3Powrót (Pracownia Antyfaceta)



Uczynki względem „duszy” :–)

 

Tytuł tego artykułu jest przewrotny: w żadną tam duszę nie wierzę, a zjawisko ciągłego przetwarzania informacji tworzącej nas, czyli jaźń widzę jako proces jak najbardziej fizyczny. Jednak nawet naukowa psychologia też oparła się na w obłokach dyndającym pojęciu psyche, w którym, obok skojarzenia z gazowym tchnieniem (o którego fizyczności raczej nie wiedziano w czasach starożytnych), pobrzmiewa jakaś fantazja o niematerialności zjawisk zachodzących w naszych głowach. Takich pojęciowych paradoksów mamy zresztą więcej: chociażby atom – w swej nazwie opatrzony atrybutem niepodzielności, choć notorycznie przez nas i samą Naturę jest rozbijany na kawałki (z dość nawet głośnym skutkiem). By nie wspomnieć o mleczaku, czyli „jak sama nazwa wskazuje”, garnku używanym do gotowania ziemniaków lub chlebaku, „przez samą swą nazwę” związanym z przenoszeniem granatów w wojsku. Tak więc kontekst językowo-kulturowy związany z „odpowiednim” nadawaniem rzeczom słów jest tak pokręcony jak cała natura ludzka i nie należy brać go zbyt poważnie. Wybaczywszy mi tę dygresję na wstępie, niech Czytelnik nie ma wątpliwości, iż nie wierzę w informację bez nośnika, a przekładalność informacji z nośnika na nośnik uznaję za oczywistą.

 

Czymże więc będzie owa dusza w moim kontekście? Ano, będzie to zawartość pojęcia JA, które stanowi centralną część informacyjnej zawartości mózgu każdego z nas. Nie wierzę w żadne dziwne historie o reinkarnacji czy metempsychozie, więc uznaję, że zawartość każdego z nas nie wzięła się znikąd lecz jest rezultatem tego, co w nas włożono w trakcie wychowania (w eufemistycznej terminologii katolickiej: formacji, a w technicznej po prostu: programowania) i dalszych interakcji zwrotnych pomiędzy nami a otoczeniem, gdy wcześniej zainstalowane w nas oprogramowanie zaczęło już działać i przynosić nam doświadczenia. Na tej linii powstają warunki do modyfikacji naszego oprogramowania i wytworzenia jego nowych wersji. Nie każdemu jednakże jest dane w istotny sposób zmodyfikować zawartość swojej osoby w stosunku do preinstalowanego programu: jedni żyją całe życie według wzorców przekazanych im przez przodków, inni dość głęboko przeprogramowują się i nawet tworzą nowe wzorce dla innych. Abstrahując, od tego, co w ogóle potrzebne jest do tego, by jednostka przejęła inicjatywę w kształtowaniu samej siebie (bo musiałbym traktat psychologiczny napisać), ograniczę się do przedstawienia kilku wskazówek i obserwacji być może przydatnych dla moich ewentualnych naśladowników i współpracowników w buncie przeciwko seksizmowi. Pochodzą one z mojego doświadczenia, gdy przygotowywałem się do moich pierwszych kontrkulturowych działań na polu ubioru i wizerunku. Oczywiście, ani moja walka w tej sprawie, ani moja przebudowa psychiczna pod kątem jej prowadzenia, nie są bynajmniej kompletne. W istocie to dopiero jest początek, jednak ze względu na dość spektakularne jak dotąd akcje, na które już sobie pozwoliłem, uznaję, że mogę jakieś sugestie mieć do przedstawienia szerszej publiczności, pośród której mam nadzieję znaleźć współpracowników i naśladowców. Faktem jest też, że do moich obecnych działań dochodziłem przez czas jakiś – nie zdobyłem się na nie bynajmniej przez jednorazowe kliknięcie palcami. Wreszcie – inne osoby mogą posiadać inne doświadczenia i sposoby przygotowywania siebie do podejmowania wyzwań i na pewno także one są w pełni wartościowe.

 

Nie lękajcie się!

