3Powrót (Pracownia Antyfaceta)



Dalsze uczynki względem „duszy”

Poprzednia

1 2 3 4



 My i ONE, czyli bez łaski

 

Cała nasza kultura ustawia nas samców/mężczyzn w pozycji zdobywców kobiet. Oczekuje się, że nie tylko będziemy je adorować, ale przede wszystkim walczyć o nie z innymi samcami, walczyć o ich względy próbując im zaimponować, by w końcu „zdobyć” i „mieć” dla siebie: w monogamicznym systemie norm oficjalnie jedną, lecz jeśli faktycznie uda się więcej – nikt nas za to potępiać nie będzie, choć trzeba przyznać, że w nowoczesnym i bardziej wyrównanym systemie prawa ciąży na nas obowiązek alimentacyjny za konsekwencje rozrodcze takich erotycznych zdobyczy. Jeśli natomiast zdarzy nam się „nie mieć” własnej kobiety, najpierw stajemy się obiektem podejrzeń, że z nami jest „coś nie tak”, a w końcu spotyka nas pogarda i ostracyzm towarzyski. Najwidoczniej wejście w posiadanie jednej lub większej liczby samic/kobiet musi być priorytetem każdego z nas, i co więcej, koniecznie powinniśmy wykazać przed otoczeniem skuteczność na tym polu. Ujmując rzecz w kategoriach ewolucji biologicznej, mamy mieć w programie dążenie do sukcesu reprodukcyjnego, czyli wytworzenia potomstwa, w którym część genów będzie nasza.

 

