3Powrót (Teksty)

Partnerka dla Antyfaceta

    1. Trzeba mieć dziewczynę?

Raz po raz w różnych wywiadach i reakcjach czytelniczych wyskakuje problem, czy jestem żonaty, albo czy „mam” dziewczynę. Zwykle idzie to w połączeniu z pytaniem, czy jestem heteroseksualny. Między wierszami czuję u takich rozmówców potrzebę uwiarygodnienia mojej deklarowanej orientacji, co w ich domniemaniu powinno się przejawiać praktycznie poprzez bycie w związku z osobą żeńską, potocznie zwaną „kobietą” i tworzenie z nią potomstwa. Ta sprawa męczy również prawdziwie-męskich nienawistników, którzy czasami w pierwszym odruchu zadają pytanie, co ja „z siebie zrobiłem” i od razu dochodzą do wniosku, że „żadna laska” nie będzie mnie chciała, oczywiście w odróżnieniu od nich, stuprocentowych mężczyzn-wojowniczków, zawsze ubranych na sportowo i też odpowiednio masywnych pod względem mięśniackim. Najwidoczniej jedynym właściwym modelem życia spełnionego, który dotyczy i wręcz obowiązuje absolutnie wszystkich, jest uczestnictwo w heteroseksualnym związku i robienie, co w swojej mocy, by przypodobać się płci przeciwnej, i to wg obecnie panujących stereotypowych oczekiwań. Zatem samcem będąc, powinienem być stereotypowo ubrany i usportowiony, a powinnością osób żeńskich jest być pięknymi, żeby samce zawsze miały swą popędową motywację maksymalnie napiętą, i żeby gra toczyła się na najwyższym poziomie pobudzenia jej uczestników. I oczywiście uczestnikami tej gry w laski i facetów wszyscy automatycznie jesteśmy i chcemy być bez względu na jej mimowolność.

Ciekawe, że nie stawia się tej sprawy tak nachalnie wobec katolickich duchownych dowolnej płci – a przecież przy antyhomoseksualnej obsesji tego związku wyznaniowego można by wiele pikantnych przypadków wyłonić wśród tej grupy społecznej. Są tam homoseksualiści, łagodni transseksualiści i transgenderyści, a i pedofilów nie zabraknie. Sądzę, że wbrew ideologicznemu zacietrzewieniu status celibatowego duchownego służy wielu mniejszościowym grupom, które wskutek przyswojenia sobie wrogich wobec siebie stereotypów, są swoim statusem zawstydzone i znalazły „honorowe” wyjście pozwalające im uniknąć konieczności „weryfikacji” w postaci codziennego funkcjonowania w heteroseksualnym związku albo codziennej walki z heteronormatywnymi powinnościami, a sobą. Co więcej, pozostając w tzw. „rodzinach zakonnych” lub w równie jednopłciowej wspólnocie kapłańskiej, można realistycznie liczyć na dyskretne nawiązanie zadowalających, acz oficjalnie nieakceptowanych związków uczuciowo-erotycznych. Można się poniekąd zastanawiać, czy stworzenie kategorii celibatowego duchowieństwa nie jest jakąś kulturową, instytucjonalną formą „zagospodarowania” osób o niereprodukcyjnych orientacjach płciowych, czyli taką społeczną III płcią, choć na pierwszy plan wysuwa się interpretacja dość przyziemna: uniemożliwiając swym kadrom zakładanie rodzin kościół Katolicki po prostu zapobiega rozproszeniu swego majątku, który wprawdzie zapewnia duchownym wygodne życie, lecz po ich śmierci nie odpływa do spadkobierców i tworzy potęgę tej ze wszech miar doczesnej instytucji. W każdym razie nie ma powszechnej podejrzliwości co do orientacji seksualnej księży, zakonników i zakonnic i raczej panuje przekonanie, iż jak jeden mąż, składają oni wszyscy Bogu ofiarę ze swej nieużywanej HETEROseksualności. Stąd po jakie licho JA jestem pytany o orientację seksualną i panuje oczekiwanie, że dopiero jako czyjś MĄŻ lub CHŁOPAK dowiódłbym, że pod tym względem jestem „w porzo”?