 

Tu pozwalam sobie na akt świętokradztwa jak na polskie warunki: użyłem zawołania Jana Pawła II w nieautoryzowanym przez Kościół i LPR kontekście, przy czym istnieje silne domniemanie, iż JPII nie sympatyzowałby z moją walką i moimi działaniami. A co spotyka nieautoryzowanych użytkowników sformułowań JPII, to widać na przykładzie poseł prof. Joanny Senyszyn i nienawistnego jazgotu, który na nią spadł. Ale trudno: ja się nie lękam. Nie znaczy to, że się nie boję: tylko idiota nie postrzega strachu przed potencjalnie niebezpiecznymi akcjami, jednak strach a lęk to nie to samo. Lęk to rodzaj obawy paraliżującej, wykluczającej podjęcie działania i niezorientowanej na czynnik dający się racjonalnie zdefiniować i objąć kontrolą. Strach natomiast postrzegany jest świadomie i rozumowo: identyfikujemy źródła niebezpieczeństw i nieprzewidywalnych zdarzeń, a dzięki temu staramy się przygotować do skutecznego zmagania się z nimi. Gdy lęk ma nad nami władzę, nic nie zdziałamy, gdy mamy do czynienia ze strachem, pomimo stresu jest szansa go przezwyciężyć i zaangażować się w sytuację trudną z powodzeniem. Użyjmy metafory kierowcy: kierowca zalękniony rozwali się już przy wyjeździe z garażu; kierowca z poczuciem strachu, kiedy tylko wyjedzie na drogę, będzie unikał niebezpiecznych i niedających szans powodzenia manewrów i myśli nad rozwiązaniem konkretnych sytuacji a nie kontempluje swoich uczuć.

 

W kontekście walki o wolność ekspresji przez wygląd bez względu na przynależność do społecznych kast płciowych, lęk przejawia się w lawinie wątpliwości odnośnie tego, co stanie się z nami, gdy już dokonamy pod własną tożsamością tego wyjścia w sferę publiczną w odzieniu podważającym tabu ubraniowe. Wyobraźnia podsuwa nam coraz to kolejne osoby reprezentujące różne kategorie: szefowie, kolega X, koleżanka Y, sąsiad Z, krewni i powinowaci (I, O, S, ....Q). Im więcej imion tych osób w zasobach pamięciowych znajdujemy, tym bardziej sparaliżowani jesteśmy ideą, że moglibyśmy na nich trafić podczas naszego wymarszu albo że plotka o naszych poczynaniach do nich dotrze. A za chwilę jeszcze włącza się segment wyobraźni przedstawiający nam prawdopodobną recepcję naszej akcji z ich strony: na pewno nie zrozumieją nas, pewnie nas wyrzucą z pracy i nowej nie znajdziemy, odwrócą się, obśmieją i obgadają, wyrażą współczucie zaprawione poczuciem wyższości, że oni są „normalni”, a my wobec tego wszystkiego będziemy bezsilni, i na dodatek wkrótce zostaniemy osamotnieni, stracimy tych wszystkich krewnych, znajomych lub przyjaciół. Lęk łączy się ze swoim wiernym druhem: poczuciem wstydu. Że zszargamy sobie opinię, że się odsłonimy od „tej” strony, że nigdy już nam nie dadzą awansu ni nagrody, że trafimy na margines społeczeństwa, partnerzy reprodukcyjni nas porzucą lub żadnego już nigdy nie znajdziemy itp. W rezultacie, gdy taka burza myśli nas zalewa, nie zdziałamy absolutnie nic: na taką lawinę obaw, lęków i negatywnych uczuć nikt nie znajdzie środków zaradczych – jedyne, co człowiek zbuntowany wobec przeznaczonej mu przez seksizm roli może zrobić, to wyjść sobie na miasto pod pełną legendą płci przeciwnej (do której przywilejów chcemy się dobrać), i zrobić to w maksymalnej i perfekcyjnej konspiracji, tak aby nikt z naszego kręgu absolutnie o tym się nie dowiedział. Wymaga to oczywiście niemałej odwagi: wiąże się bowiem z pokonaniem stresu i starannym, długotrwałym i skrzętnie ukrywanym przygotowaniem się, lecz psychologiczna siła i inicjatywa w takim akcie leży po stronie opresyjnej większości społeczeństwa – tych ludzi, którzy przez swą umysłową bierność lub czystą złośliwość uważają, że de facto nie mamy prawa tego robić, i w razie naszej dekonspiracji w sferze publicznej, nie omieszkają wykorzystać ten fakt do wyrządzenia nam maksymalnej krzywdy, którą my z kolei przyjmiemy, gdyż uznajemy normy przez tę większość narzucane za nadrzędne. Stąd, gdyby się zdarzył szantażysta, bylibyśmy bezradni w jego łapach, gdyż nasz lęk przed dekonspiracją naszych wstydliwych „skłonności” pewnie powstrzymałby nas nawet przed zgłoszeniem sprawy na Policję, zaś my gotowi bylibyśmy nawet dać się zrujnować przez taki szantaż, żeby tylko rzecz „się nie wydała”. W razie powodzenia natomiast, adrenalinowe doświadczenie, które w takich sytuacjach może być naszym udziałem, niewątpliwie trochę nas wzmocni i przyczyni się może do zachęcenia nas do dalszych takich wycieczek, lecz nie wpłynie na postęp w rozwoju stosunków społecznych w kierunku mniej opresyjnego ich modelu. Lęk instalowany w naszych głowach spełni swoje zadanie, a każde takie „damskie” wyjście na miasto będzie bardzo stresującą przygodą, zaś my praktykując je bliscy będziemy uznania własnej wadliwości/patologii w odniesieniu do „normalnej” większości.

