3Powrót (Teksty)

3Powrót (Wstęp)



WSTĘPNIAK

 Niniejszy dział zawiera impresje i refleksje wzbudzone przez bieżące wydarzenia.



Lipiec 2012


Śmietanko, Maślanko, a gdzie ja?!


Na co dzień człowiek bezmyślnie chodzi za swoimi sprawami, stara się robotę swą wykonać przyzwoicie, a jak się da, to nawet lepiej, i cieszy się z każdych paru setek albo i tysiąca zaoszczędzonego w danym miesiącu, jak się uda. Ale warto czytać prasę i oglądać telewizję – raz na jakiś czas można sobie przypomnieć, że w naszym pięknym kraju są tacy szczęśliwcy i wybrańcy, którzy za prezesowanie w różnych niby państwowych spółkach i agencjach dostają okrągłe wielotysięczne sumki co miesiąc, jak niejaki pan Śmietanko, który już chyba nie wie, co ze szmalem robić: nieruchomości i środków transportu pewnie ma już po uszy, i pozostało mu już tylko zwiedzać świat. Inni, nieco mniej obrotni członkowie wierchuszki PSL (peezelu) i ich krewni wprawdzie dostają tylko ochłapy z pańskiego stołu w postaci pięciu tysięcy z groszami, ale to też byłoby niezłe dla nieudacznika w postaci nauczyciela czy hipermarketowego kasjera, nieprawdaż? Gdy tak widzę, że wystarczy być w odpowiednim miejscu, w odpowiedniej partii, w odpowiednich kręgach, a już człowiek może się załapać na taką żyłę złota, to ogarnia mnie poczucie marnowania czasu i świadomość, że nie zostałem wyposażony we właściwe kwalifikacje, a konkretnie instynkt, żeby wiedzieć lub podskórnie czuć, gdzie należy się zapisać i „działać”, żeby tak wspaniale wyjść na swoje. Przy takim panu Śmietanko to ja nie jestem nawet Maślanko! :(((( A przecież pod względem kwalifikacji to nawet formalnie może nawet bardziej niż niejeden peezelowiec bym się nadawał – kiedyś byłem w 2-letniej szkole ekonomicznej, to liznąłem trochę pojęć z dziedziny finansów i jako prezes czegokolwiek byłbym jak znalazł. Wprawdzie wśród prawdziwych chłopów, jacy tworzą peezel, z moją inklinacją do chodzenia w spódnicach itp. odstawałbym i pewnie zaraz po coming-oucie stamtąd bym wyleciał, ale może do czasu ujawnienia się zdołałbym już nagrać odpowiednie filmiki z nieświadomym udziałem partyjnych kolesi i pewnie bym zachował wszystkie zdobyte synekury nawet po przejściu do innej partii, np. Ruchu Palikota. Wiadomo poniekąd, że peezelowcy, jak już kogoś wpuścili do kręgu dzierżących „chlebowe” posady, nie odbierają ich ludkom z innych partii, bo to zawsze rzutuje pozytywnie przy przyszłych koalicjach, a peezel przecież z każdym jest gotów wejść do rządu pod warunkiem, że dostaną ministerstwo rolnictwa. Nie chciałbym wyjść na naiwniaka i powiem, że zdaję sobie sprawę, iż podział łupów w postaci stanowisk w radach nadzorczych państwowych spółek, prezesury różnych rządowych agencji stanowią słodkie kąski, właściwie łup polityczny, każdej polskiej partii, która dorwie się do władzy, i prawdziwą twarz partii poznaje się po jej uczynkach w celu sprywatyzowania takich spółek. Skądinąd Platforma Obywatelska ma pewne sztandarowe osiągnięcie – słyszałem, że pozbyła się państwowych akcji KGHM w Lubinie, za co jest przeklinana przez tamtejszych górników, przyzwyczajonych do zarabiania wielotysięcznych pensji i wyszarpywania nie mniejszych premii bez względu na wynik finansowy spółki. Teraz przypomniało mi się też, jak fajnie może się człowiek ustawić będąc działaczem związków zawodowych – firma jest zmuszona mu płacić jak pracownikowi, zwolnić go nie może, a on tylko co jakiś czas podburza resztę pracowników do wysuwania roszczeń, przed którymi państwo, jako pracodawca, szczególnie łatwo ustępuje (u prywaciarza gorzej, ale też związkowca ruszyć nie może, jak krzyża!). Jestem pewny, że wymyślać nowe roszczenia i organizować medialnie malownicze formy protestu bym potrafił – w końcu parę happeningów wymyśliłem, i mógłbym to robić całymi dniówkami za ok. 5-10 tysięcy PLN-ów + premia. Groza mnie ogarnia, gdy pomyślę, jak bardzo marnuję wszystkie swe atuty i talenty! Jestem już prawie pewny, że nie dojdę w życiu do niczego, a skoro w życie pośmiertne nie wierzę i Bogu się nie przymilam, to i po śmierci będzie kicha!


Jako niepoprawnemu nieudacznikowi pozostaje mi głosić wartości lewicowe i egalitarne. I tu mam pomysł następujący: skoro wszyscy ci prezesi i członkowie rad nadzorczych państwowych spółek i agencji nie muszą mieć nawet właściwych kwalifikacji, bo na podstawie decyzji kolesiów i pokrewieństwa te stanowiska obejmują, to znaczy, że KAŻDY je de facto objąć może. A przecież zainkasowanie choćby jeden raz w życiu pensji z dodatkami w wysokości 50.000 PLN-ów każdego prostego obywatela może ustawić na dobrych parę lat, postuluję zatem, aby stanowiska te, jako DOBRO NARODOWE, zostały udostępnione CAŁEMU NARODOWI na zasadzie loterii, gdzie co miesiąc w kontrolowanych warunkach losowano by numer PESEL kogokolwiek z ogólnej populacji dorosłych Polaków; wyłączeni byliby tylko obywatele odbywający karę, pozbawieni praw publicznych oraz sądownie pozbawieni prawa wykonywania funkcji kierowniczych (czy jak to się tam nazywa). Wylosowany szczęśliwiec musiałby przychodzić przez miesiąc do pracy punktualnie, nawet w garniturze czy garsonce*, nudziłby się w biurze z szykowną sekretarką, barkiem, komputerem i dużym telewizorem + odtwarzacz ukryty w szufladzie biurka, i od czasu do czasu coś by zatwierdził czy zagłosował na posiedzeniu rady nadzorczej. Gdyby zdecydował się przybywać do pracy własnym transportem, oprócz pensji i premii otrzymałby ryczałtowy dodatek za transport – byłby to koszt miesięcznego wynajmu limuzyny z szoferem. Ogólnie każdy w miarę rozumny człowiek dałby radę, co najwyżej jakaś prosta instrukcja by była opracowana na wypadek, gdyby przyszedł ktoś bardziej zielony od peezelowskiej koniczynki – w końcu zawsze jakiś kumaty pracownik firmy czy agencji na etacie za 1.500 PLN-ów może podpowiadać poprawne opcje w tych głosowaniach, przy zatwierdzaniu dokumentów i podejmowaniu decyzji. Skądinąd poprawne opcje i tak są przedmiotem decyzji kolesi partyjnych, więc wystarczy umiejętność odbierania SMS-ów maili. Na pamiątkę każdy wygrany otrzymywałby fotę i w centralnej państwowej ewidencji byłoby odhaczone, że dany obywatel już miał swoje słodkie „pięć minut”.


Nasuwa się jeszcze konkluzja o charakterze edukacyjnym – troską rządu, władz oświatowych i rodziców dzieci jest, by uczelnie i szkoły oferowały wykształcenie i kwalifikacje gwarantujące dobrą pracę i poziom życia. Proponuję więc otwarcie szkół specjalistycznych już na poziomie gimnazjum oraz kierunków na wyższych uczelniach przygotowujących absolwentów do roli takich właśnie rezydentów w spółkach, działaczy związków zawodowych, i innych spryciarzy, którzy w mig połapią się, gdzie się zapisać, z kim zawrzeć znajomość,z kim wypić wódkę, jak rozmawiać, żeby coś załatwić, jak poznać, kto idzie w górę, kto w dół i kogo trzeba go unikać. Ta interdyscyplinarna gałąź wiedzy zawierać będzie elementy psychologii, socjologii, praktyczne ćwiczenia z negocjowania podczas libacji alkoholowych, i oczywiście arytmetyki. Jaka szkoda, że uczyłem się na anglistę a nie na bon vivanta!

--------

*Ja wybieram garsonkę i czółenka + cieliste rajstopy.

