są też eleganckie wagony ekspresów, gdzie i toalety są czyste, i działa klimatyzacja, są gniazda do podłączenia laptopa przy każdym siedzeniu, i działają głośniki interkomu. Ciekawe jednak, że niemieckie koleje są DOBRE, a sam JKM nam mówi, że Niemcy dopłacają do kolei miliard euro rocznie! No to jak to jest – czy dopłacanie rujnuje w końcu czy nie rujnuje? Znów JKM zapętlił się we własnych „argumentach”. Przecież dobrobyt bierze się z pracy, nie z dotacji! Skoro niemieckie koleje dostają od rządu, to powinny się rozleniwić, i zejść na psy!

JKM nie znosi stosunków społecznych wolnych od agresji i strachu. Nienawidzi zatem wszelkich praw chroniących pracowników. Zabrał się zatem za pojęcie „ludzi pracy”. Udowodnił nam za pomocą diagramu, że skoro człowiek w pracy spędza tylko część swego życia od pełnoletniości do emerytury, i to tylko w dni robocze w pewnych godzinach, to nie ma sensu zajmować się „ludźmi pracy”, bo ważni są ludzie „po pracy”. Pięknie, tylko JKM jakoś pomija fakt, że w będących dla nas przykładem krajach azjatyckich, „ludźmi pracy” stają się już dzieci, sprzedane przez biednych rodziców do fabryki, na farmę albo do burdelu. Ludźmi pracy są też Chińczycy spędzający całe dni swego życia (bynajmniej nie tylko 8 godzin dziennie) przy maszynach i w szkodliwym środowisku, dostając za to głodowe wynagrodzenie pozwalające jedynie przeżyć do następnego dnia – w końcu Chiny są tak konkurencyjne nie bez powodu: koszty siły roboczej są tam rekordowo niskie i nie ma żadnych ograniczeń w niszczeniu środowiska, a walka o prawa pracownicze nie jest możliwa (adwokaci reprezentujący pokrzywdzonych dostają wyroki). Tym razem JKM próbował odnieść ideologiczne zwycięstwo metodą groteski arytmetycznej, „wykazując”, że ludzie pracy to 1/5 człowieka pełnego. Szkoda, że ludzie mający nieszczęście urodzić się jako prości robotnicy w azjatyckich „tygrysach gospodarczych” jakoś nie czują tego dystansu między samymi sobą w roli człowieka pracy i człowieka po pracy. I nader często próbują się przeszmuglować do skansenu bez perspektyw – Unii Europejskiej. Zapewne robią to z czystego lenistwa – nie chce im się pracować i być bogaczami w Chinach itp., wolą leniuchować w Europie. A przecież, wg JKM wyzysk jest dla wszystkich korzystny! Dzięki wyzyskowi w pracy wyzyskani pracownicy po pracy mogą np. kupować tanie samochody. JKM chyba nie zauważył czegoś – wyzysk może mieć takie natężenie, że po pracy nie ma się ani sił, ani zdrowia, ani pieniędzy na te „tanie samochody”. Dlatego „socjaliści” i inni „złodzieje” wymyślają różne rzeczy w rodzaju minimalnej płacy w gospodarce, obowiązkowych ubezpieczeń społecznych zdrowotnych i emerytalnych itp. Ba, wymyślają też prawodawstwo, dzięki któremu ludzie pracy mogą być pewni swojej przyszłości, swego zatrudnienia. Wg JKM, wszyscy powinni się BAĆ – poczynając od pracownika, kończąc na kapitaliście (który pewnie mógłby być rozmiękczany państwowymi dotacjami albo gwarancjami kredytowymi). JKM zapewne nie przemyślał sobie, że gdyby nikt nie miał choćby względnej gwarancji zatrudnienia, to żaden pracownik by nie wziął długoterminowego kredytu, np. hipotecznego. A to już byłoby baaaaardzo złe dla wzrostu gospodarczego – w branży budowlanej i okolicznych… Także nie sposób sobie wyobrazić wielkie projekty kapitalistyczne w rodzaju budowy dużego samolotu Airbus 380 bez zaangażowania państwa jako gwaranta – złożoność i koszt takiego przedsięwzięcia wymagają wieloletniego kredytowania i znacznego pomniejszenia ryzyka inwestycji, na co nastawieni na szybki zysk inwestorzy nie pójdą. JKM opiewa również uroki wzajemnego wyzyskiwania się w małżeństwie, zamiast – sposobem lewicowym/socjalistycznym – samorealizować się. Podobno małżonkowie działający w trybie samorealizacji mają w domu „syf”, a ci wyzyskujący się – nie.