 

Z drugiej strony, mamy do czynienia ze strachem związanym z konkretnymi okolicznościami mogącymi nam zagrozić: są to różni agresorzy, są to także reakcje naszych znajomych, przyjaciół, krewnych i przełożonych itp. Jeśli reagujemy na strach, to możemy go okiełznać przygotowując się do stawienia czoła konkretnym zagrożeniom. Zatem przeciwko agresorom możemy przygotować broń, nauczyć się sztuk walki, wdrożyć Policję do rozpoznania ich środowiska (jeżeli chociażby jakieś pomniejsze incydenty z nimi miały już miejsce przed mocniejszą akcją), tudzież opracować sobie taktykę/sposoby reagowania na sytuację kryzysową i przećwiczyć ją. Reakcjom znajomych, przyjaciół itp. też można stawić czoło: najlepszym sposobem jest ustanowienie wręcz ostentacyjnej jawności odnośnie naszego postępowania – jedną z ról spełnianych przez niniejszą stronę jest ta właśnie funkcja: mniej lub bardziej dyskretnie dałem w moich kręgach do zrozumienia, że to JA tę stronę redaguję i treści wyjaśniające oraz uzasadniające moje postępowanie zaczęły przenikać do środowisk, które przedtem jedynie mogły strasznie i dość bezmyślnie się bulwersować tym, co robię i jak wyglądam. Ergo, jawność i spektakularność działań, swoista „ucieczka do przodu”, także stanowi faktyczny sposób rozwiązania jednego ze źródeł strachu – uzasadnionego w warunkach polskich jak licho! Dzięki takim kilku zabiegom polegającym na antycypowaniu problemów i zaradzeniu im to JA, a jeśli chcecie – także WY, czyli MY – uzyskujemy psychologiczną przewagę nad przeciwnikiem.

 

Próg nadziei i jego przekraczanie

 

Oj pewnie będę potępiony (jeżeli już nie jestem...), bo znów mam hasełko z, jak to się u nas mówi, Ojca Świętego, u którego odnosiło się to sformułowanie do odwagi, ufności opartej na Bogu w sytuacji wymagającej od nas trudnej decyzji i działania w obliczu niepewności. To jak skok w ciemność bez wiedzy, jak głęboka jest przepaść i jak uda nam się w niej wylądować. Ja nie mam żadnego przeświadczenia, że skoro jest Bóg, to wszystko w porządku, i nic nam się nie stanie, a nawet jeśli, to otrzymamy siłę, żeby przez to przejść zwycięsko. Wiem, że na „bożym świecie” zdarzyć się może wszystko: w końcu zbrodni, tortur wszelakich i rzezi było tu już, jest i zapewne będzie bez liku (włącznie z metodycznie i przemysłowo zorganizowanym holokaustem ludzi niepasujących do koncepcji), więc kiedy już zabieram się do wyjścia w odzieży tabuistycznie dla mnie zabronionej, jest to zawsze jakaś forma skoku w ciemność, przekraczania progu nadziei, tyle że bardziej po męsku: bez komfortującego przekonania o opiece niebios nade mną. Ludzka psychika charakteryzuje się poczuciem siły i determinacji, gdy wyzwanie jest w odległej perspektywie, natomiast, im bliżej do jego realizacji, tym więcej wątpliwości i zahamowań. Nagle pojawia się lawina racjonalizacji naszej słabości: „dzisiaj za zimno”, „mogę spotkać X”, „mogę spotkać Y”, „w pewnym momencie muszę przejść przez korytarz pełen ludzi”, „szef może mnie wezwać w takiej czy innej sprawie”, „nie przedłużą mi umowy o pracę”, wreszcie klasyczne „co powiedzą ludzie”, i co za tym idzie, „jak ułożą się moje stosunki z nimi po akcji” itp. Jeśli nie znajdziemy w sobie siły albo sztuczki na przecięcie takiego toku myśli, nic nie zdziałamy. A więc, jak sobie pomóc? Jak to robić?