22.07.2012

Śmiech nad szkłem


Nasz polski chocholi taniec nad in vitro doprowadza mnie, w zależności od warunków biometeo, do mdłości albo śmiechu. Z jednej strony mamy wariatów słyszących krzyk zamrożonych embrionów, podobno marzących tylko o tym, żeby w macicach je zaimplantowano i urodzono na tym najwspanialszym (?) ze światów. Inni zupełnie chcieliby metody zakazać, bo dokonany przez lekarza wybór zarodka do wszczepienia i przeznaczenie innych do pozostawienia na przyszłość z możliwością ich przeterminowania, jawi im się jako forma aborcji, a tę z kolei uznają za morderstwo. Z drugiej mamy trochę ludzi rozsądnych, ale najczęściej przestraszonych przez Kościół, a przecież przyjemnie jest być wybranym na następną kadencję...


Dziwna jest ta wrażliwość pięknoduchów przypisujących pełnię cech ludzkich kilkukomórkowym biologicznym strukturom bez żadnej samoświadomości, z których człowieka można dopiero wyhodować, jeśli dodatkowy trud zostanie podjęty przez ¾ roku. Jeśli tak przeżywają panowie duchowni, rycerze z PiS-u i minister Gowin okoliczność, przy której na jedną udaną ciążę z in vitro przypada kilka zarodków niewykorzystanych i po zbyt długim przechowywaniu ostatecznie niezdatnych do implantacji, to niech w swoich domach urządzą ołtarzyki do cyklicznego odbywania żałobnych ceremonii dla ich własnych „siostrzyczek” i „braciszków”. Trzeba bowiem tych szlachetnych mężów zmartwić i uświadomić im, że nawet zapłodnienie dokonane zgodnie z wolą bożą (tzw. „poczęcie dziecka” w tzw. „akcie małżeńskim”), czyli: w sakramentalnym związku , w śluzowatych i mięsistych organach, też jest pokalane. Zanim bowiem doszło do tak udanej ciąży, z której oni się zrodzili, pojawiła się i bardzo szpetnie znikła pewna liczba zarodków, czyli obdarzonych już przez Boga nieśmiertelną duszą istot ludzkich. Tak więc również oni, którzy na śmierci niewinnych skorzystali, mają krew na rękach, co najmniej tak jak Tusk i „Komoruski”, i niewiedzą o tym fakcie nie można się usprawiedliwić – na taką zbrodnię nie ma usprawiedliwienia. A że jest to typowy dla Matki Natury sposób „prowadzenia się”, trzeba uznać organizmy żeńskie za nader podejrzaną maszynerię, w gruncie rzeczy plugawą, jeśli uświadomimy sobie, iż niezaimplantowane zarodki są z dróg rodnych usuwane, i to gdzie? Bezceremonialnie, mości panowie – w toalecie! Panta rhei! Zaiste powinno się wrócić do genialnej myśli różnych ojców Kościoła, którzy uznawali niewiastę za „naczynie nieczystości” czy coś takiego (jakbym miał dobry dostęp do Netu, sprawdziłbym to i podał konkretne nazwiska tych wielkich myślicieli).


Tymczasem biedna Platforma Obywatelska cierpi na rozdarcie. Ma w swych szeregach sporo rozsądnych ludzi, może trochę zarażonych mieszczańskim pojęciem poprawności politycznej, ale rozumiejących, że in vitro ma sens tylko, jeśli można parę zarodków za jedną stymulacją hormonalną przygotować na zapas i zamrozić. W przeciwnym razie bogaci niepłodni załatwią sobie tę procedurę za granicą, a tylko biedaków kato-moralność ograniczać będzie, na których aż dwa nieszczęścia spadły: bezpłodność i katolickie prawo państwowe. Niestety Platforma chce być masowa, więc posiada też skrzydło prawicowe, którego luminarzem jest Jarosław Gowin. Partia może się rozlecieć, jeśli spróbuje głosować w tej sprawie i chociażby nad ustawą o związkach partnerskich. Ostatecznie może nie być w stanie przegłosować własny projekt, i przy niewystarczającej liczbie głosów z Ruchu Palikota i SLD, sprawy te okażą się kolejną niespełnioną obietnicą. Póki co PO lawiruje i oszukuje samą siebie – wymyślono, że we własnym gronie zestawią swoje dwa projekty: Kidawy-Błońskiej i Gowina, by... znaleźć wszystkie ich elementy wspólne. I co wtedy? I tak pozostanie kwestia mrożenia zarodków lub nie, dopuszczalnej ich liczby w jednej próbie, stopnia refundacji, kategorii ludzi, którym metoda będzie udostępniona. Pogodzenie tych sprzeczności, by sprawić, że nawet „Gowinowcy” poprą projekt, wymagałoby salomonowej mądrości. Ale spróbuję pomóc.


Ścisłe umysły twierdzą, że nie można mrozić i nie mrozić zarazem. Ale przecież można mrozić mniej niż trzeba do poprawnego zakonserwowania zarodków. W ten sposób bez względu, ile zarodków się wytworzy, wszystkie za słabo zamrożone zginą od razu, w efekcie nie będzie można ich wykorzystać przy następnych próbach implantacji. A o to przecież chodzi – żeby było złośliwie. Zarodki wprawdzie zginą na początku, ale będzie to podobne do nieudanej implantacji w warunkach „naturalnych”, czyli jakby nic się nie stało. Pamiętajmy, że te krzyki słyszane przez Gowina i innych mistyków pochodzą od zarodków mrożonych, a nie tych, które od razu po zapłodnieniu spłynęły, względnie od razu zepsuły się przy złym mrożeniu. Oczywiście interes grupy liberalnej w ten sposób upada, ale gdyby zlokalizować polskie kliniki wspomagania rozrodczości tuż na granicy państwa, można by zrobić taki myk, żeby te rezerwowe zarodki szybko wynieść poza teren Rzeczypospolitej Polskiej i bańkę z azotem trzymać np. w Niemczech czy Czechach, gdzie zapewne mrozić wolno. Można w tym celu zbudować nowe budynki albo wykorzystać niepotrzebne już dziś budowle przejść granicznych, i w pomieszczeniach urządzić laboratoria z czerwoną linią na podłodze oddzielającą terytorium RP, gdzie mrozić nie wolno od strefy gdzie wolno. Oczywiście trzeba by płacić za magazynowanie tych zarodkowych baniek, ale w fakturach można napisać coś innego albo ująć rzecz ogólniej, przykładowo jako: „depozyt materiałów demograficznych”, „wsparcie polskich dzieci w Niemczech/Czechach” itp. Ewentualnie część odpłatności za in vitro, jaka ma być pokrywana przez przyszłych rodziców, przeznaczana byłaby na koszt składowania zarodkowego depozytu, dzięki czemu Rzeczpospolita Polska mogłaby udawać, że o niczym nie wie. Aha, samo zwielokrotnienie zapłodnienia i pobranie więcej niż jednej komórki jajowej byłoby podejrzane, ergo tu także Polska musiałaby jakoś się samooszukać, by tego nie widzieć. Może cały koszt procedury byłby skalkulowany na kilkukrotne zapłodnienie, acz formalnie za nadmiar płacono by symboliczną złotówką i na osobnej fakturze. Są też bogate doświadczenia z dzieleniem spółek i tworzeniem spółek-córek. Więc niech spółki-córki klinik in vitro są rejestrowane w ościennych krajach Niemczech i Czechach, i to one, poza kontrolą polskich instytucji inkasowałyby tę symboliczną płatność za stworzenie kilku zarodków więcej i ich przechowanie. Kolejne próby wszczepienia zarodków byłyby podejmowane bez dociekania, skąd rodzice in spe je biorą – w papierach byłaby formuła: „z materiałów własnych”, a że jesteśmy w strefie Schengen, to przewiezienie flakonu z zamrożonym maleństwem z Niemiec lub Czech nie stanowi problemu, tym bardziej że może to być po prostu inne skrzydło nadgranicznego budynku. No i, żeby mieć pewność, że żaden zarodek się nie przeterminuje, można by ustanowić przymus ich implantacji w określonym czasie. Wtedy nie sposób byłoby udawać, że mrożenia nie ma, ale w razie przymusowej implantacji zawsze łatwo jest wykonać procedurę niestarannie albo zadbać o obumarcie zarodka, żeby i tak nic nie wyszło, jeśli rodzice uznali, że już mają docelową liczbę progenitury albo jedna pociecha wystarczająco im dała w kość. W końcu chyba żandarma na sali zabiegowej nie postawią a nanotechnologia chyba jeszcze nie pozwala natryskiwać numerów seryjnych na zarodki... Ale na mój estetyczny gust lepsza by była metoda pierwsza – ta z przenoszeniem baniek do części niemieckiej czy czeskiej kliniki, poza polską jurysdykcję. Mrożenia zarodków nie byłoby w Polsce tak jak aborcji. Chyba lubię teatr absurdu i kabaret z surrealistycznym humorem. Są tylko małe wątpliwości, czy powinien być rozciągnięty na całe terytorium kraju, ale kto wie – może jest to moment, gdy Polacy zrobią coś naprawdę wielkiego?