Pytania o moją seksualność i nie/uczestnictwo w heteroseksualnym związku noszą też podtekst wartościujący i stereotypizujący – dla jednych nietypowe ubieranie się, a konkretnie sięganie po rzeczy „damskie” oznacza „zniewieścienie”, czyli coś kojarzonego z homoseksualnością, a dla drugich sama orientacja homoseksualna uchodzi za defekt, zatem, gdy deklaruję, że homoseksualistą nie jestem, zyskuję jakiś mały pozytywny punkt (to częsty motyw w napotkanych na ulicach drechach, które jako jedno z głównych pytań zadają to związane z odbywaniem stosunków analnych). Oba te podteksty w gruncie rzeczy przyprawiają mnie o mdłości – nie uważam homoseksualności za defekt, i nawet trochę żałuję, że tego bożego daru nie dostąpiłem – może bardziej byłyby mi obojętne tzw. kobiety i nie doznałbym pewnych strat i rozczarowań w kontaktach z nimi, a między gejami świadomymi swej orientacji może zawiązałbym ekscytujący związek już dawno. Poza tym wiara w obiektywne przyporządkowanie kulturowych produktów w rodzaju ubiorów, kosmetyków czy wzorców zachowania się do konkretnej płci lub orientacji jest żałosnym umysłowym ograniczeniem tych, którzy w swych głowach takie właśnie treści utrzymują. Zaprawdę ubogie ich rozumienie świata jest!

Na szczęście żyjemy już w czasach i (głównie miejskim) środowisku, gdzie ani bycie singlem, ani homoseksualist(k)ą czy jeszcze kimś innym niż heteroseksualny małżonek NIE jest przedmiotem wstydu, niskiej samooceny albo poczucia życiowej porażki, choć genetycznie uwarunkowana presja ze strony rodziców funkcjonuje względem każdej z tego typu osób. Wiemy też, że istnieje grupa ludzi określających siebie jako ASy, czyli nawet wstępujących w związki, lecz niepodejmujących współżycia cielesnego. Pokaźna część ludzkości żyjąca w Europie i USA rozumie też, że każda ludzka jednostka jest jedynym właścicielem samej siebie i nie posiada żadnych socjal-darwinistycznych powinności rozrodczych wobec klanu, narodu czy gatunku, zatem każdy, kto nie podejmuje czynności rozrodczych, ma do tego takie samo prawo, jak osoby idące do katolickiego klasztoru czy seminarium duchownego. Ewolucja, owszem, działa, ale bardziej skomplikowana jest niż na początku się wydawało: organizmy faktycznie są maszynami służącymi genom do replikacji samych siebie, stąd większość osobników wprawdzie zaprogramowana jest na bezpośredni udział w rozrodczości, jednak bynajmniej nie wszystkie. Istnieje też mechanizm tzw. doboru krewniaczego, czyli siła kreująca w ramach gatunku rodzaj III płci: osobniki niebiorące udziału w rozrodczości, lecz swą pracą pomagające genom wspólnym dla całego klanu trwać i kopiować się. Tak mają owady tworzące roje, gdzie tylko pojedyncze osobniki (królowe i nieliczne samce) rozmnażają się, a liczne i bezdzietne siostry-robotnice zapewniają trwanie kolonii. U stadnych kręgowców też pojawiają się nierozmnażające się samce i samice, a które w życiu stada spełniają użyteczne funkcje (obronne, opiekuńcze, może nawet rozrodcze w sytuacjach awaryjnych, gdy wszystkie samce rywalizujące o dostęp do samic pozabijały się? – mechanizmy te są przedmiotem badań i wiele jeszcze się dowiemy, jednakowoż na pewno nie z nauczania duchownych i ich „świętych ksiąg”). Dodam, że nawet coś podobnego do „transwestytyzmu” czy wizualnego upodobniania się do płci przeciwnej też funkcjonuje jako jedna z ewolucyjnych strategii u heteroseksualnych osobników: oto słyszałem o pewnym gatunku małych węży, u których w okresie rui samce odbywają masowy wyścig do wabiących je samic, które mają inne wzorki albo ubarwienie (i feromonowy zapach), i niektóre samce są „ucharakteryzowane” na samice, przez co dezorientują część samców-konkurentów, w ten sposób ułatwiając sobie dostęp do samic… Jeśli idzie o gatunek homo sapiens (?), to bez wątpienia i u nas ewolucja różnymi sposobami tworzy całe klasy osób nierozmnażających się, dla których wszakże w co mądrzejszych społeczeństwach znajdowano różne szczególne funkcje, a tylko w okresie zatrucia ideami chrześcijańskimi, judaistycznymi i islamskimi upowszechniono negatywne nastawienie wobec nich. Dlatego z samej zasady odrzucam poglądy, że: a) lepiej być heteroseksualistą, b) trzeba koniecznie uczestniczyć w rozrodczości (koniecznie płodząc syna!!!) i c) być w stałym heteroseksualnym związku (mieć „kobietę”!!!). Obojętnie, jaki jestem, jestem jaki jestem i jest mi z tym dobrze, nie zamierzam się przed nikim tłumaczyć ani dokrawać siebie do czyichkolwiek oczekiwań.