 

Jedną z technik jest stawianie siebie przed twardą, mechaniczną koniecznością. Załóżmy, że następnego dnia planujemy iść do pracy w kontrowersyjnym stroju: jeszcze poprzedniego dnia przygotować trzeba zestaw do ubrania i najlepiej jest zaprojektować kreację tak, aby trudno było się z niej „wykręcić”, gdy tuż przed wyjściem dopadną nas wątpliwości. W tym celu nie należy dawać sobie zbyt wiele czasu na przygotowanie się do wyjścia: czas musi być precyzyjnie dostrojony do czynności koniecznych do wykonania przed opuszczeniem domu, tak aby realnie zagrażało nam spóźnienie do pracy w razie wpadnięcia w oscylator obaw i wątpliwości. Powiem szczerze: nieporównanie więcej szarpaniny z samym sobą jest w weekend albo inny dzień wolny niż kiedy muszę zebrać się w sobie w pośpiechu i wyjść na określoną godzinę pod groźbą zawalenia jakiejś sprawy.

 

Mając w perspektywie sytuacje zróżnicowane pod względem bezpieczeństwa i towarzystwa (np. sesję z jakimś drętwo nastawionym do życia dyrektorstwem), możemy wziąć ze sobą alternatywną odzież/obuwie (zwłaszcza, jeżeli poruszamy się samochodem i noszenie wszystkiego wszędzie przez długie dystanse nam nie grozi). Z tym rozwiązaniem wiąże się jednak ryzyko niepodjęcia przez nas wyzwania i pozostania w niekontrowersyjnej odzieży cały czas. Dlatego musimy równolegle prowadzić system oceniania, nagradzania i karania siebie za niepowodzenie w postaci wycofania się z akcji. Dzięki temu dostarczamy sobie motywacji przeciwko nagłemu wycofaniu się z podjęcia wyzwania. Nie oznacza to bynajmniej, jakoby nie istniały obiektywne powody odwołania akcji: jeżeli nie mamy kałasznikowa i zestawu granatów (a chudopachołki zwane obywatelami naszego kraju raczej nie mają takich rzeczy), to w marnej dzielnicy widząc stado sportowców gotowych zabijać za odmienny wygląd powinniśmy raczej użyć odzieży ochronnej lub wycofać się bez poczucia winy za odstąpienie od akcji. Policja (której możemy nawet nie zdołać wezwać) przyjeżdża bowiem po takim czasie, że jej robota polega na obfotografowaniu miejsca zdarzenia, a za skuteczną samoobronę czymś miotającym jakieś pociski niezzwłocznie sami staniemy się oskarżonymi i nie omieszkają nas osadzić w celi z prawdziwymi mężczyznami, którzy już tam będą wiedzieli, co zrobić z takimi odmieńcami, jak my...

 

Myślmy jednak pozytywnie. W momencie wyjścia w odzieniu zabronionym stoimy też wobec strachu o to, co będzie później: o następstwa w zakresie społecznych relacji pomiędzy nami a tymi, którzy nas widzieli lub o nas usłyszeli. Wspominałem już o technice upublicznienia motywów własnego działania, jednak nawet aby to zrobić, pierwej musimy zwalczyć WSTYD. To poczucie WSTYDU trzyma nas za gardło, kiedy stoimy przed progiem domu i ważą się w nas wektory: IŚĆ czy NIE IŚĆ. Jak można więc obezwładnić go? Metoda, którą tu zaproponuję, nawiązuje do poczucia własnej godności: trzeba wyobrazić sobie to doznanie jako element dla naszej psychiki obcy, wstawiony tam podstępnie przez wrogich nam ludzi jako cenzorski, nawet autocenzorski, implant, którego celem jest pozbawienie nas NASZEJ woli, zamiana nas w marionetkę, i to w tani i wygodny dla otoczenia sposób. Co do relacji społecznych z ludźmi, to można sobie wytłumaczyć, iż ci, którzy odniosą się do naszej akcji z szyderstwem lub poddają nas ostracyzmowi, de facto żadnymi naszymi przyjaciółmi nie są i nigdy nie byli, zatem utrata dobrych relacji z tak miałkimi osobowościami nie jest dla nas żadną stratą lecz jedynie testem, momentem, gdy powiedzieliśmy: „SPRAWDZAM!” i już za chwilę będzie widać, kto jest a kto nie jest godny naszych pozytywnych uczuć. W taki zatem sposób dokonujemy oczyszczenia naszych relacji ze szkodliwej fikcji, której w ramach odniesień międzyludzkich jest niemało. Jakkolwiek wyniki takiego testu bywają zaskakujące, ostatecznie przyjmiemy je bez żalu pogłębiając relacje z osobami, które test przeszły pozytywnie – liczmy, że zawsze ktoś taki się znajdzie :–).

