3Powrót (Teksty)

Na zdrowie na amen!

Dawno temu, w latach 80. XX wieku, komuna łagodniała i pozwalała na religijne ekstrawagancje importowane z Zachodu. Do Wrocławia przybył charyzmatyczny kaznodzieja, zdaje się o nazwisku Cruz czy tak jakoś, który wcześniej był gangsterem od narkotyków, ale ponownie narodził się w Jezusie i odtąd już wszystko szło dobrze. W Hali (wówczas) Ludowej odbył się show, podczas którego, przy akompaniamencie soulowej kapeli i szołmeńskim głoszeniu (jak to mówią) Słowa Bożego przez mistrza ceremonii, cudowne uzdrowienia sypały się jak z rękawa. Głusi odzyskiwali słuch, niewidomi wzrok, znikały nowotwory i reumatyczne bóle, chromi porzucali kule, sparaliżowani wstawali z wózków. Publiczność poddała się nastrojowi wydarzenia, niektóre egzaltowane koleżanki z anglistyki, gdzie razem studiowaliśmy, wkrótce przeszły do Zielonoświątkowców, a ja, który już zaczynałem myśleć i mieć negatywny osąd postaci Boga, siedziałem tam nieporuszony w mym sceptycyzmie, jako jeden z nielicznych dostrzegający tandetność całego widowiska. Myślałem wtedy, że jakkolwiek katolicyzm ma doktrynę porąbaną, ale przynajmniej jest poważnym związkiem wyznaniowym, dalekim od takiego kiczu. Minęło kilka dekad i stało się. Również kościół Katolicki poszedł tą drogą.

Oto arcybiskup Hozer sprowadził do Warszawy sztukmistrza o podobnym popkulturowym charyzmacie, Johna Bashoborę z Ugandy. Bashobora jest duchownym katolickim, więc skoro należy do jedynie słusznej religii świata, to i osiągnięcia ma większe w porównaniu z zielonoświątkowcem, którego widziałem w akcji we Wrocławiu. Bashobora nie tylko uzdrawia – on także wskrzesza. Zaświadczył o tym sam poseł Godson – widział on naocznie na video taką akcję (prawdopodobnie na Jutiubie). Oczywiście wszystko dzieje się zgodnie z doktryną religijną, to jest wskrzesza i uzdrawia właściwie Bóg, a Bashobora jest tylko jakimś medium, przepraszam, zaufanym współpracownikiem Boga, poprzez którego Najwyższemu podoba się te łaski masowo i powtarzalnie ferować. W ogóle przy okazji Bashobory Bóg zdaje się przechodzić samego siebie – gdy Syn Boży Jezus chodził po ziemi, wskrzeszeń chyba tak masowo nie dokonywał. Osobiście pamiętam opowieść o wskrzeszeniu niejakiego Łazarza, może jeszcze ktoś tam był – uczeni w Piśmie uzupełnią. Bashobora w każdym razie podobno ma wyniki lepsze – obiło mi się o uszy, że postawił on na nogi ponad 20 dusz, czy co ja mówię, ciał. No, ludzkich istnień, tak powiedzmy ostatecznie.

Patrząc na sytuacyjny kontekst występu Bashobory na Stadionie Narodowym nie sposób oddzielić ten iwent od jego inicjatora, czy właściwie promotora albo producenta – arcybiskupa diecezji warszawsko-praskiej, Henryka Hozera. Hierarcha ten, jak mi wiadomo, posiadł był zawód lekarza. Jakiż sceptycyzm musi on żywić dla konwencjonalnej, naukowej medycyny, skoro uznał, że lepiej ludzkości się przysłuży jako duchowny, czyli ten od opowiadania o warunkach dostąpienia życia pośmiertnego, niż jako medyk z objęć śmierci pacjentów wyrywający! Teraz biskup-lekarz najwidoczniej jeszcze raz zapragnął zrobić coś dla zdrowia ludu bożego. I co? Zaprosił ambulans z mammografem czy USG? Skrzyknął może dermatologów, żeby za darmo wypatrywali raka na skórze populacji? Nie, on zaprosił nawiedzonego księdza, który na masowych seansach z wielotysięczną publicznością załatwia u Boga uzdrowienia, a jak się da, to i wskrzesza.

