3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

Ciała i ONI

Czas zatem na zdefiniowanie męskiego stylu życia wynikającego ze stereotypu męskiej roli płciowej i jego wpływu na dobrostan męskiego ciała. Ogólnie oczekuje się, że ciało „mężczyzny” również będzie czyste, a w każdym razie w zadowalającym stanie higienicznym pozwalającym unikać zakażeń pochodzących z brudu – wszak umieranie na żółtaczkę w kwiecie wieku oznaczałoby ustąpienie miejsca rywalom. Jednakże wszędzie tam, gdzie przygotowuje się sanitariaty dla przedstawicieli obu płci i trzeba iść na kompromis z kosztami, przyjmuje się założenie, że warunki dla osób odgrywających rolę „mężczyzn” mogą być gorsze niż dla tych odgrywających rolę „kobiet”. Również przy ustalaniu norm korzystania z łaźni lub łazienek w miejscach, gdzie dostęp do nich jest reglamentowany, normy dla osób męskich są bardziej restrykcyjne. Przykładowo, w polskich więzieniach: „kobiety” – kąpiel 2 razy w tygodniu, „mężczyźni” – raz. Również doniesienia prasowe odnośnie wprowadzenia osób żeńskich na uczelnie wojskowe a potem do koszar jako zawodowych żołnierzy zawierały anegdotalne wypowiedzi przedstawicieli armii o konieczności podniesienia standardu w łazienkach przeznaczonych dla „pań”. Panuje zatem przeświadczenie, że potrzeby higieniczno-sanitarne osób odgrywających rolę „mężczyzn” są mniejsze, a w każdym razie takimi powinny być. Do utrzymania higieny ciała męskiego dostępne jest więc mydło w postaci stałej, w płynie, lub żelu, ale już nie ma mleczka kosmetycznego ani toniku dla „mężczyzn” – wynika to zapewne z przekonania, że preparaty do zmywania makijażu są rzeczą „kobiecą”, a przypadkami osób męskich, którym szkodzi mycie twarzy wodą nie liczą się, bo i tak „skóra męska jest grubsza i mniej delikatna”. „Rzeczą męską” jest golić się, ale uwaga! – tylko na twarzy! Żadne tam nogi! Notabene, jednorazowe nożyki do golenia nóg i twarzy często są tym samym wzorem plastikowej formy dla obu płci – różni je jedynie kolor: dla „mężczyzn” czarny lub niebieski, dla „kobiet” – różowy. Proponuję producentom tak samo zrobić z depilatorami (ale o tym później). Maksymalna troska producentów kosmetyków o twarze „mężczyzn” wyraża się natomiast w dostarczeniu im kojącego płynu po goleniu albo wręcz balsamu. Podczas gdy ciała osób żeńskich otoczone są kosmetyczną troską od każdej strony i półki sklepowe uginają się od balsamów pielęgnacyjnych dla całego żeńskiego ciała, nie widuje się analogicznych kosmetyków adresowanych dla „mężczyzn”. A skoro tak, to posłuszny wykonawca męskiego stereotypu nie kupi sobie czegoś o nazwie „Venus” albo z fotografią gładkiego ciałka pełnego kuszących krzywizn na flakonie. Nie widzi się też kremów adresowanych do „brzydkiej płci”: zarówno prostych zapobiegających wysuszeniu skóry jak i całego pakietu kremów przeciwzmarszkowych – jak dotąd spotkałem się z jedną tylko reklamą skierowaną konkretnie do osób męskich. Najwidoczniej powstrzymywanie starzenia się lub maskowanie jego symptomów nie ma być priorytetem „mężczyzn” – wychodzi na to, że ich twarze mają pokazywać przybliżony wiek i stopień zużycia biologicznego. Jak tabliczka znamionowa na maszynie!