Zanim rozważymy obyczajową nadbudowę, spójrzmy na sam biologiczno-ewolucyjny „mechanizm napędowy” osobników. Jakkolwiek zaprogramowanie na sukces reprodukcyjny stanowi realną siłę sterującą zachowaniem organizmów żywych, jeśli spojrzymy na arytmetyczną stronę efektywności utrwalenia rodzicielskich genów w potomstwie organizmów rozmnażających się płciowo, stwierdzić musimy, iż efekt ten jest mocno przereklamowany. Mianowicie w jednym dziecku każdy z rodziców zostawia statystycznie 50% własnych genów, czyli ½, we wnuku – ¼, w prawnuku – ⅛ itd. Nawet „przykładając się” do rozrodczości i płodząc/rodząc kilkoro dzieci, nieznacznie tylko przeciwstawiamy się rozproszeniu genów wraz z każdym następnym pokoleniem potomków, po których wkrótce nie utrzyma się żaden znaczący pakiet genów, który byłby widocznym „upamiętnieniem” naszej osoby, natomiast „nagrodą” za cały nasz wysiłek reprodukcyjny okaże się dalszy udział w grze reprodukcyjnej pojedynczych genów lub ich grupek spośród tych, które kiedyś tworzyły nas. Jest to zgodne z zaobserwowanym przez współczesną biologię faktem, iż właściwym podmiotem ewolucji są nie organizmy, lecz DNA – ta łańcuchowa substancja tak obsesyjnie i wręcz agresywnie dążąca do dalszej syntezy samej siebie, że aż wykształciła mechanizmy obudowania siebie najpierw przydatnymi związkami chemicznymi a potem całymi maszynami mającymi tę autosyntezę podtrzymywać, czyli organizmami. Są one zaprogramowane na rozrodczość, obejmującą wszakże nie tylko replikację genów stanowiących instrukcję syntezy i działania własnego organizmu lecz także masy tzw. junk DNA, czyli DNA z punktu widzenia organizmu bezużytecznego, „śmieciowego” lecz kurczowo wraz z organizmem podtrzymującego swe istnienie. Dodatkowym problemem opłacalności sukcesu reprodukcyjnego z punktu widzenia samców u gatunków, których samce uczestniczą w opiece nad samicą i potomstwem, jest brak pewności odnośnie pochodzenia materiału genetycznego młodych, czyli brak pewności, czy swych sił i zasobów nie marnują będąc ojcami cudzych dzieci. Niewierność samic najwidoczniej zawsze była zjawiskiem tak powszechnym, że nawet plemniki pochodzące od tego samego dawcy „nauczyły się” rozpoznawać „swoich” od „obcych” i walczyć przeciw tym drugim o doprowadzenie do komórki jajowej swojego najsilniejszego przedstawiciela. Właściwie jedyną absolutnie pewną formą pełnej replikacji własnych genów w osobie dziecka może stać się klonowanie reprodukcyjne osobnika dorosłego, co w ewolucji naturalnej się nie zdarza, a nawet jako technologia sztuczna raczej na pewno nie stanie się rutynową praktyką rozrodczą. Dlatego też organizmy biorące udział w ewolucji z reguły doznają doraźnej nagrody z podejmowania czynności rozrodczych w postaci orgazmu, a z kolei gwarancję silnej motywacji stanowi popęd. U gatunku homo sapiens (?), dzięki zrozumieniu tych procesów dostępnemu pewnej liczbie spośród nas, doszło do abstrakcyjnego rozdzielenia składników tychże procedur i w konsekwencji do wykształcenia praktyk seksualnych o charakterze erotycznym, zorientowanym na orgazm, lecz nie na rozrodczość. Jest to konsekwencja dodatkowej funkcji samej kopulacji: częściej niż samej rozrodczości służy ona dostarczaniu przyjemnych doznań w celu wytworzenia emocjonalnej więzi między samcem a samicą, by skłonić go do wspierania jej podczas opieki nad stosunkowo długo niesamodzielnym potomstwem (stąd dość niska płodność w stosunku do liczby zbliżeń, brak określonego czasu rui, brak wyrazistych sygnałów płodności, współźycie przez cały rok). Rozumiejąc tten mechanizm wraz z wcześniej opisaną iluzorycznością sukcesu reprodukcyjnego, nie można oczekiwać, aby ludzie myślący angażowali się w rozrodczość i jej koszty w takim stopniu, jak czynią to członkowie kultur o niższym dorobku umysłowym i liczne zwierzęta stosujące taktykę maksymalnego nasycania środowiska swoimi organizmami potomnymi, wobec których dalszą selekcję wykonuje środowisko. W związku z powyższym coraz mniej skuteczne jako motyw działań reprodukcyjnych są ideologie religijne popychające ludzi ku nieokiełznanej rozrodczości lub dążące do ograniczenia doznań przyjemności z życia erotycznego przez obciążenie praktyk erotycznych niekontrolowaną płodnością. Nieadekwatne do współczesności również okazują się obyczaje nadbudowane na dążeniu do sukcesu reprodukcyjnego a polegające na wywieraniu presji, aby absolutnie każdy wstępował w związek reprodukcyjny i praktykował czynności seksualne zorientowane na rozrodczość. By dopełnić opis kondycji samca w kontekście działań erotyczno-reprodukcyjnych, spojrzeć trzeba także na płaszczyznę relacji międzyludzkich, gdzie trzeba zauważyć element eksploatacji samców przystępujących do rozrodczości na warunkach tradycyjnych, tj. najpierw wysilających się w stresującej grze o zdobycie danej osoby żeńskiej, a „w nagrodę” ustawionych w równie stresującej roli potencjalnego „rogacza”, czyli samca zagrożonego zdradą samicy i otrzymaniem do wychowania dzieci z cudzym ładunkiem genetycznym, co powoduje konieczność nieustannych wysiłków na rzecz utrzymania samicy przy sobie bądź przypilnowania jej, a ukoronowaniem tej nagrody jest spełnianie przez szereg lat 24 godziny na dobę roli ojca i stresujące poczucie ambicjonalnej odpowiedzialności za materialny byt rodziny. I wszystko po to tylko, by parę genów jeszcze kiedyś pojawiło się w masie osób, których nigdy nie poznamy! Konsekwencją ludzkiego zrozumienia swojego miejsca w procesie nastawionym nie na dobrostan indywidualnego organizmu, lecz na podtrzymanie „gry w DNA” jest rodzaj rebelii wobec takiego biologicznego przeznaczenia i społecznych ideologii mobilizujących do tej gry jej uczestników. Można niniejszy trend określić dwojako: jako emancypację jednostki ludzkiej, gdy analizujemy rzecz na poziomie socjologicznym, i emancypację organizmu – na płaszczyźnie ewolucyjnej. Jak dotąd tylko my, homo sapiens (?) potrafiliśmy zdobyć się na taki ruch.

