3Powrót (Pracownia Antyfaceta)



Envoi, czyli adhortacja Antyfaceta

Czas doprowadzić rozważania do epilogu. Jak wskazywałem w punkcie wyjścia, my nie MAMY swoich ciał, lecz nimi JESTEŚMY – zatem arogancki i lekkomyślny stosunek do ciała-którym-się-jest, to nic innego jak lekceważenie samego siebie, niedobór osobistej godności. Jeśli godzimy się na styl życia, w którym doznajemy licznych cielesnych szkód i pokornie znosimy niewygody oraz marne warunki higieniczne – znaczy to, że dobrowolnie, bez walki, stajemy się ludźmi drugiej kategorii. A jeżeli na dodatek pozwoliliśmy sobie wmówić, że taki sposób odnoszenia się do samych siebie jest nieusuwalnym składnikiem naszej tożsamości mającej wynikać z posiadanych przez nas organów płciowych i jeszcze wzajemnie nakręcamy się, by z tego być dumnymi – w istocie znaczy to, że jesteśmy skończonymi durniami, którzy na swój sposób zasługują na swój badziewny los. Przypuszczam jednak, że chora radość z poddawania się męskiemu upośledzeniu kulturowemu wynika raczej z ogłupiającego wychowania, jakie otrzymujemy jako bezkrytyczne dzieci, i z braku wzorców alternatywnych, przez co nie otrzymaliśmy nawet szansy wytworzenia odmiennych zachowań ani nawet pragnień zmiany. Jesteśmy zatem OFIARAMI. Ofiary bywają różne: jedne biernie godzą się ze swoim stanem i pokornie spędzają swoje życie na znoszeniu cierpień i dyskomfortu narzuconych im. Jednokowoż niektóre ofiary potrafią w końcu sięgnąć po swoją godność, wzbudzić w sobie wolę zmian i wiarę w ich powodzenie, wreszcie zbudować nową, silną, tożsamość, która pozwoli im wyzwolić się, tak jak ongiś zrobiły to te podobno słabe i kruche „kobiety”. Jeśli, przepraszam za kolokwializm, „mamy jaja” – zrobimy to i my, pokazując sobie i reszcie świata, że jako mężczyźni, tym razem bez cudzysłowiu, jesteśmy w stanie wziąć swój los w swoje ręce, i wytworzyć nowe wartości i ideologię oraz podjąć działania, które nadadzą naszemu życiu lepszy smak i wyższą jakość oraz wyzwolą nas z przymusu robienia rzeczy bezsensownych i toksycznych. Takim mężczyzną nie wstydziłbym się być nawet ja. I nie bójmy się zarzutów „zniewieścienia” – idiotycznie przedstawianego jako patologiczną utratę naszej „męskiej” siły, waleczności, żywotności i innych przymiotów przedstawianych w kulturowej papce jako właściwe nam cechy i podobno nasze zalety. Jak widzimy na przykładzie „kobiet”, dążenie do uzyskania i utrzymania urody jest najczęściej zbieżne z troską o zdrowie organizmu, stąd warto wziąć przykład z tych najwidoczniej lepiej dostosowanych do rzeczywistości istot – wszak ONE żyją od nas dłużej! Otóż, „kobiecość” nie jest w najmniejszym stopniu słabością: mało który standardowo wyprodukowany „mężczyzna” zniósłby bez hartującego przygotowania ekspozycję na chłód w tak odsłaniających i lekkich ubraniach jak „damskie”, poruszałby się sprawnie i z wdziękiem w butach na niebotycznych obcasach o malutkiej powierzchni podstawy albo radził sobie w codziennym życiu z paznokciami przedłużonymi przez długie tipsy bez zrywania ich co chwilę. Okazuje się, że w ten sposób da się żyć, i to nawet bardzo dobrze, a podejmowanie licznych działań upiększających i pielęgnacyjnych wobec siebie jest źródłem satysfakcji, tworzeniem z siebie dzieła podziwianego przez otoczenie. Hedonizm „kobiet” trwa dzięki społecznej aprobacie, a przede wszystkim dzięki pozostającej do ich dyspozycji żyjącej obok kaście sług do ciężkich i mniej wdzięcznych robót, a którą to kastą na razie jesteśmy my – samce/mężczyźni.