Przy okazji JKM wygłosił gloryfikację bezrobocia, bo bez niego nie dałoby się tworzyć nowych przedsiębiorstw i zapewnił nas, że celem gospodarki nie jest tworzenie miejsc pracy. JKM chyba nie zauważył, że w Polsce już działa gospodarka rynkowa i nie ma już pracodawców (może z wyjątkiem spółek państwowych), gdzie kapitalista zatrudniałby kogoś, żeby zmniejszyć bezrobocie na rynku, a nie czerpać namacalny zysk z owoców pracy każdego zatrudnionego. JKM tryumfalnie oznajmił światu tę prawdę jak swoje odkrycie, a podparł nieżyciową przypowieścią o jego synu, który miałby zaoferować JKM naprawę jego samochodu z kolegą, dzięki czemu miałoby to trwać 1 dzień dłużej. Przykład godny publiczności przy budce z piwem w parku – nietrudno wyobrazić sobie, że praca mechanika może wymagać pomocy drugiej osoby, więc wszystko zależy od charakteru naprawy. Bzdura goni bzdurę w narracji JKM.

JKM w ogóle żyje w jakiejś wydumanej rzeczywistości. Co chwilę odwołuje się do swej publiczności i mówi jej, że jej się coś wmawia, albo że robi to lewica czy socjaliści. JKM znów odegrał erudytę i z miną mędrca ogłosił swą parafrazę powiedzonka błędnie cytowanego za niejakim Charles Erwin Wilson’em: „Nie wszystko, co jest dobre dla General Motors jest dobre dla kraju”. Zgadza się – tyle że to oznacza również, iż nie wszystko co dobre dla kapitalistów i „wzrostu gospodarczego”, jest dobre dla kraju i jego ludzi. Tylko tak można odczytać to powiedzenie, jeśli zechcemy potraktować je jako metaforę i rozszerzyć jego znaczenie. To zakrawa na samobójczą bramkę JKM.

Oberwało się też nieżyjącemu prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu – JKM nazwał go idiotą. Otóż JKM uważa, ze Kaczyński spowodował, że mamy drogą ropę w Polsce. Nie znam sprawy osobiście, ale odsyłam do polemiki z tą śmiałą myślą JKM – pod tym linkiem Marek Król kompetentnie przybliża sprawę:

http://www.se.pl/wydarzenia/opinie/marek-krol-inteligencja-ropiejaca_164648.html

Nie jestem zwolennikiem nieżyjącego prezydenta Kaczyńskiego, ale nie nazwałbym go idiotą. JKM przychodzi to bez zająknienia.

JKM okazuje się też znawcą konstytucji wielu krajów i ocenia ich jakość po objętości, a konkretnie liczbie kartek zadrukowanych ich treściami. Nie wiem, czy zadbał o standardyzację druku, tj. czy porównywał format A4 z tą samą czcionką, ale na pewno ma rację: najgorsza jest konstytucja/traktat Unii Europejskiej, bo jest najgrubsza. JKM nie zauważył, że jak się chce precyzyjnie napisać prawo, to nie wystarczy 10 apodyktycznie sformułowanych przykazań (podobno bożych), lecz trzeba napisać kilka kodeksów uwzględniających i katalog zabronionych czynów, i sposób prowadzenia rozpraw w sądach, a z wyjątkiem dyktatur, gdzie nie ma adwokatów i za każde uchybienie się wiesza, zawsze efektem takich wysiłków jest parę grubych książek. Może więc traktat regulujący żywotne sprawy całej grupy państw ma prawo być 400-stronicowy? Wg JKM najbardziej rozbudowane jest europejskie rozporządzenie o cukierkach karmelkowych – ma mieć 4000 stron. Ciekawe, że wszystkie porównywane przez JKM publikacje mają liczbę stron będącą wielokrotnością liczby 4 – albo tylko takie brał pod uwagę? Może zresztą ta publikacja unijna regulujące cukierki dotyczy też innych spraw, ale JKM je pominął, bo zawsze 4000 stron o cukierkach jest słodszym przykładem absurdu…