Jest jeszcze kwestia udzielania dobrodziejstw in vitro tylko porządnym, sakramentalnym małżeństwom, albowiem oficjalną prawdą w Rzeczpospolitej Polskiej jest przekonanie, iż tylko takie pary gwarantują dziecku stworzenie dobrej rodziny i poprawne wychowanie go, a w każdym razie tylko w takich związkach dziecko może nauczyć się poprawnych ról płciowych. Prawdopodobnie najwyższym ustępstwem fundamentalistów mogłaby być ich zgoda na wyłącznie cywilny ślub rodziców in vitro, przy założeniu oczywiście, że żadne związki partnerskie dla genderowo niewyraźnych, homoseksualistów czy hetero-libertynów nie wejdą w życie. No cóż? Jakiś mały kompromis z polską hipokryzją nie jest chyba problemem, gdy można dostać od polskiego państwa procedurę medyczną wartą kilkadziesiąt tysięcy PLN-ów z niewielkim wkładem własnym? Weźmy przykład z premiera Tuska, który potrafił uporządkować swoje życie z Bogiem po kilkudziesięciu (?) latach życia w nierejestrowanym związku, z odchowanymi dziećmi, w zgodzie i harmonii itd. To nie można już odbyć szopki chociażby w postaci ślubu cywilnego, żeby załapać się na in vitro? Oczywiście lewicowi egalitaryści czepialiby się, że płodni potrafią i bez ślubu dziecko sobie strzelić, więc czemu bezpłodność miałaby wymuszać ślub? Cóż, bezpłodność to taka szczególna próba, której Bóg postanowił kogoś poddać, to i ludzie zmagający się z nią powinni zdobyć się na wzmożenie moralne i okazać pokorę, przyklęknąć. Choćby po laicku. Mogą sobie to przedstawiać jako ćwiczenie przed zabiegami medycznymi, które też przyjemne nie są.


Gdyby dało się przyjąć te moje karkołomne pomysły, wprawdzie cyrk wśród cywilizowanych krajów byłby przedni, ale uczynilibyśmy zadość polskiej tradycji. Byłoby to nawet lepsze od „kompromisu aborcyjnego”, w ramach którego życie idzie swoim trybem: bogaci jakoś sobie radzą, a biedacy – bez względu na światopogląd – męczą się po katolicku. W moim projekcie nawet biedni mieliby pewne szanse, a nasza święta hipokryzja, ważny składnik naszej tożsamości narodowej, trwałaby nienaruszona. Kraj pozostawałby tak czysty, że Ojciec Święty dalej mógłby patrzeć nań z nieba bez wstrętu. A to jest najważniejsze, jeśli Bóg upatrzył sobie któryś kraj na katolicki.

23.07.2012

PO też ma talent


W tekście zainspirowanym nagraniem Serafina skoncentrowałem się na szczególnej umiejętności załapywania się na pieniężne konfitury członków peezelu i ich rodzin. O innych partiach i Platformie Obywatelskiej tylko ogólnie wspomniałem, że też potrafią, ale nie tak spektakularnie. Teraz muszę stwierdzić, że jestem pod wrażeniem przykładu byłego ministra skarbu Aleksandra Grada, który został prezesem i wyciąga 110 tys. PLN-ów/mies. Najciekawsze jednak jest gdzie on to wyciąga: jest to spółka o enigmatycznej nazwie PGE EJ1, gdzie człon EJ oznacza Elektrownia Jądrowa. Perwersyjne jest, że żadna polska elektrownia jądrowa jeszcze nie istnieje, nawet nie ma pewności, gdzie zostanie zbudowana, i lokalny lud wraz z organizacjami ekologicznymi jeszcze nawet nie mają skonkretyzowanej lokalizacji swych rytualnych protestów. A spółka już jest, i prezes zarabia. I to jak! Uruchamiam wyobraźnię, żeby przedstawić sobie, co taki gość może robić w pracy całymi dniami i za takie pieniądze, gdy jego elektrownia jeszcze jest na takim poziomie wirtualności, że: lokalizacja nie jest ustalona, żadne porozumienia i ustalenia z lokalną ludnością i władzą nie są podpisane, projekt chyba nie jest wykonany (bo trzeba wiedzieć, gdzie to ma stać – z jakimi elementami otoczenia ta instalacja ma współgrać) i nie zdecydowano jeszcze, kto nam te reaktory zbuduje, a do wbicia łopaty w ziemię pod ich budowę daleko jak do następnego Euro w Polsce. Wtedy te prawowicie zarobione setki tysięcy, a właściwie już miliony, nie wrócą. Na obecnym etapie widzę to tak, że gość co najwyżej może czekać na ekspertyzy finansistów, geologów, przyrodników odnośnie potencjalnych lokalizacji obiektu, i inżynierów atomistów – co do wyboru dostawcy urządzeń. A przecież przezes ciągnący miesięcznie 110 tyśków nie jest jedyną personą „zakładu” – musi mieć biuro z centralnym ogrzewaniem, prądem, wodą i kanalizacją, potakującą sekretarką o miłej aparycji, powinien mieć limuzynkę z szoferem, księgowość, behapowca, dział planowania, portiera i kogo tam jeszcze, którzy za Bóg zapłać do roboty nie przychodzą. Równie dobrze jeszcze cały ten szmal może okazać się rekordem w wyrzucaniu pieniądza w błoto – zawsze może gdzieś w sąsiedztwie pęknąć jakiś reaktor, w Polsce wyniknie antyjądrowa histeria i zawsze populistyczni politycy cały ten projekt odrzucą. Zaiste musimy być bardzo bogatym krajem. Niech nikt nie szuka cudów na skazach szyb czy zagrzybiałych tynkach wyglądających jak Jezus czy Matka Boska. Polskie cuda są zupełnie gdzie indziej!

24.07.2012

Jarmarczna pani profesor i inne atrakcje


Niedawno znów popisał się nasz Sejm, a w szczególności Platforma niezbyt Obywatelska – ¾ składu głosowało nad dalszym procedowaniem projektu ustawy o związkach partnerskich jak jeden mąż z PiS'em i prostymi chłopami z PSL'u. Nie jest to żadna niespodzianka – dulszczyzna w mentalności trzonu posłów Platformy wraz z fundamentalizmem religijnym Jarosława Gowina były zauważalne już od dawna. Wrócę do tej partii później.


Największym wszakże objawieniem sesji z tym głosowaniem była wcześniej niezbyt spektakularna „szabla” z PiS'u – posłanka Krystyna Pawłowicz. Gdy o godności ludzkiej mówił, powołując się na art. 30 konstytucji Ryszard Kalisz, ta pani wyskoczyła jak Filip z konopi i wrzuciła jakby błyskotliwą ripostę: – Art. 30 chroni godność, ale nie chroni niegodnych uczynków człowieka! Z tej wypowiedzi wynika założenie, że homoseksualny akt erotyczny jest „niegodnym uczynkiem człowieka”, a idąc tym tropem (ale nie rozumowania, bo go w tym nie ma), to również wspólne życie i prowadzenie gospodarstwa domowego przez homoseksualnych partnerów musiałoby być niegodne. Głupota tej pani mnie rozśmieszyła (w aspekcie żenady) i rozwścieczyła (w aspekcie bezsilności – gdy wynik głosowania nad projektem okazał się zgodny z tym poglądem). Wrażenie zostało spotęgowane samą postacią tej pani – dość korpulentnej i wygadanej w iście jarmarczny sposób. Następnego dnia widziałem fragmenty porannego programu (chyba) w TVN, w którym jako gwiazda poprzedniego dnia występowała ona z posłem Wenderlichem i nie dopuściła go do głosu, przy okazji nagłaśniając fakt, że ONA jest prawniczką, a więc pytający ją dziennikarz i próbujący rozmawiać poseł Wenderlich na niczym się nie znają, zatem skoro ONA stwierdziła niekonstytucyjność związków partnerskich, to sprawa jest zamknięta. Bo w końcu w Konstytucji RP jest zapis o „małżeństwie” jako „związku kobiety i mężczyzny”, co oznacza iż ja, rzygający męskością, też nie powinienem się do tego kwalifikować, chociaż gdyby przyszło co do czego, w oparciu o organy zostałbym uznany za „mężczyznę” i do państwowego małżeństwa dopuszczony jako „mąż” (a fuj!). W studio nie dawało się wytłumaczyć tej pani, że homoseksualiści chcą rejestracji ZWIĄZKÓW PARTNERSKICH, których formuła może być płynna i ustalana przez wybór opcji każdorazowo przez osoby zawierające go, i że „małżeństwa” nie mają z tym nic wspólnego, co najwyżej tyle, że w tej sztywniackiej i ideologicznej formule coraz mniej ludzi się spełnia. Po prostu nic się nie dawało przy tej pani powiedzieć – ona była (i jest) kilka razy gorsza: bardziej krzykliwa i bezczelniejsza niż Beata Kempa czy katolicka dziennikarka Joanna Najfeld (która gejowi nie podała ręki). Pani Pawłowicz czuła się wyższa od próbującego z nią dyskutować otoczenia, nawet odzywała się do kogoś w studio per „studencie”!


