3Powrót (Teksty)

MODERNIZACJA

(CZYLI CYKL TEKSTÓW CIEKAWYCH)

Miłośnik herbaty

Wstęp-komentarz Antyfaceta


Równouprawnienie w pracy

Lato 2012 roku było okresem, kiedy zostałem oddelegowany do pracy w innym wydziale urzędu. Uznałem, że jest to właściwy czas na realizację kolejnego etapu przełamywania stereotypów. W upalne letnie dni chodzenie w półbutach i skarpeciskach dawało się człowiekowi we znaki. Dlatego też postanowiłem wybrać się do pracy w wygodnych, odkrytych klapkach drewniaczkach, bez skarpet. Z moich obserwacji wynika, że zdecydowana większość kobiet w upalne letnie dni przychodzi do pracy w odkrytych bucikach – klapkach lub sandałkach noszonych na boso oraz w przewiewnych spódniczkach lub sukienkach. Ja okazałem się jedynym mężczyzną, który przyszedł do pracy w odkrytych klapkach i bez skarpet. Miałem pewne obawy, jak zostanie to skomentowane. Nikt jednak nie zwrócił mi uwagi, ani niczego nie komentował.



Doszedłem wtedy do wniosku, że mężczyźni są po prostu tak zamknięci w anachronicznych stereotypach, że nawet jak jest 35-stopniowy upał, to i tak zakładają do pracy skarpety i półbuty, w przeciwieństwie do swoich koleżanek, które ubierają się odpowiednio do pogody. Ten anachroniczny, ciemnogrodzki stereotyp, polegający na szczelnym ubieraniu się mężczyzn i zakrywaniu nóg, jest tak samo śmieszny i dyskryminujący, jak ten, wedle którego dla panów są czarne parasole, a dla pań kolorowe.



Kiedy skończyła się letnia pogoda i poszedłem do pracy w garniturze, spotkałem się
z reakcją mojej tymczasowej szefowej. Otóż skomentowała to tak: „no, wczoraj jeszcze w klapkach, a dzisiaj elegancki w garniturze”. Dodam, iż podczas upalnych dni sama również chodziła w sandałkach na boso oraz w przewiewnej spódnicy i bluzce. Często odnoszę wrażenie, że niektóre kobiety chcą sprowadzić mężczyzn do roli modowych niewolników, uwięzionych w garniakach – karniakach, grubaśnych skarpeciskach i zawiązywanych półbutach, a w sytuacjach nieoficjalnych w dżinsach i adidasach. Najgorsze jest to, że strażnikami są sami mężczyźni, którzy nie dostrzegają problemu, bo od dziecka byli wychowywani w duchu „czarnego parasola” i nawet nie pomyślą o tym, że można ubrać się odpowiednio do pogody i to nawet w sytuacjach oficjalnych.



Reasumując, przez kilka gorących letnich dni chodziłem do pracy w ładnych letnich bucikach na boso i próbę tę zaliczam do udanych. Było to kolejne pozytywne doświadczenie na gruncie przełamywania „utartego porządku”.



Kilka tygodni później w zakładzie pracy zaszły poważne zmiany, które „zaowocowały” tym, że ze względów ambicjonalnych rozstałem się z tą firmą. Jednak, jak głosi znane powiedzenie, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Miałem wtedy więcej czasu dla siebie i spożytkowałem go na poszukiwanie ludzi, którzy podobnie jak ja, są za równouprawnieniem w ubieraniu się kobiet i mężczyzn. Surfowałem wówczas w internecie i szczęśliwie udało mi się trafić na stronę Antyfaceta.



Pierwsze półrocze 2013 roku poświęciłem na poszukiwanie pracy. Był to ciekawy okres w moim życiu, obfitujący w nowe doświadczenia kontrkulturowe. Najciekawsze miało miejsce na początku czerwca. Wybrałem się wówczas w ładnych klapkach na test i rozmowę kwalifikacyjną. Co ciekawe i pozytywne nikt z kandydatów i kandydatek nie zwracał na mnie uwagi. Dwie osoby z komisji kwalifikacyjnej również w żaden sposób nie reagowały. Moje buty przykuły jedynie uwagę trzeciej osoby wchodzącej w skład komisji, a mianowicie naczelnika wydziału, w którym ewentualnie miałbym pracować po wygraniu konkursu. Zaobserwowałem, że mijając mnie na korytarzu w przerwach między kolejnymi etapami postępowania, zwraca uwagę na moje buty. Co prawda były to czarne klapki na lekko podwyższonej podeszwie, bez obcasów, ale jego twarz i tak wyrażała zdziwienie tym stanem rzeczy. Nie miał jednak odwagi poruszyć tematu. Natomiast zupełnie nie dziwiło go, że koleżanka z komisji także ma założone letnie buty na boso, podobnie jak prawie wszystkie kandydatki biorące udział w naborze. Zauważyłem, że ten pan idealnie wpisuje się w stereotyp – ubrany był w garnitur i krawat, a na nogach oczywiście skarpety i półbuty. Generalnie w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej naczelnik okazał się niezbyt przyjemny. Raczej prezentował nastawienie kapitalistyczno-mobbingowe, czyli jak najmniej dać, a jak najwięcej wymagać. W związku z tym bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że nie wygrałem tego konkursu.



