3Powrót (Pracownia Antyfaceta)

Antywzorce i ich egzekwowanie

Oprócz kosmetyków i odzieży, na stan ciał zwłaszcza młodych osób męskoorganowych mają wpływ kulturowe wzorce i presja ze strony grupy rówieśniczej, tym bardziej, że w stereotypie męskiej roli płciowej zawarta jest walka o przywództwo w grupie. Z tego powodu młody samiec naszego gatunku musi przede wszystkim być zaakceptowanym jako członek grupy. To z kolei wiąże się z niemożnością realizacji własnych wartości i własnego stylu życia, który wynikałby z indywidualnych przemyśleń i odczuć pochodzących sprzed przystępowania do grupy: jednostka zmuszona jest przystosować się do reguł zastanych w grupie, które najczęściej oparte są na relacji dominacji przywódcy, poddaństwa szeregowych członków grupy, a wprowadzenie ewentualnych zmian w stylu funkcjonowania grupy wymaga rzucenia wyzwania zastanemu hegemonowi. Najczęściej dominacja przywódcy oparta jest na jego fizycznej sile (bo przecież nie walorach intelektu jak oczytanie, wiedza o świecie albo niezwykła szlachetność etyczna...), i właśnie siła jest jedyną wartością powszechnie uznawaną wśród członków męskiej grupy, a takiemu stanowi rzeczy wtóruje wszechobecny w kulturze rozrywkowej kult męskiej siły. Zatem nawet gdyby jednostka przystępująca do grupy miała zamiar zmienić jej priorytety, najprawdopodobniej musiałaby samodzielnie zyskać fizyczną przewagę nad zastanym przywódcą (bo przez argumentację słowną nikogo się nie przekona do rezygnacji lub zmiany programu, nieprawdaż?), przy czym po ewentualnym objęciu władzy, nowy jej przywódca również zmuszony byłby walczyć o utrzymanie swej pozycji, czyli sam stałby się niewolnikiem wzorców gloryfikujących siłę i agresję. Stąd uczestnictwo młodej osoby męskiej w grupach społecznych związane jest z pierwotną instalacją w jej głowie toksycznych form współżycia społecznego, i najczęściej dopiero w późniejszym wieku może „mężczyzna” zdeprogramować się, zyskując możliwość prowadzenia życia w stylu alternatywnym. Możliwość taka pojawia się, gdy wraz z dorosłością żyje się intywidualnie na własny rachunek, a więzy grupowego koleżeństwa słabną; w końcu wkracza się też w inne środowiska, gdzie inne reguły obowiązują. Najpierw jednak – w czasie formowania swej osobowości – będzie młody samiec widział i słyszał na każdym kroku, że ma być: silny, odważny, twardy/odporny na ból, bezwzględny w realizacji postawionych przed nim zadań zarówno ze względu na koszty własne jak i na szkody i cierpienia zadawane innym. Aby sprostać takim oczekiwaniom świat dążeń i fantazji dziecka płci męskiej zaludniają postaci męskich herosów rozgrywających zwycięskie batalie z wrogami albo przynajmniej okazujących nadludzkie właściwości fizyczne w krytycznych sytuacjach w rodzaju walki z żywiołami. Z popularnych produkcji kina akcji i gier komputerowych do młodych głów sączy się obraz bohatera, który rozpycha się łokciami, rozdaje na lewo i prawo ciosy, a gdy miewa momenty słabości, jest bezpardonowo bity przez wrogów, lecz dzięki sile swej woli i mięśni, podnosi się i w końcu w tryumfalny sposób pobija przeciwnika, po czym nagradzany jest miłością kibicującej mu osoby żeńskiej. Natomiast z obrażeń poniesionych przez bohatera w walce z momentami przewagi przeciwnika, zamiast wielomiesięcznego pobytu w szpitalu i wózka inwalidzkiego, pozostaje najwyżej parę zadrapań i ewentualnie siniaków, którymi troskliwie zajmuje się żeńska bohaterka filmu, czule dotykając tych miejsc szmatką. Aby być takim bohaterem w realnym życiu, młody kandydat na „mężczyznę” wierzy, że musi ćwiczyć, z kolei jego rodzice też uważają, że męski potomek powinien wyżywać się maksymalnie w ruchowych formach zabaw, w intensywnie uprawianym sporcie, i, doznając skaleczeń i urazów, uczyć się funkcjonować skutecznie pomimo bólu, by skutecznie walczyć z rówieśnikami o swoje. Niekoniecznie uczciwie, a już na pewno bez troski o dobro bliźniego – w wychowaniu na „mężczyznę” taka kategoria właściwie nie występuje; o swój interes zabiegać trzeba, nie o cudzy albo wspólny. Przyszły „mężczyzna” szybko zauważa, że uprawianie w rekreacyjnym wymiarze gier sportowych na lekcjach wychowania fizycznego nie wystarczy – trzeba podjąć dodatkowe ćwiczenia siłowe. Na „siłce”.