 

Wróćmy jednak do kontekstu kulturowego naszych poczynań erotyczno-rozrodczych. Otóż dostrzegam w obecnie panującym kulturowym układzie oczekiwań parę elementów asymetrycznych i anachronicznych w stosunku do zmieniającego się stanu faktycznego. Po pierwsze, przez nakazanie samcowi/mężczyźnie, by to on spełniał aktywną rolę przy organizowaniu związku reprodukcyjnego, nakłada się na niego asymetrycznie, czyli niesprawiedliwie, większą dawkę stresu. To ON ma podejmować grę zmierzającą do zwrócenia na siebie JEJ uwagi i pozyskania JEJ przychylności, więc to samiec musi wobec całego społecznego otoczenia ujawnić zainteresowanie określoną samicą i podejmować kosztowne zabiegi, aby okazać się atrakcyjnym, stale ryzykując ciężką frustrację z powodu odrzucenia. Zainstalowana w toku „wychowania na mężczyznę” toksyczna „ambicja męska” sprawia, że ewentualna porażka w tej dziedzinie staje się tym bardziej frustrująca, albowiem to cała osoba samca: jego fizyczna postać włącznie z osobowością, które próbował on „zareklamować”, stają się przedmiotem akceptacji lub odrzucenia, a publiczny charakter zalotów dodatkowo pogłębia potencjalną gorycz przegranej przez utratę prestiżu. Gra taka jest zatem bardzo ryzykowna: stawką jest głębokie poczucie godności osoby męskiej. Właściwie jest tylko jedno „honorowe” wyjście dla samców/mężczyzn pozbawionych żeńskiego partnera erotyczno-reprodukcyjnego: oficjalne przystąpienie do celibatowego kapłaństwa lub zgromadzenia zakonnego. W pozostałych przypadkach otoczenie automatycznie uznaje, że skoro absolutnym priorytetem „zdrowego” i „normalnego” człowieka musi być rozrodczość, to ci, którzy udziału w niej nie wzięli, są oczywiście z jakichś powodów „wadliwi”, najwidoczniej jako partnerzy reprodukcyjni zostali odrzuceni, i tym samym ich życie uchodzi za niespełnione i godne politowania. Tacy rzadko uzyskują wysokie wyniki w karierze zawodowej (mniej chętnie są awansowani), natomiast o karierze politycznej na eksponowanym stanowisku, w ramach której „należy” pokazać się na plakatach i wiecach przedwyborczych z gołonogą małżonką i czeredką dziatek, właściwie mogą zapomnieć, chyba że mają żonatego brata bliźniaka. Oficjalni reprezentanci nierozmnażających się mniejszości seksualnych trafiają zaś jedynie na niższe stanowiska wybieralne jako „kwiatek do kożucha”.

 