    2. A kto to taki – dziewczyna, kobieta?

Przejdę więc na nieco bardziej osobisty poziom. Gdy nie miałem jeszcze pojęcia, że z moją osobowością nie pasuję jakoś do zastanego stanu rzeczy, i tym bardziej nie spodziewałem się, że uznam, iż mam święte prawo być sobą, a to w rzeczywistości zewnętrznej coś jest nie w porządku, miałem też stereotypowe oczekiwania wobec osób żeńskich, czyli wydawało mi się, że mam wobec nich odgrywać twardego, zwycięskiego i silnego mężczyznę. Sądząc osoby żeńskie po ich wysubtelnionym wyglądzie, spodziewałem się, że będę wobec nich właśnie takim rodzajem bohatera, który wie, o co w życiu chodzi i jak różne techniczne rzeczy realizować, o czym „kobiety” „ze swej natury” pojęcia nie mają, czyli będziemy się „pięknie uzupełniać”, będziemy „komplementarni” jak w kościelnym nauczaniu przedmałżeńskim, które ongiś w okresie przedrozumowym zaliczyłem i jeszcze mi w głowie pobrzmiewało. Jako nieśmiały introwertyk raczej wyobrażałem sobie przyszłość w postaci osiadłego życia i umiarkowanie szybkiego pomnażania majątku przez codzienną pracę. Z czasem właśnie załapałem się na stałą, acz niedającą błyskotliwych dochodów pracę, małe, acz niezależne mieszkanie i pierwsze efekty zarabiania pieniędzy w postaci małego Fiata. Uważałem się za dobrego, atrakcyjnego i rozwojowego partnera. I cóż się okazało? Każda z szeregu osób żeńskich, z którymi we wczesnych latach 90. umawiałem się, w każdej rozmowie o przyszłości, snuła jakieś plany życia za granicą: albo na zasadzie kilkuletniego pobytu, żeby się tam dorobić, albo by karierę naukową zrobić, bo u nas wszystko wydawało się niemożliwe, a perspektywa założenia rodziny w ogóle była dla nich tak odległa, że najpierw jeszcze niezałożony związek musiałby przetrwać kilkuletnie rozstanie (co najwyżej z dość drogimi jak na moje zarobki wizytami), a dopiero potem może coś by się razem zrobiło. Otóż nie byłem zupełnie przygotowany na fakt, że a) strona męska NIE jest w związku centralnym ośrodkiem decyzyjnym, który może drugiej stronie narzucić mieszkanie w określonym miejscu i określony styl życia, i że b) mój wstępny dorobek na gruncie polskim NIE jest już niczym atrakcyjnym, i że c) priorytety potencjalnych partnerek wcale nie muszą być tak jednoznacznie prorodzinne. Na dodatek ja wciąż wierzyłem, że muszę osobie żeńskiej IMPONOWAĆ, choć moje osiągnięcia niewiele w oczach żeńskich znaczyły. Zupełnie też nie do pogodzenia się była dla mnie myśl, że mógłbym w związku być stroną zarabiającą mniej niż osoba żeńska, która równie dobrze mogła po studiach mieć zawód znacznie lepiej płatny niż mój. Aha, gdy była mowa o ich oczekiwaniach pod adresem przyszłego partnera, były to opisy zupełnie nieprzystające do ówczesnego mnie – skromnego człowieczka myślącego o stworzeniu przytulnego domu i rodziny na dość oswojonym obszarze Polski na długo jeszcze przed wstąpieniem do Unii Europejskiej. Był też przypadek umawiającej się ze mną osoby żeńskiej, która wręcz twierdziła, że chce poznać kogoś za granicą! No i najwidoczniej nie działało wytworzenie romantycznej więzi „na osobowość” lub „urok osobisty”, choć nie szczędziłem wysiłków, by się zareklamować. Być może gdybym trafił na osobowość o bardzo zbliżonym światopoglądzie i wysokim poziomie wspólnoty, to spontanicznie rozwijające się uczucie powinno się pojawić, bez wrażenia, że ja jestem tym, który forsuje podtrzymywanie relacji i wręcz narzuca się, ale w kręgach, w których działałem, to się nie stało. Tu być może zanadto wierzyłem w miłość i działałem już według obecnego przekonania, że drugiej stronie też musi w widoczny sposób zależeć na podtrzymywaniu relacji, lecz przecież dawałem sporo szans na rozwinięcie się takiej zażyłości i bliskości. No i parę razy trafiałem też na przypadki zajęte, o których myślałem, że może ku sobie się mamy, a okazywały się od przedszkolnych niemal czasów związane z partnerami, tyle że ja ich bezpośredni sposób życia postrzegałem jako sygnał zachęcający – wszak wierzyłem, że „kobiety” są bierne, powściągliwe, i jedynie dość dyskretne sygnały wzajemnego zainteresowania dawać mogą. Jedna osoba zaskoczyła mnie chęcią działań erotycznych, gdy właściwie jeszcze się nie znaliśmy, lecz była ona krótko po rozpadzie poprzedniego związku i być może szukała wrażeń zastępczych. Ja wtedy wyobrażałem sobie, że do spotkania w łóżku to trzeba być po uroczystych deklaracjach miłości, a nie tak ad hoc, podczas rozmowy na przypadkowy temat, właściwie dalej tak myślę. No i była jeszcze jedna osóbka – szczyt żeńskiej niekompetencji: sama zwróciła moją uwagę na siebie, spotykała się parę miesięcy początkowo na filozoficzne dyskusje mające mnie sprowadzić na łono religii, które to spotkania przestały być monotematyczne i nawet doprowadziły mnie do odkrycia pewnego jej uroku, by potem, gdy zacząłem poważniej o niej myśleć, wyznać, że jest już z chłopakiem…

