3Powrót (Teksty)

Szajba i niedouczenie w PKO?

Od dłuższego już czasu funkcjonuje w mediach cykl reklamówek banku PKO BP z udziałem Szymona Majewskiego, gwiazdy TVN, która nader chętnie w swoim show przekracza genderowe bariery, raz po raz występując w rolach postaci żeńskich, z odpowiednią charakteryzacją i doborem ubrań. Również w ramach kampanii reklamowej największego polskiego banku nie brakowało śmiałych elementów: raz Szymon występuje jako bankowa urzędniczka – w peruce, w różowym kostiumiku i ze sztuczką sugerującą, że to Szymon podnosi w obecności klienta „nóżki” przybrane w czółenka na obcasie, innym razem Szymon paraduje w sukni bez ramiączek czy gorseciku jako alegoria mini raty, towarzyszącej klientowi kupującemu lampę i sugeruje z erotycznym podtekstem, że po zakupie udadzą się razem do domu, oczywiście, klienta. Oglądałem te spoty reklamowe z zadowoleniem, z wyjątkiem elementów seksizmu i patrarchatu obecnych w niektórych z tych produkcji, o czym wypowiem się szerzej, gdy będę mógł sobie ściągnąć z „jutiuba” odpowiedni materiał. Na ich podstawie można by pomyśleć, że oto znalazł się bank zdolny do tworzenia bardziej obyczajowo odważnego wizerunku: otwartego na różne typy ludzkiej płciowości i stylizacji, zdolny do odejścia od garniturowego sztywniactwa i tępoty stylistycznej związanej z ciążącą nad polskim życiem publicznym heteronormatywnością. Tak było do wczoraj – oto Gazeta Wyborcza z 4.08.2011 doniosła o wprowadzeniu dress code'u w tymże banku. Oto fragmenty opisujące sedno sprawy:

Kobiety (...) ich ubranie ma być zawsze czyste i wyprasowane. Nie więcej niż trzy kolory w ubiorze jednocześnie. Dopuszczalne kolory to ciemne, czyli - jak czytamy w instrukcji "kolory władzy" - czarny, grafitowy, granatowy, odcienie szarości, ciemny brąz. W lecie dopuszczalny jasnoszary.

Dwuczęściowy, klasyczny kostium: żakiet plus spódnica lub żakiet plus sukienka (również typu princeska), lub żakiet plus spodnie. Spódnice najlepiej do połowy kolana - dopuszcza się nie krótsze niż 5 cm nad kolano i nie dłuższe niż do połowy łydki.

Pończochy lub rajstopy obowiązkowo - cieliste lub czarne. Buty na obcasie, ale nie wyższym niż 8 cm. Biżuteria nie powinna rozpraszać klienta...

Mężczyźni? Tylko garnitur (oczywiście "w kolorach władzy"), koszula, krawat - może być w deseń. Skarpety odpowiednio długie. Najlepiej do połowy łydki, "która zapewnia przy siedzeniu i założeniu nogi na nogę, że goła łydka będzie niewidoczna". Dokładnie ogolona twarz, bez jednodniowego zarostu. Nie należy eksponować tatuażu i piercingu.

