3Powrót (Teksty)

Pojednanie w kłamstwie o bliźnich gorszych


Przybył do Polski Cyryl I – Zwierzchnik Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, Patriarcha Moskiewski i Całej Rusi, aby wraz z jakby reprezentującym stronę polską arcybiskupem Józefem Michalikiem dokonać aktu pojednania polsko-rosyjskiego. Nieprzypadkowo napisałem „jakby” – z mojego punktu widzenia Przewodniczący Rady Episkopatu Polski reprezentuje co najwyżej Kościół katolicki i jego wiernych, ale na pewno nie całe społeczeństwo polskie, w którym są też innowiercy i niewierzący. Tym samym cała wizyta Cyryla I i przyjazne gesty dotyczą jedynie części obu społeczeństw, tym bardziej, że wspólny dokument w swej głównej części odwołuje się do wspólnego przekazu wiary obu Kościołów. Co śmieszne, nagle PiS-owcy sobie przypomnieli o istnieniu dwóch oddzielnych płaszczyzn: politycznej i religijnej, i gdy nagabują ich dziennikarze, jak jeden mąż twierdzą, że całe to pojednanie ma co najwyżej ograniczony, religijny sens, lecz na płaszczyźnie politycznej zupełnie się nie liczy. Żadne tam „pseudopojednanie” czy „pojednanie na siłę” nic nie zmieni – Rosja jest i pozostanie Naczelnym Wrogiem Rzeczypospolitej, odpowiedzialnym za stare zbrodnie + obezwładnienie samolotu z Lechem Kaczyńskim i przetrzymywanie wraku. W ogóle PiS-owcy byli biedni w tym tygodniu – oto tenże abp Michalik wyraźnie zdystansował się od polityków prowadzących grę z użyciem katastrofy smoleńskiej i głoszeniem niepotwierdzonych faktami tez o zamachu. Aż przyjemnie było patrzeć! Cóż za zdradziecki cios w Macierewicza, w Prezesa!


A teraz do rzeczy, czyli wspólnego Przesłania, jakie obaj dostojnicy kościelni podpisali. Można się cieszyć, że dokument taki został napisany i ogłoszony – zawsze może to być podstawa, na którą koniunkturalni i chętnie powołujący się na religijne przesłanki politycy będą powoływać się, gdy będą rozwijać się stosunki Polski i Rosji. Nawet wbrew niechęci części opinii publicznej, zawsze można będzie mówić, że działania na rzecz zbliżenia obu naszych krajów cieszą się „błogosławieństwem” Patriarchy czy odpowiednika prymasa. W Polsce to dość istotne, bo prowadząc nieantagonistyczną politykę wobec Rosji każdy rozsądny polityk naraża się u nacjonalistycznych krzykaczy na miano zdrajcy; co widać na przykładzie „ludu smoleńskiego” uporczywie nazywającego obecnego prezydenta „Komoruskim”. Po rosyjskiej stronie też nie należy się spodziewać cudów, przynajmniej dopóki Rosja rządzona jest przez dyktatora Putina, ale po nim, może...


Niestety, wspólny dokument obu duchownych zawiera też segment jadowity, nafaszerowany typowymi kościelnymi kłamstwami, z których wynika, że oba Kościoły postanawiają zawrzeć jakiś taktyczny sojusz przeciwko wspólnym „wrogom”: ateistom, feministkom, mniejszościom seksualnym, liberałom, wyznawcom praw człowieka. Kościoły najwidoczniej doszły do wniosku, że skoro wzajemnie sobie nie zagrażają: ani Rosja nie ulegnie czarowi konwersji na katolicyzm, ani Polska nie przekabaci się na prawosławie, to zawsze można wspólnie dokopać liberałom w obu krajach.