Niewątpliwie zderzyłem się z rzeczywistością zupełnie odmienną od przekonań i oczekiwań odnośnie osób żeńskich, jakie wyniosłem z wychowania. Okazało się, że osoby żeńskie nie są milutkimi, słabymi, uległymi i łaknącymi opiekuńczych uczuć i romantycznych scen istotkami, pałającymi też chęcią równie opiekuńczego utulenie całego świata. Kim one zatem są? Otóż są w gruncie rzeczy zimno kalkulującymi jakby „facetami”, którzy tworzą swym wyglądem szereg iluzji na swój temat i chytrze to rozgrywają w życiu społecznym, rezerwując dla siebie oszczędzający styl życia z masą przyjemnych doznań. Odkryłem, że wobec takich „kobiet” odgrywanie „mężczyzny” wymaga bycia jakimś hipermężczyzną: wtedy zaczęły się też pojawiać dresiarskie byczki o grubych karkach itp. Jako poczciwy i solidny, gotowy do głębokiego zaangażowania się, lecz zupełnie nieagresywny i nieatletyczny astenik, w ogóle nie widziałem siebie jako towarzysza wizualnie atrakcyjnej osoby żeńskiej, która na dodatek mogłaby wywlekać mnie na rozrywki typu basen albo dyskoteka, gdzie ten dresiarski model osobowy szczególnie realizuje swe chamskie i agresywne zapędy i potrzebę okazywania dominacji nad (niby) słabszym, a w każdym razie Innym. Gdy już na całego prowadziłem swe rozważania o maskaradzie płciowej, stwierdziłem, że de facto romantyczną stroną, tą „z Venus”, są osoby męskie, bo dają się nabrać na powierzchowność „kobiet” sugerującą ich romantyczne cechy osobowości, których wszakże w swej psychicznej głębi wcale nie muszą posiadać – wystarczy bowiem je symulować, zaś napięcie powstaje, gdy samcom zabrania się okazywać w społecznym życiu to ich przywiązanie do wartości żeńskich, no może z wyjątkiem walki o wejście w „posiadanie” i „utrzymanie” „kobiet(y)”. Teraz wiem, że to „kobiety są z Marsa”, bo jeżeli nie dopuszczają do rozrodczości osobników męskich maksymalnie podobnych do siebie, w tym również pod względem wizualnym, stylistycznym i behawioralnym, to tak naprawdę opowiadają się one za utrzymaniem świata z brutalną walką, do której jest kierowana jedna z kast płciowych, specjalnie wychowywana do nieposzanowania dobrostanu swoich ciał, a wszystko po to, aby ONE, ze swymi wychuchanymi ciałkami były utrzymywane z dala od bitewnego zgiełku, lecz z możliwością korzystania z łupów, które ich zwycięski męski partner zdobył druzgocąc bliźnich walczących o te same wartości. Gdyby te sugerowane wyglądem i powierzchownym zachowaniem „cechy żeńskie” były faktycznym i głębokim składnikiem żeńskiej osobowości, „kobiety” dążyłyby do ZMIANY ŚWIATA, a nie wyłącznie do wpasowania się w dogodną dla nich niszę. I to nie jest mizoginizm – jeśli się mylę, proszę o dowody, ale nie werbalne, lecz w naturze!