A głupota tej pani jest porażająca: jej się wydaje, że homoseksualny erotyzm jest OBIEKTYWNIE niegodnym czynem, co oznacza, iż nie rozumie ona, że jej katolicka moralność nie jest w społeczeństwie JEDYNA ani POWSZECHNIE OBOWIĄZUJĄCA. Nie rozumie ona również, że rolą państwa NIE jest ocenianie wartości związków erotyczno-uczuciowych, jakie obywatele SUWERENNIE tworzą w oparciu o swoje naturalne predyspozycje, ani ze względu na płodzenie i rodzenie dzieci. Notabene: „małżeństwa” nie są rozliczane ze swej rozrodczości – gdyby tak było, należałoby urzędowo rozwiązywać pary niespełniające „rozrodczej powinności” albo cofać im „przywileje” w postaci wspólnego rozliczania podatków, nieopodatkowanego dziedziczenia etc. Ewentualnie należałoby niewydolne małżeństwa wysyłać na przymusowe in vitro pod groźbą urzędowego rozwiązania związku, który co najwyżej mogliby sobie ciągnąć na kocią łapę.


Dziennikarze TVN pokazali też nagranie z szalenie błyskotliwym bonmotem tej pani: „to jest dyskusja, proszę się nie wtrącać!” – co właściwie dobrze oddaje pojmowanie demokracji i dyskusji w PiS. Ale najlepsze było na koniec, gdy w materiale na jej temat powiedziano, że jest ona... profesorem prawa na Uniwersytecie Warszawskim! Wtedy zrozumiałem źródło jej poczucia wyższości nad dziennikarzem i posłem Wenderlichem. Znam wprawdzie paru profesorów, którym nie przyszłoby do głowy używać swego statusu jako argumentu w dyskusji, ale może nie są takiej klasy jak pani Pawłowicz. No a tak głupiego profesora, jak ona, to tylko w jakichś religijnych uczelniach szukać, a nie w państwowej! Przynajmniej tak mi się początkowo wydawało. Jak ochłonąłem, po chwili refleksji uświadomiłem sobie, że przecież również w państwowych uczelniach różne kuriozalne postawy się znajdują – są biologowie wyznający po cichu kreacjonizm, psycholodzy wierzący w nienaturalność homoseksualności i esencjonalnie postrzegający płciowość jak monolit (dla których ja byłbym dewiantem), może też geografowie z poglądem o płaskości Ziemi? To i prawników religijno-fundamentalistycznych może być sporo. W końcu można wykuć materiał o artykułach i paragrafach, a o życiu czerpać „wiedzę” z kościelnego nauczania, można nawet poddać się indoktrynacji w Opus Dei...


Ale wróćmy do Platformy niezbyt Obywatelskiej. Oto wyniki imienne posłów PO prosto z sejmowej strony www.:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1.

Achinger Elżbieta

Przeciw

2.

Adamczak Małgorzata

Przeciw

 

 

 

3.

Arkit Tadeusz

Przeciw

4.

Arłukowicz Bartosz

Za

 

 

 

5.

Arndt Paweł

Przeciw

6.

Augustyn Urszula

Przeciw

 

 

 

7.

Aziewicz Tadeusz

Przeciw

8.

Biernacki Marek

Przeciw

 

 

 

9.

Biernat Andrzej

Nieobecny

10.

Blanik Leszek

Przeciw

 

 

 

11.

Bobowska Joanna

Przeciw

12.

Borowczak Jerzy

Przeciw

 

 

 

13.

Borowiak Łukasz

Przeciw

14.

Brejza Krzysztof

Przeciw

 

 

 

15.

Brzezinka Jacek

Przeciw

16.

Bublewicz Beata

Przeciw

 

 

 

17.

Budka Borys

Przeciw

18.

Budnik Jerzy

Przeciw

 

 

 

19.

Bukiewicz Bożenna

Przeciw

20.

Buła Andrzej

Przeciw

 

 

 

21.

Butryn Renata

Przeciw

22.

Charłampowicz Jarosław

Przeciw

 

 

 

23.

Cichoń Janusz

Przeciw

24.

Cieśliński Piotr

Za

 

 

 

25.

Cycoń Marian

Przeciw

26.

Czaplicka Barbara

Przeciw

 

 

 

27.

Czechyra Czesław

Przeciw

28.

Czernow Zofia

Przeciw

 

 

 

29.

Czerwiński Andrzej

Przeciw

30.

Dąbrowska Alicja

Wstrzymał się

 

 

 

31.

Drozd Ewa

Wstrzymał się

32.

Dunin Artur

Za

 

 

 

33.

Durka Zenon

Przeciw

34.

Dzięcioł Janusz

Przeciw

 

 

 

35.

Dzikowski Waldy

Przeciw

36.

Fabisiak Joanna

Przeciw

 

 

 

37.

Fedorowicz Jerzy

Przeciw

38.

Fiedler Arkady

Przeciw

 

 

 

39.

Gadowski Krzysztof

Przeciw

40.

Gałażewski Andrzej

Przeciw

 

 

 

41.

Gapińska Elżbieta

Przeciw

42.

Gawłowski Stanisław

Przeciw

 

 

 

43.

Gądek Lidia

Przeciw

44.

Gąsior-Marek Magdalena

Przeciw

 

 

 

45.

Gelert Elżbieta

Przeciw

46.

Gierada Artur

Wstrzymał się

 

 

 

47.

Gluza Czesław

Przeciw

48.

Głogowski Tomasz

Przeciw

 

 

 

49.

Godson John Abraham

Przeciw

50.

Gowin Jarosław

Nieobecny

 

 

 

51.

Grabarczyk Cezary

Za

52.

Grad Mariusz

Za

 

 

 

53.

Graś Paweł

Przeciw

54.

Grupiński Rafał

Przeciw

 

 

 

55.

Gut-Mostowy Andrzej

Przeciw

56.

Guzowska Iwona

Za

 

 

 

57.

Halicki Andrzej

Przeciw

58.

Hall Katarzyna

Nieobecny

 

 

 

59.

Hanajczyk Agnieszka

Wstrzymał się

60.

Hok Marek

Przeciw

 

 

 

61.

Hoppe Teresa

Przeciw

62.

Huskowski Stanisław

Przeciw

 

 

 

63.

Janyska Maria Małgorzata

Przeciw

64.

Jarmuziewicz Tadeusz

Za

 

 

 

65.

Jaros Michał

Nieobecny

66.

Jastrzębski Leszek

Przeciw

 

 

 

67.

Kaczor Roman

Przeciw

68.

Kamińska Bożena

Wstrzymał się

 

 

 

69.

Kania Andrzej

Przeciw

70.

Karpiński Włodzimierz

Przeciw

 

 

 

71.

Katulski Jarosław

Nieobecny

72.

Kaźmierczak Jan

Przeciw

 

 

 

73.

Kidawa-Błońska Małgorzata

Za

74.

Kierwiński Marcin

Przeciw

 

 

 

75.

Kluzik-Rostkowska Joanna

Przeciw

76.

Kłosin Krystyna

Przeciw

 

 

 

77.

Kochan Magdalena

Przeciw

78.

Kolenda-Łabuś Brygida

Przeciw

 

 

 

79.

Kołacz-Leszczyńska Agnieszka

Przeciw

80.

Kołodziej Ewa

Przeciw

 

 

 

81.

Konwiński Zbigniew

Wstrzymał się

82.

Kopacz Ewa

Za

 

 

 

83.

Kopaczewska Domicela

Przeciw

84.

Korzeniowski Leszek

Przeciw

 

 

 

85.

Kosecki Roman Jacek

Przeciw

86.

Kowalski Sławomir

Przeciw

 

 

 

87.

Kozaczyński Jacek

Przeciw

88.

Kozdroń Jerzy

Przeciw

 

 

 

89.

Kozłowska Iwona

Przeciw

90.

Kozłowska-Rajewicz Agnieszka

Za

 

 

 

91.

Koźlakiewicz Mirosław

Przeciw

92.

Krajewska Ligia

Przeciw

 

 

 

93.

Kropiwnicki Robert

Za

94.

Krząkała Marek

Przeciw

 

 

 

95.

Kucharski Cezary

Przeciw

96.

Kudrycka Barbara

Za

 

 

 

97.

Kulesza Tomasz

Przeciw

98.