Spójrzmy zatem na fragment dokumentu,zaznaczony przeze mnie jako nr (2) – autorzy straszą tam: „indyferentyzmem religijnym, postępującą sekularyzacją”, i nawołują do działań, aby społeczeństwa obu krajów nie straciły „podstawowych wartości moralnych, bez których nie ma trwałej pokojowej przyszłości”. W ten sposób spotykamy się z głównym kościelnym kłamstwem, a mianowicie z założeniem, iż poza religią nie ma żadnych wartości moralnych, zatem automatycznie grozi społeczeństwu utrata pokoju. Tacy niby kształceni w filozofii ci kościelni dostojnicy, a nie wiedzą, że wartości moralne można wywodzić także z zupełnie innych przesłanek niż wiara w nagradzającego lub karzącego po śmierci Boga? Jeśli nie, to niech trochę poczytają. Właściwie obrażają też Mnie – jestem szalenie porządny, a zupełnie areligijny!


Przeanalizujmy teraz fragmenty (3) i (4). Duchowni tutaj deklarują zgodę na „autonomię władzy świeckiej i kościelnej” i troskę o różne wartości społeczne. Co więcej, chcą umacniać tolerancję, ze szczególnym uwzględnieniem „wolności religijnej” oraz „ prawa do obecności religii w życiu publicznym”. Na razie są to ogólniki, pod którym właściwie każdy mógłby się podpisać, z tym że pojęcie wolności nie jest w tym tekście ogólne, lecz opatrzone przydawką: „religijna”. Byłoby miło, gdyby panowie duchowni dostrzegali również potrzebę wolności „od religii”, czyli prowadzenia życia według WŁASNEGO światopoglądu, w którym religii akurat nie ma. No ale może nie należy wymagać, żeby przywódcy kościołów uwzględniali także interesy inne niż swoje? Z kolei ciekaw jestem, co oznacza ta „obecność religii w życiu publicznym”, a w każdym razie jej zagrożenie: „odrzuca się tradycyjne wartości i usuwa z przestrzeni publicznej symbole religijne”. Czy – w realiach polskich – chodzi może o postulat usunięcia po partyzancku umieszczonego krzyża nad wejściem do Sejmu RP i w innych państwowych urzędach czy szkołach? Czy może ktoś usuwa z uporem maniaka krzyże i kapliczki ustawione w publicznych miejscach z różnych historycznych powodów, np. krzyż na Giewoncie? A może abp Michalik uważa, razem z PiS-em, że krzyż antyprezydencki na Krakowskim Przedmieściu miał prawo tam trwać, skoro raz został postawiony, a ci, którym nie podobją się on i comiesięczne hece pod nim organizowane – walczą z chrześcijaństwem? A może ta właściwa obecność religii w życiu publicznym polega na uchwalaniu przez władzę świecką ustaw jedynie zgodnych z nauczaniem religijnym, tak jakby prawa, interesy i wartości ludzi innych niż katolicy czy prawosławni nie liczyły się? Czy ludzie mają prawo, czy nie mają prawa „odrzucać tradycyjne wartośći”? Jak to groźnie brzmi w ujęciu arcybiskupa i patriarchy: „ Promuj e się aborcję, eutanazję, związki osób jednej płci, które usiłuje się przedstawić jako jedną z form małżeństwa, propaguje się konsumpcjonistyczny styl życia”! To zastanówmy się nad tą „promocją”. Czy ktoś wychwala aborcję w Polsce czy w Rosji, jako wspaniały sposób planowania rodziny, któremu przyjemnie się jest poddać, gdy przyjdzie na to ochota? To wyjaśnię panom duchownym, że aborcji nikt nie promuje, a tylko światli ludzie zdają sobie sprawę z istnienia w życiu sytuacji, w których aborcja jest koniecznością, zatem musi być w cywilizowanym społeczeństwie dostępna, i to w dobrych warunkach, również dla ubogich, którzy nie są w stanie zabiegu tego przeprowadzić w drogim prywatnym gabinecie lub za granicą. Ale to już zbyt skomplikowane rozumowanie dla przywódców kościelnych... Albo czy ktoś „promuje” eutanazję? Ludzie mają własny rozum, więc o eutanazję upominają się sami nią zainteresowani – których schyłek życia stał się dla nich nieznośny. Ja też bezpieczniej czułbym się w społeczeństwie, w którym nie będę zmuszany do znoszenia degradującej choroby lub wegetacji w powypadkowym paraliżu. Nikt mi tego nie podsunął w ramach „promocji”! A „związki osób jednej płci” – nie spotkałem jeszcze nikogo, ktoby z powodu „promocji” taki związek zawarł. Nawet, gdyby rozdawali wafelki albo i kwotę równą becikowemu, nikt nastawiony na heteroseksualność nie zawrze związku homoseksualnego, nawet gdyby został on „przedstawiony jako jedna z form małżeństwa”. Swoją drogą, gdyby panowie duchowni spotkali się z ludźmi tworzącymi związek homoseksualny, zauważyliby, że nie są antyspołecznymi demonami, a wprost przeciwnie – mają wiele cech tak idealizowanej „rodziny”, czasami z własnymi biologicznymi dziećmi, częściej bez – jak bezpłodne małżeństwo, które słucha kościelnego nauczania i nie ucieka się do in vitro. Ale to wymagałoby uznania w homoseksualistach pełnowymiarowych ludzi i bliźnich, a chrześcijaństwo zapewne tego nie potrafi. A gdy biskupi przestrzegają resztę społeczeństwa przed konsumpcjonizmem, to po prostu śmiać się chce. Spójrzmy na Cyryla i jego cerkiew z wnętrzami kapiącymi od złota i malarstwa, na jego apartament, na proces, który wytacza sąsiadowi, który zapylił mu podczas remontu kolekcję książek... Sam Cyryl nieźle ośmieszył się jako skromny sługa boży – dostał bowiem od (wówczas) prezydenta Miedwiediewa zegarek wart 30 tysięcy dolarów i zwyczajnie nim się cieszył, nosił go, aż zaświtało mu, że dla piaru lepiej sprawę ukryć (choć bez pozbywania się zegarka, oczywiście). Jakiś czas patriarcha kręcił, że to niby tani sprzęt krajowej produkcji, ale postanowili sfotoszopować te oficjalne foty, z tym że ciut za późno – w obiegu internetowym już dawno były wersje z zegarkiem. Na dodatek retusz zegarka był dość nieudolny – jego odbicie na stole pozostało. Winę za tę hecę zrzucono na... niewiastę pracującą dla cerkwi, która niby samowolnie majstrowała przy zdjęciu jak mityczna biblijna Ewa przy jabłoni. Sugerowałbym Cyrylowi sprzedać ten zegarek i przeznaczyć okrągłą kwotę w ten sposób uzyskaną na psy – Rosja i wszystkie bliskie jej niepodległe kraje znane są z okrutnego i barbarzyńskiego traktowania porzuconych i zdziczałych psów. Również niepotrzebnie urodzonych dzieci ludzkich – też w Rosji traktowane są jak śmieci! Polscy biskupi też nie stronią od konsumpcji – mieszkają jak książęta w pałacykach, jeżdżą wypasionymi limuzynami z szoferami, podróżują samolotami, a nawet duchowni niższej rangi w rodzaju zmarłego ks. Jankowskiego czy Rydzyka jakoś nie ilustrują ewangelicznej pogardy dla dóbr materialnych tego marnego świata.