W owym czasie powoli zauważałem już ubraniową dyskryminację osób męskoorganowych, lecz rozwijająca się obsesja ku trangresji napawała mnie zawstydzeniem. Nie wiedziałem, co o tym sądzić, nie miałem też wypracowanych przemyśleń pozwalających mi wytworzyć samoakceptację i uznać słuszność tych moich ciągot i aspiracji, stąd pojawił się lęk, co to będzie, gdy związek z osobą żeńską faktycznie ustanowię, a potem ujawnię „to”. I dałem się też wciągnąć w około 10-letni okres pracy na 2 etaty, podczas którego z każdym rokiem miałem mniej czasu na życie osobiste i towarzyskie – praca w branży edukacyjnej zwariowała i obrosła sprawozdawczością oraz formalnymi wymaganiami.

    3. I co teraz?

Po odrzuceniu złudzeń prawda może nie być przyjemna, ale umożliwia adekwatne zachowanie się wobec rzeczywistości. W toku antyseksistowskiego rozumowania doszedłem także do konstatacji, że kulturowe założenie, iż to strona męska ma ubiegać się o względy strony żeńskiej przy aranżowaniu związku, jest krzywdzące, asymetryczne i niesłuszne, bo prowadzące do zgromadzenia nadmiernego stresu po stronie męskiej. To z kolei skutkuje wypaczaniem męskich charakterów w kierunku wulgarności oraz ambiwalentnego stosunku do osób żeńskich: są one widziane jako bodajże najważniejsza „zdobycz” dla samca, stanowią źródło dowartościowania, a jednocześnie konieczność publicznego okazywania zainteresowania konkretną osobą żeńską przynosi zagrożenie traumą odrzucenia, postrzeganą jako totalna klęska, skoro zaloty ukierunkowane na konkretny obiekt są widoczne publicznie. Stąd potrzeba równoczesnej gotowości do uznania żeńskiego obiektu zalotów i wręcz adoracji za mało wartościowy, w gruncie rzeczy godny pogardy, „towar” (by nie przytoczyć bardziej dosadnych określeń). Uczciwie rzecz biorąc, z kulturowego przykazu, aby strona męska w zalotach była tą aktywną, wynika także ograniczający przykaz wobec osób żeńskich: one mają być pasywne, a co najwyżej przez swą urodę i dyskretne sygnały motywować samców, na które mają ochotę. W ten sposób osoby żeńskie, które ze względu na dynamiczną osobowość byłyby skłonne samodzielnie i intensywnie zaaranżować związek z nieśmiałym osobnikiem męskim, też narażają się na niekorzystne reakcje otoczenia (włącznie z uznaniem za osobę „lekkich obyczajów” albo o „nadmiernych” potrzebach erotycznych, a przecież kandydatce na przyszłą matkę przystoi powściągliwość i niemanifestowanie erotycznego apetytu).