 

Wstyd można też zminimalizować a strach skonwertować w determinację poprzez GNIEW – wzbudzić go można rozważając parę kwestii również związanych z godnością. Mianowicie zadajmy sobie pytanie: czy widzimy Siebie w roli SŁUGI – sługi złego obyczaju tworzącego grupy uprzywilejowane i wykluczone z pewnych przyjemności życia, sługi bezmyślnego bliźniego, który bez uzgadniania tego z Tobą i w ogóle bez najmniejszej krytycznej refleksji „wie”, jaki wygląd i jakie odzienie są dla Ciebie najstosowniejsze? Czy widzisz Siebie w autodestrukcyjnej roli chodzącej ilustracji wizerunku osoby męskiej, którego sam nie akceptujesz ale bezmyślni lub złośliwi ludzie wokół Ciebie na podstawie stereotypu wyznają? Czy uznajesz nadrzędność obcych ludzi w decydowaniu o Twoim życiu, czy Swoją? Czy spełnianie autoagresji jest bardziej godne od ewentualnego znoszenia cudzej agresji? Czy swoje jedyne i niepowtarzalne życie chcesz spędzić w świecie prostackich doznań, jako człowiek II kategorii, którego miejsce jest poza hedonistycznym „salonem życia” dostępnym dla drugiej kasty płciowej, pod butem złego obyczaju i jego tępawych strażników? Jeżeli po rozważeniu tych kwestii dojdziesz do odpowiedzi z pozycji „NON SERVIAM”, to poczyniłeś krok naprzód w kierunku wzięcia swego przeznaczenia w swoje ręce. Masz już poczucie swojej wartości i wyjątkowości, odtąd nie uważasz się za składnik społecznego inwentarza, z którym społeczeństwo może zrobić, co chce, a w szczególności ustawić wedle swego widzimisię na dożywocie w podrzędnej roli. I (k...!) nie pozwolisz, żeby stado matołów wokół Ciebie decydowało, jak Ty masz żyć, wyglądać, co Ci wolno ubrać, czego nie, i to NIE ONI będą Ciebie „wychowywać” dostarczając Ci sygnały zachęcające lub zniechęcające Ciebie do działań obiektywnie dla nikogo nieszkodliwych, ale które ONI aprobują lub nie. Dodam, że to tylko przykładowe idee służące do mobilizowania woli, i że formułując je można to robić z użyciem znacznie mocniejszych środków emfatycznych aniżeli te pokazane przeze mnie.

 

A poza tym – asertywność

 