Nazwałem abp Hozera promotorem lub producentem – nie jest to żadna złośliwość pod adresem tego kościelnego luminarza. Po prostu pewny jestem, że iwent ten był widowiskiem z kategorii show. Z uwagi na złe połączenie z Netem tu, gdzie teraz jestem, nie mogę wprawdzie potwierdzić mych przypuszczeń przez pooglądanie na Jutiubie zapisów tego budującego wydarzenia. Jednak nie wyobrażam sobie, by na obiekcie takim jak Stadion Narodowy zgromadzeni tam widzownie-uczestnicy otrzymali tylko suche wypowiadanie formuł liturgicznych tudzież wyłącznie słowne świadectwo Prawdy. Na pewno była tam jakaś muza, scenografia, gra świateł, rozgrzewanie publiczności ruchami podsuwanymi przez wodzireja, a wydarzenie podzielone być musiało na jakieś części, tak by odpowiednio stopniować napięcie i modlitewne nakręcenie zgromadzonych. Jakoś w końcu trzeba wprowadzić tłum w modlitewny amok i obniżyć krytycyzm. Gdyby tego zabrakło, zbyt wielu sztywnych sceptyków mogłoby nieruchomo siedzieć na stadionowych krzesełkach jak kołki, jak jakieś stadionowe „pikniki” na ważnym meczu, i psuliby efekt. Ostatecznie o szołmeńskim charakterze przedstawienia przekonuje mnie, że wejściówki były płatne – jak słyszałem 20 i 40 PLN, zdaje się, że zniżki były dla dzieci. Gdyby chodziło o prosty kontakt z łaską płynącą nie z tego świata, rzecz cała mogłaby być za friko. Kiedyś trasę po Polsce odbywał angielski uzdrowiciel Harris, i dla porządku też były rozdawane w kościołach wejściówki, nawet z formularzem na wpis rodzaju choroby, którą spec miał się zająć. Ale to było zupełnie darmowe! Nie wiem, może jakość usług Bashobory jest wyższa, w końcu Harris nie oferował stawiania zmarłych do pionu, ale też, co łaska to łaska, więc jeśli już trzeba zrzucić się na bilet i hotel dla mistrza, mogłoby się to odbywać w systemie co łaska, a i tak na pewno organizatorzy wyszliby na swoje. Może nawet dla ubogich i cierpiących też by coś zostało, z tym że skoro ojciec Bashobora uzdrawia, to nalepsze, co można zrobić dla tych ostatnich, to przywieść ich przed jego oblicze. W przypadku cierpiących będących równocześnie biednymi, wejściówka mogłaby być darmowa.

Jakkolwiek iwent już się odbył, a prasa nie doniosła o wskrzeszeniu kogokolwiek, sama czysto teoretyczna perspektywa takiej możliwości na polskim gruncie jest pociągająca. Nasuwają się zarówno pytania o aspekty techniczne jak i o aspekty społeczne, czyli kogo wskrzeszać, żeby w Polsce było lepiej.