Jednocześnie zauważyć trzeba, że gra, w której stawką nie tylko jest dostęp do samic wraz z uzyskiwaniem regularnych zaspokojeń popędu płciowego, lecz cały społeczny prestiż osobnika męskiego, wykrzywia męskie charaktery. Po pierwsze, życie w warunkach podwyższonego stresu wymaga jakichś form rozładowania go, i najprostszym sposobem są używki wprowadzające rozluźnienie nerwowe, takie jak alkohol i papierosy, a które niosą ze sobą ryzyko uzależnienia i szereg ubocznych skutków szkodliwych dla zdrowia. Stres na tle konkurencji o dostęp do samicy jest też wysoce prawdopodobnym źródłem męskiej wulgarności. Skoro bowiem nagroda, w postaci osoby żeńskiej jest tak ważna a jednocześnie kosztowna i trudna do zdobycia, to dla własnego psychicznego bezpieczeństwa należy pomniejszać jej znaczenie – przynajmniej na płaszczyźnie werbalnej. A to osiąga się w rozmowach z innymi samcami/mężczyznami przez odnoszenie się do tej wybranej osoby żeńskiej lub wszystkich osób tej płci w sposób dystansujący i wulgarny, choć faktyczna motywacja odnośnie pozyskania tej osoby na partnera jest wielka, i każdej chwili może to ujawnić się w formie agresji wobec potencjalnych rywali. Nie trzeba dodawać, że powyższe mechanizmy prowadzą wielu mężczyzn do psychicznej degradacji, stąd warto zaproponować parę rad Czytelnikowi, jak unikać tego rodzaju upadku. Może temu posłużyć rozumowanie oparte na pojęciu godności i równości ludzi oraz na przekonaniu, że miłość to spontaniczne i głębokie uczucie, którego nie pozyskuje się przez wygranie konkursu o objęcie stanowiska partnera przy określonej samicy o określonej klasie urody, intelektu i majątku. Po pierwsze zatem, nie powinieneś podejmować żadnych zauważalnych dla otoczenia wysiłków mających na celu zwrócenie na siebie uwagi osoby żeńskiej – jeżeli istotnie jest ona predestynowana przez swoją osobowość do zainteresowania się Tobą, to i ona powinna poczuć potrzebę wejścia w bliższy związek z Tobą, a stopniowo rozwijająca się znajomość powinna spontanicznie przekształcić się w zażyłość wyższego rzędu. Sztuczne przyspieszanie tego procesu nie służy powstaniu autentycznego uczucia, a upublicznienie Twoich zabiegów miłosnych wpędza Cię w pułapkę ryzyka uszczerbku na prestiżu. Również brak pozytywnej reakcji potencjalnego partnera żeńskiego na Twój urok w codziennych i naturalnych sytuacjach powinien dać Ci do myślenia, że to Twoje wyobrażenia o cechach tej osoby żeńskiej są jedynie projekcją Twoich oczekiwań i z rzeczywistością nie mają wiele wspólnego, zatem nie ma powodu do ubolewania z powodu faktu, że po prostu nie trafiłeś na osobowość właściwą, zdolną do docenienia Ciebie. Oczywiście, nie ma też sensu dopuszczenie do jednostronnego zakochania się w kimkolwiek, z kim nie poczyniliśmy uzgodnienia o wzajemności tych uczuć i kogo nie poznaliśmy na tyle głęboko, by mieć pewność o wzajemnym dopasowaniu się – zaniedbanie tej zasady to doskonały sposób na zaszkodzenie sobie. Zauważ także, że fizyczna atrakcyjność osób żeńskich też rodzajem iluzji jest: bez ogromu technologii kosmetycznych i fantazyjnych strojów, które mocą kulturowego rozstrzygnięcia są dostępne dla NIEJ ale nie dla CIEBIE, surowe ciało żeńskie nie byłoby taką surrealistyczną pełną kolorów i połysku kompozycją. O tym możesz się przekonać dwutorowo: patrząc na nieobrobione kosmetycznie osoby żeńskie w postaci sióstr zakonnych spełniających te najbardziej służebne funkcje klasztorne, i poddawszy się samemu zabronionym dla samców/mężczyzn technologiom upiększającym – sam zdziwisz się, jak wiele da się osiągnąć! I refleksja: czy aby na pewno chcesz być prostą maszyną reagującą w przewidywalny sposób, gdy tylko błyśnie Ci przed oczyma jakieś błyszczące gładką skórą i pomalowane ciało?



Pod wieloma względami osoba żeńska w tej całej sytuacji stoi na bardziej komfortowej pozycji: przyjmuje pozę biernego arbitra i selekcjonera mogącego przyglądać się zabiegom samca z faktycznym lub pozornym znudzeniem, stawiać mu różne warunki do spełnienia, piętrzyć trudności, zmuszać go do maksymalnej mobilizacji swych wysiłków, w tym także do różnych form konfrontacji z innymi samcami-konkurentami aspirującymi o jej względy. Rola biernego arbitra i nagrody typu „puchar przechodni” dla samca-zwycięzcy nie jest jednak do przyjęcia dla wszystkich osób żeńskich. W ciągu XX wieku w kulturze europejskiej okazało się, że tradycyjna żeńska rola płciowa oparta na bierności i uległości upadła i samice/kobiety wcale nie chcą być zmuszone czekać na inicjatywę męskich aspirantów do roli ich partnerów, mając jedynie do dyspozycji dyskretne środki dawania im do zrozumienia zainteresowania lub jego braku i użycie swej urody jako jedyny sposób przyciągania uwagi na siebie. Prawdopodobnie do świadomości osób żeńskich zaczyna przebijać się także spostrzeżenie, że funkcjonowanie jako bierna nagroda dla zwycięskiego samca może się zemścić przez wytworzenie stosunków między płciami o charakterze „pułapki uległości”, jak w kulturze islamu, gdzie osoba żeńska w ogóle nie ma wpływu na wybór partnera reprodukcyjnego i jest traktowana jak składnik inwentarza swej rodziny, swego klanu, który dąży jedynie do korzystnego jej „odsprzedania” w ramach zakontraktowanego małżeństwa, w którym z kolei mąż-nabywca traktuje ją jak maszynę reprodukcyjną stanowiącą jego własność.