Nie sposób też pominąć męskiego sposobu dbania o zdrowie. Jako osoba kulturowo przeznaczona do fizycznego wojowania, „prawdziwy mężczyzna” nie może być zbyt (ile jest w sam raz?) wrażliwy na urazy i doznania bólowe sygnalizowane przez organizm, a to oznacza także ignorowanie części sygnałów o patologicznych stanach organizmu. W niektórych sytuacjach nie jest to szkodliwe – organizm może wysilić swój system odpornościowy i wyćwiczyć mechanizmy naprawcze wobec uszkodzonych tkanek; skądinąd znany jest pozytywny antynowotworowy efekt ograniczonej ekspozycji organizmu na promieniowanie jonizujące albo antyalergiczny – na zarazki. Jednakowoż jest wiele chorób, które rozwijają się powoli, dostarczając nawet wyczuwalnych, lecz nie bolesnych doznań. „Mężczyzna” nauczony niezwracania uwagi na takie sygnały, pozostający pod presją pogardy otaczającej „mężczyzn użalających się nad sobą” itp., zagrożony jest przegapieniem momentu, do którego można podjąć skuteczne leczenie; po pomoc udaje się dopiero, gdy ból już nie pozwala żyć. Zresztą niektóre formy dbania o zdrowie jak regularne czyszczenie zębów po posiłkach i chodzenie do dentysty lub dermatologa wiążą się także z zachowaniem estetyki organizmu, przez co uchodzą za „niemęskie”. W związku z tym poprawny „mężczyzna” uważa chodzenie do tych specjalistów za ostateczność, której, w przypadku stomatologa, poddać się można jedynie, gdy ząb jest już tak zepsuty, że boli i wymaga usunięcia, bo swym stanem zapalnym zagraża reszcie organizmu. Z kolei wprowadzenie do stylu życia mycia zębów po każdym posiłku mogłoby kolidować z wizerunkiem „mężczyzny” aktywnego, który w biegu coś przegryzie i już jest gotowy do dziarskiego działania zmieniającego świat. Z kolei korzystanie z usług dermatologa wiąże się z dostrzeganiem niekorzystnych zmian na skórze ciała-którym-się-jest, i, co za tym idzie, z koniecznością wnikliwego jej obserwowania oraz znajomości objawów niepokojących, włącznie ze świadomością zagrożeń ze strony znamion i brodawek. Pierwszym problemem jest poświęcanie czasu sobie, być może wpływające na dłuższe trwanie kąpieli i zajmowanie przez „mężczyznę” łazienki, a wiemy przecież, że nie są to priorytety mile widziane. Drugim problemem jest dążenie „mężczyzny” do przebadania i ewentualnego usunięcia potencjalnie niebezpiecznych, a niewątpliwie szpecących, zmian skórnych. Gdy robi to jego żona, nawet z rodzinnego budżetu, wszystko jest OK. Ale jeśli mąż? To chyba marnowanie środków i przejaw jego próżności? Lalusiowatości? I jak tu imponować prawdziwym „kobietom” jako wojownik, jeśli człowiek obawia się zadrapania niebezpiecznych miejsc na skórze lub nowotworu kości wskutek jej uderzenia? A właśnie tym bardziej skórę wolną od pułapek powinni mieć ci, których styl życia programowo naraża ją na uszkodzenia. Ale „mężczyzna” nie musi żyć długo ani lekko, nieprawdaż?