Ćwiczenia na siłowni mogą być wprawdzie dozowane w rozsądnym wymiarze i wpływać na harmonijny rozwój organizmu, jednak jeśli są elementem programowego „wyścigu zbrojeń”, którego celem jest zrobienie z siebie maszyny do zabijania odstraszającej już samym wyglądem, pozytywny aspekt ćwiczeń znika. Młodzieńcy ogarnięci obsesją uzyskania maksymalnie atletycznej postury, wierzący na dodatek, że napakowanie czyni ich atrakcyjnymi dla „lasek”, nie mają świadomości właściwego momentu na przerwanie wyćwiki (podobnie jak „laski” popadające w bulimię lub anoreksję na tle swej figury, tudzież czyniące dramatyczne wysiłki, by uczynić z siebie wizualne bóstwo o dużych piersiach i rozległych oraz nader kiczowatych malowankach pokrywających twarz). Pomijając odprysk narcystyczny w postaci kulturystyki, skupmy się na dalszej analizie pragmatycznego nurtu pakerstwa. Zauważyć trzeba, że natura bywa oporna wobec obsesyjnych wysiłków uczynienia z przeciętnego męskiego ciała atlety. Jednak niecierpliwy, umysłowo zatruty ideą totalnej rywalizacji, męski nastolatek nie rezygnuje. Skoro nie widzi dla siebie innej drogi ku życiowemu sukcesowi jak przez osiągnięcie większej masy mięśni niż rywale aspirujący o względy tych samych podwórkowych czy dyskotekowych piękności, sięga taki najpierw po stosunkowo niewinne odżywki białkowe (oczywiście nikt nie myśli o zwierzętach wyhodowanych w większej liczbie i zabitych, po to, by jakąś puszkę kalorycznej papki wyprodukować), a gdy to nie wystarcza – po hormony. I oczywiście te jak najbardziej męskie – na hodowlę mięśni, a przy okazji wpływających na zachowanie. Wiadomo, że testosteron doprowadza do obumierania części neuronów w mózgu: w ten sposób w życiu płodowym z pierwotnej dziewczynki tworzy się uczuciowo okaleczony, pragmatyczny chłopak. Obawiam się, że przyjmowanie dodatkowych hormonów męskich ma podobny efekt również w życiu pozapłodowym – jakoś nie obserwuje się rozwoju umysłowego wśród pakerów, a wręcz przeciwnie: w głowach zalanych pokątnie kupowanym testosteronem dominuje prostota i porywczość. Agresji jest aż tyle, że nie znajduje ona wystarczającego ujścia przy podrzucaniu ciężarków na siłowni – w końcu trzeba komuś przylać; zresztą nie po to się gromadzi broń w postaci silnych mięśni i zwalistej masy ciała, by spokojnie rozkoszować się życiem w granicach prawa i w harmonii z bliźnim oraz naturą. Nieliczni tylko mają dość środków finansowych na wymyślne sporty ekstremalne, gdzie mogą agresję swoją wyładować w sposób nieszkodliwy, przykładowo zmagając się z jakimś naturalnym żywiołem albo ścianą skalną. Mali a napakowani ludkowie swój „sport ekstremalny” mogą praktykować tylko na ich blokowisku: bijąc „obcego” lub „odmieńca” między trzepakiem a śmietnikiem i przy wejściu do bloku, ewentualnie na „ustawkach” – walkach pomiędzy kibicami odmiennego klubu sportowego, uznawanego za plemiennego wroga albo przeciwko w istocie takim samym mieszkańcom innego osiedla. Właściwie nie byłoby problemu, gdyby ci młodzieńcy napakowani białkiem, hormonami i agresją przestrzegali kilku zdroworozsądkowych zasad, czyli biliby się wyłącznie we własnym gronie na wydzielonym terenie, zostawiając postronnych obywateli, Bogu ducha winne zwierząta i cudze oraz wspólne mienie w spokoju. Można by wprawdzie żałować wysiłku porodowego ich matek, które zapewne chciały zapewnić swym synkom możliwie najzdrowsze ciała na całe życie, a nic z tego nie wyszło: synkowie postanowili największe zadowolenie czerpać z bezrozumnego wojowania w czasie pokoju i dobrowolnego wystawiania ciał-którymi-są na uszkodzenia, czasami ciężkie i nieodwracalne. Jednakowoż kibole i im podobni kipią od nienawiści na okrągło i nader chętnie dają swej agresji upust również wobec kogokolwiek pod byle pretekstem albo i bez niego. Na cholerę tacy „mężczyźni”?