Kiedy już jesteś poza domem, nie możesz mieć pozy zaszczutej zwierzyny nerwowo rozglądającej się na boki i do tyłu, chyłkiem przemykającej pospiesznie gdzieś pod murem lub wycofującej się, gdy tylko może być zauważona przez kogoś znajomego lub nieprzyjaznego. Zatem idziemy równym, pewnym krokiem. Nie przyspieszamy, nie zwalniamy, nie zmieniamy kierunku. Nie patrzymy w glebę ponad niezbędną potrzebę rozpoznania gruntu, żeby się nie wywalić w butach wymagających pewnej umiejętności chodzenia, której nas nie uczą; patrzymy natomiast na wprost na wysokości twarzy, swobodnie ruszamy głową, by objąć wzrokiem ludzi mijanych z boku, i nie unikamy spotkania wzroku z mijanymi przechodniami. Czego natomiast spodziewać się ze strony mijanych przechodniów? Wiele zależy od konkretnych cech naszego kontrkulturowego ubioru i pozycji, z której jesteśmy widziani. Jeżeli przypadkowi przechodnie widzą nas z pewnej odległości z przodu, dostrzegą w naszej sylwetce brak bifurkacji w naszym odzieniu typu spódnica mini bez rozcięcia w kroku lub spódnica długa bez rozcięcia. Spódnica z rozcięciem może być przez dłuższy czas postrzegana jako bifurkat, co odpowiada interpretacji opartej na stereotypowym oczekiwaniu automatycznie generowanej przez mózg obserwujący. Tak więc dopiero przy bliższym podejściu ujawnia się, że to jednak nie są spodnie. Innym istotnym czynnikiem jest sposób odziania nóg: jeżeli są nie tylko odsłonięte ale ubrane w cienkie wyroby pończosznicze o kolorze innym niż naturalny, na pewno zostanie to dostrzeżone dość wcześnie, choć w przypadku koloru cielistego nie jest to oczywiste. Stosunkowo mało kontrowersyjna jest sylwetka widziana z boku, o ile obuwie nie jest na spektakularnym obcasie i spódnica z rozcięciami z przodu i z tyłu nie znajduje się w ruchu: wtedy jej poły pracują oddzielając się od obrysu nóg i także następuje dekonspiracja samca uprawiającego transgresję ubiorczą. Tak więc z boku mniej rzuca się w oczy spódnica przylegająca do ciała. Z kolei niemaskowany obcas dobrze jest widoczny z tyłu z każdej odległości; obcas maskowany natomiast wygląda z bliska jak płaski, ale spódnica bez wcięć z tyłu zwraca na siebie uwagę bardziej niż zaopatrzona we wcięcia. Z tyłu jednakże twarz jest niewidoczna i dopóki przechodzień idący za Tobą nie zna Twojej twarzy, może spodziewać się, że jesteś „uprawnioną” do takiego ubrania osobą płci żeńskiej. Dodać należy jednak, że większość przechodniów jest pogrążona we własnych sprawach i rozgląda się wokół siebie niezbyt bystro, dlatego też przez dość długi czas możesz tak chodzić nie wzbudzając żadnych reakcji. Prawdopodobieństwo dostrzeżenia Twego kontrkulturowego odzienia wzrasta znacznie podczas wszelkich przestojów typu oczekiwanie na światło na przejściu dla pieszych, oczekiwanie w kolejce do kasy itp. – wtedy ludzie zwykle tępo patrzący na otaczający świat i pogrążeni we własnych myślach zaczynają się rozglądać choćby z nudów. Muszę też przypomnieć, że poprzez nerwowość w swoim zachowaniu także zwiększasz możliwość zauważenia Twojej „odmienności” przez przypadkowe osoby wokół, dlatego koniecznie trzeba się wyuczyć wyluzowanego wyglądu bez względu na faktyczne samopoczucie. Musisz sobie powiedzieć, że podczas każdego takiego aktu nieposłuszeństwa wobec męskiej roli płciowej będziesz przez co najmniej kilka osób dostrzeżony i musisz wobec nich nie tylko dobrze odegrać człowieka wyluzowanego i niewidzącego problemu w tym, co robi, ale najlepiej również we własnym przekonaniu takim się stać. Zatem, gdy już wiesz, że ktoś wie, patrz na niego spokojnie, nie unikaj spotkania oczu, a jeżeli ze strony tej osoby ujawni się jakaś ekspresja – dostosuj się do niej. Jeśli będzie pozytywna, wystarczy uśmiech, jeśli okaże się wroga i zostanie to zwerbalizowane – możesz zastosować jakąś własną wcześniej przygotowaną reakcję werbalną, lecz nawet jeżeli z sarkazmem, to bez agresywnej intonacji i ze spokojnym uśmiechem. Uśmiech bowiem znamionuje poczucie bezpieczeństwa i przewagi. Oczywiście wiele zależy od kontekstu sytuacyjnego: inne zachowanie się podejmiemy w sklepowej kolejce, a inne na ulicy mijając budkę z piwem wraz z jej bywalcami.