Może to dziwne, ale u mnie tak jest, że jak mam wiedzę albo pogląd na jakąś sprawę, to wnioski z nich wypływające nie leżą w głowie jak w archiwum, lecz znajdują zastosowanie w życiu. Tak więc, w odniesieniu do siebie i ewentualnego przyszłego związku, uważam, że muszę być zwolniony z intensywnego poszukiwania partnerki i reklamowania się przed nią, na dodatek przed komentującym sprawę społecznym otoczeniem. Teoretycznie więc nie mam szans na ustanowienie związku, jeśli wszyscy na około, włącznie z potencjalnymi partnerkami, mieliby grać w tę grę według dominujących zasad, które uważam za krzywdzące. Zatem jestem potencjalnym partnerem dla niszowej klasy osób żeńskich, takich, które potrafią niejako z zewnątrz spojrzeć na kulturowe zasady gry i od nich odejść, albo w których charakterze leży gotowość do aktywnego działania na polu „podrywu”. Faktycznie jednak, z faktu, że jestem postacią dość charakterystyczną i to w sposób jawny, wynika też, że to nie ja powinienem aktywnie poszukiwać partnerek, bo przypominałoby to jakieś socjologiczne badania przesiewowe, skoro zdecydowana większość osób żeńskich niczym szczególnym się nie wyróżnia, tj. posiada wszystkie anatomiczne cechy organizmów żeńskich + typowe elementy urody: osiągnięte prosto z genów lub obróbki kosmetycznej poczynionej zgodnie z panującymi kanonami, a to jakby liczy się najbardziej u osób żeńskich (to oczywiście stereotyp), i co najważniejsze, najprawdopodobniej ma w głowie zainstalowane stereotypowe oczekiwania od strony męskiej. Tak więc ewentualna osoba żeńska dla mnie musi mieć to „coś” wewnątrz, czego nie widać, i jest to szczególna dyspozycja umysłowa oraz estetyczna, dzięki której osoba taka potrafiłaby wyjść poza kulturowo zainstalowany program gry kostiumowej w laski i facetów. Jeśli taka osobowość istnieje, sprawa jest łatwa: odnaleźć mnie można dzięki Google’owi albo gminnej wieści o tym, gdzie można mnie spotkać. Oczywiście, nie uchylam się od okazywania sobie wzajemnego zainteresowania, gdy już pierwsze kontakty zostaną ustanowione. Po prostu ma się to odbyć z pełną godnością osobistą obu stron.

Można sobie zadać pytanie, czy takie osoby żeńskie istnieją, bo może istnieją tylko 100% „kobiety” ukierunkowane na walecznych mięśniacko-włochatych „mężczyzn” albo lesbijki ukierunkowane ściśle na „kobiety”/osoby żeńskoorganowe. Otóż wiem dobrze, że istnieją też osoby biseksualne, a także osoby o estetycznych upodobaniach „queer’owych”. Może nie są one zbyt często występującym dobrem naturalnym, i jeszcze mniej liczne są przypadki tego typu w stanie niezwiązanym, ale na pewno są, i jeśli się wyłonią w pobliżu, mogą liczyć na wykrzesanie z moim udziałem znacznych wartości. Może to wymagać pewnej odwagi – w końcu zwykle obciążeniem jest konieczność przedstawienia partnera rodzinie (mam nadzieję, że obejdzie się bez wesela, a już tym bardziej bez gwałtu przed ołtarzem!), a rodziny rzadko kiedy są umysłowo otwarte na odmienność. Stąd potencjalna partnerka Antyfaceta może rekrutować się z rodzin niepełnych, spoza jakiejkolwiek rodziny lub z zagranicy, albo być skłóconą z rodziną czarną owcą, której nie jest w stanie zaszkodzić ekscentryczny wybór partnera. W ostateczności, jeśli osoba taka miałaby pozostawać w ścisłych związkach ze swą rodziną, musi ona być „z jajami”, czyli z charakterem i determinacją, by potrafić przeforsować opcję, za którą stoją jej mocne uczucia. Co więcej, właściwie każda z takich osób musi mieć charakter i nieco wiary w słuszność spraw, które reprezentuję, i także determinację, by okazjonalnie angażować się w walkę z oporami rzeczywistości, na jakie razem możemy natrafić. Przykładowo nie może to być osoba uważająca, że wygenerowanie dziecka/ci z taaakim partnerem oznacza automatycznie krzywdzącą stygmatyzację tych dzieci w grupie rówieśniczej, zatem twierdząca, że dzieci mieć można tylko z kimś „normalnym” (co w niektórych środowiskach wykluczałoby również partnera innej „rasy”) i że świata nie da się zmienić, a jedynie można dostosowywać się doń. Potrzebna zatem byłaby pewna wiedza humanistyczna prowadząca do postawy, że odmieniec nie jest odpowiedzialny za ewentualne prześladowania nań spadające oraz że dziecko otrzymujące odpowiednie wsparcie rodziców jest w stanie funkcjonować z powodzeniem w grupie rówieśniczej, nawet początkowo nieprzychylnej. Być może rozwiązaniem jest też mieszkanie w miastach i dzielnicach niedotkniętych obecnością zdegradowanych warstw społecznych – z potencjalną partnerką możemy przeanalizować moją obecną lokalizację i postanowić coś o możliwości przeniesienia się (jeśli stwierdzimy konieczność i o ile wspólny budżet na to pozwoli, choć uważam, że obecnie nie jestem w złym miejscu...). Aha, podejmowanie czynności erotycznych dopiero PO jakimś formalnoprawnym ustaleniu związku to absurd – zgrać się i ustalić, czy dostarczamy sobie doznań, jakie są nam potrzebne należy odpowiednio wcześniej. Oczywiście nie na pierwszym spotkaniu, lecz na odpowiednim etapie rozwoju zażyłości, gdy obie strony mają już silne przekonanie, że mogą ze sobą spędzać dość wiele czasu (zakładam bowiem możliwość pożycia jeszcze przez kilka lat).