Idźmy dalej, a we fragmencie (5) znajdujemy sprecyzowanie poprzedniej myśli: „Fałszywie rozumiana świeckość przybiera formę fundamentalizmu i w rzeczywistości jest jedną z odmian ateizmu”. Wyszło szydło z worka: świeckość (fałszywie rozumiana) jest odmianą ateizmu. Wynika z tego przekonanie kościelnych dostojników, że ateizm jest NAGANNĄ postawą światopoglądową, czyli ktoś z tym światopoglądem jest nie w porządku, jest gorszy, albo nawet zły. I co równie groźne, świeckość okazuje się odmianą ateizmu, czyli skoro ateizm jest zły, to i świeckość. Ale, ale! Przecież jest tu zastrzeżenie „fałszywie rozumiana świeckość”. Sformułowanie to dość zagadkowe – ciekaw byłbym poznać, czym różni się świeckość „poprawnie” czy „prawdziwie” rozumiana od tej „fałszywej”? Może dobrze rozumiana świeckość to tylko jej pozory, gdzie i tak demokratycznie wybrani władcy konsultują się z miejscowymi funkcjonariuszami Kościoła, i tylko swoimi świeckimi rękami spełniają jego zalecenia? W czasach diabelskiej Świętej Inkwizycji też tak było – Kościół oficjalnie nikogo nie torturował, czy na śmierć nie skazywał, a robiła to władza świecka. Tylko w oparciu o kościelną rekomendację.