Przeanalizujmy ten pomysł. Zaczyna się rozsądnie, nakazem schludności ubrania – rzecz oczywista i zakładam, że nikt nie ma zamiaru walczyć z takim postanowieniem. Można się też zgodzić na ograniczenia kolorystyczne, które albo mają korespondować z barwami w logo firmy, albo kreować atmosferę powagi i rzeczowej rozmowy z klientem. Zapewne określenie dopuszczalnej minimalnej długości spódnic zgadza się z panującymi stylistycznymi normami w biznesie, choć ciekawe jest ograniczenie maksymalnej długości spódnic do połowy łydki. Czyżby zakrywanie nóg też miało swe granice? Można sobie wyobrazić osobę żeńską (na razie prowadzę rozumowanie w kategoriach seksistowskich), która ma problemy z nosem i zatokami, i nie może się wystarczająco zahartować do noszenia w różnych warunkach pogodowych rajstop bez zasłonięcia spódnicą. Jednakowoż słabowitego zdrowia osoby żeńśkie są uratowane – nie ma przymusu tworzenia żeńskiej postaci laleczkowatej: wszak dopuszcza się noszenie spodni. Można by zatem zgodzić się z takimi unormowaniami. Widzę jednak, że już szykuje się obszar do oprotestowania: nakaz noszenia rajstop lub pończoch w każdych warunkach pogodowych i w każdej porze roku. Przecież osobom żeńskim może latem być gorąco! Widać też, że w kategorii „buty” zakazane będą sandały, czyli obowiązek noszenia pończoch lub rajstop będzie korespondować z zamkniętą formą butów, które w zasadzie same wskazują na potrzebę używania wyrobów pończoszniczych. Jest jednakże obszar, na którym związek pończoch z butami uznawanymi w kulturze za zamknięte stanie w konflikcie: są przecież czółenka typu peep toe, czyli z otwarciem na palce, a także na piętę, i zawsze będzie zachodzić pokusa, by założyć takie buty na bosą nogę. Skądinąd i w zamkniętych czółenkach można chodzić boso – zwłaszcza, gdy są skórzane, na co pracowników banku stać (bardziej niż nauczycieli). I co wtedy? Kierownicy będą sprawdzać, czy rajstopy koloru cielistego są założone? Chyba musieliby to robić dotykowo... Można by zapłakać jeszcze nad ciężkim losem osób żeńskoorganowych, które również będą w PKO podlegać ograniczeniom co do wysokości obcasa – tylko do 8 cm. Tak naprawdę, to wysokość obcasa jest parametrem względnym, bo przy różnym rozmiarze tego samego buta z tym samym obcasem powstaje inny kąt ułożenia stopy, a to ma wpływ na efekt optyczny i wrażenia ortopedyczne użytkownika. Ja przykładowo preferuję wysokość 9-11, a przy niższych obcasach doświadczam niekorzystnych doznań podczas chodzenia. Liczni użytkownicy butów na obcasie mogą mieć podobne uwarunkowania – przy tak sformułowanej normie niektórzy podczas swojej pracy będą się męczyć. Ale czy w pracy chodzi o to, żeby było godnie i przyjemnie? No i pojawia się problem pomiarów: czy będzie się przed wejściem na stanowisko pracy np. przy okienku mierzyć wysokość obcasów pracowników? A w przypadku butów na platformie, czy liczyć się będzie wysokość obcasa netto, po odjęciu grubości podeszwy, czy brutto? Jak się pisze takie instrukcje, trzeba doprecyzować szczegóły i załączyć odpowiednie techniczne szkice – w pozostałych przypadkach dojdzie do kontrowersji, gdy różni kierownicy inaczej interpretować będą parametry obuwia. A może rzecz zależeć będzie od ich humoru w danym dniu?

No to teraz przejdźmy do „mężczyzn”, czyli męskoorganowych. Widzimy tu jako jedyną opcję garnitur, koszulę z krawatem, nie ma żadnych norm odnośnie dopuszczelnej krótkości spódnic ani szortów, zakładam zatem, że wg dowództwa banku PKO możliwe są tylko długie spodnie. Zauważmy, że normy ubraniowe bardzo szczegółowo określają długość skarpet: do połowy łydki, aby podczas siedzenia, przy podejściu nogawki, przypadkiem nie ujawniło się gołe ciało męskie, i to bez względu na to, czy brzydko włochate, czy gładkie. Aha, zdaje się, że rajstopy koloru cielistego nie wchodzą w grę w ogóle – wtedy noga wyglądałaby na gołą... Koszula z kołnierzem i krawatem sprawiają, że „mężczyzna” w tym polskim banku nie będzie mógł korzystać nawet z łagodnego dekoltu, który pozwalałby ochłodzić się w gorący dzień. Jeśli porównamy nakaz noszenia rajstop lub pończoch koloru cielistego z zestawem spodnie + szmaciane skarpety, to pracownicy żeńscy banku i tak mają zdecydowanie lepiej – pończochy i rajstopy zawsze mogą być tak cienkie i minimalistyczne, że i latem da się to przeżyć, czego nie można powiedzieć o szmacianych skarpetach i spodniach, które w obecnie panujących „męskich” wersjach nie zdarzają się nigdy wykonane z przewiewnego tiulu, koronki, czy z wycięciami; są natomiast grube, sztywne i nieprzewiewne (w porównaniu ze stopniowalnymi wyrobami pończoszniczymi odczuwanymi przez użytkownika jako „druga skóra”). Mógłbym pogodzić się z tą sytuacją, stwierdzając, że skoro ktoś identyfikuje się z „męskością”, to niech frajer cierpi. Rzecz nie jest jednak taka prosta: są bowiem męskoorganowi, którzy myślą, są świadomi narzuconych im ograniczeń, potrafią porównywać swoją sytuację z sytuacją swoich żeńskoorganowych kolegów, czyli tacy jak JA. I z nimi się solidaryzuję, żal mi tych ludzi zmuszanych do znoszenia na swoich ciałach (właściwie: ciałach-którymi-są) kulturowych przesądów, którym ulega wierchuszka ich instytucji, wierząca, że tylko w ten sposób stworzy pociągający dla klientów wizerunek. Podleganie takiej presji oznacza cierpienie psychiczne wraz z fizycznym, przy czym to ostatnie przekłada się na obrzydliwe efekty jak bakteryjne bagienko potne na stopach oszmatowanych skarpetami i opakowanych w zamkniętym obuwiu, nieustanny kontakt dużej powierzchni nóg z tekstylną rurą, która się przykleja do spoconej powierzchni skóry i gryzie, wpija się w kroczu we wrażliwe organy, czyli najwyższy czas wspomnieć o ogólnokulturowym idiotyzmie w postaci zakazu noszenia sukni i spódnic przez męskoorganowych. Ale co, gdyby...

