3Powrót (Teksty)

MODERNIZACJA

(CZYLI CYKL TEKSTÓW CIEKAWYCH)

Miłośnik herbaty

Wstęp-komentarz Antyfaceta


Sprawiedliwość to podstawa

Nie ma chyba fajniejszej chwili niż ta, kiedy przepiękna lipcowa pogoda za oknem rozbudza wyobraźnię, a na biurku leży podpisany przez szefową wniosek urlopowy. Uskrzydlony wizją dwóch tygodni urlopu do ostatniej chwili wykorzystywałem czas pracy, żeby wszystkie służbowe sprawy dopiąć na ostatni guzik. Ostatnie dni w pracy przed moim urlopem były bardzo upalne i jako jedynej osobie płci męskiej w wydziale przyszło mi się męczyć w półbutach i szmacianych skarpeciskach. Tymczasem moje koleżanki chodziły sobie w przewiewnych sandałkach, klapeczkach lub bucikach z odkrytymi palcami i piętami, a w dodatku bez żadnych kolanówek czy rajstop. No i oczywiście w idealnych na tę porę roku spódniczkach lub sukienkach.

Ja i tak okazałem się postępowy, jak na mój zakład pracy i w upalne dni chodziłem w koszuli z krótkim rękawkiem. Większość mężczyzn chodziła w garniturach lub w dżinsach i marynarkach. Okrutna niesprawiedliwość – pomyślałem. Poczułem się, jak kulturowy niewolnik, jak obywatel drugiej kategorii. Wyjątkowo zbulwersowała mnie wówczas wypowiedź jednej pani obsługującej sekretariat w innym wydziale. W czasie krótkiej rozmowy, podczas składania przeze mnie pisma, o tym jaką mamy pogodę, powiedziała że jej szef mimo upału trzyma fason i chodzi w garniturze. Celem uzupełnienia dodam, że ona siedziała sobie w sandałkach, spódniczce i bluzce z krótkim rękawkiem. We mnie natomiast sposób ubioru jej szefa nie wzbudził żadnego podziwu, ani szacunku, jako zupełnie nieadekwatny do pogody. Ciekawe, czy po ośmiu godzinach będzie świeży i pachnący – pomyślałem, pomijając już zupełnie samopoczucie i komfort pracy.

Obserwacje poczynione wówczas w biurowym klimacie, pozwoliły mi na stwierdzenie, że w wolnym demokratycznym kraju osoby płci męskiej są niewolnikami uwięzionymi w kulturowych strojach, butach i idiotycznych „normach”. Wracając do mojego pokoju pomyślałem, że w czasie urlopu wyzwolę się chociaż trochę z absurdalnych „kanonów modowych”.

Kilka dni wcześniej, kiedy nie było jeszcze tak gorąco, moja szefowa przyszła do pracy w czółenkach i kolanówkach. Następnego dnia przy porannej kawie opowiadała, że po południu, jak wracała z pracy zrobiło się tak gorąco, że zdjęła sobie kolanówki. Słuchałem tego z wielkim bólem, bo miałem na sobie kulturowe skarpeciska i wiązane półbuty, w których jest dużo bardziej gorąco niż w czółenkach i kolanówkach. I gdzie tu sprawiedliwość, gdzie tu równouprawnienie? Po porannej kawie wróciłem do swojego pokoju i „gotowałem” się przy biurku, a moja koleżanka miała na nogach wygodne i przewiewne letnie buciki na koturnie, z miękką wyściółką w środku, które na dodatek bardzo zachwalała. Utwierdziłem się wtedy w przekonaniu, że najwyższy czas na zmiany i praktyczne zastosowanie przepisu Konstytucji o równouprawnieniu.

W czasie upalnych dni poprzedzających mój urlop, myślałem o wdrożeniu koncepcji zmiany butów po pracy na moje klapki drewniaczki, żeby przynajmniej w czasie podróży tramwajem z pracy do domu było przewiewnie i wygodnie. Jednakże z uwagi na problem logistyczny, związany z brakiem odpowiedniego miejsca na zmianę butów, pomysł nie został wówczas zrealizowany.

