Słysząc jak to rodzimi faszyści nawołują do skierowania (Wielce Szanownych!) Pedałów do gazu lub na leczenie nie mogłem powstrzymać się od zgrubnego chociażby wyobrażenia sobie tego w praktyce.

 

Co do gazu, to pomijając znaczenie „wysyłania ich do pracy w gazowni” (bo chyba nie o to tutaj chodzi), to drugie znaczenie pojęcia znane jest już od lat 40 XX wieku i wydaje się, że byłoby to zorganizowane podobnie jak za pana Hitlera, tyle że z większym udziałem komputerów i robotów przemysłowych (do obliczania letalnej dawki gazu, wpuszczania jej do komory i monitoringu skutków przez czujniki ruchu na podczerwień) i oczywiście z pełną troską o ekologię (recyrkulacja zużytego gazu i jego kataliza do nieszkodliwych postaci). Także ewidencja pacjentów i ich szybkie wykrywanie zrewolucjonizowane zostałoby przez wszechogarniającą komputeryzację (poprzez monitoring Internetu używany w Chinach a także GPS).

 

Ciekawym jest też rozważyć leczenie – jakkolwiek nieskuteczne według znanych dotąd (pewnie liberalnych) badań naukowych i obserwacji, myślę sobie, że gdyby nie ograniczałoby się wyłącznie do prania mózgów (pogadanki o atrakcyjności dotykowej kobiet dla zagubionych w swej popędowości chłopców) i obejmowało ćwiczenia praktyczne, to i ja sam chętnie załapałbym się na turnus terapeutyczny albo dwa. Wyobraźmy sobie najpierw ćwiczenia praktyczne z elementów czynności erotycznych jak całowanie: powierzchniowe i głębokie, obejmowanie, głaskanie, miłe słowa, lizanie, i wreszcie ukoronowanie kursu egzaminem/pracą dyplomową pod okiem komisji certyfikacyjnej w postaci odbycia pełnego heteroseksualnego stosunku. Co więcej, aby dowieść stałości i głębokości efektu terapeutycznego, pacjent zmuszony byłby do okazania swej pełnej praktycznej gotowości także wobec partnerek mniej atrakcyjnych wizualnie lub nawet tak czy inaczej odrzucających (np. z bardzo nieświeżym oddechem z powodu zaniedbań dentystycznych, w nieciekawym wieku, osób o mocno niedomytych ciałach tudzież zupełnie niepoddanych typowej dla ciał żeńskich w naszej kulturze obróbce upiększającej). Oczywiście w razie oblania testu końcowego, należałoby zdawać poprawkę, w najcięższych przypadkach zmuszonym będąc do ponownego odbycia kursu (wow!). Trzeba się jednak liczyć z przypadkami nienaprawialnymi i przygotować odpowiednie procedury postępowania z nimi, np. w razie trzykrotnego oblania testu końcowego. Tu można sobie wyobrazić np. przymusową kastrację lub dożywotnią izolację od zdrowej części społeczeństwa – doświadczenia odpowiednich służb zorganizowanych przez pana Hitlera znów mogą okazać się nieocenione.

 

Powstaje jednakże problem, skąd rekrutować osoby żeńskie mające w procedurze prostowania Pedałów być modelami. Mogą to być albo po prostu prostytutki ściągnięte z miasta i zaprzęgnięte przez władze do tego wspaniałego dzieła z potencjalnym skutkiem własnej reedukacji, gdyby poznały przy tym fajnego gościa do poślubienia, albo szlachetne niewiasty pragnące służyć Bogu i ludziom w specjalnie do tego celu założonym zgromadzeniu zakonnym (prostytucja sakralna też znana jest od dawna). I oczywiście dla lesbijek (właściwie: Pedałek) także trzeba by zorganizować podobną instytucję prostowniczą, przy czym i one musiałyby odbyć porządny stosunek z terapeutą/instruktorem, zaś najlepszym lekarstwem dla nich byłaby ciąża – szybkie wprowadzenie w przewidzianą dla nich przez Prawo Naturalne rolę matki. I to od razu Matki Polki, czego nie może o sobie powiedzieć matka żadnej innej narodowości!

