3Powrót (Teksty)

Profesor XIX-wieczny

W „UważamRze” pojawił się wywiad Anny Herbich z prof. Zbigniewem Lwem-Starowiczem, naczelnym seksuologiem-celebytą Rzeczpospolitej Polskiej, którego opiniami o niemal wszystkich sprawach związanych z płcią media lubią okraszać swe materiały. Tekst można jeszcze podziwiać: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Co-sie-stalo-z-facetami,wid,14304783,wiadomosc.html?ticaid=1e13a

Czas zastanowić się, czy status pana profesora nie jest przypadkiem przeszacowany – moim zdaniem poglądy, jakie w tym wywiadzie wyraża należą raczej do XIX niż XXI wieku. Pan Lew-Starowicz jest często zatrudniany jako sądowy biegły, zatem od jego opinii zależą losy podsądnych. Przy jego archaicznym poczuciu normy może się to okazać niebezpieczne.

Tematem rozmowy jest status współczesnych mężczyzn. Odpowiadając na pozornie prowokacyjne pytania dziennikarki pan profesor ubolewa nad ich „zniewieścieniem”i uzasadnia to obszernie takim stekiem bzdur, że wręcz nie wiadomo od czego zacząć przy próbie ich skontrowania.

Zacznijmy od tego lamentu nad samym „zniewieścieniem” – najwidoczniej nabywanie cech żeńskich jest jakoś dla mężczyzn degradujące, co z kolei oznaczałoby jakąś gorszą formę człowieczeństwa reprezentowaną przez istoty żeńskie, skoro nie należy z nich brać wzorów. Ale może implikacja przeze mnie przeprowadzona jest fałszywa: pan profesor wielbi kobiety i kobiecość, ale tylko w wykonaniu organizmów żeńskich, czyli tych „z natury” przeznaczonych do odgrywania roli kobiety? A odgrywanie roli kobiety? To spełnianie się na „właściwych” dla niej obszarach – przypuszczam, że zgodnie z kościelnym wyobrażeniem tzw. „geniuszu kobiety”. Pozostaje zastanowić się, na czym, poza biologicznie bezspornymi funkcjami, miałyby polegać te „właściwe” dla poszczególnych płci role? Czy kobieta inżynier, żołnierka, policjantka albo zarządzająca korporacją business woman jest w porządku, czy powinna co najwyżej być pielęgniarką, sekretarką, bibliotekarką, a przez większość życia – gospodynią domową? Czy mężczyzna przedszkolanin, pielęgniarz, kosmetolog czy sekretarz przestaje być mężczyzną? Tego pan profesor nie mówi, lecz ubolewa, iż ojciec już nie jest niekwestionowaną głową rodziny a partnerem kobiet, który ma podobnie do nich uczuciowo podchodzić do życia, co najwidoczniej jest szkodliwe. Zatem upadek patriarchalnego modelu rodziny jest jednym z ważniejszych powodów zaniku tej wspaniałej męskości znanej z czasów społeczeństwa łowiecko-zbieraczego. A co ponadto?

Mówi pan profesor:

To w dużej mierze wynik bezstresowego i łagodnego wychowania. Niwelowania przez rodziców wszelkich przeszkód stojących na drodze ich synów. Dzisiejsi mężczyźni są w rezultacie mniej odporni na stres, za to przesadnie dbają o swoją powierzchowność. Ich ciało staje się dla nich obiektem kultu. Przyglądają się każdej nowej zmarszczce na twarzy i fałdce na ciele.”