Stąd też ideał kultu siły uznać należy za antyludzki i godny potępienia. W rezultacie stosowania go w praktyce młodzi „mężczyźni” przyswajają sobie złe wzorce postępowania: zamiast uznawania ludzi ich otaczających za potencjalnie przyjaznych bliźnich, oni widzą w nich wrogów przeznaczonych do fizycznego unicestwienia albo ofiary, nad którymi pastwiąc się osiągają zbrodniczą satysfakcję. Zamiast w razie konfliktu lub nieporozumienia dążyć do rozwiązania polubownego za pomocą języka i negocjacji (rzecz możliwa u ludzi dzięki rozwiniętej zdolności do abstrakcyjnego myślenia), oni rzucają się na rozmówcę i katują go aż znieruchomieje lub dłużej jeszcze. Stanowi to sprzeniewierzenie się głównym typowo ludzkim osiągnięciom ewolucyjnym, a szczególnie absurdalny jest ten kult siły w epoce, gdy ludzkość większość pracy fizycznej wykonuje maszynami, a najistotniejszą formą pracy jest działalność umysłowa. Wykonawcy tych chybionych ideałów szkodzą nie tylko bliźnim dotkniętym ich agresją bezpośrednią i przez zniszczone mienie – szkody doznają również sami miłośnicy agresji i wojennego pakowania w mięśnie. Popełniając przestępstwa ryzykuje się wyrok więzienia – jest to czas życia obiektywnie stracony; mało który po odbyciu kary wychodzi lepiej nastawiony do świata i zdolny do życia wśród ludzi. Uczestnicząc zaś w bójkach i popisując się niepotrzebną brawurą – ryzykuje się trwałe kalectwo i śmierć, i jakkolwiek ograniczona wyobraźnia męskich śmiałków nie ogarnia takiego finału, nader często tak to się kończy. Wreszcie wypada zauważyć, że samowolne dawkowanie hormonów prowadzi do rozstroju zdrowia lub przedwczesnej śmierci, a katowany wysiłkiem organizm wcale nie jest zdrowszy ani długowieczny – nadmierny trening uszkadza liczne organy i systemy organizmu. Wystarczy poczytać o kontuzjach trapiących sportowców wyczynowych, którzy wszakże trenują pod okiem fachowych trenerów, a i tak po krótkiej karierze sportowej są wyniszczeni. Na koniec stwierdzić trzeba, że u podstaw „sportowego” podejścia do męskiego ciała leży przekonanie, iż stanowi ono jedynie środek do osiągania celów i spełniania zadań postawionych przed człowiekiem, nie zaś cel i wartość samą w sobie, i że współgra ono z alienacją poczucia osobowej tożsamości z ciałem, w którym ono „zamieszkuje”. Gdyby mężczyzna programowany był na postrzeganie siebie jako ciało, miałby świadomość wartości, którą wraz z tegoż ciała uszkodzeniem może bezpowrotnie stracić, i wiążąc swój byt przyszły z dobrostanem ciała, dbałby o nie starannie. Czy wtedy pojawialiby się samobójcy gotowi trenować „sporty” walki w rodzaju boksu i dla uciechy publiczności tłuc się za pieniądze z przeciwnikiem? Za ile tysięcy dolarów warto nabawić się choroby Parkinsona w kwiecie wieku albo wodogłowia po kilku pierwszych walkach jako młodzik lub chociażby stracić zęby? Czy gdyby w wychowaniu na „mężczyznę” przekazywano, jak bardzo bezcenną wartością jest zdrowie, znaleźliby się głupcy chętni do pójścia na front jakiejkolwiek wojny? Bo obecnie widać, że mimo braku wojen, wciąż nie brakuje idiotów z męskimi organami między nogami, którzy tak bardzo wojować pragną, że sami te wojny gotowi są wykreować – jakoś bowiem połapali się, że rywalizacja sportowa jest wojną jedynie symboliczną, na niby... W każdym razie najczęściej bez trupów i porządnej krwawej łaźni.