Najpierw o technikaliach. Skoro poważnie trzeba się było liczyć z wskrzeszaniem przez Bashoborę, na jego iwenty powinno się wpuszczać także kandydatów do wskrzeszenia, czyli martwych. Innymi słowy: zwłoki. Z tym może być różnie: jedni wprowadzani byliby konwencjonalnie – „nogami do przodu”, w trumnach lub całunach, inni z kolei byliby w urnach po kremacji. Aby absolutnie nikt nie był wykluczony z możliwości wskrzeszenia, trzeba pomyśleć też o tych, których ciała są gdzieś daleko – dobrym przykładem mogą być ci nieszczęśliwi himalaiści, którzy polegli gdzieś w przepaściach pod ośmiotysięcznikami. W odniesieniu do tych przyniesionych w trumnach, robota wskrzeszyciela to pikuś, nawet gdy ciało już trochę nieświeże. Jezus pokazał, jak to robić, to i Bashobora powinien dać radę – ciało jest w komplecie, trzeba tylko cofnąć skutki zwiększonej w nim entropii i przywrócić równowagę dynamiczną procesów fizjologicznych. Gorzej jest, gdy ciało jest niekompletne albo spalone. Gdyby technologia obejmowała embriogenezę (co wszakże trwa 9 miesięcy), to wystarczyłoby na podstawie zapisu DNA sklonować brakujący organizm, z tym że po urodzeniu się byłby on niemowlęciem, Żeby osiągnąć zastępowalność osoby dojrzałej, trzeba by czekać kilkadziesiąt lat, z tym że pomimo posiadania identycznego genotypu, klon po dorośnięciu byłby zupełnie inną tożsamością niż osoba rekonstruowana. Zatem potrzebny jest zupełnie inny sposób – Bóg musi wyciągnąć z kompa jakiś plik stanowiący dokładny opis ciała klienta, potem pozbierać odpowiednie atomy i związki, i zmusić je, żeby z powrotem ułożyły się w żyjące ciało, na dodatek dostarczając mu psychicznego poczucia ciągłości własnego istnienia. Zadanie to fizycznie jest niewykonalne – już skanowanie położenia każdej cząstki, z której ciało się składało, raczej się nie uda z powodu zasady nieoznaczoności Heisenberga. Im dokładniej bowiem chce się ustalić położenie cząstki, tym bardziej nieokreślona staje się jej prędkość, i dotyczy to zarówno pomiaru jak i próby dokładnego rozmieszczenia cząstek w przestrzeni. Abstrahując od liczby terabajtów, jakie taka informacja w kompie Boga by zajęła, na gruncie praw fizyki zbieranie ciał wcześniej spulweryzowanych w ogniu zakrawa na niemożliwość. Jedynie jakiś nadnaturalny Demon Lapace’a byłby może w stanie to przeprowadzić, i tu rzeczywiście jedynie Bóg mógłby zabłysnąć jako ten, dla którego nie ma nic niemożliwego. Osobiście pozostaję sceptyczny wobec efektu wskrzeszenia – ciało, dopóki żyje, wykazuje ciągłość procesów na każdym poziomie organizacji materii, włącznie z przekazywaniem kwantowych parametrów cząstka-cząstce. Śmierć stanowi przerwanie i rozkojarzenie tych wszystkich zjawisk, a ewentualne poskładanie ciała, które już umarło i się rozłożyło wg dokładnej instrukcji nasuwa podejrzenie, że w ten sposób stworzono kopię, nawet czującą się jak oryginał, lecz pierwowzór zginął, gdy umarł i nikt oraz nic już autentyku nie przywróci. Obawiam się, że my istnieć możemy tylko jako ciągła interakcja pomiędzy informacją a cielesnym nośnikiem, a wszelkie przekonwertowanie na inny nośnik i ewentualna wtórna synteza wg pozyskanej informacji, to już nie to... Dlatego raczej nie poddałbym się teleportacji. Skądinąd przy wskrzeszaniu wg instrukcji syntezy zmarłego organizmu, z rozpędu można by zrobić więcej kopii organizmu pierwotnego, a każda z nich czułaby się osobną istotą wiodącą, po wyjściu z maszyny syntetyzującej, swe własne życie, i to z poczuciem posiadania tej samej przeszłości i tożsamości co pierwowzór. Tu ewidentnie ujawnia się szwindel związany zarówno z teleportacją jak i wskrzeszaniem. Lepiej nie musieć z takich podejrzanych usług korzystać…

Nasuwa się wszakże aspekt jakości, w której delikwenci mieliby być wskrzeszani. Jeśli bowiem byłoby to po prostu cofanie zaszłości, które doprowadziły ich organizmy do śmierci, na nic by się to zdało. Klient byłby doprowadzony z powrotem do stanu, z którego wkrótce znów straci życie wskutek tej samej choroby czy starości. Np. do stanu przedzawałowego, do wcześniejszych faz choroby nowotworowej, jedynie ofiary przestępst i wypadków jako tako skorzystałyby z tej formuły wskrzeszenia. Tedy trzeba by pomyśleć, najlepiej w porozumieniu z mającym być wskrzeszonym, z którego okresu życia delikwent chce być odtworzony/a. Ale to też nie załatwia sprawy – niektórzy tak bardzo mieli za życia przekopane, że już w łonie matki, jako embriony nosili w sobie spiętrzenie wad genetycznych nieuchronnie do śmierci lub rozciągniętej na całe życie męki prowadzące. Tacy musieliby być wskrzeszani wręcz jako ktoś inny, skoro cała ich tożsamość naznaczona była od początku do końca cierpieniem. Doznanie wskrzeszenia po to tylko, by tę samą agonię odbyć jeszcze raz zaiste jest (za przeproszeniem) do dupy – znacznie lepiej już spokojnie zostać trupem na zawsze. Pozostaje jeszcze ustalenie innych realiów czasoprzestrzennych wskrzeszenia. W końcu Bashobora nie powinien być ograniczony do wskrzeszania tylko zwłok obecnych na iwencie – oznaczałoby to straszne wykluczenie nieobecnych. Powinien zatem również mieć moc działania w oparciu o podaną mu fotografię kogoś, z kim nie wiadomo, co się stało i gdzie. Gdyby tak zadziałał na odległość, lecz bez logistycznego opracowania sprawy, też byłaby dupa. Wyobraźcie sobie jakiegoś biednego himalaistę, którego wskrzeszenie złapało w szczelinie skalnej pod jakimś ośmotysięcznikiem, gdy koledzy z wyprawy dawno w smutku zwinęli manatki i z opuszczonymi głowami wrócili do kraju. Taki nieszczęśnik pozostawiony samemu sobie na mroźnym pustkowiu od razu na nowo by tam zamarzł na śmierć, no może jeśli telefon satelitarny jakimś trafem miałby pod ręką, to jeszcze raz po raz ostatni zadzwoniłby do żony, na ile zasięg by pozwolił, i oczywiście bateria. W takiej sytuacji również baterię powinien ksiądz Bashobora przywracać do życia. A żeby wszystko miało ręce i nogi, powinien to robić w powiązaniu z teleportacją, tak aby wskrzeszony nie tylko odnajdywał się w postaci pozwalającej lepiej żyć za drugim razem, ale też i znaleźć się w bardziej fortunnym miejscu. W końcu to – nomen omen – Second Life, nieprawdaż? Najlepiej, gdyby zainteresowani wskrzeszeniem sami wybierali opcje swojej rekonstrukcji. Ja optowałbym za kilkoma upiększeniami dla siebie.