Kwiatkowski Krzysztof

Przeciw

 

 

 

99.

Lamczyk Stanisław

Przeciw

100.

Lassota Józef

Przeciw

 

 

 

101.

Lenz Tomasz

Przeciw

102.

Leszczyna Izabela

Za

 

 

 

103.

Litwiński Arkadiusz

Za

104.

Łapiński Marek

Przeciw

 

 

 

105.

Ławrynowicz Zofia

Wstrzymał się

106.

Małecka-Libera Beata

Nieobecny

 

 

 

107.

Marczułajtis-Walczak Jagna

Za

108.

Matusik-Lipiec Katarzyna

Przeciw

 

 

 

109.

Mężydło Antoni

Przeciw

110.

Miller Rajmund

Przeciw

 

 

 

111.

Miodowicz Konstanty

Przeciw

112.

Mroczek Czesław

Przeciw

 

 

 

113.

Mrzygłocka Izabela Katarzyna

Przeciw

114.

Mucha Joanna

Za

 

 

 

115.

Munyama Killion

Przeciw

116.

Nemś Anna

Wstrzymał się

 

 

 

117.

Neumann Sławomir

Przeciw

118.

Niedziela Dorota

Przeciw

 

 

 

119.

Niemczyk Małgorzata

Przeciw

120.

Niesiołowski Stefan

Przeciw

 

 

 

121.

Nowak Sławomir

Nieobecny

122.

Nowak Tomasz Piotr

Przeciw

 

 

 

123.

Nykiel Mirosława

Przeciw

124.

Okła-Drewnowicz Marzena

Przeciw

 

 

 

125.

Okrągły Janina

Przeciw

126.

Olechowska Alicja

Przeciw

 

 

 

127.

Olszewski Paweł

Przeciw

128.

Orzechowski Andrzej

Przeciw

 

 

 

129.

Orzechowski Maciej

Przeciw

130.

Oświęcimski Konstanty

Przeciw

 

 

 

131.

Pacelt Zbigniew

Przeciw

132.

Pahl Witold

Przeciw

 

 

 

133.

Papke Paweł

Przeciw

134.

Pępek Małgorzata

Przeciw

 

 

 

135.

Piechota Sławomir Jan

Przeciw

136.

Pierzchała Elżbieta Apolonia

Przeciw

 

 

 

137.

Pietraszewska Danuta

Przeciw

138.

Pietrzczyk Lucjan Marek

Przeciw

 

 

 

139.

Pięta Jarosław

Przeciw

140.

Piotrowska Teresa

Przeciw

 

 

 

141.

Pitera Julia

Przeciw

142.

Plocke Kazimierz

Przeciw

 

 

 

143.

Plura Marek

Przeciw

144.

Pluta Mirosław

Wstrzymał się

 

 

 

145.

Pomaska Agnieszka

Za

146.

Poślednia Krystyna

Nieobecny

 

 

 

147.

Raczkowski Damian

Nieobecny

148.

Radziszewska Elżbieta

Przeciw

 

 

 

149.

Raniewicz Grzegorz

Przeciw

150.

Raś Ireneusz

Przeciw

 

 

 

151.

Rosati Dariusz

Przeciw

152.

Rozpondek Halina

Przeciw

 

 

 

153.

Rutkowska Dorota

Przeciw

154.

Rutnicki Jakub

Wstrzymał się

 

 

 

155.

Rynasiewicz Zbigniew

Przeciw

156.

Rząsa Marek

Za

 

 

 

157.

Saługa Wojciech

Przeciw

158.

Schetyna Grzegorz

Przeciw

 

 

 

159.

Sibińska Krystyna

Przeciw

160.

Siedlaczek Henryk

Przeciw

 

 

 

161.

Sikorski Radosław

Nieobecny

162.

Skowrońska Krystyna

Przeciw

 

 

 

163.

Sławiak Bożena

Wstrzymał się

164.

Sługocki Waldemar

Przeciw

 

 

 

165.

Smolarz Tomasz

Za

166.

Staroń Lidia

Przeciw

 

 

 

167.

Suchowiejko Wiesław

Przeciw

168.

Suski Paweł

Przeciw

 

 

 

169.

Sycz Miron

Przeciw

170.

Szczerba Michał

Nieobecny

 

 

 

171.

Szejnfeld Adam

Wstrzymał się

172.

Sztolcman Grzegorz

Za

 

 

 

173.

Szulc Jakub

Przeciw

174.

Szumilas Krystyna

Za

 

 

 

175.

Szydłowska Bożena

Przeciw

176.

Szymański Tomasz

Przeciw

 

 

 

177.

Śledzińska-Katarasińska Iwona

Przeciw

178.

Święcicki Marcin

Za

 

 

 

179.

Tomański Piotr

Przeciw

180.

Tomczak Jacek

Nieobecny

 

 

 

181.

Tomczyk Cezary

Wstrzymał się

182.

Tomczykiewicz Tomasz

Przeciw

 

 

 

183.

Trybuś Aleksandra

Nieobecny

184.

Tusk Donald

Nieobecny

 

 

 

185.

Tyszkiewicz Robert

Nieobecny

186.

Van der Coghen Piotr

Przeciw

 

 

 

187.

Vincent-Rostowski Jan

Przeciw

188.

Wardzała Robert

Przeciw

 

 

 

189.

Wielichowska Monika

Za

190.

Witczak Mariusz

Przeciw

 

 

 

191.

Witkowski Radosław

Wstrzymał się

192.

Wojnarowski Norbert

Nieobecny

 

 

 

193.

Wojtkowski Marek

Nieobecny

194.

Wolak Ewa

Przeciw

 

 

 

195.

Wójcik Marek

Przeciw

196.

Zakrzewska Jadwiga

Przeciw

 

 

 

197.

Zaremba Renata

Za

198.

Zawadzki Ryszard

Przeciw

 

 

 

199.

Zdrojewski Bogdan

Za

200.

Zieliński Maciej

Przeciw

 

 

 

201.

Ziemniak Wojciech

Przeciw

202.

Ziętek Jerzy

Przeciw

 

 

 

203.

Żalek Jacek

Przeciw

204.

Żmijan Stanisław

Przeciw

 

 

 

205.

Żmuda-Trzebiatowska Ewa

Przeciw

206.

Żyliński Adam

Przeciw

 

 

 


Warto sobie pooglądać tę listę i zwrócić uwagę na nielicznych posłów PO, którzy głosowali ZA i tym samym wznieśli się na właściwy umysłowy poziom lub mieli dość odwagi, by pójść na taką konfrontację z Kościołem. Załóżmy, że nie jest to z ich strony pusty gest ze świadomością, że i tak na nic nie wpływa, a może zjednać Platformie wyborców liberalnych, bo ta ideowa niejednoznaczność czy dwulicowość przekłada się na niezdolność do przegłosowania jakiegokolwiek projektu pozytywnego dla ludzi LGBT i zrażonych do instytucji małżeństwa. Głosowanie na Platformę Obywatelską nie ma sensu, może tylko w przypadku konieczności odsunięcia groźby zdobycia władzy przez PiS. A teraz co ciekawsze nazwiska, które mnie konkretnie zawiodły:


Zdziwienia w swej homofobicznej postawie nie budzą:


Spośród znanych mi posłów PO pozytywnie wyróżnili się:


Jak to podsumować? W kluczowym głosowaniu partia uchodząca za głównego oponenta jawnie ciemniackiego PiS i (nie)Solidarnej Polski zdobyła się zaledwie na 25 osób skłonnych poprzeć projekt o związkach partnerskich na 189 głosujących, przy 206 mandatach, gdzie spośród nieobecnych co najmniej jeden, Jarosław Gowin, to religijny fundamentalista katolicyzmu. Odnotowałem wymijającą odpowiedź premiera Tuska, wg której PO miałaby jesienią wrócić do sprawy związków partnerskich i zaproponować własny projekt. Nie chce mi się wierzyć, aby tak silne odrzucenie projektu przygotowanego przez politycznych konkurentów wynikało wyłącznie z pobudek ambicjonalnych, tj. chęci poczekania na własny projekt. Gdyby wśród posłów PO panowało szerokie zrozumienie dla potrzeby takiego ustawowego uregulowania, nic nie stałoby na przeszkodzie, aby równolegle pracować nad projektami alternatywnymi, a w ostatecznym głosowaniu wybrać lepszy, albo skompilować kompatybilne elementy różnych projektów w takim, który poprze również opozycja z SLD i Ruchu Palikota. Obawiam się, że posłowie Platformy raczej ujawnili swoje obyczajowe przekonania (antycywilizacyjne, archaiczne), albo ukazali swój koniunkturalizm wynikający z przekonania, że ich wyborcy są dość ciemniaccy, i nie należy im się narażać przez forsowanie projektów wykraczających ponad ich ograniczenia umysłowe. Jednym słowem, Platforma nie jest partią mężów stanu, którzy potrafiliby podczas sprawowania władzy zrealizować coś mądrzejszego niż domniemana większość społeczna wyznaje, a jej politycy potrafią jedynie płynąć z prądem, jak martwa ryba, kierując się politycznym marketingiem. Nieliczni posłowie PO, którzy umysłowo dorośli do współczesności albo mają przekonanie, że ich elektorat zaakceptuje poparcie ustawy o związkach partnerskich, nie wystarczą, by taką sprawę przeforsować, a być może marnują swój czas w tej partii; powinni zastanowić się nad przeniesieniem się.