 

Z wielu względów interes samicy, aby wejść w związek z samcem jest jednakowo ważny, stąd stosunki społeczne nie mogą faworyzować ani stawiać w uciążliwej pozycji żadnej ze stron. Znane są koncepcje wywiedzione z obserwacji strategii ewolucyjnej samców i samic stwierdzające, że samce z reguły zmuszone są do walki o samice, albowiem nadprodukcja ich plemników czyni ich rolę reprodukcyjną „tanią” z powodu nadwyżki podaży nad popytem. Jednocześnie ograniczoność cykli płodności wynikająca z mniejszej liczby wyprodukowanych w ciągu życia samicy komórek jajowych miałaby stanowić o relatywnie wysokiej wartości samic, jako „towaru deficytowego”, czyli stan małej podaży w stosunku do popytu. Powyżej opisany mechanizm jest biologicznym faktem, lecz nie stanowi on wystarczającego uzasadnienia do ustawiania stosunków społecznych w sposób niekorzystny dla samców/mężczyzn (wiele jest zachowań wytworzonych w ramach strategii ewolucyjnych, lecz w życiu społecznym niedopuszczalnych: np. gwałt jako jeden ze sposobów na utrwalenie własnych genów samca albo zabijanie potomstwa poprzedniego partnera samicy jako sposób na usunięcie genetycznych konkurentów wobec swojego potomstwa z daną samicą). Zauważmy zatem, że ograniczona zdolność do zachodzenia w ciążę i tworzenia organizmów potomnych jest równocześnie źródłem presji na same samice: jeśli „przegapią” one okazję znalezienia męskiego partnera rozrodczego w niezbyt szerokim okresie czasu swej płodności, spędzą swoje życie bezpotomnie. Tak więc mają one motyw równie silny jak samce, by aktywnie poszukiwać samca i przyciągnąć go do siebie, ergo w stosunkach społecznych między płciami powinna panować równowaga motywacji, nie zaś przesunięcie ciężaru kojarzenia się w pary na samców/mężczyzn. Inny argument na rzecz wyrównania tych relacji wynika z realiów psychologicznych i koncepcji równości jako podstawy praw człowieka. W każdej kulturze istnieją przecież zarówno samce/mężczyźni o osobowościach biernych, łagodnych i introwertycznych, co utrudnia lub uniemożliwia im skuteczne pozyskiwanie partnerów żeńskich w systemie wymagającym męskiej inicjatywy, jak i osoby żeńskie o osobowościach dynamicznych, przebojowych i aktywnych, które same chętnie podejmą inicjatywę w organizowaniu sobie partnera reprodukcyjnego, a które w systemie nakazującym im bierne oczekiwanie na akcję samca, czują się zniewolone i pozbawione instrumentów do działania. Zachodzi więc potrzeba, aby kultura Zachodu, pod wieloma względami otwarta i życzliwa człowiekowi oraz społecznej różnorodności, dokończyła dzieła tegoż otwarcia na człowieka przez uchylenie sztywno określonych norm kulturowych wymuszających na mężczyźnie okazywanie kosztownej aktywności i na kobiecie – denerwującej, podobnej do niemocy, bierności. W przeciwnym razie – jeżeli presja ze strony otoczenia i negatywne sygnały wysyłane do jednostek niepasujących do archaicznego schematu nie zostaną z życia społecznego usunięte, pewne typy osobowości męskich i żeńskich zawsze i systemowo będą cierpieć na utrudnienia w znajdowaniu partnera i to pomimo posiadania potencjalnie komplementarnego zestawu cech charakteru wraz z wartościowym pakietem genów do przekazania potomstwu. Na koniec tego wątku rozważań dodać trzeba, że skoro rola wojownika/zdobywcy nie może już być sztywno egzekwowana od każdego samca/mężczyzny, a rola biernej nagrody/laleczki również nie pasuje do pokaźnej liczby współczesnych samic/kobiet, tak samo nieadekwatny do współczesności jest pakiet nakazów i zakazów ubiorczo-kosmetycznych wobec samców/mężczyzn: i oni muszą mieć prawo do bycia „lalusiami” stroniącymi od ciężkiej fizycznej pracy i walki oraz do wyrażania tej postawy przez ubiór i przybranie ciała. Tak jak kobiety nabyły prawo, by de facto kobietami już nie być.