Wskrzeszanie zmarłych to jednak także sprawa społeczna, a nawet polityczna. Gdy możliwość się pojawia, trzeba zdecydować, kogo wskrzeszać, bo w oczywisty sposób przywrócenie wszystkich zmarłych chętnych, by sobie znów pożyć, skończyłoby się katastrofą. W końcu żyjemy na planecie, gdzie zasoby miejsca i materiałów są, jeśli nie liczyć meteorytów, dane raz na zawsze i ograniczone. A nawet w skali kraju łatwo zakłócić delikatną równowagę; najgorzej chyba byłoby z odkręcaniem spraw spadkowych dotyczących nieruchomości. Trzeba zatem jakoś ująć pęd do wskrzeszania w karby i tylko konkretne postaci o większym znaczeniu dopuszczać do tego luksusu.

W pierwszym odruchu myślowym ciekawą opcją wydało mi się wskrzeszenie Jezusa. Jezus za życia zawsze okazywał pokorę, więc chyba zgodziłby się na taki sposób swego powtórnego przyjścia – z ręki sługi bożego Bashobory. Bashobora jest czarnoskóry, więc byłby to prztyczek w nos dla wszystkich rasistów powołujących się przy tym na Boga, honor białej rasy i ojczyznę dla Polaków, a wydaje się, że wbrew smaczkom pojawiającym się w polskim Kościele, bóstwo, w skład którego wchodzi Jezus, jest raczej ponadnarodowe. Przypomnijmy obrazoburczo, że sam Jezus był Żydem, obawiam się, że nawet obrzezanym! Przy okazji pierwszych wywiadów dziennikarskich z wskrzeszonym Jezusem być może zostałoby ostatecznie rozstrzygnięte, kto ma rację w sporze Hozer-Lemański. A i śmiesznie byłoby zobaczyć konfrontację Jezusa ze swym dziwnym sługą z Torunia, Rydzykiem... Są i inne nadzieje – Jezus wyżej stawiał głębię religijnego przeżycia nad powierzchowne rytuały, więc może potwierdziłby, że ubój rytualny to grzech niemiły Bogu. Z tym że skuteczność takiego aktu jedynie do obszaru Rzeczpospolitej Polskiej ograniczona by była, bo żydzi, w sensie judaiści, zapewne znów nie uznaliby Jezusa za Mesjasza; przyzwyczaili się już do czekania nań w nieskończoność, to i nie usłuchaliby podważenia idei koszerności mięsnej. Również muzułmanie uznaliby Jezusa wskrzeszonego za szacownego proroka i nikogo ponadto – żeby odwołać halal potrzebne byłoby wskrzeszenie proroka Mahometa, a na to chyba katolicki bądź co bądź Bashobora by nie poszedł. Wskrzeszenie Jezusa byłoby jednak zbyt wielkim wstrząsem dla chrześcijan – na początku jeszcze liczyli się z Powtórnym Przyjściem i końcem świata lada rok, lada wiek, lecz potem przyzwyczaili się do wieczystego trwania niedoskonałej doczesności, do tego stopnia, że nawet duchowni jakoś polubili nic nie wartą mamonę, i teraz trudno byłoby im rozstać się z okazałymi autami i nieruchomościami na rzecz jakiegoś zupełnie nieznanego Królestwa Bożego. Niech już to sobie idzie obecnym trybem, amen? Nagły powrót Jezusa popsułby wszystko.