Gdyby jakimś przypadkiem Platforma faktycznie po przerwie wakacyjnej zamierzała jednak wygenerować swój projekt ustawy o związkach partnerskich, spodziewałbym się podobnej sytuacji patowej, jaka obecnie ma miejsce w sprawie zapłodnienia pozaustrojowego. Prawdopodobnie Kidawa-Błońska wymyśli rozsądny projekt podobny do opozycyjnego, a Gowin powie, że związki partnerskie mogą być tylko dla osób różnej płci i po ślubie kościelnym. Potem Platformici się zbiorą i ogłoszą, że będą poszukiwać wspólnych elementów obu projektów, co skończy się „kompromisem”: związkami partnerskimi, ale tylko dla heteryków, i to takich, że żaden nie jest transseksualistą (bo Kościół nie uznaje świeckiej wiedzy na ten temat*).

---------

*Przyjęcie przez tę instytucję postępów wiedzy do wiadomości trwa ok. 300 lat, czyli ok. 75 kadencji Sejmu RP. To trochę zniechęcające...

28.07.2012

Lech Mitt Romney?

Czy to z powodu sezonu wakacyjnego, czy w ramach stałej rozrywki, TVN24 co jakiś czas raczy swych widzów wywiadami z Wałęsą. Z niedawnych odcinków pamiętam ten krótko po ostrzelaniu ludzi w amerykańskim kinie przez młodego szaleńca podczas pokazu nowego filmu o Batmanie, a dzisiaj była kolejna edycja kącika humoru – w związku z peregrynacją po Polsce kandydata na kandydata na prezydenta USA z ramienia partii republikańskiej – Mitta Romney’a.

Lech Wałęsa jak zwykle nie zawiódł. Użył całego arsenału formułek swojej nowomowy, również całą swą postacią zagrał opatrznościowego męża całego świata, który wie, jak wszystko poukładać, żeby wreszcie zagrało. W dzisiejszym iwencie rozrywkowym kluczowymi słowami były: kontaktowy (o panu Mitt’cie) i wartości (o podstawach jego politycznych poczynań) i struktury oraz rozwiązania w czasach globalizacji. Wałęsa chyba rozminął się z faktami, mówiąc o Stanach Zjednoczonych jako jedynym współczesnym mocarstwie światowym – jakoś zapomniał o Rosji, Chinach, zapewne o Unii Europejskiej, i o fakcie, że USA już od jakiegoś czasu nie są w stanie układać globalnego porządku samodzielnie. Wyszło też, że Romney jeszcze nie jest w pełni dojrzały do prezydentury, ale na pewno w czasie pozostającym do elekcji nauczy się. Między wierszami czai się domniemanie, że gdyby Roomney częściej wpadał do naszego speca od wszystkiego w Gdańsku, to jako polytyk szybko nadrobiłby zaległości.

Jeśli sobie przypomnimy, że oponentem Romney’a jest urzędujący prezydent Obama, to stwierdzenie Wałęsy, że na wartościach opiera się ten pierwszy sugerowałoby, iż Obama z wartościami jest na bakier albo w ogóle z nimi się rozmija. Lech Wałęsa również w żaden sposób nie precyzuje pojęcia „wartości”, co musi oznaczać, że nie dostrzega innych wartości niż prawicowe, które ma wspólne z Romney’em i Kościołem Katolickim, a ludzi wyznających wartości inne uznaje automatycznie za nihilistów. Retoryka ta zbiega się zresztą z typowym kłamstwem kościelnym, jakie aż nadto często słyszymy z ust polskich duchownych, którzy straszą nas „demokracją bez wartości”, jeśli porzucimy wartości katolickie. W leksykonie Wałęsy jest tego prostactwa więcej: gdy była rozmowa po zbrodni szaleńca w amerykańskim kinie, Wałęsa, mówiąc o wychowaniu młodzieży, używał dychotomii: „wolność a sumienie” i oczywiście „wartości”. Wygląda na to, że w mniemaniu Wałęsy wolność to swawola albo anarchia, w ramach którego sumienie nie działa i brak wartości. Poza tym wraca ten sam problem co wcześniej: wartości pozostają niezdefiniowane, więc trzeba uznać, że istnieje tylko jeden ich pakiet, sumienie również jest tylko jedno – takie jakie zna Wałęsa, czyli katolickie. Nie widać też żadnego śladu refleksji nad tym, że wolność też jest wartością, a także że jest różnie rozumiana przez różnych filozofów i że „zwolennicy wolności” wcale nie są automatycznie niebezpiecznymi anarchistami, a dzieci wychowywane w duchu wolności nie zostają seryjnymi zabójcami, lecz częściej wprost przeciwnie. Znając Wałęsę podejrzewam, że pod pojęciem „sumienie”, nie tylko rozumie on wyłącznie jego specyficzną katolicką wersję, ale najprawdopodobniej nie jest też świadom jego wadliwości, więc dziennikarz prowadzący z nim rozmowę powinien domagać się sprecyzowania tych pojęć. Nawet gdyby bohater wywiadu się zaplątał i nie był w stanie nadać swemu wywodowi logicznej spójności, przynajmniej może dostałby impuls, żeby zacząć myśleć „w tematach”, które dotychczas mu umykały. A dopóki nikt z przepytujących Wałęsę tego nie czyni, efektem jego wypowiedzi jest denerwująco prostacki bełkot.

Jedynym czytelnym sygnałem płynącym z sieczkowatych wypowiedzi Wałęsy było to, że przedstawił się on jako zwolennik Romney’a, którego widzi już prawie jako prezydenta USA. Wałęsa może sobie mieć takie sympatie, tylko jaki miałby być praktyczny efekt ich upubliczniania? Wałęsa nie jest obywatelem USA, więc głosować nie będzie, a Polonia amerykańska jest opanowana przez mem kaczyzmu, według którego Wałęsa to ubecki agent „Bolek”, więc jego rekomendacja wyborcza nie będzie skuteczna, a właściwie prowadzić będzie do sprzeczności. Polonia amerykańska bowiem zafiksowana jest na religijno-spiskowej, czyli prawicowej opcji, ergo sama z siebie będzie głosowała za republikaninem. Ale gdy im to poleca „skompromitowany” Wałęsa, powinni zareagować przekornie albo wyczuć w tym ubecki spisek – zgodnie z duchem każdej wypowiedzi Kaczyńskiego czy Macierewicza.Ale to już problem samego Romney’a, któremu wydaje się, że Wałęsa wciąż wielką legendą jest dla Polaków mieszkających w Ameryce – jego błędy jednak mnie nie martwią, bo sądzę, że lepiej, żeby ten pan prezydentem nie został. Ze względu na wartości! :)

A jeżeli rozmowy z Wałęsą nie prowadzą do semantycznego przekazu, to lepiej zostawiać go w spokoju, na zasłużonej politycznej emeryturze. Niech jest pamiętany za swoje osiągnięcia z czasów schyłku komunizmu i za parę przebłysków męża stanu, które zdarzyły mu się podczas jego konfliktowej prezydentury. Takie występiki telewizyjne służą tylko samoośmieszaniu się dawnego bohatera – niech się tam wysilą w TVN i zrobią kabaret z prawdziwego zdarzenia (mogę pomóc).

Aha, przyszło mi do głowy hasło wyborcze dla Romney’a: „Gott Mitt Romney!” (powinno działać w Niemczech, zwłaszcza w Bawarii, i na Amerykanach pochodzenia niemieckiego).