Dodam, że mam świadomość, iż życie w związku to nie sam miód płynący z (pozornie) darmowych usług erotycznych i (zawsze) milutkiego towarzystwa. W odróżnieniu od niektórych, mam świadomość, że wejście w związek to ograniczenie własnej swobody, której spore zasoby mam obecnie, gdy sam sobie jestem „sterem i żeglarzem”. Zapewne jestem dość pojętny, to i jakąś zdolność do kompromisów jestem w stanie wyćwiczyć. Ponadto wiem też, że zwłaszcza gdy pojawiają się dzieci, życie w związku to dość stresująca robota świadczona 24 h/dobę i rozciągnięta na lata, ergo obie strony muszą się do tego wzajemnie zaprosić, bo to jest kontrakt o pozyskanie czyjegoś wielkiego wysiłku i rezygnację ze znacznej części wygody życiowej. Samce, które intensywnie zabiegają o wejście w związek to jakieś straszne jelenie, które proszą się, by móc DAWAĆ, świadczyć PRACĘ! I to często w stanie oszukania, gdy faktyczne geny w dzieciach pochodzą od innych, acz nieskłonnych do solidnego świadczenia tej pracy codziennej dawców, których samica wszakże uznała za genetycznie lepszych…

Aha, nie wolno pominąć spostrzeżenia, że darwinowski genetyczny sukces w ogóle mocno przereklamowany jest, albowiem nawet w uczciwie spłodzonym z monogamicznym partnerem dziecku jest jedynie 50% genów dawcy uczestniczącego w tej spółce, we wnuku – 25%, w prawnuku – 12.5% itd. W końcu okazuje się, że podmiotem gry są pojedyncze geny lub ich pakiety kodujące pewne cechy, których nikt nie przyporządkuje do konkretnej osoby sprzed kilku pokoleń, która im zapewniła replikację, wkładając w to dzieło swój najwyższy wysiłek, jakby z tego sama coś istotnego miała. Być może odmowa udziału w rozrodczości to jakaś forma emancypacji osobnika w tej grze, odmową służby w której jest się zaledwie pionkiem, nośnikiem, maszyną replikacyjną genów (i memów!) przenoszonych przez DNA (i panującą nad nim kulturą)? W końcu można korzystać z życia, włącznie z uzyskiwaniem regularnych zaspokojeń erotycznych, bez odpłacania haraczu na rzecz ewolucji… I z rodzicielstwem wiążą się pewne nieusuwalne etyczne defekty – stworzenie kogoś, z kim nie da się uzgodnić, czy stworzonym chce być i nie ma możliwości stwierdzić, czy zaakceptuje narzucone mu warunki istnienia, zawsze jest GWAŁTEM wcześniej istniejącego nad istniejącym później, i to wskutek decyzji tego wcześniejszego. Wierzący w sposób ortodoksyjnie bezmyślny oczywiście problemu tego nie dostrzegają – nie widzą w ogóle winy swojego Boga z tytułu stworzenia ich samych oraz wszystkich mających świadomość wadliwości bytu na najokrutniejszym ze światów. Ja jednak tę bożą winę widzę, i zdaję sobie sprawę, że również jako nosiciel genów mogę przenieść na dziecko jakieś defekty (oczywiście mam na myśli nieuleczalne choroby zamieniające egzystencję w koszmar lub nierozwojową wegetację, bo przecież nie moje szczególne usposobienie do rzeczywistości, z którego się cieszę ani np. homoseksualną orientację, gdy do rozrodczości przystępują homoseksualiści). Niestety, rozrodczość to nieczysta gra, w ramach której wciągamy w wadliwe (bo śmiertelne i okraszone niebezpieczeństwami) życie kogoś słabego, bezbronnego, kto może sobie tego zupełnie nie życzyć. Zaiste totalnie trzeba być zaślepionym, by sumienie swe znieczulić na wszystkie te problemy. Być może amok erotyczny jest jakąś okolicznością łagodzącą – ale czy dorosłym wypada mówić, że nie wiedzieli, co czynią?