Ciekawe jest to pojęcie bezstresowego wychowania: czy oznacza brak bicia przez srogiego i gburowatego ojca za urojone przewinienia, czy może brak sygnałów wychowawczych o nieakceptowanych czynach, albo może brak obowiązków stawianych dziecku? Warto sprecyzować, albowiem w szeregu krajów bicie dzieci jest już karalne, a istnieją inne sposoby wychowawczego przekazywania dezaprobaty dla nagannych czynów dziecka. Nie wiem też, gdzie pan profesor widzi ten destrukcyjny brak stresu. Patrząc na swoje dzieciństwo oraz na współczesnych studentów, wcale bym nie powiedział, iżby ich życie było bezstresowe. Pan profesor chyba nic nie wie o stresach w związku ze zdawaniem kolejnych egzaminów do szkół, wśród których pojawił się dodatkowy szczebel – gimnazjum. Zapewne nie wie też o funkcjonowaniu dzieci w ramach grup rówieśniczych, gdzie trzeba się licytować, walczyć o pozycję, mając nierzadko rodziców finansowo niezbyt zasobnych i nie mogąc mieć wszystkich gadżetów wymaganych w towarzystwie? A agresja nastolatków i bezradność wobec niej nauczycieli, organów ścigania, rodziców – czyż nie jest to niezłe źródło stresu? A choroby, wypadki i śmierć bliskich lub domowych zwierząt? Dzieci zapadają przecież na depresję, a nawet popełniają samobójstwa, więc chyba nie jest z tym stresem źle…Oczywiście w porównaniu z wojną czy urodzeniem się w obozie koncentracyjnym stresy te są znikome, ale czy należy nad tym ubolewać?

Z tym żalem z tytułu braku wojny od dłuższego czasu coś "jest na rzeczy":

Również harcerstwo – które pobudza rozwój klasycznych męskich cech – nie jest obecnie tak popularne jak niegdyś. Nie ma wreszcie już obowiązkowej służby wojskowej. Tradycyjny świat mężczyzn powoli zanika.”

Najwidoczniej panu profesorowi podobało się, gdy wyłącznie na podstawie stwierdzenia przy urodzeniu genitaliów męskich osobnik był automatycznie wcielany do niewolniczego wojska z poboru, gdzie przez 2-3 lata doznawał „utwardzającego” traktowania: przez łamanie własnej woli ze strony wydających rozkazy dowódców i chamskich towarzyszy wojskowej niedoli – falowych „dziadków”. Niektórzy tego nie przeżywali i wracali w trumnie – ale może dla pana profesora był to dobry, darwinistyczny, mechanizm selekcyjny: wrażliwsi, bardziej psychologicznie skomplikowani powinni zginąć i nie przekazywać swych genów potomności?

Teraz wprawdzie Polska należy do militarnego paktu głównych cywilizowanych państw świata i ma profesjonalną armię, w której dobrowolnie służą zarówno mężczyźni jak i kobiety, lecz wizja militarnej słabości z powodu „zniewieścienia” mężczyzn pozostaje. Pani reporter (dlaczego nie w domu: w kuchni i przy dzieciach?) pyta:

A co by było, gdyby nagle wybuchła wojna? Czy mężczyźni, o których mówimy – dbający o paznokcie i wklepujący kremy przeciwzmarszczkowe – potrafiliby walczyć za ojczyznę?”

i otrzymuje odpowiedź:

(śmiech) Dobre pytanie. Na pewno bitni są kibice piłkarscy – ci na pewno by sobie poradzili na wojnie. Natomiast czy zniewieściali mężczyźni, o których mówimy, wytrzymaliby w okopach? Obawiam się, że byłoby z nimi krucho. Byłoby im niezwykle trudno odnaleźć się w wojennej rzeczywistości. (…), wojna nadal wiąże się ze strzelaniem i walką. Wymaga olbrzymiej wytrzymałości, odwagi i twardości charakteru. W jej brutalnych realiach taki zniewieściały mężczyzna z warszawskiego Nowego Światu raczej by się nie odnalazł.”

Zatem, jak w polityce Jarosława Kaczyńskiego, nadzieją Polski są kibole – oni uwielbiają bić się i bić innych, więc są jedynymi, którzy w okopach daliby radę. Z kolei ci mężczyźni z zadbanymi paznokciami i wklepanymi kremami przeciwzmarszczkowymi załamaliby się. Jednym słowem, według pana profesora trzeba hodować pewną kastę ludności, która będzie ćwiczona do życia w kosmetycznym prymitywie i przygotowywana do poniewierki w okopach, gdzie nie ma łazienki i nawet zębów przed pójściem spać nie można umyć, a po paru dniach niemycia się człowiek śmierdzi. I materiałem do hodowli takich osobników mają być ci z męskimi genitaliami. Pojawia się obawa o los Polski, ale i dziennikarska prowokacja:

Źle to wróży Polsce. Ale może z drugiej strony to dobrze? To przecież cywilizacja pierwotnych samców doprowadziła do dwóch wojen światowych i Holocaustu. Może gdy mężczyźni zniewieścieją, świat będzie nieco spokojniejszym miejscem?”