30.07.2012

Sierpień 2012

Pojednanie w kłamstwie o bliźnich gorszych

Przybył do Polski Cyryl I – Zwierzchnik Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, Patriarcha Moskiewski i Całej Rusi, aby wraz z jakby reprezentującym stronę polską arcybiskupem Józefem Michalikiem dokonać aktu pojednania polsko-rosyjskiego. Nieprzypadkowo napisałem „jakby” – z mojego punktu widzenia Przewodniczący Rady Episkopatu Polski reprezentuje co najwyżej Kościół katolicki i jego wiernych, ale na pewno nie całe społeczeństwo polskie, w którym są też innowiercy i niewierzący. Tym samym cała wizyta Cyryla I i przyjazne gesty dotyczą jedynie części obu społeczeństw, tym bardziej, że wspólny dokument w swej głównej części odwołuje się do wspólnego przekazu wiary obu Kościołów. Co śmieszne, nagle PiS-owcy sobie przypomnieli o istnieniu dwóch oddzielnych płaszczyzn: politycznej i religijnej, i gdy nagabują ich dziennikarze, jak jeden mąż twierdzą, że całe to pojednanie ma co najwyżej ograniczony, religijny sens, lecz na płaszczyźnie politycznej zupełnie się nie liczy. Żadne tam „pseudopojednanie” czy „pojednanie na siłę” nic nie zmieni – Rosja jest i pozostanie Naczelnym Wrogiem Rzeczypospolitej, odpowiedzialnym za stare zbrodnie + obezwładnienie samolotu z Lechem Kaczyńskim i przetrzymywanie wraku. W ogóle PiS-owcy byli biedni w tym tygodniu – oto tenże abp Michalik wyraźnie zdystansował się od polityków prowadzących grę z użyciem katastrofy smoleńskiej i głoszeniem niepotwierdzonych faktami tez o zamachu. Aż przyjemnie było patrzeć! Cóż za zdradziecki cios w Macierewicza, w Prezesa!



A teraz do rzeczy, czyli wspólnego Przesłania, jakie obaj dostojnicy kościelni podpisali – z uwagi na konieczność szczegółowego rozważenia steku złośliwości tekst jest długi i postanowiłem go umieścić osobno. Tędy proszę!

19.08.2012

Maj 2013

Czasem mi się zdaje, że jestem dość egocentryczny – przyzwyczaiłem się, że rozmawiając z kimkolwiek zwykle większość czasu opowiadam o sobie, z rzadka tylko przypominając sobie, że dla przyzwoitości należy skłonić rozmówcę do opowiedzenia o jego sprawach. Tymczasem sam wygenerowałem sobie dowód, że nawet w momentach ważnych o sobie nie myślę zbytnio, a w każdym razie nie „gwiazdorzę”. Oto zupełnie zapomniałem, że właśnie upłynęła 5 rocznica przełomu antyfacetowskiego (może nawet: Przełomu Antyfacetowskiego). Oto w sobotę 20.04 minęło 5 lat od dnia, w którym przyszedłem do pracy ubrany w sposób dla mnie właściwy, i od którego do dnia dzisiejszego utrzymuję ten zdrowy styl i wizerunek. 5 lat to połowa dekady, czyli okres stanowiący połowę czegoś uznawanego za okrągłe, a odnosząc metaforę do geometrii, jest to 180 z 360° stanowiących pełny okrąg. Tym samym przekroczyłem punkt wyróżniony, bo stanowiący połowę tego dystansu kątowego, który postrzegamy jako całość. Pięć lat jest traktowane w naszej kulturze jako istotny odcinek czasu – w wielu konstytucjach kadencje osób sprawujących ważne urzędy wynosi właśnie tyle, niejeden rząd ujmuje swoje plany w 5-letnich przedziałach czasu, a onkolodzy uznają swych pacjentów za wyleczonych, gdy wytrzymają oni 5 lat bez nawrotu raka. Skądinąd w ustawodawstwie niektórych krajów wymaga się od kandydatów na procedurę uzgodnienia płci 2-letniego testu realnego życia według kulturowych reguł drugiej płci. Co oznacza to 5 lat dla mnie?

Organizm szybko przyzwyczaja się do dobrego. Podczas tej pięciolatki przyzwyczaiłem się do mojej nowej codzienności, w ramach której każdego dnia mam do wyboru ubrania ładne, wyrafinowane i przyjemne, z możliwością uzupełniania ich fantazyjnymi elementami – dopiero mając do dyspozycji ubrania typu „damskiego” można zbudować jakąś kompozycję będącą wyrazem treści wyższych niż demonstracja siły mającej odstraszyć innych samczych rywali albo przyciągać głupie samice wierzące, że w życiu najlepszym partnerem jest rozpychający się masywnymi łokciami mięśniak. Żyję też znacznie higieniczniej niż przedtem – często, dzięki chodzeniu w przewiewnych butach boso lub w cienkich wyrobach pończoszniczych, po całym dniu spędzonym poza domem jestem u stóp suchy i apetyczny. A jak swobodnie i naturalnie czuje się człowiek o męskich organach w kroczu, gdy nie trzeba w celach rytualnych nosić tam żadnych form odzieżowych, i wszystko zwisa swobodnie, owiewane powietrzem, a jednocześnie osłonięte otaczającą materią spódnic czy sukni! Nie tylko znacznie czystszy jestem, ale i zdrowszy – lekka odzież i większa ekspozycja ciała na warunki atmosferyczne wymuszają wyższy poziom zahartowania; próg przechłodzenia, od którego zapada się na przeziębienia, wydatnie mi się obniżył. A poza tym, dzięki subtelności dotykowej odzieży można odkryć, że nawet męskie ciało jest bogatym źródłem przyjemnych zmysłowych doznań – kto raz tego zazna, nie wróci chętnie do prymitywu ubrań „męskich”, których funkcją jest utwierdzanie użytkowników w przekonaniu, że do swych ciał nie mają być zbytnio przywiązani, bo stanowią one tylko pragmatyczne narzędzie, które można poświęcić przy wykonywaniu kulturowo nadanych zadań.

W ten sposób dochodzę do nie mniej ważnych aspektów moralnych, godnościowych i ideologicznych. Żyjąc po Przełomie Antyfacetowskim, każdego dnia nie muszę też być od rana wkurzony na to, że za progiem mieszkania zmuszony będę odgrywać rolę mężczyzny – dziwnego tworu człekokształtnego, który widzi siebie jako istotę faktycznie lub przynajmniej symbolicznie przeznaczoną do wojowania i znoszenia dyskomfortu, okazywania odstraszającej masywności ciała i siły, jako postać uciekającą przed ozdobami mogącymi świadczyć o fantazyjnym nastawieniu do rzeczywistości i samego siebie (co w tępym postrzeganiu świata oznacza „słabość”, podczas gdy demonstrować trzeba „siłę”…), jako istotę nierzadko pogrążoną w kulcie brzydoty (spójrzcie sobie na te łyse kartoflowate głowy o spojrzeniu bez wyrazu i masywnym jak młot ciele odzianym w drechy czy coś podobnego…). Odgrywanie roli płciowej wbrew samemu sobie jest szczególnie degradującą formą autoagresji – to utwierdzanie samym sobą wrogiej sobie obyczajowości i ideologii, którą ma się ochotę podważyć i obalić. Jak uczestnictwo Żyda w działaniach Hitlerjugend… Od 20 kwietnia 2008 prawie nie muszę już tego robić – tylko pobyt w rodzinnym mieście Tarnowskie Góry oznacza dla mnie jeszcze dyskomfort odzieżowy i poczucie mdłości na myśl, że za progiem mieszkania nie mogę być sobą, dla uniknięcia kłopotów muszę zdegradować swój wizerunek do postaci strawnej dla nieprzygotowanych współobywateli. Na szczęście większość czasu spędzam na Dolnym Śląsku, głównie we Wrocławiu, gdzie przestrzeń pozadomowa nie jest już dla mnie więzieniem.

Po 5 latach mogę uczciwie powiedzieć sobie i innym: zdałem test realnego życia po swojemu, w queerowej, pozadżenderowej postaci, jako Antyfacet. Co więcej, w odróżnieniu od poddawanych testowi realnego życia transseksualistów, mój sposób istnienia nie wymaga żadnej przemiany z mojej strony – wystarczy być. Wręcz chodzi o to, żeby być na własny sposób, a nie tylko ustępować pod społeczną presją. Przemianie natomiast uległo i dalej ulega moje otoczenie. Im dłużej funkcjonuję bez wrogich incydentów, tym bardziej można pozwolić sobie na umiarkowany optymizm w odniesieniu do natury ludzkiej, na przekonanie, że ludzie są jednak zdolni do myślenia i porzucania złych memów, które im wpojono w procesie wychowania w oparciu o dawny stan wiedzy lub wręcz niewiedzę. Mózgi myślące potrafią bowiem na podstawie obserwacji dojść do wniosku, że nic nagannego ani niebezpiecznego nie wiąże się z rozkładaniem i porzucaniem męskiej roli płciowej. Tak jak nic strasznego się nie stało w związku z wejściem tzw. kobiet w spodnie i inne atrybuty męskiej roli płciowej, do tego stopnia, że nikt tych przejawów zachowania się nawet nie postrzega jako naruszenie żeńskiej roli płciowej! Teraz pozostaje mi dalej robić swoje i poczekać, aż styl przeze mnie (i szereg innych Towarzyszy) reprezentowany stanie się tak niezauważalny, neutralny i oczywisty jak niewiasta w spodniach lub nawet w garniturze itp. sprawująca ważny urząd albo regularnie występująca w programach informacyjnych. Kiedyś na społeczne zmiany czekało się długo, nieraz poza swoje pokolenie. Teraz żyjemy w czasach przyśpieszenia dziejów – dzięki nowoczesnym środkom łączności procesy społeczne przebiegają szybciej. Ja skądinąd nie mam czasu – chcę żyć dobrze natychmiast, tu i teraz, a nie w nieokreślonej przyszłości, podobnie jak nie interesuje mnie zbawienie po śmierci, a co najwyżej – od śmierci (czego wszakże żadne religie zbawiające nie oferują…). Dlatego postanowiłem w mojej prawdziwej postaci być natychmiast, tu i teraz. I bardzo się cieszę, że realizuję TĘ właśnie, ze wszech miar MOJĄ tożsamość, a nie jakiś cudzy scenariusz, wielkoseryjnie instalowany w samczych głowach. Nawet doznając okazjonalnych nieprzyjemności ze strony przedstawicieli nienawistnych i bezmyślnych frakcji społeczeństwa nie zamieniłbym siebie na nikogo innego, o nie!