Czas z tym wreszcie skończyć i zbudować prawdziwe partnerstwo między płciami, w którym żadna z nich nie będzie preselekcjonowana do żadnych mniej wdzięcznych funkcji i zadań, a odpowiedzialność za wspólne przedsięwzięcia dzielona będzie solidarnie. I takie nowe nastawienie osobom męskim po prostu się należy – nie jesteśmy „z innej planety” ani też „z innej gliny ulepieni” niż osoby żeńskie. Te same prawa, te same przyjemności w oczywisty sposób nam przysługują, także te same rzeczy nam szkodzą! Gdyby miało być inaczej, oznaczałoby to, że przez przynależność do swej płci jesteśmy jakoś ułomni, gorsi! A jeśli już mamy komukolwiek imponować przez mechanizm handicapu, czyli prowadzenia kosztownego trybu życia, to znacznie lepiej jest, by był on wprawdzie mniej praktyczny, lecz przynajmniej wyrafinowany i przyjemny, a nie toporny jak obecnie – a przynajmniej powinien być wybór. Jeśli przeciwnicy męskiego wyzwolenia wysilają się, by udowodnić, jak to niewygodnie i ciężko jest w „damskich” butach, niechże więc pozwolą osobom męskim „męczyć się” w nich – w końcu jak handicap, to handicap! Czemuż zakazywać osobom męskim znoszenia tej strasznej niewygody, skoro dobrowolnie porzucają oni szalenie „wygodne” płaskoobcasowe buty, szmaciane skarpety, spodnie itp.? Przecież chcącemu nie dzieje się krzywda… Problem w tym, że tak naprawdę nie chodzi tu o „uchronienie” osób męskich przed skądinąd mitycznymi niedogodnościami związanymi z noszeniem powiewnych sukienek, przezroczystych pończoch czy butów na obcasie, tudzież „maltretowanie się” kosmetykami do makijażu – stawką jest monopol na gadżety mające „kobietom” służyć do erotycznego drażnienia okolicznych i przygodnych „mężczyzn”. A skoro tak, to udostępnienie również im tych samych środków kosmetycznych i odzieżowych osłabiłoby ten efekt, a przy okazji sami samce/mężczyźni mogliby zauważyć, że niekoniecznie tylko ciało żeńskie może być podniecające. A to wiąże się z relatywnym obniżeniem atrakcyjności i „ceny” ciała żeńskiego – być może mniej zajadle męskoorganowi ubiegaliby się o dostęp do osób żeńskich, i znalazłoby się trochę miejsca na faktyczną miłość, nie zaś tylko mechanizm kojarzenia w pary podobny do praktyki z życia jeleni czy innych leśnych gatunków o małym rozumku... Tu dodatkowo potykamy się o homofobię instalowaną w stereotypowych głowach „prawdziwych mężczyzn” – gdyby w wychowaniu, zwłaszcza młodzieży męskiej, nie wprowadzano radości z okazywania pogardy wobec homoseksualistów oraz każdego bliźniego odmiennego, perspektywa odkrycia w sobie homoerotycznych albo transgenderowych fantazji nie napawałaby nikogo lękiem i nie prowadziła do agresji wobec bliźnich, którzy swym wyglądem zainicjowali takie odkrycie. Skądinąd taką właśnie lekcję jako społeczeństwo absolutnie musimy odrobić – zostaliśmy bowiem wpuszczeni do Unii Europejskiej. To klub krajów cywilizowanych, tam człowieka i jego prawa szanuje się, podmiotem praw jest jednostka, a nie kolektyw, i nie ma też miejsca na antyludzkie propagowanie nienawiści do „odmieńców” czy dyskryminacyjne praktyki wobec nich. I jest też ważny uboczny efekt europejskich wartości: taki klimat umysłowy sprzyja emancypacyjnym nastrojom i działaniom wszystkich grup społecznych dostrzegających, że są przedmiotem opresji ze strony większości, którym w samoorganizowaniu się wydatnie pomaga internet, nie bez podstaw w języku angielskim pisany wielką literą. Praktykując antyfacetyzm nie tylko uczyniłem swoje życie lepszym – jestem zdecydowanie lepszym ciałem, na co dzień korzystam z produktów dostarczających mi wyrafinowanych doznań oraz pozwalających dobrze zadbać o stan ciała, czyli siebie. Żyję znacznie higieniczniej niż w czasach, gdy pokornie przestrzegałem rygorów stereotypu męskiej roli płciowej, jestem też o wiele bardziej zahartowany. Ogólnie doszedłem do punktu, w którym ewentualna perspektywa powrotu na grunt prymitywizmu produktów „męskich” stanowiłby profanację ciała-którym-jestem: byłoby to jak wypędzenie z zadbanego i zasobnego ogrodu na dziki i pustawy step. Jednak ponad wszystkimi osobistymi udogodnieniami, mam też głębokie przekonanie, że wskazując innym osobom męskim szlak, którym kroczę, jestem w głównym nurcie europejskich wartości i procesów emancypacyjnych i że myślący ludzie obu płci i wszelkiej tożsamości płciowej przyłączą się do mnie. Takie jest moje envoi.

Dziękuję za wysiłek czytelniczy. Za pomoc i inspirację podziękowania składam: Ani Ainie, Małej Ani, Frei i Stanisławowi.


tPoprzednia



DO POZOSTAŁYCH STRON „CZĘŚCI II: TERAPIA”:

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19