Wspominałem o kulturowym oczekiwaniu, że osoby żeńskie odgrywające rolę „kobiety” będą „piękne”, czyli nie poprzestaną na higienicznym utrzymaniu ciała, lecz także poddadzą je obróbce estetyzującej. O produktach do męskiego makijażu w ogóle można nie mówić – po prostu oficjalnie nie przewiduje się korzystania przez wykonawców męskiej roli płciowej z makijażu. Osoba pokornie odgrywająca męską rolę płciową nie ma prawa do takiej fantazyjności w żadnych okolicznościach, no może w okresie karnawałowych zabaw, gdy na chwilę społeczne normy zostają zawieszone. Makijaż jest dla ortodoksyjnego mężczyzny kultury Zachodu dopuszczalny jedynie, gdy ma on wybitne kłopoty z utrzymaniem matowości cery, a z publicznego charakteru jego pracy wynika potrzeba wywierania swoim wyglądem korzystnego wpływu na rozmówców, i błyszczący tłuszcz budziłby niesmak mierzalny w masie sprzedanego towaru albo zdobytych głosów. Tak więc przyzwolenie na matujące kosmetyki dotyczy polityków, ważnych menedżerów, osób występujących w show biznesie, przy czym i tak zabiegi te są wstydliwie ukrywane, zaś poddające się im i nagabywane przez media osoby męskie starają się przy każdej okazji dać do zrozumienia publiczności, że robią to z dezaprobatą. Na tej zasadzie do pakietu ortodoksyjnie męskich procedur kosmetycznych wkroczyła regulacja brwi – dla uczynienia wizerunku twarzy bardziej przyjaznym niektórzy politycy (w najwyższej dyskrecji, oczywiście) poddają się takiemu zabiegowi (podobno sam macho Arnold Swarzenneger przed wyborami na gubernatora). Interesujące epizody miały miejsce z lakierem do paznokci rąk. Bywa on stosowany u mężczyzn wyższych klas – niedawno widziałem katalog wysyłkowy z segmentem „mody męskiej”, gdzie klonowaci panowie opakowani w durne garnitury ewidentnie mieli paznokcie pomalowane na perłowy kolor. Lakier do paznokci był też stosunkowo popularny w USA w kierowniczych środowiskach gangów, jakie tam się rozwinęły w okresie poprzedzającym II Wojnę Światową. Można założyć, że ideologiczne przyzwolenie na tak „dekadencki” przejaw elegancji tych panów wynikał z ich poczucia siły jako szefów potężnych gangów, którzy od fizycznej i brudnej roboty mieli zastępy „żołnierzy”, ergo sami mogli pławić się w zgoła „niemęskim” luksusie. Lakier do paznokci u nóg, jednakże, pozostaje wciąż zabroniony, co prawdopodobnie ma związek z powszechnym przekonaniem, że stopy męskie muszą być zakryte zamkniętymi butami i skarpetami.