3.05.2013

Sierpień 2013

Hołota hołotą, czyli jak „odpowiednie dać rzeczy słowo”?

W rocznicę rozpoczęcia Powstania Warszawskiego, i dzisiaj (2.08) trochę też, tematem dnia była szalenie obraźliwa i opryskliwa retoryka prof. Władysława Bartoszewskiego. Otóż pozwolił on sobie utyskiwać na fakt, że podczas poprzednich obchodów tejże rocznicy, na cmentarzu Powązkowskim, w obecności demokratycznie wybranych władz RP, rozlegały się gwizdy i różne okrzyki, np. „hańba”, a przecież polscy patrioci nie mają zbyt wielu okazji, by tak twarzą w twarz dać swym negatywnym uczuciom upust, więc gdy raz do roku dopadną już kogoś, choćby i na cmentarzu, trzeba to wykorzystać... Co więcej, Władysław Bartoszewski obraził swoich niezwykle ideowych adwersarzy nazywając ich „motłochem”.
Tak się bowiem składa, że nacjonalistyczna hołota niezwykle wyczulona jest na tle elegancji dyskursu politycznego. Sami są bowiem zbiorowiskiem niezwykle taktownych dżentelmenów, głęboko przejętych losami Rzeczypospolitej, i ferujących przemyślane i sprawiedliwe wyroki oraz epitety w niczym nienaruszające godności ich politycznych rywali. Wielu z tych rywali dowiedziało się z ust patriotów, że są „zdrajcami” działającymi na rzecz obcych mocarstw ze szczególnym uwzględnieniem Rosji – taki prezydent Komorowski wręcz notorycznie zwany jest w tak patriotycznych kręgach „Komoruskim”, i bynajmniej nie wynika to ze słabego słuchu typowego dla podstarzałości używających tej nieco przeinaczonej formy. W młodszych szeregach patriotów np. homoseksualistów nazywa się „pedałami” i „zboczeńcami”, wszystkich bardziej od siebie skomplikowanych – „lewactwem” tudzież „czerwoną hołotą”, i odpowienio proponuje się im: możliwość „leczenia” lub opuszczenia kraju, bowiem, w opinii obozu młodych patriotów, nie ma w nim dla nich miejsca.
Oczywiście wszystkie napastliwe i piętnujące epitety stosowane przez „obóz patriotyczny”, zarówno ten spod znaku Radia Maryja i PiS jak i pod egidą NOP, Młodzieży Wszechpolskiej czy ONR, nie stanowią w najmniejszym stopniu pogwałcenia zasad demokratycznego dyskursu – możliwość używania takich określeń stanowi niezbędny warunek wolności słowa. W końcu ludzie o poglądach rynsztokowych, przepraszam: to się nazywa „poglądy tradycyjne”, nie mogą być w żadnym razie wykluczani – wszak są jak najbardziej pełnoprawnymi członkami demokratycznej społeczności i ich cenny głos się musi liczyć, nie może być tłumiony czy wystawiany poza społeczny nawias!
Bartoszewski, nagabywany przez dziennikarzy o swoje niezwykle impertynenckie określenie „motłoch”, wyjaśnia logicznie, że używa tego określenia z intencją opisową wobec ludzi, którzy pozwalają sobie na krzykliwe polityczne demonstracje na cmentarzu i podczas uroczystości ku czci bohaterów wzniosłego, acz tragicznego wydarzenia w narodowej historii, w którym on także brał udział. Nie oznacza to w jego ustach komentarza odnośnie poglądów politycznych ideologicznego przeciwnika, a dotyczy jedynie jego zachowania nielicującego z powagą miejsca i momentu, które są własnością wszystkich Polaków i ich zagranicznych przyjaciół, nikomu więc nie godzi się wykluczać kogokolwiek z udziału w przeżywaniu tych obchodów. Skądinąd jakoś tak utarło się, że na cmentarzach nie robi się wieców politycznych ani połajanek politycznych przeciwników. Złudzenia „warszawskiego salonu”!
Niestety, pan Bartoszewski zapomina, że akurat ta bucząca wersja polskiego patriotyzmu polega na wykluczaniu tych, którzy nie pasują do figury „prawdziwego Polaka”, którzy mają poglądy nie takie jak trzeba, orientację płciową nie taką, albo inne defekty. Profesor Bartoszewski powinien zrozumieć, że nawet jego osobisty udział w Powstaniu Warszawskim, praca w konspiracyjnych strukturach AK i dziesięciolecia opozycyjnej działalności po wojnie wraz z represjami doznawanymi od władz komunistycznych na nic się zdają, gdy pod koniec życia człowiek znajdzie się w obozie „lemingów”, by ująć to najłagodniej. Praca w charakterze doradcy Tuska (niesłusznie zwanego premierem Tuskiem) zasługuje na ostrzejsze potraktowanie, i bynajmniej nie tylko na płaszczyźnie werbalnej... A Powstanie Warszawskie staje się własnością „obozu patriotów”: Lecha Kaczyńskiego jako patrona-założyciela Muzeum Powstania Warszawskiego i jedynego dziedzica patriotycznych dokonań Naroooodu Pooolskieeeego i jego jedynego prawowitego dziedzica, Brata Jarosława, a także o. Rydzyka z jego armią uzbrojoną w parasolki, bojowe różańce i modlitewniki, i wreszcie tej wspaniałej młodzieży z najczęściej wygolonymi głowami, która jest nadzieją Polski, bo pałkami, kastetami i mieszaniną zapalającą wykurzy z Polski wszystkich tutaj niemile widzianych: homoseksualistów, imigrantów, kolorowych, ateistów, feministki, wybujałych artystów i wszystkich innych o poglądach narodowo niewłaściwych.
Teraz powinien Pan Profesor na kolanach przeprosić swych Rodaków, którzy znacznie bardziej Polakami są niż on – wieszczącego tragedię narodową pod rządami Tuska Jarosława i jego hufce, wiernych skupionych w Toruniu i na Jasnej Górze pod komendą Tadeusza Rydzyka, ręka w rękę z wierną Polonią z USOPAŁ idących, a nade wszystko tych żarliwych antykomunistów, nieco po upadku komunizmu urodzonych, lecz wciąż gotowych roznieść „komunę” w proch. Z tymi ostatnimi niech Pan Profesor liczy się najbardziej, oni bowiem nie żartują – widać to szczególnie w Białymstoku…
Co jeszcze powinien pan Bartoszewski zrobić? Przestać pojawiać się na uroczystościach wymagających bycia Prawdziwym Polakiem, takich jak rocznica wywołania powstania, które dało kilkanaście dni moralnej satysfakcji, i kilka miesięcy humanitarnej katastrofy wraz z destrukcją miasta stołecznego, dzięki czemu wszystkie jego zabytki są nowe – odbudowane po wojnie... Dokonanie to należy bowiem niepodzielnie do PiS i tych młodych patriotów o sercach i rękach po polsku bijących, nie do „lemingów”nieuznających żadnych wartości poza dostatnim życiem z ciepłą wodą w kranie, którzy żadnej wojny z sąsiadami o wrak Tupolewa i uznanie zamachu by nie wywołali, i w ogóle są jacyś do niczego...
Zadziwiające dla mnie jest to tylko, że wrogowie politycznej poprawności tak bardzo sobie jej życzą w odniesieniu do siebie. No ale cóż ja tam zrozumiem z "lewackim", "pedalskim" mózgiem „leminga”…

3/4.08.2013


Naczelny Antyfacet Rzeczypospolitej Polskiej



Stare Wstępniaki kliknij tutaj!

Nowa Księga Gości – Przeglądanie

Nowa Księga Gości – Wpisywani