Później była dygresja JKM i kogoś z publiczności o stadionie (nie wiem którym) i JKM znów gładko porównał jakieś kosztorysy tego stadionu. Nie interesuje mnie to zanadto, jednak JKM znów popisał się swą znajomością korupcyjnych zwyczajów – mówiąc o ostatecznej kwocie, za którą zbudowano ten stadion wskazał na korupcyjny składnik ceny. Powinien tę wiedzę dostarczyć organom ścigania, nieprawdaż? A jeśli tak naprawdę nic nie wie, to niech siedzi cicho. W charakterze dowodu JKM przedstawił metodę, jak naciągać Unię na działania pozorne – trzeba w jakiejś unijnej sprawie zorganizować konferencję i nadmuchać koszty cateringu, który dostarcza ktoś znajomy albo z rodziny. Czyżby z tego instruktażu należało korzystać, żeby Unię Europejską osłabić? Ja bym tak nie robił, ale może jestem „lemingiem”.

Następnie jest coś o podatkach, moje notatki się urywają (za dużo idiotyzmów na jednostkę czasu), a służące mi podporą nagranie opublikowane w Necie przez Gizbo i Fundacją Sapere Aude jest mało czytelne – prelegent międli coś między zębami, połyka sylaby i słowa, i trudno to śledzić, zwłaszcza, gdy poszukuje się w tym sensu.

Zauważam wszakże, że materiał video zawiera skróty – nie ma tam rasistowskich kawałków o „kolorowych” kobietach i „białych”, choć w moich notatkach są zapisy o tym. Czyżby Fundacja Sapere Aude uznała, że jej znakomity gość przekroczył granice obciachu? I tak granice te są położone nisko, a byłbym za tym, żeby pokazywać JKM w całej jego nikczemnej krasie. Tak czy owak, smaczki leksykalne towarzyszące mowie JKM zreferuję i przeanalizuję w dalszej części mej relacji. To zdecydowanie zasługuje na publiczną ekspozycję!

Jednym z ostatnich wątków poruszonych przez JKM był podatek dochodowy. JKM uważa go za niemoralny (to chyba pierwszy raz, gdy JKM zauważa jakieś sprawy związane z moralnością!) – postrzega ten instrument fiskalny jako „karę za dobrą pracę”, czyli że jeśli ktoś pracuje dwa razy lepiej, to płaci i traci dwa razy więcej. JKM w swej przenikliwości umysłowej zapomniał jednak, że istnieje też klasa kapitalistów, czyli ludzi tak bogatych, że czerpią obfite dochody bez konieczności świadczenia pracy osobiście – pracę pomnażającą ich kapitał wykonują wynajęci przez nich pracownicy. Mając odpowiednią pulę dóbr udostępnianych na wynajem można też zupełnie bez pracy i zarabiać więcej niż przeciętni ludzie świadczący codziennie pracę, w której oprócz prostego wysiłku okazują swoje kwalifikacje. Jest więc sens skłaniania ludzi niewyobrażalnie bogatych do dzielenia się swym bogactwem z innymi albo przez działania charytatywne, albo do przeznaczenia większej jego części na inwestycje dające innym pracę, zamiast oddawania się wybujałej konsumpcji. JKM wyraźnie pokazuje niedostatek wiedzy humanistycznej (inteligencji emocjonalnej) i najwidoczniej nie wyobraża sobie, że chciwość ludzka jest bez granic, więc jakieś instrumenty ograniczające ją są potrzebne, przynajmniej dopóki żyjemy w społeczeństwie i na planecie, której zasoby są ograniczone.