Jaką zatem postawę wobec osób żeńskich zasugerować Czytelnikowi, aby pomóc mu uniknąć goryczy porażek na tle rozmijania się oczekiwań w konfrontacji z rzeczywistością i w związku z niemożnością znalezienia odpowiedniego żeńskiego partnera? Znalezienie stabilnego stanowiska na gruncie tradycyjnie instalowanych w mężczyznach oczekiwań odnośnie płci żeńskiej i przesądów na jej temat nie jest łatwe. W końcu z jednej strony ortodoksyjny mężczyzna ma być wrażliwy na urodę samic/kobiet i wierzyć w cechy charakteru sugerowane przez ich wysubtelniony wygląd, czyli delikatność, opiekuńczość, łagodność, bierność, uległość itp., a z drugiej strony musi brzydzić się tymi cechami u siebie, skoro dla zasady zmuszony on jest odróżniać się od samic/kobiet demonstrując w swoim wizerunku i zachowaniu się ich przeciwieństwo, czyli: siłę, przebojowość, agresję, chłodno kalkulującą racjonalność itp. Oprócz zainstalowanych w męskich głowach stereotypów istnieje też przecząca im rzeczywistość: samice/kobiety, których wydelikacony wygląd nijak ma się do ich faktycznej psychicznej głębi, gdzie znajdujemy raczej pakiet cech męskich, przy których męski homoseksualista mógły czuć się swojsko raczej niż heteroseksualny męski kochanek szukający romantycznej partnerki. Takie dramatyczne rozmijanie się archaicznych stereotypów z rzeczywistością prowadzi do niemożności znalezienia żeńskiego partnera o cechach żeńskich i związanej z tym frustracji licznej części populacji męskiej. Aby zatem poradzić sobie jakoś z tym problemem, trzeba po pierwsze wyzbyć się nierealistycznych oczekiwań odnośnie kobiecości współczesnych osób żeńskich i zrezygnować z gorączkowych wysiłków w celu zmaksymalizowania swojej męskości do toksycznie absurdalnego bądź przestępczego poziomu. Najlepiej bowiem być sobą – życie z nieustannym udawaniem kogoś innego niż samemu się jest, jest dodatkowo stresujące; jest to de facto forma zakłamania. Także życie społeczne wyraźnie traci, gdy uczestniczą w nim sami „twardziele”, i skoro pokaźna ich część rekrutuje się spośród osób płci żeńskiej, także ci „NIE-twardziele” mają prawo pochodzić z populacji osobników męskich. Warto też otrząsnąć się z imperatywu sukcesu reprodukcyjnego i „posiadania własnej kobiety” – zamiast uczestnictwa w tej formie wyścigu szczurów lepiej wyrobić w sobie postawę „życzliwej obojętności”, w oparciu o którą zawsze będziesz gotów odpowiedzieć swoją wzajemnością na pozytywne zainteresowanie osób żeńskich względem Ciebie, ale nie będziesz zmuszony walczyć o to w sposób zubażający Twój charakter i prowadzący do uprzedmiotowienia tejże osoby żeńskiej, gdy traktuje się ją jak zdobycz. Także warto uwolnić się od głupiego ambiwalentnego stosunku do żeńskości oscylującego między fascynacją o obrzydzeniem wynikającymi ze stereotypowych wyobrażeń o niej. Zamiast zaś jałowo podziwiać osoby żeńskie i jednocześnie psychotycznie pilnować się, czy przypadkiem jakoś się do nich nie upodobniłeś, lepiej się od nich uczyć. A można wiele: po pierwsze ich chytrość i oportunizm wyrażające się w używaniu męskiej kasty płciowej do działań na ich korzyść w dziedzinach życia mniej przyjemnych do działania. Ciekaw jestem, kto będzie „mężczyzną”, gdy znacząca liczba samców tego odmówi? Po wtóre, dbałość o dobrostan własnego ciała i jego urodę. Dlaczego mamy żyć w kosmetycznym i ubiorczym prymitywie i w z reguły niższym poziomie higieny oraz znajomości własnego organizmu, płacąc za to statystycznie krótszym średnim czasem życia? Również można wyzbyć się innego poważnego źródła stresu w męskim życiu – rywalizatorstwa, o czym wyżej już pisałem. I na koniec, warto też zmienić status obecności osób żeńskich w naszym życiu: dopóki jest to nasza POTRZEBA, dopóty nasza „wartość przetargowa” w relacjach z drugą płcią jest niska: to my stoimy w pozycji petenta ubiegającego się o rodzaj łaski, o samą chociażby szansę pokazania przez nas naszych walorów żeńskiemu obiektowi naszych nadziei, jeżeli nasze osiągnięcia nie są spektakularne poprzez status milionera albo gwiazdy medialnej tego czy innego typu. Najlepiej więc, jeżeli potraktujemy nasze relacje z osobami żeńskimi jedynie jako miłe ale bynajmniej nie konieczne ubarwienie, ubogacenie naszego życia, a nie jego składnik, bez którego to my samce/mężczyźni jesteśmy niekompletni i nieszczęśliwi. Nie oznacza to bynajmniej rezygnacji z uzyskiwania zaspokojenia erotycznego – na to jest wiele sposobów bez kosztownego a i tak niepewnego co do skutków wstępowania w związki inicjowane naszym wysiłkiem, i bynajmniej nie mam tu na myśli radzenia sobie sposobem homoseksualnym, do czego skądinąd potrzebne jest szczególne powołanie... Krótko mówiąc – bez łaski!