Gdyby tylko od tego zależał pokój na świecie, chętnie bym pani teorii przyklasnął. Ale zagrożenia mogą przecież przyjść spoza Unii Europejskiej. Z krajów, w których trendy cywilizacyjne, o jakich mowa, nie występują. Tam mężczyźni są nadal mężczyznami. (…) Zresztą przyczyną wybuchu I i II wojny światowej nie była wcale nadmiernie rozbudowana męskość, tylko szaleństwo. A szaleństwo może pojawić się w każdym mężczyźnie.

Nawet w zniewieściałym?

(śmiech) Zniewieściały szaleniec rzeczywiście nic złego raczej nikomu nie zrobi.”

W tej wymianie zdań chyba zawiodła pana profesora logika: najpierw upatruje przyczyn wojen w szaleństwie jednostek, a nie w hipermęskości kulturowo wyćwiczonej u samców, lecz za chwilę przyznaje, że „zniewieściały” szaleniec jednak nie byłby groźny. Zatem nasuwa się wniosek, że męskie wzorce zachowania i prowadzenia polityki prowadzą jednak do wojen i to ci napakowani męskością szaleńcy dopuszczają się okropności. Dalszy wniosek jest taki, że skoro już muszą zdarzać się szaleńcy, to lepiej, by byli oni tego „zniewieściałego” typu – jednakowoż moja pochwała takich nieszkodliwych szaleńców wynikać może z mojego antyfacetowskiego defektu, w ramach którego odrzucam męską rolę płciową. Pan profesor najwidoczniej tęskni za szaleńcami, którzy będą w stanie komuś zrobić coś złego, bo ci „zniewieściali” są pod tym względem do niczego. Tu już się z panem profesorem nie zgadzam, podobnie jak z jego tezą o braku propagandy twardego mężczyzny w totalitarnych reżimach w rodzaju hitlerowskiego – niektórzy jednak nie widzą rzeczy oczywistych…

Współczesny mężczyzna jest więc „zagubiony”, a pan profesor podaje wyjaśnienie źródła tej patologii:

Mężczyźni czują też lęk przed kobietami. Lęk przed zaangażowaniem uczuciowym. Boją się kobiecych wymagań. W przeszłości to zjawisko było bardzo rzadko spotykane.”

oraz:

problemy z identyfikacją płciową”.

Zacznijmy od lęku przed kobietami: znów boli pana profesora upadek patriarchatu i emancypacja kobiet, które przestały być zależnymi od mężczyzny sierotkami i otwarcie formułują swoje oczekiwania oraz swobodnie wymieniają partnerów –  przy ich kompetencjach i finansowej niezależności zamknięcie związku i rozpoczęcie nowego nie oznacza dla nich żadnej życiowej katastrofy. Czyli dawne czasy, z kobietą zależną od swojego ślubnego mężczyzny były lepsze – nie trzeba było się kobiety bać, bo nic nie mogła zrobić. Przykładowo, pan małżonek mógł sobie mieć krocie romansów na boku, a żona bez zawodu i z mentalnością uległej laleczki siedziała cicho, bo cóż zrobiłaby, gdyby On postanowił się rozwieść? Jakże stawiać jakieś wymagania, gdy się jest istotą totalnie zależną? Druga sprawa to żal nad utratą „identyfikacji płciowej”. Tu potykamy się o jakiś seksuologiczny dogmat, według którego dobrze zrobiony człowiek musi mieć odpowiednią tożsamość płciową, która w naszej kulturze rozkłada się jedynie na dwa topornie zdefiniowane bieguny: męskość i żeńskość. Faktem jest, że pod względem biologicznym najczęściej powstają organizmy o wyłącznie męskich lub żeńskich genitaliach, ale już pod względem chromosomalnym istnieje szereg typów niejednoznacznych, a pod względem psychicznym po prostu nieskończone kontinuum różnych ludzkich osobowości. Obsesyjne wymuszanie, aby każdy dał się psychicznie zidentyfikować wyłącznie jako członek kasty „mężczyzn” lub „kobiet” to gwałt i redukcja podobna do rzutu przestrzennej figury na jedną z dwóch prostopadłych płaszczyzn. Pan profesor najwidoczniej uważa biblijny mit założycielski naszej kultury za obiektywną podstawę rozstrzygnięć naukowych, ignorując istnienie innych kultur, gdzie lepiej lub gorzej stwarza się możliwość istnienia ludziom o tożsamości leżącej pomiędzy rolami płciowymi „k” lub „m” albo wręcz na krzyż (chociażby fa'afafine na Samoa albo Zaprzysiężone Dziewice w Albanii). Jak na utytułowanego naukowca jest to dość zawężony horyzont. Postawa tego-który-wie, jaka jest „właściwa” tożsamość płciowa to dowód niesłychanej arogancji wobec skomplikowanej natury ludzkiej.