 

Dochodzenie do takiego i wyższego poziomu asertywności jest stopniowe i powolne. Trzeba zaczynać od małych kroków, aby nie zniechęcić się własną niemożnością, z jaką na pewno spotkalibyśmy się przystępując od razu do spraw większego kalibru. Tak więc przyzwyczajamy i siebie i otoczenie do stopniowo wprowadzanych elementów zabronionego wyglądu. Możesz je wprowadzać najpierw osobno a później w kombinacji, i ze zmiennym natężeniem zabronionych cech. Z czasem poczujesz się pewnie mając zawsze coś zabronionego: a to coś podmalowane, a to jakąś ażurowość lub transparencję w ubiorze, a to szpiczasty kształt buta, albo łagodnie podskubane brewki. Także zadania praktyczne jak nabycie zabronionego kosmetyku, artykułu odzieżowego lub pary butów stanowią element tej gry. Zdobywając w powyższy sposób wyznaczone nowe sprawności i przyczółki na polu przekraczania tabu trzeba zachowywać się jak najbardziej naturalnie, tym bardziej im silniej prowokacyjny jest nasz wygląd w danym dniu: to istotne, by otoczenie przyzwyczajało się do dwóch zachodzących równocześnie aspektów sprawy: Twego ekscentrycznego/prowokacyjnego wyglądu, i równoczesnej normalności i naturalności w Twoim zachowaniu się. Zawsze jest szansa, że wśród publiczności znajdzie się ktoś myślący, kto nie będzie rozpatrywał Twojego postępowania w kategoriach poszukiwania niezdrowej przyjemności seksualnej, a zamiast tego zacznie myśleć, o co Ci faktycznie chodzi i na dodatek wyrazi tę postawę podczas obgadywania Cię z innymi za Twoimi plecami. Nawet faktyczni przedstawiciele mniejszości seksualnych wiele zyskują pokazując się jako ludzie „normalni”, czyli bardzo podobni do większości, dzięki czemu postrzeganie wspólnoty z nimi nie przychodzi tej większości ze zbyt wielkim trudem. W ramach pracy nad motywacją zaś, na poziomie osobistym rozliczamy się każdego dnia z użytych w tym dniu rzeczy z pakietu zabronionych. Jeśli więc w danym dniu mieliśmy wycofanie się, ugięcie się pod presją otoczenia – nazywamy siebie epitetem stosownym dla osób niepotrafiących kontrolować swój los, pozbawiamy się nagród, na które ewidentnie nie zasłużyliśmy, lub nakładamy na siebie jakieś zadanie związane ze Sprawą a kompensujące dzisiejszą porażkę na froncie. To działa mobilizująco i pozwala odzyskać równowagę psychiczną w razie przegranej bitwy, które zdarzają się i zdarzać się będą na każdym etapie postępowania – trzeba zatem mieć skuteczny mechanizm wydźwigania się z nich, by wygrać wojnę. Oczywiście, po każdej udanej akcji lub wprowadzeniu do użytku nowych, naruszających tabu, elementów – zasłużyliśmy sobie na nagrodę i bynajmniej nie wolno zaniedbywać jej konsumpcji pomimo, iż po prawdzie nagrodą samą w sobie stanowi sam postęp w używaniu zabronionych rzeczy i doznania stąd płynące.

 

Wychodzimy z sekty: zdeprogramuj się!

 