W ramach akcji poszukiwania pracy bywałem w różnych miastach i przy okazji odwiedzałem sklepy obuwnicze i odzieżowe. Będąc w pewnym centrum handlowym kupiłem sobie po raz pierwszy dwie spódnice. Niestety nie miałem jeszcze okazji ich wypróbować. Pierwotnie planowałem pojechać nad morze i tam przejść się w spódnicy na plażę oraz przejechać się pociągiem z jednego kurortu do drugiego. W nadmorskich miejscowościach atmosfera jest nieco luźniejsza i łatwiej przełamać pewne bariery. Otrzymałem jednak informacje z pewnej firmy, w której składałem aplikację, iż zostałem przyjęty do pracy. W związku z tym próbę ze spódnicą przełożyłem na rok przyszły. W międzyczasie kupiłem sobie jeszcze eleganckie klapki na słupkowym obcasie około 4 cm. Wdrożenie ich do codziennego użytkowania zaplanowałem również na okres lata przyszłego roku.



Początek mojej nowej pracy przypadł na czas upalnych lipcowych dni. Termometry pokazywały w cieniu 36 stopni Celsjusza. Postanowiłem od razu zapewnić sobie odpowiedni zakres wolności i zacząłem chodzić do pracy w klapkach, tak samo jak moje koleżanki z pokoju. Nie spotkałem się z żadną negatywną reakcją, czym byłem oczywiście bardzo ukontentowany. Współpracowniczki okazały się osobami bardzo światłymi i wyrozumiałymi. Chodziłem sobie śmiało po biurze w ładnych czarnych klapkach na nieco podwyższonej podeszwie. Miałem przewiew i wygodę. W całym zakładzie pracy byłem jednym z dwóch mężczyzn, chodzących bez skarpet w odkrytych butach.



Jesienią kupiłem eleganckie botki na szerokim obcasie 5 cm i podjąłem największe jak do tej pory wyzwanie. Oznajmiłem koleżankom w pracy, że jestem kontrkulturowcem i nie uznaję anachronicznych, sztucznych i dyskryminujących podziałów ubrań i butów na tzw. „damskie” i „męskie”. I tutaj naprawdę wielki plus i ogromny szacunek dla moich koleżanek. Nie wyraziły żadnych negatywnych opinii. Były lekko zdziwione, ale prezentacja moich butów nie spotkała się z dezaprobatą. Od tego czasu śmiało chodzę do pracy w moich mega wygodnych botkach, przy których tzw. „męskie” buty, charakteryzujące się ciężkością, topornością i brakiem delikatnego wykończenia, odpadają w przedbiegach. Ostatnio bardzo często śmigam w nich również po zakładzie pracy. Czasami myślę, że jedynym, ale za to wielkim plusem mojego nowego miejsca zatrudnienia jest to, że trafiłem na wspaniałe, tolerancyjne i otwarte myślowo koleżanki.



Jeśli chodzi o użytkowanie tych butów, to problem pojawia się rano, kiedy wychodzę z domu do pracy oraz kiedy wracam z pracy, ponieważ mieszkam z babcią, która raczej jest zamknięta na nowe trendy i pielęgnuje stereotypy. Na tym polu trudno będzie cokolwiek zmienić. Muszę więc niestety wychodzić z domu w tzw. „męskich” butach. Dopiero po wyjściu zdejmuję je i zakładam buciki kontrkulturowe. Podczas powrotu z pracy wykonuję odwrotny manewr. Rodzi to pewne problemy logistyczne, jednakże okazały się one w miarę łatwe do pokonania.



Często ogarnia mnie refleksja i dostrzegam jak wiele już zrobiłem na gruncie równouprawnienia w ubieraniu się kobiet i mężczyzn. Coś, co jeszcze nie tak dawno wydawało się nie do pomyślenia, dzisiaj jest już standardem. Z drugiej strony wiem jednak, jak długa jeszcze przede mną droga do pełnego wyzwolenia się z tzw. „męskiej smuty” ubraniowo-obuwniczej. Lecz pokonywanie kolejnych barier jest już zdecydowanie łatwiejsze, aniżeli stawianie pierwszych kroków.



W kolejnym odcinku opowiem o tzw. akcji edukacyjnej, związanej z kupowaniem kontrkulturowego obuwia i elementów garderoby.



Miłośnik herbaty