Profesor Lew-Starowicz ubolewa nad brakiem wzorców twardego mężczyzny również w naszej obecnej kulturze, lecz chyba mija się z rzeczywistością – wystarczy popatrzeć na filmowe produkty kultury masowej, gdzie aż roi się od Chucków Norrisów, Schwarzeneggerów czy Seagalów i kreowanych przez nich niezniszczalnych postaci, przez porównywanie się z którymi łatwo nabawić się kompleksów. Warto też popatrzeć na zwykłe produkty medialne w postaci prezentacji wiadomości i publicystyki, a okaże się, że są tam wyłącznie ludzie wystylizowani na czyste kukiełki stereotypowej zachodniej płciowości i nikogo niejednoznacznego płciowo się nie uświadczy, może z wyjątkiem programów kabaretowych, gdzie takie postaci są pośmiewiskiem. Pan profesor powinien więc być zadowolony z serwowanych w mediach wzorców, a jednocześnie powinien zastanowić się, dlaczego, choć powoli i wbrew oporom prawicowych nienawistników, życie idzie w inną stronę.



Pod adresem kulturowego przedstawiania prawdziwych mężczyzn pan profesor seksuologii ma żal, że:

Bezpodstawnie przypisuje im brak wrażliwości i uczuciowości. Tradycyjni mężczyźni są po prostu w tych kwestiach powściągliwi. Nie są wcale mniej uczuciowi od innych, tych zniewieściałych. Zniewieściali po prostu okazują swoje uczucia aż do przesady.”

Ciekawe, ile okazywania uczuć jest „do przesady”, a ile w sam raz, żeby wciąż uchodzić za udanego mężczyznę? Wymagania stawiane twardym mężczyznom i nakaz „powściągliwego” okazywania uczuć prowadzą do szczególnie ostrego przebiegu depresji u mężczyzn – dobrze byłoby poczytać prace innego profesora, Dariusza Galasińskiego. Dlatego dla lepszej higieny psychicznej lepiej już być tym „zniewieściałym” i okazującym uczucia „aż do przesady” – tak, jak to robią kobiety. I żyją dłużej.