Jakkolwiek długi jest niniejszy esej, najpewniej nie porusza on jeszcze wszystkich aspektów tematu, jakim jest oczyszczenie „duszy męskiej” z jej toksycznych elementów. Także przykładów zjawisk przeze mnie opisanych można znaleźć więcej. Niemniej pisząc ten tekst chciałem osiągnąć dwa efekty. Po pierwsze, spotkawszy mężczyznę-twardziela w pięknej i delikatnej kobiecej obudowie – nie pozwól Czytelniku wpędzić się w pułapkę dążenia, by samemu stać się jeszcze bardziej męskim. Jest to typowe błędne koło: skoro kobiety już de facto są mężczyznami, nie ma powodu, abyśmy i my jeszcze nimi byli kosztem skrzywienia naszych charakterów i utraty znacznej części smaku życia. Najprawdopodobniej bardziej męscy są już tylko schamiali przestępcy, a najprościej i najlepiej jest po prostu być człowiekiem i być sobą – bez względu na płeć. I po drugie, chciałbym otworzyć u Ciebie Czytelniku oczy na podstępnie w Tobie samym zainstalowane ziarna kulturowej głupoty i toksyczności, które nader często przyjmujemy jak przezroczyste powietrze, jak oczywistość, choć w różnych momentach życia postępując według tej „oczywistości” kreujemy sobie i bliźnim sytuacje dramatyczne. Patrząc krytycznie na swoje i innych odruchy wraz z czynami stereotypem podyktowanymi, niewątpliwie odnajdziesz Czytelniku więcej mechanizmów podobnych do tych, które w tej pracy udało mi się wyeksponować i staniesz się zdolnym do zapanowania nad nimi. Przyjmij na swą dalszą drogę następującą pomocną maksymę nieznanego domorosłego filozofa z przełomu XX i XXI wieku: „Zawsze dziwcie się rzeczom oczywistym – te bowiem najbardziej porąbane są!” A jeżeli na dodatek zdarzy mi się Czytelnik żeński – mam nadzieję, że zweryfikuje sobie ONA oczekiwania względem nas i dostrzeże w mężczyźnie CZŁOWIEKA do niej podobnego i zasługującego na takie same prawa, jakie obecnie są JEJ wyłącznym przywilejem.

Poprzednia

1 2 3 4

3Powrót (Pracownia Antyfaceta)