Tak więc wskrzesić by można kogoś z ważnych Polaków i. Na przykład „poległego za Prawdę” pod Smoleńskiem byłego prezydenta Kaczyńskiego z małżonką. Momentalnie mielibyśmy problem polityczno prawny – prócz prezydenta urzędującego pojawiłby się pretendent, a na dodatek dowodziłby on, że niesłusznie uznano go za zmarłego, tedy Komorowski jest podłym uzurpatorem, a słowa brata Jarosława o tym, że ten drugi wybrany został „przez pomyłkę” nagle po latach nabrałyby sensu. Przykład ten pokazuje, że „wskrzeszanie, a sprawa polska” to niezwykle złożony problem. Momentalnie musiałoby powstać jakieś ciało odpowiednio umocowane prawnie, które kwalifikowałoby osoby, które Bashobora może ewentualnie przywrócić do życia bez nadmiernego rozchwiania i tak już kołyszącej się Rzeczypospolitej. Poza tym powinna być też pula społeczna – dla osób o niższym znaczeniu dla spraw publicznych, ale też jakoś przydatnych w życiu, przynajmniej w skali ich rodzin i najbliższego otoczenia.

W tej szerokiej kategorii mógłby Bashobora przywracać ofiary pijanych kierowców – każdy długi weekend, ważniejsze święto kościelne, przynoszą na naszych drogach rząd trumien. Radość z przywrócenia do życia nieszczęśników z polskich dróg na pewno przeważyłaby nad problemami, a te również byłyby głównie o charakterze prawnym. W przypadku bowiem stwierdzenia odwracalności śmierci, zmienić musiałaby się kwalifikacja prawna czynu pijanych kierowców, a przynajmniej ważona przy wyroku społeczna szkodliwość czynu. Dla wielu mogłoby się to skończyć wyrokiem w zawiasach i czasowym tylko pozbawieniem prawa jazdy, i to nawet tak zupełnie uczciwie, z urzędu, bez specjalnych znajomości.

W sumie ze względów społecznych trudno wskazać grupę społeczną, która na akt wskrzeszania by nie zasługiwała – prędzej czy później dochodzi do głosu ogólnoludzka solidarność. I tu nasuwa się najbardziej heretyckie pytanie – a po jaką cholerę w ogóle wskrzeszać kogoś z martwych, skoro sprawcą tych aktów miał by być sam Bóg, autor śmiertelnego życia w warunkach ewolucji form żywych na planecie o stałych zasobach materiałowych? Jeśli zrzucimy z mózgu pewne ograniczniki myśli, wnet pojawi się pytanie: Czy nie można było od razu stworzyć świat bez śmierci i umierania, żeby żadne ograniczone do wybranych przypadków wskrzeszanie nie było potrzebne? Jak sięgnę pamięcią po religijnych historyjkach, Bóg nigdy nie wskrzeszał nikogo dla jego własnego dobra ani będąc przerażonym okrucieństwem przez siebie ustanowionej śmiertelności większości organizmów. On to robił zawsze w celach marketingowych – przekalkulował sobie, że uzdrowienia i wskrzeszanie z martwych napędzają klientów religii wśród maluczkich, i tylko o tyle, o ile ich codzienna, faktyczna egzystencja naznaczona jest cierpieniem wynikłym z chorób i śmierci. Gdyby stworzył Bóg świat pełen bezkonfliktowej szczęśliwości, któż potrzebowałby nadziei na życie pośmiertne, kogóż rajcowałyby opowieści o cudownych uzdrowieniach i wskrzeszaniu z martwych? Wszak wiedliby żywot stabilny i spełniony pod każdym względem, a zupełnie nie tragiczny – nie potrzebna byłaby im irracjonalna nadzieja związana z cudami podważającymi znane prawa przyrody bądź mityczną wizją spraw pośmiertnych. Cóż, szczęśliwi ludzie pewnie odwróciliby się od Boga – do niczego nie byłby im potrzebny, a on, stwarzając byty szczęśliwe i od siebie niezależne, okazałby wspaniałomyślność na miarę Absolutu. Może nawet Miłość?

A tak, to odwracam się ja. Proszę do mnie dołączyć! Amen.

20.07.2013

 Antyfacet RP