Tymczasem nadeszła upragniona chwila początku urlopu. Wszystkie sprawy, zgodnie z planem, udało mi się dopiąć na ostatni guzik, więc miałem idealne warunki do odpoczynku, a do tego piękną pogodę. Najbardziej cieszyła mnie myśl o pierwszych czterech dniach urlopu, zaplanowanych jako czas tylko dla mnie. Czekał na mnie zarezerwowany pokój w Świnoujściu i wykupiony bilet wraz z miejscem do leżenia w jednym z pociągów jadących z południa Polski na wyspę Wolin.

Po powrocie z pracy do domu spakowałem do plecaka przygotowane wcześniej rzeczy. Honorowe miejsce zajęły w nim moje drewniaczki na szerokim obcasie, kupione niedawno we Wrocławiu, gdzie miałem przyjemność przesiadać się w czasie podróży do Świeradowa Zdroju. Założenie tych kontrkulturowych butów w domu przed wyjściem na dworzec nie wchodziło w grę z uwagi na domowników przywiązanych do „konwenansów i norm”. Tak na marginesie moje drewniaki od czasu powrotu ze Świeradowa Zdroju leżały w zamkniętej na patentowy zamek szafce w pracy. Och, ciężkie są początki kontrkulturowca i przekraczanie kolejnych barier i zapór na drodze do wolności. Po spakowaniu wszystkich rzeczy zafundowałem sobie kąpiel i zjadłem kolację. Następnie posprawdzałem, czy mam przy sobie wszystkie potrzebne dokumenty, pożegnałem z rodziną i tramwajem pojechałem  na dworzec. Ponieważ podróż odbywałem w wagonie z miejscami do leżenia, więc nie było sensu przebierania butów na kontrkulturowe. W przedziale miałem bardzo miłe towarzystwo. Jechało między innymi młode małżeństwo oraz pani i pan w średnim wieku. Tak więc początek podróży spędziłem na rozmowach o polityce, gospodarce i rozkładzie jazdy pociągów. Mniej więcej za Zdzieszowicami mój organizm zapragnął snu, więc mówiąc moim współtowarzyszom podróży dobranoc, wszedłem na moją leżankę, zdjąłem skarpeciska, schowałem je do plecaka i przytulając głowę do poduszki pogrążyłem się we śnie:) Obudziłem się nad ranem gdzieś między Krzyżem a Szczecinem. Później zjadłem śniadanie i delektowałem widokami za oknem. Podróż upływała miło i spokojnie. Przed Świnoujściem wyjąłem z plecaka moje klapki i spakowałem półbuty. Moi współpasażerowie w ogóle nie zwracali na to specjalnej uwagi. Jak widać są ludzie, którzy nie wtrącają się w nie swoje sprawy i jest ich całkiem sporo.

Po przyjeździe na miejsce poszedłem na prom, przepłynąłem na drugą stronę, a następnie spacerkiem udałem się do pensjonatu. Teraz czułem się wolno i swobodnie. Po uregulowaniu formalności zmieniłem spodnie na krótkie i delektując się słoneczną pogodą poszedłem na plażę. Praktycznie przez cały czas pobytu w Świnoujściu chodziłem tylko w klapkach drewniaczkach, za wyjątkiem plaży gdzie śmigałem boso:) Oddalone o kilkaset kilometrów miasto dawało mi poczucie anonimowości, dzięki czemu mogłem „oswoić” się z kontrkulturowymi butami, testując reakcję innych osób i cieszyć się wolnością. Muszę przyznać, że nie spotkałem się z żadnymi krytycznymi uwagami. Raz tylko podczas spaceru promenadą usłyszałem jakiś śmiech za plecami, ale nawet się nie odwracałem. Po pewnym czasie zupełnie zapomina się o tym, że ma się na sobie kontrkulturowe buty. Przypomina o tym jedynie miły ciepły wiatr owiewający stopy. Jest to wspaniałe uczucie lekkości i kontaktu z naturą, w przeciwieństwie do katowania się w upał półbutami, szmacianymi skarpetami i długimi spodniami. Obcasik powoduje, że stopy wyglądają bardzo subtelnie, a nie topornie i słoniowato. Poza tym drewniaczki są bardzo wygodne – odpowiednio wyprofilowane i z naturalnych materiałów, tylko drewno i skóra. Ciężar rozkłada się na całej stopie i nie odczuwa się zmęczenia.