 

Czas zająć się przypadkiem takim jak ja. Wprawdzie sam się określam jako buntownik przeciwko ograniczonej męskiej roli płciowej, ale przecież każdy adept śmietnikowej seksuologii wie, że po prostu nienormalny jestem jako mężczyzna – wadliwy, niewydarzony jakiś, i na pewno mam coś nie tak w genach lub hormonach albo w obu tych częściach jestestwa naraz. Przecież gdybym był normalny, to czyż mógłbym mieć jakieś obiekcje odnośnie dożywotniego nakazu spodnio-skarpetowego, nakazu noszenia butów na płaskim obcasie robionych aż w kilku wzorach, tudzież równie dożywotniego zakazu stosowania makijażu upiększającego?! Normalny mężczyzna przecież chce (i nie dopuszcza innej możliwości!) maksymalnie różnić się od kobiet i dzieci, stąd czerpie swoją satysfakcję, poczucie siły, i na tym buduje swą tożsamość, choćby miała być ona głupia i ograniczona. No, a przy okazji, dzięki monopolowi na piękno, kobiety są dla tak ukształtowanego mężczyzny atrakcyjniejsze i dzięki temu ich pozyskiwanie jest trudniejsze, bardziej stresujące, czyli relatywnie droższe. A z kolei dzięki temu do rozrodczości dorwać się mogą ci najbardziej na to zasługujący: twardzi, silni, agresywni, przebojowi wojownicy (jak np. u jeleni po walkach eliminacyjnych), lub przynajmniej pokorne sługi wykreowanych na surrealistyczne bóstwa kobiet i oczarowane przez nie. Dlatego ja też pewnie powinienem złożyć samokrytykę, gdyż słowami swoimi, wyglądem i całym swoim istnieniem podkopuję najwyższą chyba wartość społeczną, a mianowicie męską agresję oraz kobiecy monopol na urodę. Tak więc zaiste jestem winny społeczeństwu samokrytykę i powinna ona brzmieć mniej więcej tak:

 

Staję oto przed Wami, Przeszlachetni Bracia i Siostry, i w najwyższym zawstydzeniu przyznaję się do strasznego grzechu, defektu, który najpewniej sam przewrotny Władca Ciemności we mnie włożył psując moje geny i układ hormonalny w taki to sposób, że miast porządnym być mężczyzną, pokornie i z zadowoleniem noszącym najbardziej dla mnie odpowiednią odzież, ja pozwalam sobie uporczywie łamać ten ze wszech miar słuszny nakaz od Boga poprzez nieogarnionej mądrości wyroki kulturowe pochodzący. Przyznaję się ze zgrozą do najstraszniejszych występków, jakie człowiek popełnić może, a są to:

 

Moje winy długo jeszcze można by wyznawać, wiele bowiem jest szczegółów i okoliczności zwiększających ich społeczną szkodliwość, jak na przykład fakt, że nie ograniczam się jedynie do lękliwego i wstydliwego wychodzenia w zabronionym przybraniu w środku nocy celem wyniesienia śmieci, lecz bezwstydnie kłuję w oczy normalną i zdrową większość społeczeństwa za dnia, rażąc swym wyglądem przypadkowych Bogu ducha winnych przechodniów, których prawo do nie oglądania mnie perfidnie naruszam, by nie wspomnieć o biedakach zmuszonych w ramach stosunku pracy ze mną współpracować, a okazjonalnie podlegających mi na ścieżce urzędowej. Zaiste nie znajduję dla siebie najmniejszego usprawiedliwienia poza tym szatańskim pociągiem do transgresji i wywrotowości wobec społeczeństwa, które w swej od Boga pochodzącej zatem bez myślenia osiąganej mądrości raz na zawsze i najlepiej, jak tylko można role płciowe zdefiniowało. Zatem zwracam się do Was Bracia i Siostry, abyście w swej nieograniczonej mądrości postanowili, co najlepiej ze mną będzie zrobić: czy, aby mnie wyprostować, wystarczy mi spuścić, jak to się mówi, wpierdol, tak po koleżeńsku i po chrześcijańsku, czy zniszczyć jakieś mienie znacznej wartości do mnie należące, czy też poddać mnie terapii-reedukacji albo może dożywotniemu odosobnieniu w odpowiednio przygotowanym obozie, jeśli w swej wielkoduszności zechcecie taki ufundować. Deklaruję, że z największą pokorą i radością każdy werdykt przyjmę i mu się poddam, aby przywrócić mojemu życiu i społecznemu otoczeniu należny im ład i harmonię. Jeśli jednak okaże się, że na Łaskę Wysokiej Kapituły żadną miarą nie zasługuję i żadnych widoków na poprawę nie rokuję, oby dosięgła mnie Karząca Ręka Ludowo-Boskiej Sprawiedliwości.