    4. A może antyfacetyzm i powyższe rozważania to jedynie alibi racjonalizujące moje porażki na tym tle, gdzie facet musi się sprawdzić?

Różne interpretacje psychologiczne wyższych i niższych lotów każdy sobie może tworzyć. Ja osobiście nie stawiam sobie wymagań i przyjąłem rozsądną strategię życzliwej bierności – z powodów wskazanych wyżej. Ogłosiłem dość otwarcie reszcie świata, jakie mam nastawienie do rzeczywistości ról płciowych i oczywistym jest, że każda kandydatka na moją partnerkę musi od początku nawiązywania relacji ze mną zmierzyć się i pogodzić z całokształtem mej tożsamości. Odpada zatem wstydliwe i stopniowe przyznawanie się, że „chciałbym zobaczyć, jak to jest w pończochach albo butach na obcasie”, jak niejeden grający ortodoksyjnego samca partner musi się maskować wobec partnerki pozyskanej na gruncie kulturowej gry w laski i facetów. Uważam za dość żenujące, że znajdują się raz po raz partnerki zafascynowane osobowościami osób męskoosobowych, które doznały jakichś okaleczających wypadków, są dotknięte przewlekłymi chorobami itp., i wobec których życie w związku w znacznym stopniu polegać będzie na świadczeniu usług pielęgniarskich, jak w przypadku Stephena Hawkinga. Jednak jeśli otwarcie wrót do miłości wymaga noszenia szmacianych skarpet, płaskoobcasowych i ogólnie badziewnych butów oraz spodnioli, chociażby na kikutach nóg, to uważam, że nie mamy do czynienia z MIŁOŚCIĄ, lecz jakimś MIŁOŚCIOPODOBNYM PRODUKTEM, w którym bardziej liczy się jakaś gra pozorów, kukiełkowatość postaci zgodna z kanonem, a nie esencja, psychologiczna prawda i wartości reprezentowane przez człowieka. W czymś takim uczestniczyć nie chcę, za odgrywanie dość marnych kulturowych wzorców nagradzany być nie chcę, tym bardziej, że nagroda taka na pewno nie jest miłością, skoro tak warunkowa jest, tak małostkowo warunkowa!

W gruncie rzeczy dokonuję pewnej weryfikacji populacji osób żeńskich zw. „kobietami” i ciekaw jestem, czy znajdzie się zawodniczka, która wyjdzie z niej zwycięsko: zarówno w tej swego rodzaju grze jak i w prawdziwym życiu (bo w moim przypadku to się przeplata). To tak samo jak z dawnymi przyjaciółmi, z których niektórzy przestali się do mnie odzywać, poznawszy Sprawę, w jaką się zaangażowałem. Musiałbym się zmartwić, że prawdopodobnie ich utraciłem, ale w ich miejsce pojawili się inni, którzy nie tylko nie mają nic przeciwko mnie po tej odsłonie, lecz właśnie dzięki niej w moją orbitę wstąpili. Poza tym nasuwa się konkluzja-pytanie: czy faktycznie ci pierwsi byli moimi przyjaciółmi, czy tylko przyjaciółmi wizerunku, jaki tworzyłem, gdy niezbyt jeszcze swą tożsamość znałem, a jej zalążki pod kulturową presją wstydliwie ukrywałem? W końcu jakieś wartości ludzkie musieli u mnie dostrzegać, więc co się stało? Czyżbym tym wartościom sprzeniewierzył się, albo utracił cechy osobowości, które wówczas u mnie lubili? Nie sądzę – uważam, że jest wprost przeciwnie: rozwinąłem się nieźle właśnie w tych bardzo pozytywnych kierunkach. No i którzy z nich są, z rosyjska mówiąc, „nastojaszczije druzja”? Dlatego KONKURS NA PARTNERKĘ ANTYFACETA TRWA. Jego drugim dnem jest pytanie o tzw. „kobiecość” – czy w ogóle istnieje i w jakiej obecnie jest kondycji.

Gdy ładnie polakieruję paznokcie, umieszczę foty ręki która jest do wzięcia (może nawet obu – kto wie, czy nie jestem stworzony do uczciwej poliamorii?).

Jak kiedyś będę w nastroju figlarnym, dołączę kilka autoreklamowych fot.

Antyfacet RP