Zanim zajmę się osobą i zjawiskiem politycznym, jakim jest JKM, przytoczę jeszcze jeden wątek jego wystąpienia: stwierdził on mianowicie, iż wszystkie te wymogi homologacyjne, jakim podlegają samochody wprowadzane na rynek i testy wypadkowe są jedynie nieuczciwym sposobem na walkę wielkich producentów samochodów z potencjalną konkurencją. Próbując sprowadzić testy wypadkowe do absurdu JKM przytoczył obraz kolizji badanego samochodu z betonową ścianą i stwierdzania przez producentów jego bezpieczeństwa przy każdej prędkości. Mógłbym pomyśleć, że się przejęzyczył, lecz widząc, że w wielu innych sprawach JKM stosuje podobną taktykę sprowadzania do absurdu rzeczy, których nie lubi przez przypisywanie im nieistniejących cech, wnioskuję, że było to świadome przeinaczenie faktów. Wyjaśnię więc JKM, że standardowe testy wypadkowe dotyczą kolizji z prędkością ok. 60 km/h i żaden producent aut nie gwarantuje przeżycia osób w samochodzie przy prędkościach wyższych. Przy okazji warto by sprawdzić, jakim samochodem prywatnie porusza się JKM, oczywiście bez zapinania pasów bezpieczeństwa. Powinien mieć jakąś podróbkę zachodniego samochodu robioną przez Chińczyków – konkurentów, których wejście na rynek wymusi obniżkę cen na wielkich zachodnich producentach. Notabene, te samochodowe produkty obecnie początkujących producentów wprawdzie wyglądają jak auta zachodnich producentów, lecz gniotą się jak puszki po piwie, wraz z ludźmi w środku. Przy okazji powrócę do nieposłuszeństwa JKM w sprawie zapinania pasów bezpieczeństwa. JKM uważa, że w razie wypadku będzie miał szansę wyjść z samochodu przed wybuchem pożaru tylko, jeśli nie będą go ograniczały pasy. Policja cyklicznie organizuje poglądowe lekcje dla różnych matołków, w ramach których praktycznie pokazuje, jak przyrasta masa ciała w pojeździe zatrzymującym się natychmiast, bez drogi hamowania. Zwykle mają tam jakieś krzesełko na kółkach, które rozpędzają na szynach do niewielkiej prędkości i układ trafia na blokadę. Pomimo znikomej prędkości każdy nieprzypięty pasażer wylatuje po zatrzymaniu pojazdu naprzód, i tylko miękkie okładziny mogą ochronić go przed obrażeniami ciała. Sam miałem doświadczenie w czasach, gdy prawo nie nakazywało zapinania pasów w terenie zabudowanym, gdy po moim przyhamowaniu ze znikomej prędkości przed nagle pojawiającym się rowerzystą, nieprzypięta pasażerka wylądowała głową na przedniej szybie i dostała na pamiątkę solidnego guza. Takiej lekcji podstawowych praw fizyki najwidoczniej brakuje JKM – nawet gdy w rozbitym samochodzie wybucha pożar, większe szanse opuszczenia go mają ludzie, którzy w momencie zderzenia byli przypięci pasami i są przytomni oraz ich kończyny nie są połamane. Dodajmy, że tylko niektóre wypadki kończą się pożarem, a do zabicia człowieka w samochodzie najzupełniej wystarczą gwałtowne i silne przeciążenia oraz zgniatanie konstrukcji auta wraz z częściami ciała. Wizja praw fizyki w wersji JKM podobna jest do PiS’owskiej bredni smoleńskiej, w ramach której twierdzi się, że duży samolot Tupolew może sobie ścinać skrzydłem drzewa w rodzaju brzozy o średnicy 40 cm bez konsekwencji i kontynuować kontrolowany lot. Bo brzoza w porównaniu z dużym samolotem to „patyk”.

Antyfacet RP

3.04.2013



DALEJ (CZĘŚĆ II)