 

Na kolanach ślęczący i skruchy pełen

Antyfacet

 

Dla pełnego efektu pozostaje jeszcze rozważyć techniczne sposoby realizacji powyższych koncepcji naprawczych. Na pewno przydałaby się terapia elektrowstrząsami, którą można by zorganizować podobnie jak słynny eksperyment Milgrama: otóż w specjalnym ośrodku prowadzono by zajęcia z ubierania się przez kilka godzin dziennie i pacjenci mieliby do dyspozycji dobrane do ich rozmiarów ubrania damskie i męskie.  W razie sięgania po damskie, pacjent otrzymywałby impuls wysokiego napięcia – albo przez elektrody stale do niego podłączone, albo przez metalową siateczkę wplecioną w strukturę ubiorów damskich, co byłoby nawet skuteczniejsze wiążąc doznanie kary nie tyle z sięganiem po ubiór co z posiadaniem go na ciele. Zajęcia odwykowe prowadziliby skini lub kibole, albowiem oni na pewno byliby wolni od fałszywego współczucia przy zwiększaniu mocy prądu, na które przy terapii wymagającej stanowczości nie ma miejsca. Uzupełnieniem terapii byłyby spotkania terapeutyczne Anonimowych Transwestytów prowadzone przez duchownego lub psychoterapeutę, na których pacjenci umacnialiby się w woli noszenia rzeczy męskich i tylko męskich. Nota bene, pacjenci musieliby na wstępie do kuracji przyjąć do wiadomości, że zgodnie z tym, jak społeczeństwo ich postrzega, są transwestytami, czyli ich choroba polega na przebieraniu się za kobiety, zaś jednostki krnąbrne upierające się, że oni  tak się ubierają, bo tak jest ładnie, byłyby kierowane na dodatkowe elektrowstrząsy. Ci nieszczęśliwi chorzy ludzie zrozumieć muszą, że jest się tym, za jakiego otoczenie ich uznaje a nie tym, za kogo sami się uważają. Panowie też stopniowo uczyliby się akceptacji dla swojej śmierdzielności skarpetowej poprzez ręczne pranie skarpet po każdym dniu, przy czym w pierwszych dniach przed zajęciami z prania skarpety byłyby nasycane perfumami, których ilość w trakcie turnusu terapeutycznego stopniowo zmniejszano by do zera. Po zakończeniu takiego cyklu prostowniczego pacjent byłby wypuszczany z zakładu na okres próby, podczas którego miałby na sobie obręcz z nadajnikiem radiowym oraz wbudowanym paralizatorem elektrycznym. Obręcz generowałaby sygnał identyfikacyjny pacjenta, który w razie jego wyjścia na miasto byłby odbierany przez system monitoringu miejskiego, tak że operator kamer od razu przyjrzałby się danemu przechodniowi otrzymując z komputera jego dossier, i w razie stwierdzenia niewłaściwego ubioru, zadawałby impuls elektryczny przywołujący pacjenta do porządku. Ze względu na dobro społeczne można by także rozważyć rozmieszczenie kamer monitorujących pacjenta już w jego domu, albowiem interwencja, gdy jest on już na mieście, może być spóźniona – ktoś może go zobaczyć wcześniej niż operator miejskiej kamery i zgorszyć się. Pacjenci nierokujący poprawy mogliby natomiast otrzymać powyższe urządzenie jako stały implant do organizmu, chyba że taniej i prościej byłoby zamknąć ich w ośrodku koncentracyjnym, gdzie wykonując proste prace w trybie skoszarowanym spłacaliby oni swój dług wobec społeczeństwa.