...okazało się, że ktoś z tysięcy pracowników banku PKO BP nie identyfikuje się z męską lub żeńską rolą płciową, czyli deklaruje, że pomimo posiadania samczych lub samiczych organów płciowych, NIE jest „mężczyzną” ani „kobietą”. Najwidoczniej spece od dress code'u nie przewidują istnienia kogoś takiego, a dzieło ich umysłów, które właśnie się upubliczniło, wskazuje na brak przestrzeni kosmetyczno-ubraniowej dla takich osób. Mentalność wyzierająca z dress code'u wskazuje, że gdyby Szymon Majewski przyszedł do pracy w tym banku w sukience, a nawet w szortach stylistycznie dostosowanych do marynarki z krótkimi rękawkami, pewnie by go nie wpuszczono. Jednym słowem, kreowany w reklamie za grube miliony wypłacone Szymonowi Majewskiemu wizerunek tej firmy jest kłamliwy. Owszem, obsługują klientów takich jak ja, zapewne Żydów też, ale od strony pracowniczej nie miałbym szans znaleźć się w zespole nawet, gdybym miał odpowiednie kompetencje. Najwidoczniej brak też przestrzeni w banku dla osób z piercingiem: aby dostać tę pracę, albo wejść na stanowisko pracy, pewnie trzeba by zdemontować wszystko, co człowiek sobie dał sobie w widocznych miejscach zainstalować, przy czym podejrzewam, że dla żeńskoorganowych dopuszcza się kolczyki w uszach jako normę (co najwyżej nie za duże), a u męskoorganowych – wcale. A jeśli ktoś dał sobie zrobić konstrucję piercingową, która nie jest łatwa albo możliwa do usunięcia? Albo ma świeże przekłucie, z którego nie można usuwać elementu tam wprowadzonego? To nie dostanie pracy albo ją straci? Albo będzie musiał nakładać maskujące opatrunki? A jak to jest z zakolczykowanymi językami – czy to się tak łatwo zdejmuje na czas pracy i zakłada po nim? Właściwie ktoś, kto zdecydował się zapuścić brodę, musiałby chyba iść na urlop aż zarost przestanie być kilkudniowym. Szefostwo banku powinno się jeszcze zastanowić, czy kolorowe plomby na zębach będą dopuszczalne – podobno rzecz się właśnie robi modna. Może dokonają „salomonowego” rozstrzygnięcia: kolorowe plomby TAK dla „pań”, NIE dla „panów”?

Jak sama nazwa wskazuje, PKO jest Bankiem Państwowym, i tu dochodzimy do najbardziej perwersyjnego punktu tej sprawy. Oto, w odróżnieniu od banków prywatnych, gdzie prywatny właściciel może czuć się jak feudalny pan życia i śmierci swoich pracowników, TEN bank jest pracodawcą PAŃSTWOWYM, czyli traktowanie przezeń pracowników nietypowych, przynależnych do różnych mniejszości kulturowych, płciowych i obyczajowych stanowi swoistą wizytówkę traktowania ich przez PAŃSTWO. Jeśli tam nie będzie miejsca dla pracowników kolorowych, niejednoznacznych dżenderowo, nietypowych, a tylko dla stłamszonych uniformizacją biedaków, świadczyć to będzie, że Polska nie jest rzeczpospolitą, lecz rzeczą-dla-niektórych, dla tych, co pasują do społecznego klimatu ukształtowanego przez zwycięskich heteroseksualnych konserwatywnych hegemonów, krótko mówiąc: BUCÓW. Miejscem, gdzie ludowe przesądy na temat związku ubrania i stylizacji z wiarygodnością osoby są regułą i warunkują prawa jednostki, w tym przypadku prawo do pracy.

Jako klient PKO BP najczęściej załatwiam swoje sprawy przez Internet i mailem. I oby tak pozostało – nie chcę musieć patrzeć na pracowników, którzy męczą się i rezygnują z pokazywania swych tożsamościowych cech, rzekomo, żeby wyrazić szacunek dla mnie jako klienta. Skoro ja potrafię okazywać szacunek studentowi o wybujałej stylizacji, a studenci potrafią okazać szacunek mi, przy ubraniach, które odpowiadają mojej specyficznej tożsamości wbrew kulturowej presji, znaczy to, że szacunek okazuje się i pozyskuje czymś innym niż sztywniackie ubrania. Warto, aby dowództwo banku też to zrozumiało i stworzyło nowy standard, który rozejdzie się również na banki prywatne. Warto też zauważyć, że prędzej czy później ujawnią się prawne konsekwencje dławienia ekspresji tożsamościowej pracowników, gdy ktoś doprowadzony do desperacji zaskarży sankcje pracodawcy jako przejaw dyskryminacji.

Antyfacet RP