W odniesieniu do głów osób męskich zakres dopuszczalnych form stylizacji również jest mocno ograniczony. Normą jest posiadanie na głowie krótkich włosów, a z nich zbyt wielu wymyślnych fryzur ułożyć się nie da. Fryzura „męska” polega właściwie na przycięciu włosów lub podgoleniu ich maszynką, przy czym obecnie popularny jest model zanurzenia się w brzydocie i maksymalnej rezygnacji z indywidualności – golenie głów na łyso. Abstrahując od dawnych epok historycznych, od czasów obyczajowej rewolucji lat 60. XX wieku istnieje wprawdzie model mężczyzny z długimi włosami zarówno rozpuszczonymi jak wiązanymi w kitkę a tylko z rzadka plecionymi w warkocz, jednak jego dopuszczalność jest znacznie ograniczona. Po okresie popularności punk-rocka do zastosowania wśród męskiej młodzieży weszło usztywnianie części fryzury oraz farby do włosów, w tym także możliwość balejażu/pasemek, lecz stosowanie tej stylistyki pozostaje nieakceptowane dla dorosłych osób męskich. Według obserwowalnych zachowań osób odgrywających męską rolę płciową, na jakąkolwiek fantazyjną fryzurę pozwalają sobie jedynie osoby młode albo zaangażowane w społecznie uznaną działalność artystyczną. Z kolei w sferach biznesu i polityki (czyli władzy!) panuje przeświadczenie, że długie włosy u „mężczyzny” odbierają powagę, ów „majestat męski”, jaki przystoi władcom politycznym i managerom (czyli władcom ekonomicznym/administracyjnym) albo po prostu osobom męskoorganowym w określonym wieku, gdy wypada im „spoważnieć”. W środowiskach uniwersyteckich, gdzie wprawdzie wyjątkowo dopuszcza się obecność osób ekscentrycznych o ile ich kariera naukowa jest błyskotliwa i cieszą się w swym środowisku szczególną charyzmą (przykładowo minister finansów i profesor ekonomii Grzegorz Kołodko), również dominuje klonowaty model „mężczyzny” krótkowłosego i opakowanego w garnitur. W ośrodkach miejskich, gdzie skupia się więcej osób z wyższym wykształceniem oraz panuje stosunkowo wysoka anonimowość mieszkańców, wykształcił się wzorzec „mężczyzny metroseksualnego”: jest to typ osobowy, który na pewnych odcinkach przełamuje kosmetyczno-stylistyczne rygory, jakim podlegają ortodoksyjni odtwórcy męskiej roli płciowej. Tak więc metroseksualność pozwala na fryzury nieco swobodniejsze: z użyciem farb do włosów, żelu pozwalającego usztywnić wybrane partie fryzury, kosmetyków i procedur kosmetycznych poprawiających jakość cery. Także kolczyki w uszach są dopuszczalne, ale nie tak spektakularne jak u osób żeńskich (czyli raczej małe i stylistycznie niezbyt wyszukane); ozdobne spinki, klamry, kokardy, widoczne gumki i obręcze uchodzą za kontrowersyjne. W ramach specyficznych subkultur związanych ze stylami muzycznymi możliwe jest również noszenie fryzury z długich włosów w postaci tzw. dredów albo irokezów. Odpowiednio są to: długie kosmyki włosów zbite w jednolitą masę i usztywnione, i barwnie pofarbowane czuby z włosów sterczące podobnie do grzebienia koguta. Jednakże, jak już wspomniałem, w razie osiągnięcia przez daną osobę wieku dorosłego albo w przypadku znalezienia dobrze płatnej i prestiżowej posady, pojawia się presja na rzecz rezygnacji z wszelkiej stylizacji wykraczającej poza wąski kanon krótko ostrzyżonego lub łysego „mężczyzny” w maksymalnie zakrywających ciało ubiorach. Zadziwiające zresztą, że tolerancja w tych formalnych i sztywniackich sferach życia obejmuje łyse głowy (również w wieku, gdy łysina z przyczyn fizjologicznych nie pojawia się), a wykazuje opory przed akceptacją włosów dłuższych, i nie obejmuje żadnych fantazyjnych sposobów ułożenia większej masy włosów na męskiej głowie, przykładowo formy koku, który jakoś nie kłóci się z kulturową męskością u japońskich wojowników (zapaśnicy sumo, samuraje). Najwidoczniej dobre spełnianie stereotypu męskiej roli płciowej polega na akceptacji pospolitości własnego wyglądu, wyprania go ze stylistycznego indywidualizmu, a nawet na ucieczce w brzydotę, której realizacją są głowy bez fryzury – ogolone na łyso. Zauważmy, że jeszcze niedawno w języku polskim funkcjonował idiom: „czuć się łyso”, który wiązał łysinę z poczuciem wstydu, zażenowania, obnażenia, poczucia zdemaskowania. Obecnie idiom ten mógłby nie zostać zrozumiany, albowiem łysa głowa męska stała się składnikiem wizerunku przyjmowanym z wyboru, zanim jeszcze z powodu zbyt rzadkiego mycia głowy albo długotrwałej reakcji na testosteron włosy wypadną danemu osobnikowi wraz z wiekiem. Warto zapytać, co to upodobanie dla brzydoty i identyfikacja z nią wyrażają odnośnie stosunku mężczyzny do ciała-którym-jest instalowanego w głowach osób męskich przez naszą kulturę?

Brzydal – spoko ziomal?