Niestety, czas pobytu w Świnoujściu upływał bardzo szybko. Ciężko było mi się rozstać z wolnością. Trafne jest tutaj powiedzenie: apetyt rośnie w miarę jedzenia. Rozważałem różne koncepcje wdrożenia klapek do codziennej, jawnej eksploatacji, lecz doszedłem do wniosku, że nie czuję się jeszcze na siłach.

Podróż powrotną w całości odbyłem w drewniakach. Tym razem jechałem w wagonie z miejscami do siedzenia w 1 klasie. Moimi współpasażerami było małżeństwo w średnim wieku. Kobieta też w klapkach, adekwatnie do pogody, a jej mąż ubrany „regulaminowo”, czyli dżinsy, skarpety i adidasy. Najgorszy możliwy strój i wyjątkowo nieprzyjemny zapach, jak się te adidasy zdejmie, co niestety nastąpiło po pewnym czasie:( Nie wiem co osoby płci męskiej widzą fajnego w tak topornym, nieestetycznym i niehigienicznym stylu ubierania się.

Rano, między stacjami Chorzów Batory i Katowice założyłem skarpety oraz „kulturowe” obuwie i spakowałem do plecaka klapki, które tak dobrze mi służyły przez ostatnie kilka dni.

Po powrocie do domu pozostały schowane w plecaku. Jednak już wkrótce odegrały istotną rolę w czasie zakupu materiałów potrzebnych do remontu łazienki. Otóż cała logistyka związana z remontem opierała się głównie na mojej osobie. Jeździłem do sklepów budowlanych i zamawiałem niezbędne materiały, natomiast drobne rzeczy przywoziłem samodzielnie korzystając ze środków komunikacji miejskiej. Doszedłem do wniosku, iż bezsensowne jest męczenie się w półbutach. Przyzwyczajony do nadmorskiego komfortu postanowiłem, że będę wychodził w półbutach, natomiast klapki schowam w torbie na zakupy i przebiorę na skwerku nieopodal przystanku tramwajowego. Tak też robiłem podczas prawie każdej wyprawy do sklepów budowlanych. Wydłużało to wyjazd na zakupy, gdyż potrzebny był czas na przebieranie butów, ale był za to komfort i przewiew. Podczas wypraw po gładzie, farby, zawory, kolanka, itp., spotkałem się na przystanku z nieprzyjaznymi spojrzeniami osobników preferujących dresy i adidasy, a raz z charakterystycznym dla tego typu osób stwierdzeniem, cytuję: „ja pie...”. Nie zrobiło to jednak na mnie żadnego wrażenia i ciesząc się wygodą po prostu wsiadłem do tramwaju i pojechałem w kierunku sklepu. Takich typków ignoruję z założenia od wielu lat, kiedy nawet jeszcze nie wiedziałem, że można wzbogacać swój tabor obuwniczy o egzemplarze na obcasach.

Po zakończeniu urlopu moje klapki nie wróciły już do schowka w pracy, lecz znalazły miejsce w podręcznej torbie, którą zawsze mam przy sobie. Latem 2011 roku służyły mi jeszcze wielokrotnie podczas weekendowych wycieczek za miasto lub popołudniowych wypraw do parku.

Cały czas myślałem jednak, jak wdrożyć kontrkulturowe buty do codziennej, jawnej eksploatacji. Na ten przełomowy moment czekałem jeszcze prawie rok. Oczywiście wrażeniami z tej ważnej, przełomowej chwili podzielę się z Czytelnikami w następnym odcinku.

 

Miłośnik herbaty