Narracja rozwija się i prowadzi nas do passusu o rodzinie(7). Prócz powtórzenia kłamstwa, że rodziną jest tylko: „stały związek mężczyzny i kobiety”, szefowie kościołów stwierdzają: „Jest ona bowiem kolebką życia, zdrowym środowiskiem wychowawczym, gwarantem społecznej stabilności i znakiem nadziei dla społeczeństwa. To właśnie w rodzinie dojrzewa człowiek odpowiedzialny za siebie, za innych oraz za społeczeństwo, w którym żyje.” To również nie jest prawda: istnieją rodziny niepełne, a nie są z tego powodu patologiczne, a ponadto istnieją rodziny kompletne, gdzie rodzice są autorytarnymi potworami wobec swych dzieci oraz katują samych siebie nawzajem. Niektóre małżeństwa i rodziny są tak nieudane, że każda forma życia po ich rozwiązaniu jest lepsza – znów okazuje się, że przywódcy kościołów niewiele mają wiedzy o prawdziwym życiu. Wielu zbrodniarzy i psychopatów pochodzi z rodzin, a wielu porządnych ludzi – z układów niekonwencjonalnych. W społeczeństwach bardziej cywilizowanych niż polskie i rosyjskie odkryto również, że rodziny homoseksualne nie są patologiczne i nie produkują okaleczonych ludzi z przysposabianych przez siebie dzieci. Ale to też wymaga otwarcia się na człowieka – rzeczy dla duchownych doktrynerów zbyt trudnej.

Wreszcie mamy kłamstwo historyczne o reżimach totalitarnych – fragment (1). Faktem jest, że komunizm forsował ateizm jako obowiązującą ideologię, lecz o nazizmie i innych prawicowych dyktaturach np. hiszpańskiej, argentyńskiej, czy portugalskiej nie można powiedzieć, by niszczyły kościoły – one tylko wykorzystywały je, czyniąc ewangeliczną opowieść o miłosiernym Bogu elementem opresji. Jeśli zaś myślimy o komunizmie, to prześladował on wszystkich, którzy ośmielali się buntować – ateistów, żydów czy buddystów. Katolicki kler znalazł się na celowniku z powodu swej siły i oczywistego ideologicznego konfliktu, ale nie był jedyny, a co więcej, w Polsce komuniści raczej z klerem koegzystowali. Zbrodnie popełniano tylko względem księży o ambicjach opozycyjnych – liczni wiejscy plebani wraz z sekretarzami partii i sołtysami stanowili elitę władzy. Reżimy totalitarne są obrzydliwe zarówno, gdy narzucają obywatelom ateizm jak i kiedy forsują poglądy religijne. Tego cerkiew i katolicyzm jeszcze nie przepracowały umysłowo.