 

Niestety, nie złożę powyższej samokrytyki: pozostanie ona wyłącznie wirtualna. Jakoś nie uważam, aby poprawny genom i kompozycja hormonalna warunkowały satysfakcję z życia w ograniczonym i paskudnym pakiecie odzieżowo-kosmetycznym w sytuacji, gdy obok mnie funkcjonuje uprzywilejowana kasta robiąca z siebie surrealistyczną piękność i z tego powodu posiadająca przyzwolenie na oszczędzający tryb życia w stylu soft, na rozwijanie swojej hedonistycznej zmysłowości, na wymaganie i otrzymywanie pieszczot, tudzież na figlarne kształtowanie swojego wizerunku. Nie zgodzę się też z odsądzaniem mnie od przynależności płciowej na podstawie stosunku do agresji: lubisz walkę, ryzyko, zadawanie krzywd i bólu, tudzież godzisz się na przyjmowanie obrażeń ciała – jesteś OK. jako mężczyzna, zostaniesz nagrodzony paktem reprodukcyjnym. Jeśli brzydzisz się agresją, walką wręcz  lub nie potrafiłbyś komukolwiek zrobić krzywdy – jesteś mazgajem, ciotą, pedałem itp. Oznaczałoby to, że mężczyzna nie ma prawa do posiadania szlachetnej osobowości, gdyż z reguły musi być gotów łamać wszystkie reguły cywilizowanego życia, gdy tylko pojawi się rywal, zajdzie potrzeba okazania dominacji celem zaimponowania samicy albo dowódca wyda rozkaz. Uznając powyższe za „pakiet męski”, trzeba by dla symetrii wierzyć, że to kobiety reprezentują te szlachetne cechy charakteru dla mężczyzny zabronione, co jednak nie potwierdza się w praktyce, zaś nawet gdyby tak było, oznaczałoby to systemową degradację przez kulturowe sprowadzenie mężczyzn do spełniania tych nikczemniejszych aspektów życia, które skądinąd w postępie cywilizacyjnym staramy się ograniczyć lub wyeliminować. Wreszcie jest sprawa estetyki, higieny i prawa do określonych doznań w życiu: jakim to k… prawem odzież dla jednej kasty płciowej jest tak odmienna i tak odmienne oraz przyjemniejsze doznania dostarcza użytkownikom, że transgresja ze strony kasty wykluczonej z korzystania z tej odzieży grozi załamaniem się porządku społecznego przez odmowę spełniania „swych” funkcji przez tę gorszą kastę? Czy jesteśmy społeczeństwem równych i suwerennych jednostek, czy tylko składnikami inwentarza, które społeczeństwo przez swe instytucje i obyczaj ustawia tam, gdzie mu się podoba i według swojego uznania używa? I jakie alternatywne formy ubioru ma mężczyzna w podobno liberalnej i otwarto-umysłowej kulturze Zachodu, jeśli wskutek swoich zastrzeżeń estetycznych, sensorycznych lub chociażby ciekawości i zazdrości wobec kasty uprzywilejowanej postanowi odrzucić wygląd kulturowo mu nakazany? Jeżeli jedynym rozwiązaniem miałoby być chirurgiczne wykonanie imitacji żeńskich narządów płciowych wraz z pozbawieniem ich ich rozrodczej funkcjonalności i metrykalną zmianą w dokumentach – to czyż nie żyjemy przypadkiem w społeczeństwie wariatów?! Z absolutnie każdym składnikiem społecznego stereotypu męskiej roli płciowej można się nie zgodzić z powodów rozumowych: etycznych, estetycznych i higienicznych – jak więc można bredzić, że obrzydzenie dla tych kulturowych form jest defektem męskości, niezgodą na płeć, itp. i to w sytuacji gdy samice od dawna już nie są istotkami uczuciowymi, delikatnymi i opiekuńczymi wobec wszystkiego, co żyje, choć dalej swym wyglądem imitują posiadanie takich cech? To one raczej powinny w paramundurowych ubraniach chodzić a nie strugać kogoś, kim zupełnie nie są.

 

Dlatego nie spodziewajcie się samokrytyki z mojej strony – raczej czegoś wprost przeciwnego: nasilenia moich działań buntowniczych. Tak to dziwnie jest, że aby być facetem, wystarczy być dupkiem, natomiast aby być antyfacetem, mięczakiem, lalusiem – to dopiero trzeba mieć jaja, czego sobie i wszystkim myślącym życzy

 

Naczelny Antyfacet Rzeczypospolitej Polskiej