Na koniec, musimy przebudować nasz stosunek do CIAŁA-KTÓRYM-JESTEŚMY. W ramach standardowo otrzymanego przez nas i w istocie sekciarskiego wychowania na mężczyznę, oprócz pewnych blokad myślowych, zostaliśmy zaprogramowani na wyparcie się ciała, którym jesteśmy – na uznawanie go co najwyżej za sprawne narzędzie potrzebne, by bez baczenia na koszty przez to ciało poniesione, osiągać cele i wykonywać zadania zwykle nakładane na nas przez otoczenie. Tak więc nie jesteśmy nauczeni dbać o ciało pod względem estetycznym a dogadzanie mu pod względem hedonistycznym to już prawie zbrodnia – czy widzieliście kiedyś reklamę z „facetem” prężącym się pod prysznicem ze zmysłowej radości bycia we własnej skórze, która została potraktowana cudownym żelem do kąpieli albo nawilżającym balsamem? Jedyny obszar rozwoju cielesnego zgodny z „faceckim” programem kulturowym to powiększanie tężyzny fizycznej osiągane przez sport i intensywne ćwiczenia zorientowane na przyrost masy mięśni. Jeśli więc chcemy się wybić na niepodległość, musimy diametralnie przebudować nasz stosunek do ciała (o praktycznych aspektach troski o ciało wypowiem się w dziale „Uczynki względem ciała”). Aby z zadowoleniem użyć odzieży obecnie dla żeńskiej kasty płciowej adresowanej, musimy po pierwsze polubić ciało, które potocznie lecz niesłusznie zwiemy „naszym”. Otóż de facto to nie jest układ z jednej strony – JA, a z drugiej – CIAŁO, pomiędzy którymi byłaby jakaś relacja właścicielska. Musimy sobie uświadomić, że taka dychotomia jest fałszywa: to MY jesteśmy CIAŁAMI, a jeżeli ktoś ma co do tego wątpliwości, to niech sobie spróbuje BYĆ bez tegoż CIAŁA (poniekąd jak informacja bez nośnika...)! Zresztą nawet nienajgorsze uszkodzenia tegoż ciała dają wiele do myślenia odnośnie kłamliwości abstrakcyjnego rozdziału JA – CIAŁO. Faktycznie zachodzi jednia: JA-CIAŁO – pełną świadomość tej identyfikacji widzimy właśnie w kulturowo ustalonym stosunku samic (niekoniecznie nawet grających rolę kobiet) do ciał je tworzących. Jej pozytywne i jakże widoczne efekty przejawiają się w postaci nieustannej świadomości kondycji zdrowotnej i kosmetycznej ciała oraz troski o nie, a poniekąd także w oddelegowaniu do niszczących aspektów życia głupich samców-mężczyzn. Tak więc, aby nie doznawać dyskomfortu płynącego z noszenia otwartych i radośnie odsłaniających ciało artykułów odzieżowych, musimy wyzwolić się z nakazanej męską rolą płciową smuty, tego cielesnego pesymizmu usposabiającego nas wpierw do zaniedbywania a potem do wstydliwego ukrywania tworzących nas ciał. Wprost przeciwnie: gdy już uczynimy ciała ładnymi (a nawet pięknymi!) – uczymy się radosnego do nich stosunku i zwalczamy w sobie to poniżające zakłopotanie związane z poczuciem nieubrania. Porzucamy więc to pierwotnie zainstalowane w nas przekonanie, iż widok ciał nas tworzących jest niestosowny w sytuacjach formalno-oficjalnych, dzięki czemu otwiera się dla nas droga do noszenia odsłaniającego odzienia o takim właśnie formalno-oficjalnym charakterze, a którego dla mężczyzn obecnie nie produkują. Odtąd w naszej świadomości ciało zawsze niech będzie integralnym składnikiem nas, naszej tożsamości, naszego JA, i skoro decydujemy się inwestować w siebie, rozwijać się, samorealizować się – ciało nie może pozostać poza tym procesem i obszarem zainteresowania. Ciało zatem jest celem samym w sobie: nawet jeżeli nie jedynym, to bynajmniej nie poślednim.

 

Takie przygotowanie mentalne jest ważne przed pierwszym wyjściem w obszar publiczny z obficie odsłoniętymi partiami ciała, np. całymi ramionami (wbrew „męskiemu” przyzwyczajeniu do posiadania rękawa sięgającego co najmniej do połowy drogi do łokcia) tudzież znacznego odsłonięcia nóg w przypadku szortów niezakrywających przynajmniej ¾ uda albo spódnicy, czy też stóp – przy zastosowaniu minimalistycznych sandałków i noszeniu ich bez szmatoskarpet lub w transparentnych wyrobach pończoszniczych. Wyzwalamy się z nawyku, że gdy tylko pogoda przestaje być upalna albo pojawia się deszcz lub pochmurne niebo, to my mężczyźni, a właściwie: męczyzny, od razu przeskakujemy na durnowaty zestaw długie spodnie + skarpety i najlepiej zamknięte buciory, podczas gdy wokół nas kręcące się samice/kobiety nadal korzystają z bardzo precyzyjnie stopniowalnej grubości odzienia tak, że może ono być adekwatne i nieprzegrzewające w każdym rodzaju pogody. Z drugiej strony, musimy być przygotowani na znoszenie chwilowego przechłodzenia, jakie nagle zaczynamy postrzegać, gdy już nie będziemy ze wszech stron okutani grubymi tekstyliami i przygotowanie to obejmuje dwie sfery: fizyczną (zahartowanie organizmu – patrz: „Uczynki względem ciała”) i psychiczną – wolność od poczucia zdeprymowania wobec doznania chłodu. Gdy i pod tym względem uzyskamy odpowiedni poziom wolności od wstydu i zdolności do doznawania satysfakcji z paradowania z nieosłoniętymi partiami ciała – wreszcie jesteśmy gotowi do podjęcia gry na wyższym poziomie i do rozkoszowania się osiągnięciami w tym zakresie. Jesteśmy wystarczająco TWARDZI, aby być MIĘKKIMI.