Symptomatyczne jest też, że w momencie wizyty Cyryla I w Polsce, gdy on i jego katoliccy gospodarze mówili wiele słodkich słów pod swoim adresem, a przestrzegali nas wszystkich przed grozą życia w „państwie bez Boga”, w Rosji zapadł wyrok na dziewczyny z punkowej kapeli, które w zimie pozwoliły sobie wejść do cerkwi i odśpiewać swój utwór, w którym proszą Matkę Boga o uwolnienie Rosji od Putina, o którym wtedy mówiło się, że sfałszował wybory. Nawet jeśli uznamy, że wtargnięcie do ośrodka kultu stanowi wybryk i wykroczenie, to wyrok 2 lat obozu i półroczny areszt tymczasowy oznaczają zemstę, a nie sprawiedliwość. Ciekawe, czy Cyrylowi I podoba się ta sprawiedliwość? Pussy Riot zostały skazane za „obrazę uczuć wiernych” i zachowanie „bluźniercze”! Jeśli jeszcze pierwszy człon uzasadnienia jest dość zrozumiały, to uznawanie przez ŚWIECKI sąd czyjegoś zachowania się na „bluźniercze” należy raczej do średniowiecza – jednym z głównych osiągnięć cywilizacyjnych jest prawo DO BLUŹNIENIA, czyli wypowiadania poglądów i okazywania postaw niezgodnych z doktryną religijną jakiejkolwiek religii, również tej dominującej. Czy w ten sposób działają państwa Z BOGIEM, o jakie upominają się biskupi i patriarchowie? My w Polsce też mamy swoje „osiągnięcie” na tym polu – piosenkarka Doda została skazana (wprawdzie tylko na grzywnę 5000 PLN) za wyrażone slangowo przekonanie, że autorzy biblijni nie pisali tekstu Biblii na trzeźwo. Tym samym polska władza sądownicza „ustaliła”, że obowiązującą wersją prawdy w Polsce jest, że Biblię pisano absolutnie na trzeźwo, chociaż skądinąd wiadomo, że w tamtych czasach powszechnie pragnienie gaszono winem raczej niż wodą, i nawet cienkie wino nie było bezalkoholowe. Czyli orzecznictwo w Polsce idzie w podobnym kierunku jak w Rosji, tylko kary trochę mniej drakońskie – wiadomo, w Polsce nawet komunizm był dość rozlazły, to i państwo boże będzie w wersji trochę łagodniejszej. Poza tym rosyjski sąd, który skazał „Pusie” na łagier ma już tradycje w kreowaniu więźniów politycznych – wcześniej skazał na kilkanaście lat obozu Chodorkowskiego ze współpracownikiem, a wspólnym motywem wszystkich tych wyroków jest narażenie się Putinowi. „Pusie” de fakcto nie obrażały doktryny chrześcijańskiej, bo prosiły tylko Matkę Boską o przepędzenie Putina, no chyba że Cerkiew Prawosławna jest tak sprzężona z Rosją, że aktualnie dzierżącego władzę uznaje za emanację boską, tedy kpiny z Putina stanowią obrazę Boga samego i jego Matki. Sąd ten zresztą nie przywykł słuchać semantycznych wywodów obrony czy rozpatrywać dowodów – Chodorkowski z towarzyszem też poszli do łagru w oparciu o sfabrykowane dowody absurdalnych zarzutów. W pseudodemokracjach, czyli dyktaturach, tak bowiem już jest, że dyktatorzy nie mają poczucia humoru ani dystansu do samych siebie. Demonstracje uliczne też źle się kończą dla demonstrujących po niewłaściwej stronie – ci słuszni są elegancko dowożeni autobusami i w ogóle lepiej im się w życiu wiedzie.

Podobno Cerkiew wystąpiła o łagodny wyrok w sprawie krnąbrnych punkowych niewiast i sąd najwidoczniej okazał się łaskawy, skoro nie dał 3 lat, zgodnie z wnioskiem oskarżyciela, a tylko 2 – w końcu powiedzonka: „dwa lata jak dla brata” (czy siostry) i „rok – nie wyrok” mają w Rosji swój praktyczny wydźwięk. Nikomu nie zaszkodzi trafić do tiurmy czy łagru na parę lat. Zastanawiając się nad miłosiedziem w rosyjskim państwie bożym ciekaw jestem tylko, jak to będzie z jezusową doktryną nadstawiania drugiego policzka. Pewnie tak jak Chodorkowskiemu i koledze dorobią jakiś nowy wyrok podczas odbywania pierwszej kary. Może za zgwałcenie strażnika obozowego? Takie diablice to wszystko potrafią.

19.08.2012

Naczelny Antyfacet Rzeczypospolitej Polskiej