Wprawdzie są w ogromie typów ludzkiej osobowości przypadki niespokojne i szukające mocnych, adrenalinowych doznań w sytuacjach ekstremalnych, jednak krzywdzące i szkodliwe jest automatyczne wychowywanie i popychanie w tym kierunku dzieci płci męskiej. Społeczeństwo zdaje się żywić przeświadczenie, jakoby organizmy, którymi osoby męskie są, jakoś szczególnie predysponowane były do takiego przeznaczenia. Równocześnie osoby z żeńskimi organami płciowymi uczone są prowadzenia odpowiedzialnego i ostrożnego trybu życia, co jednakowoż nie wyklucza podejmowania przez nie tych działań niebezpiecznych, gdy konkretna osoba ich pragnie. Otóż NIE – organizmy męskie nie są w żaden szczególny sposób przygotowane do znoszenia fizycznego bólu, urazów, przeciążeń i towarzyszącego im psychicznego stresu. Urazy doznawane w ramach idiotycznych „męskich” zachowań generują cierpienie, przynoszą przedwczesną śmierć, albo gwałtowną, albo kumulując uszkodzenia organizmu, prowadzą do chorób skracających życie. Również stres doznawany przy nieustannej rywalizacji z innymi samcami o iluzoryczne wartości psuje charaktery, utrudniając nawiązywanie poprawnych relacji nawet z najbliższymi ludźmi, i niszczy sam organizm: w stresie układ odpornościowy funkcjonuje źle. Człowiek zestresowany zapada na wiele chorób niekoniecznie zdając sobie sprawę z ich wspólnej przyczyny. W obliczu ograniczonych kulturowo technik łagodzących stres (niemożność okazania słabości/bezradności, i zwracania się do otoczenia o pomoc, niewykształcenie odruchu kupowania sobie przyjemnych artykułów kosmetycznych i odzieżowych z bogatej oferty, radykalnej zmiana wizerunku dla symbolicznego odcięcia się od porażek doznanych w przeszłości, itp.), w celu doraźnego poprawienia nastroju kulturowo poprawny „mężczyzna” ucieka się do uzależniających używek – wszak musi poradzić sobie sam! W naszej kulturze są to alkohol i nikotyna przyjmowana w postaci... dymu pochodzącego ze spalania tytoniu! Żadnych problemów przez konsumpcję tych produktów się nie rozwiąże, zdrowie jednak się traci. Za złe wzorce radzenia sobie ze stresem płacą męskie organizmy: marskością wątroby, wrzodami żołądka, chorobami układu krążenia, rakiem płuc i wielu innych organów. Oczywiście osoby żeńskie również z tych używek korzystają, lecz robią to w mniejszym zakresie, a upowszechnienie palenia dokonało się wśród nich stosunkowo niedawno – dopiero w ramach dwudziestowiecznego przejmowania kulturowo męskich wzorców wraz z emancypacją obyczajową. Co więcej, wciąż można się spotkać ze stereotypowym przekonaniem, że palenie i nadużywanie alkoholu szczególnie przystoi „mężczyznom” (bo „kobiety” są kontrolowane jako potencjalne matki: gdy piją, tracą kontrolę nad dostępem do dróg rodnych, gdy palą – szkodzą płodom). Być może ta akceptacja dla szkodliwych używek w życiu „mężczyzn” to składnik męsko-samczego handicapu, czyli demonstrowania przez samce ryzykownych zachowań jako sygnał dobrego zdrowia, któremu nawet toksyny zaszkodzić nie są w stanie i nie odbierają jurności widocznej w bitce z innymi samcami i natarczywości w zalotach. Niestety, te toksyny jednak szkodzą i statystyczny mężczyzna żyje krócej. I gorzej!

Podobnie nie są też osoby męskie tępymi prymitywami, które nie byłyby w stanie uczynić z ciał-którymi-są instrumentu silnych doznań hedonistycznych, będących na dzień dzisiejszy wyłączną przyjemnością osób żeńskich. Pokorne utrzymywanie owłosienia ciała ogranicza jego zdolność odnoszenia erotycznej przyjemności z samego dotyku z innym, z reguły żeńskim, ciałem o wysokiej gładkości. Stąd strefą erogenną u „mężczyzn” jest właściwie wyłącznie końcówka prącia – nawet odkrywszy inne erotycznie aktywne obszary ortodoksyjny „mężczyzna” niechętnie przyznaje się do chęci otrzymywania dodatkowej stymulacji, a więc faktycznie nie może z niej skorzystać i świat jego doznań jest uboższy, przy czym w dobie świadomych oczekiwań erotycznych osób żeńskich, ewentualna niska sprawność erotyczna osób męskich jest wykrywana i staje się podstawą rozpadu związków. Niestety, zamykając swój repertuar zainteresowań i sposobów zachowania się na kilku toksycznych obszarach kulturowo uznawanych za „męskie”, osoby odgrywające rolę „mężczyzn” tracą pokaźną część smaku życia. A przecież nie są chyba II gatunkiem człowieka, któremu mniej się należy od życia, nieprawdaż? Dlaczego więc nie są wychowywanymi w sposób uczciwy, tak aby wiedziały, że są różne modele życia i że również ich prawem jest mieć możliwość dokonania wyboru spośród tak szerokiego zakresu opcji, jakim bez żadnej własnej zasługi cieszą się posiadacze żeńskich organów płciowych potocznie zwani „kobietami”?

tPoprzednia

Następna


DO POZOSTAŁYCH STRON „CZĘŚCI I: DIAGNOZA”:

1

2

3

4

5

6

7

8

9


11