Najbardziej jednak ubolewa pan profesor nad unisexem w modzie – demunduryzacją mężczyzn i ich kosmetycznym wysubtelnieniem. Jak wiemy, nadmiar kosmetyki u mężczyzn obniża obronność kraju, a według pana profesora strojenie i kosmetyczna obróbka powinny także zacząć być odrzucane przez kobiety, gdy tylko przeminie ta zła moda. Osobiście nie wiem, co atrakcyjnego mogłoby być w topornym, masywnym i może niedomytym twardzielu, ale pan profesor zna dogłębnie kobiety i ich upodobania, nieprawdaż? Najlepiej mężczyźnie przystoją sorty mundurowe i ich cywilny odpowiednik, czyli garnitur, ciasno dociągnięty krawat i koszula z kołnierzem, i wszystko w odpowiednio burych kolorach i z odpowiednio ciężkich tkanin, żeby odróżniało się od ubiorów żeńskich. Idei odejścia od spodni i prymitywnych butów zawsze na płaskim obcasie pan profesor w ogóle nie rozważa. Co ciekawe, pan profesor dogłębnie zbadał źródło tego psucia męskiej mody w kierunku urozmaicenia form: przytakuje za panią dziennikarką, że to homoseksualiści w roli kreatorów mody nam to zrobili. Rysuje się zatem ukryte w tle wywodu skojarzenie: „geje są niemęscy”, a także grozę budzące "lobby homoseksualne", dybiące na rodzinę i seksualną poprawność społeczeństwa, co na pewno sprowadzi demograficzną katastrofę, gdy popęd samców ku samicom zaniknie... Tu po prostu opadają ręce. Czy, aby według pana profesora być mężczyzną, należy z upodobaniem ubierać ponure, sztywne i ograniczone co do wzorów ubrania, których symbolika jest militarna lub sportowa, czyli paramilitarna, i nie używać kosmetyków, a jedynie podstawowych środków czystości? Przydałaby się lista specyfików zakazanych – skądinąd tam, gdzie wciąż są prawdziwi mężczyźni, w krajach arabskich, praktykuje się chociażby barwienie henną, co znów prowadzi do niejednoznaczności w etykietowaniu kulturowych produktów jako „męskie” i „niemęskie”. Gdy się tak słucha tego wywodu pana Lwa-Starowicza, a jest się mimo płci męskiej człowiekiem o rozbudowanej wyobraźni, trzeba skonstatować, iż bycie mężczyzną to styl bycia ciężki i nieprzyjemny, do którego jednostki trzeba przymuszać, bo w ramach życia „po męsku” stale trzeba zmagać się z wysoko postawionymi wymaganiami, których zasadność jest wątpliwa. Zatem lepiej jest nie być mężczyzną, a za to żyć pełnią życia, czego nauczyć się możemy od tzw. kobiet, których społeczna rola też wprawdzie ma swoje mielizny, lecz ogólnie skrojona jest mądrzej i generuje znacznie więcej możliwości otrzymywania przyjemnych doznań.

Pozostaje krótko podsumować intelektualną formację pana profesora: pakiet poglądów, które wygłosił to katechizm SEKSIZMU – przekonania, że w zależności od posiadanych organów płciowych człowiek musi realizować się w ściśle określonej społecznej roli. Główny medialny seksuolog kraju nie zauważa wszakże, że w odniesieniu do żeńskiej roli płciowej większość krępujących jednostkę nakazów i zakazów już padła, a tylko w odniesieniu do biologicznych samców wciąż panują archaiczne rygory, coraz bardziej sprzeczne z wymogami prawdziwego codziennego życia, w którym chociażby agresja stanowi przestępstwo i stanowiące naruszenie praw ludzkich. Pan profesor najwidoczniej przegapił inny ważny trend cywilizacyjny – UPODMIOTOWIENIE CZŁOWIEKA. Ludzie obecnie sami wolą decydować o (nomen omen!) SWOJEJ WŁASNEJ tożsamości, więc nie są już tak chętni, by składano im ją ze społecznych prefabrykatów, do których należą składniki stereotypowych ról płciowych. Tak jak nie da się zagonić kobiet do XIX-wiecznej podległości, tak i mężczyźni zaczęli wyłamywać się spod nałożonych na nich więzów. Chciałbym, aby profesor Lew-Starowicz został skonfrontowany z faktem, że istnieję Ja – samozwańczy Antyfacet Rzeczpospolitej Polskiej, i by musiał się tym pomartwić, bo w pełni na to zasługuje. Chętnie bym też poznał, co luminarz seksuologii ma do powiedzenia na mój temat: czy może zechciałby mnie „leczyć”, jak zdefiniowałby jednostkę chorobową, no i jakie „leczenie” by to było: lobotomia szpikulcami? elektrowstrząsy (gdy sięgam po spódnicę, rajstopy czy buty na obcasie) w klinice ze skinami w roli sanitariuszy? Psychotropy? Albo po prostu zwykłe, chuligańskie, bicie? Nie zdziwiłbym się niczym…