Nasuwa się odpowiedź, że w przeciwieństwie do wykonawców żeńskiej roli płciowej, u wykonawców roli męskiej chodzi o manifestację dystansu męskiego psychicznego JA wobec ciała, w którym to JA mieszka. Wynika to ze społecznego przeświadczenia, że rola osoby męskiej w życiu nie polega na wysokiej dbałości o dobrostan ciała-którym-jest, lecz na wykonywaniu zadań postawionych przed tą osobą, a te z kolei dotyczą rzeczywistości zewnętrznej, nie środowiska własnego organizmu. Kandydat na mężczyznę jest uczony, że musi walczyć o swoje miejsce w hierarchii każdej grupy, do której przystępuje. Ma to być konieczne, ponieważ inni samce/mężczyźni to rywale ubiegający się o dostęp do tych samych dóbr rzadkich: samic i środków utrzymania. Jako że w czasach prehistorycznych walka o te zasoby była zwykle brutalna i dokonywała się na płaszczyźnie fizycznej (polowanie na zwierza, bójka o podział dóbr i dostęp do samic), kandydat na mężczyznę miał być przygotowany zarówno do zadawania szkód i krzywd innym podmiotom (ludziom i zwierzętom) jak i na przyjmowanie urazów bez utraty funkcjonalności wojownika. Pierwszy wymóg prowadzi do wykastrowania psychiki z wrażliwości opartej na empatii i zastąpieniu jej „racjonalną” kalkulacją, gotowością do realizacji bez skrupułów abstrakcyjnych zasad i założeń taktycznych – po prostu mężczyzna taki nie ma prawa być szlachetny! Drugi wymóg prowadzi do wyuczonego stępienia wrażliwości na ból i dyskomfort, jakich się fizycznie doznaje podczas ciężkiego wysiłku związanego z bezpardonową walką. Bezpośrednia walka z przeciwnikiem nie jest podzielona na okresy wypoczynku i kulturalnie zagwarantowane przerwy, zatem umysł kandydata na mężczyznę musiał być przygotowany do maksymalnego znieczulenia się na sygnały od reszty organizmu o urazach i zmęczeniu; własnym dobrostanem mógł on się zajmować dopiero po pokonaniu nieprzyjaciela lub jego oddaleniu się. Zauważmy, że obciążeniem dla wojownika byłoby też fizyczne obrzydzenie dla dotyku z nawet znienawidzonym, lecz spoconym, krwawiącym, lub w ogóle brudnym przeciwnikiem – zdarza się bowiem, że cała walka lub jej część toczy się gołymi rękami, więc ktoś ceniący sobie higienę dotyku nie byłby w stanie jej prowadzić. To też wskazuje, skąd wynika przeświadczenie, że „prawdziwy mężczyzna” nie musi być „zanadto” czysty ani zdeterminowany do unikania kontaktu z substancjami postrzeganymi jako nieapetyczne lub obrzydliwe, a wprost przeciwnie, uważa się, że „mężczyzna” powinien mieć dość niskie wymagania higieniczne, a wysoko umieszczony próg obrzydzenia. Szczególnie ironiczne i obraźliwe są słowa pochodzące od czyściutkich i laleczkowato wystylizowanych osób żeńskich, gdy z pogardą wypowiadają się o „facetach”, którzy mieliby czelność „dłużej być w łazience/stać przed lustrem/picować się” niż one. Stąd dla „mężczyzn” wciąż zabronione są tzw. kolorowe kosmetyki, czyli te, które u osób żeńskich służą do osiągania efektu surrealistycznej urody. Samo ich nakładanie oznacza poświęcenie pewnego czasu i wysiłku samemu sobie, a przecież najwidoczniej powinnością „mężczyzn” jest służyć i być stale do służby gotowym jak strażak w remizie na służbie; nie uznaje się prawa „mężczyzny” do odnoszenia się do ciała-którym-jest z należną atencją. Z kolei takie kosmetyki upiększające jak lakier na paznokciach u nóg nie mają wielkiego sensu dopóty dopóki osoba męska w większości społecznych sytuacji zmuszona jest nosić zamknięte obuwie i stopy opakowane w szmaciane, koniecznie nieprzezroczyste, skarpety.

W ten sposób dochodzimy do ubiorów oferowanych (a może nakazanych?) mężczyznom oraz związku ich cech stylistycznych i użytkowych z traktowaniem męskiego ciała – wszak to ubiór pozostaje w fizycznej styczności z ciałem, i dobór ubioru bezpośrednio wpływa na doznania zmysłowe otrzymywane podczas większości czasu ludzkiego życia.

tPoprzednia

Następna


DO POZOSTAŁYCH STRON „CZĘŚCI I: DIAGNOZA”:

1

2


4

5

6

7

8

9

10

11